wyświetlenia:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 maja 2020

Projekt Okrążenia Łodzi. Łódź Olechów. Stacja tajemnic.





Każde miasto ma jakieś zadawnione tajemnice. Dziwne sprawy, mało komu znane. Łódź nie jest wyjątkiem.
Gdzie ich szukać? Wszędzie. Są w zaskakujących miejscach. Na obrzeżach stacji Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej na przykład. 
Zwiedzam swoje miasto, jakbym jakieś obce zwiedzał. Bo to duże miasto i w wielkiej ilości jego miejsc nigdy w życiu nie byłem. Dopiero teraz nadrabiam braki. Nie są to miejsca spektakularne i znane z przewodników, nie spotkacie tam trzech gwiazdek Michelina, tylko skromne artefakty, świadectwa epok i zaszłości. Albowiem tu dużo zaszło, jak na krótkie dwustulecie, w którym Łódź stała się tym, czym jest teraz.
Być może będzie jeszcze czymś innym, bo świat nie stoi w miejscu, królestwa upadają i powstają nowe, a Łódź, mimo wyludnienia, rozbudowuje się tu i tam. Na przykład kompletuje swoje obwodnice, między innymi południowo wschodnią, czyli tzw "Aleję Terrorystów" znaczy się Aleję Ofiar Terroryzmu 11 Września, zwaną także "Highway to Dell", ponieważ fabryka tejże firmy przy niej stoi. Tąż aleją udałem się samochodem, zamiast ŁKA koleją, z racji epidemii, która skłania do dystansów społecznych i niewsiadania do środków komunikacji publicznej. Ale będziecie zapewne czytać ten półprzewodnik już po epidemii, zatem możecie skorzystać z aż trzech tutejszych dogodnych przystanków Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej - Łódź Olechów Wschód, Łódź Olechów Zachód, oraz Łódź Olechów Wiadukt. Ostrzegę tylko, że trzeba strasznie wcześnie (albo bardzo późno) wstać, albowiem ŁKA dowozi tu głównie pracowników kolejowych i załogi okolicznych magazynów i zakładów. W normalnych godzinach znacznie łatwiej dojechać tu autobusem lub tramwajem.
Pytanie tylko - po co tu jechać?
Nie wiem, jak Wy, ale ja przyjechałem tu z dużym zaciekawieniem i wyjechałem bez zawodu. Nie stoi tu, co prawda, żaden renesansowy zamek, żaden Luwr, ani nawet żaden z pałaców Poznańskiego. Ale za to są tu artefakty największej kolejowej stacji rozrządowej w Europie. Taką była, w czasach kiedy ją budowano. Jeżeli lubicie wyszukiwać pracowicie dawne ślady i nimi poruszać wyobraźnię - Łódź Olechów jest dla was. Sama stacja może być celem. Ale enigmatycznym i tajemniczym.






Co to w ogóle jest stacja rozrządowa? W skrócie - to stacja, która organizuje wagony w pociągi i wysyła je w miejsca docelowe. Ruch kolejowy przewozi towary na gigantyczną skalę. Do każdego miasta przyjeżdża dziennie kilka tysięcy wagonów towarowych i kilka tysięcy odjeżdża w różnych kierunkach. Stacja rozrządowa przyjmuje składy pociągowe, dzieli je odpowiednio na różne kierunki, a potem zestawia nowe składy, które pociągną wagon w inne miejsca na mapie kolejowej sieci. Niektóre stacje, w tym Olechów wyposażone są w górkę rozrządową - sztuczne wzniesienie, na które lokomotywa wpycha wagony, by mogły grawitacyjnie stoczyć się po pochylni i za pomocą licznych zwrotnic trafić na odpowiedni tor do odpowiedniego składu - jest to najbardziej efektywny sposób selekcji wagonów, nie wymagający praco i czasochłonnego przestawiania ich z toru na tor za pomocą lokomotywy. Niemniej wymaga dużej infrastruktury i dobrej organizacji.




Dworzec Olechów leży poza granicami kolejowej obwodnicy miasta. Jest dodatkowym łącznikiem pomiędzy tą obwodnicą, a linią wychodzącą z Łodzi w stronę Koluszek. Myśl o budowie tutaj olbrzymiej stacji rozrządowej świtała już dawno, niektóre źródła piszą że za Reczypospolitej w dwudziestoleciu międzywojennym, ale prawda jest taka, że jeszcze wcześniej. W 1917 roku, kiedy podczas I wojny światowej Łódź była pod władaniem Niemców. Ci byli doskonale przygotowani do ekspansji. Pisałem już, bodajże przy okazji wpisu o Krośniewickiej Kolei Wąskotorowej, że grubo przed I wojną mieli rozpracowane geodezyjnie, technicznie i projektowo większość przyszłych linii kolejowych, na terenach swych planowanych podbojów. Ideę stacji przeładunkowej podjęto za wolnej Polski, ale nie doszło do jej realizacji przed 1939 rokiem. Znów mogli się wykazać jej pierwotni pomysłodawcy, którzy wrócili, żeby przyłączyć Łódź do Rzeszy i zmienić jej nazwę na Litzmannstadt.
Stacja Litzmannstadt Verschiebebahnhof powstała z myślą obsługi ekspansji niemieckiej na wschód. Najpierw wojskowej, później cywilnej.

Budowę zaczęto w 1940 roku, kiedy Niemcy już urządzili się wygodnie w Litzmannstadt, wymordowali polską i polsko - żydowską inteligencję w Intelligenzaktion, zorganizowali liczne obozy pracy, oraz getto, w którym stłoczono 140 tysięcy osób na obszarze 4 km². 
W warunkach cywilnych budowa stacji tej wielkości wymagałaby znacznego zachodu przy wykupie gruntów, ale w sytuacji wojennej nie zawracano sobie tym głowy - z terenów rolnych w Olechowie, Andrzejowie i Feliksinie wysiedlono przymusowo wszystkich, w tym nawet starych niemieckich osadników, nie dokonując żadnych przekształceń własnościowych. Na stację przeznaczono 400 hektarów. Zastosowano system budowy sprawdzony już na terenach okupowanych - roboty ziemne organizowano siłami jeńców wojennych i Żydów z getta, prace budowlane prowadziły firmy budowlane niemieckie i miejscowe, polskie. Wykorzystano także Baudienst (Służbę budowlaną) sprowadzaną z Generalnej Guberni i brygady Organizacji Todt.
Powstała w kilka lat okupacji olbrzymia stacja, z setką torów, górką rozrządową, lokomotywownią, prawdopodobnie w ówczesnym czasie największa w Europie. Zanim powstała, zorganizowano sieć pobliskich obozów, było ich tu przynajmniej sześć. Przy budowie pracowali jeńcy polscy, angielscy, rosyjscy i żydowscy, ci ostatni przywożeni najpierw tramwajami z Rynku Bałuckiego w getcie, a potem, gdy powstały już tory, pociągami ze stacji Radegast / Radogoszcz (dziś to stacja Łódź Marysin opisana przeze mnie tutaj - LINK ).

Im więcej czytam o czasach wojennych, tym więcej zdumionych refleksji przelatuje przez moją głowę. Pierwsza jest taka: gdyby nie zaczadzenie ideologią rasizmu, Niemcy z całą pewnością wygraliby II wojnę światową i rządzili by tutaj i na dawnym rosyjskim wschodzie do tej pory. Mieszkalibysmy dziś i pisali sobie blogi w niemieckim mieście Litzmannstadt. 

poniedziałek, 11 maja 2020

Kasa Chorych miasta Łodzi



Wiecie co jest w tej fotografii fajne? Wychodzę z domu po zdjęcia, jakbym szedł wodę z jeziora nabrać. Jedno zabrane wiaderko wystarczy? No, może wezmę jeszcze jakieś drugie. No może trzecie, pozmieniam sobie wiaderka po drodze, a co!
Wsiadam w samochód i nieekologicznie jadę nabrać zdjęć. Ale za to z jaką przyjemnością! Jadę się powłóczyć. Nie wolno, ale można. Wypływam na zieloną przestrzeń oceanu, wóz nurza się w zieloność i sam jest zielony. Ale nie zieleń jest mym celem. Zieleń może być przy okazji, a celem zaczerpnięcia są zgliszcza i ruiny. 
Nie mogłem się lepiej urodzić - urodziłem się bowiem w środkowoeuropejskim centrum zgliszczy i ruin, przeróbek i zaszłości. Wiele tu zaszło.
Nie, nie, oczywiście, nie zniechęcajcie się, nowoczesność w domu i zagrodzie też jest w Łodzi, jest pełno świetnych knajp, ciekawie zrewitalizowanych fabryk, dużo muzeów i pasaży, pysznych fabrykanckich pałaców. W których także można uprawiać z powodzeniem fotografię, czerpać garściami zdjęcia. Tylko akurat nie w tym smaku, w którym ja lubię czerpać. 






Lubię czerpać mymi wiaderkami różne znaki czasu. Różne procesy rozpadu, elementy z przeszłości. Ma to niby na celu zatrzymanie czasu w kadrze, choć jest prawdopodobnie bez sensu, znając zasadę entropii świata - już sensowniej byłoby fotografować te rzeczy najnowsze, najładniejsze i najbardziej wymuskane. Luksusowe. Doświadczenie wskazuje, że i one łatwo zmieniają się w ruiny, należałoby natychmiast dokumentować ich świetny stan, zanim dotknie je powszechny rozpad. Na szczęście zrobią to za mnie inni - oddycham z ulgą.
Ja tymczasem zrobię sobie portrety obiektów już wcześniej objętych tym procesem. To jest, jak widzicie, bez sensu z logicznego punktu widzenia, albowiem zgliszcza i ruiny są towarem dość licznym i powszechnym. A jeśli akurat chwilowo nie są - wystarczy parę lat poczekać i nie robić remontów.
Niemniej - kocham rudery, zgliszcza i zaszłości, ponieważ są szczere i niczego nie udają. Nie podszywają się pod nic innego, w przeciwieństwie do tych rzeczy świeżo odnowionych. Wyczyszczonych pałaców, w których są biura korporacji, zrewitalizowanej Manufaktury, gdzie od lat nie latają już bawełniane pyłki z maszyn włókienniczych, fabryk zamienionych na hurtownie z bezużytecznym kominem.







I lubię fotografię. Za możliwość czerpania do woli z oceanu rzeczywistości. To takie piękne - świat jest i można mu w każdej chwili zrobić zdjęcie. Prawie zupełnie za darmo, jeśli nie liczyć ceny aparatu. Morze pięknych kadrów na każdym kroku hojnie pozwala ci sobą dysponować. Nic, tylko czerpać!
To jest podobno przyszłość. Nie tylko fotografii, ale i turystyki na przykład. Niektórzy (np. Wojciech Orliński) twierdzą

wtorek, 4 lutego 2020

Wilno 1944. Zbyszko Siemaszko



Mroczne czasy nie przeszkadzają w snuciu brawurowych planów. Nie inaczej myśli "Swojak", młody partyzant z Wilna. Niedługo skończy osiemnaście lat. Razem z dwójką braci - Leonardem i Henrykiem należy do podziemnej 3. Brygady Wileńskiej Armii Krajowej. Bracia nie są jednak wtajemniczeni w jego zamiary. Nikt nie jest wtajemniczony, za wyjątkiem kolegi - Mietka Paszkiewicza,"Kajtka".
Brygada Wileńska liczy około stu ludzi. Ma spore sukcesy w atakach na niemieckie posterunki i litewską policję pomocniczą, współdziałającą z Niemcami. Dowódca - Gracjan Fróg, pseudonim "Szczerbiec" służył przed wojną jako oficer brygady pancernej, stawia na wojsko zmotoryzowane, teraz, pod niemiecką okupacją dba o dobre wyposażenie partyzantów - gromadzi ciężarówki i samochody ukrywane w tajemnicy w różnych punktach miasta. 
Zdobyć samodzielnie taką ciężarówkę, to było by coś!

"Swojak" i "Kajtek" proszą w brygadzie o urlop. Na tydzień zaszywają się w domach i nie kontaktują z nikim poza rodziną. 

Rano wyruszają. Częściowo piechotą, częściowo na chłopskim wozie docierają pod Niemenczyn, kilkanaście kilometrów od miasta.  Młodzieńcy idą po szosie w stronę Wilna. Ruch całkiem duży, głównie chłopskie fury, ale jadą też co jakiś czas szare samochody i motocykle Wehrmachtu, front nieuchronnie zbliża się powoli do miasta. Wiosenny wiatr powiewa. Obserwują uważnie przejeżdżające ciężarówki, w każdej siedzi w szoferce po kilku żołnierzy. Wreszcie na horyzoncie ukazuje się kolejny większy ciemny kształt - zbliża się Opel-Blitz w kolorze feldgrau z czarnymi krzyżami na drzwiach. W środku tylko kierowca. Chłopcy machają na podwózkę. Auto zatrzymuje się, ciemnowłosy dryblas w rozpiętym pod szyją mundurze macha, żeby wsiadali. Do Wilna? Niedaleko, a jeszcze coś zarobić można. "Kajtek" wręcza kierowcy dwadzieścia marek. Ciężarówka rusza po bruku. Rozmowa półsłówkami - on nie mówi po polsku, a chłopcy tylko kilka słów po niemiecku. Częstuje chłopaków papierosami. Palą. Pejzaż przesuwa się spokojnie za oknami - wiejskie łąki i las, auto trzęsie na wybojach. Z tyłu na pace słychać lekkie łomoty towaru. Co to może być? Może jakaś broń?

Auto toczy się spokojnym tempem. Pod kurtką pistolet FN, kaliber 7,62. "Swojak" dostał go od brata.

Nie wiadomo, kiedy powinni się zdecydować.

Widać już przedmieścia Wilna. Droga skręca lekko w lewo, przez Antokol i Gaj Antokolski. Pokazuje się wśród zieleni kopuła kościoła Apostołów, a potem Arsenał, pod którym stoją niemieccy żołnierze i wojskowe samochody. Wreszcie po prawej widok na rzekę Wilię i szpaler drzew na nadbrzeżnej promenadzie. Nieliczni przechodnie. Mijają wzgórze Giedymina i sterczącą znad drzew basztę.
To już środek miasta. Może trzeba było zacząć wcześniej?

Ciężarówka zatrzymuje się przy przystani statków nad rzeką.
Niemiec gasi silnik i zwraca się ku młodzieńcom - wysiadajcie! "Swojak" i "Kajtek" błyskawicznie wyciągają spod kurtek pistolety - Jedź! - krzyczą. Sekunda zaskoczenia.

piątek, 13 grudnia 2019

Rejs w XX wiek. Francis Browne.

Fot. Francis Browne

W kwietniu 1912 roku ojca jezuitę Francisa Browne spotkała wielka radość. Od swojego wuja Roberta, biskupa Cloyne, który zajmował się nim od dzieciństwa zastępując zmarłych rodziców, dostał wspaniały prezent - bilet na bardzo atrakcyjną podróż.

Browne, filozof i teolog po studiach w Dublinie, wcześniej uczeń szacownych szkół średnich, był kolegą z roku Jamesa Joyca i został nawet uwieczniony w literaturze, konkretnie w "Finnegans Wake" pod własnym nazwiskiem. Oprócz zainteresowań religijnych i naukowych - od lat młodzieńczych zajmował się także z wielkim zapałem fotografią.

Jego rodzice zmarli wcześnie, osierocając kilkunastoletniego Franciszka wraz z ośmiorgiem rodzeństwa. Ich edukacją i karierą kierował wspomniany wyżej wuj biskup, który po ukończeniu przez Browne'a studiów sprezentował mu pierwszy aparat fotograficzny. Wyposażony weń Francis, wraz z bratem wyruszył w 1897 roku na wycieczkę po Europie - Francji, Włoszech i Szwajcarii, gdzie stawiał pierwsze fotograficzne kroki. Pasja, i to wyjątkowo intensywna została mu do końca życia.
W 1909 roku wraz z wujem i bratem odwiedził Rzym, gdzie Pius X przyjął ich na prywatnej audiencji. Francis wykorzystał okazję i zrobił fotograficzny portret papieżowi. Fotografował w podróżach i w swoim rodzinnym mieście, zdjęcia artystyczne i scenki rodzajowe ze zwykłego życia - przekupki na targu, rybaków i dzieciaki wracające ze szkoły. Pejzaże z odwiedzanych Włoch i alpejskie szczyty. Lubił zwiedzać.
4 kwietnia biskup Robert zrobił swojemu bratankowi nie lada prezent - bilet na najsławniejszy w owym czasie statek, świeżo zwodowany, największy i najbezpieczniejszy na świecie. Dziewiczy, premierowy rejs liniowcem Titanic.
Miała to być weekendowa atrakcja - Browne nie zamierzał wysyłać Francisa aż do Nowego Jorku - za 4 funty w przedstawicielstwie White Star Line w nabył bilet z Southampton przez francuski Cherbourg z powrotem do Irlandii, do portu Queenstown (dzisiejszy Cobh), ostatniego przystanku przed oceanicznym rejsem do Ameryki.
Ściskając w ręku kamyk zielony, oraz bilet pierwszej klasy na najsłynniejszy i najbardziej luksusowy statek świata, podekscytowany Francis Browne wyruszył pociągiem do Southampton, na spotkanie z przygodą.


Droga do Southampton. Fot. Francis Browne.

Titanic w porcie. Na samej górze - kapitan statku Edward Smith. Fot. Francis Browne

piątek, 26 lipca 2019

Pan Gęsty, Pan Nieznany i Sufrażystki - Horace Nicholls



A może wojny nie były takie złe? 
Zwłaszcza Pierwsza Światowa.

I Wojna pozostaje u nas poza głównym nurtem zainteresowania. Była, ale jakby nie u nas. Zupełnie słusznie, bo Polski wtedy nie było na mapach, jedynie Królestwo Polskie, Carstwo Polskoje, Priwislinskij Kraj, przyklejony do Rosji. Polska prawdziwa i jej odrodzenie były tylko w marzeniach przedwojennych pokoleń. A ponieważ I Wojna Światowa, konflikt mocarstw, pozwoliła wreszcie spełnić te marzenia, została niejako przykryta dążeniami niepodległościowymi i odzyskaniem Rzeczypospolitej. Z innej strony biorąc, z nadchodzącą I Wojną wiązano u nas znaczne NADZIEJE a nie obawy. Konflikt umożliwił odtworzenie w różnych postaciach polskich sił zbrojnych, choćby Legionów Piłsudskiego, czy Armii Hallera. Nastąpiły też liczne odpusty i koncesje polityczne na rzecz Polaków - każdy z krajów zaborczych chciał nas jakoś podkupić, choćby na pokaz.

Pierwsza Wojna, burzliwa na naszych terenach, choć spowodowała wykoszenie 14% ludności Polski i zniszczenie 30% majątku (bo wszystkie armie, zwłaszcza rosyjska, stosowały metodę spalonej ziemi) skończyła się dla nas szczęśliwie - mogliśmy po prostu poczuć się zwycięzcami. Wyniszczonymi, zbiedniałymi, ale zwycięzcami.

Dlatego do dzisiaj nie powstało u nas żadne "Muzeum I Wojny Światowej". Na razie jest tylko pomysł jego budowy w Krakowie.

Na Zachodzie widziano to zupełnie inaczej. Należy tu powiedzieć, że I Wojna po zachodniej stronie Europy była ZNACZNIE większą traumą niż Druga. Oczywiście nie dla Żydów, którzy po nastaniu hitleryzmu najpierw musieli emigrować, a potem byli wywożeni do obozów koncentracyjnych. Sęk w tym, że owe obozy akurat Niemcy postanowili budować tylko w Europie Wschodniej. 
U nas zatem obydwie wojny mają niemal przeciwny status niż np we Francji, Austrii czy Belgii, a nawet w Wielkiej Brytanii. 

Potwierdzają to suche liczby statystyk - w I Wojnie zginęło 3,2 miliona brytyjskich obywateli (wliczając kolonie), w II Wojnie - 450 tysięcy. Francja: w I Wojnie - 6,16 miliona zabitych, w II Wojnie - 600 tysięcy (również doliczając kraje kolonialne). Widać różnicę, prawda?

Tam, na Zachodzie przez kilka lat z kolei, dziesiątki, setki tysięcy młodych facetów ginęły masowo w okopach wojny pozycyjnej, każda rodzina wysłała do tych okopów jakiegoś syna, brata, czy krewnego. Tam Wojna Imperialna była wojną osobistą i dotykającą, okupioną wielkimi, niepotrzebnymi stratami i nie przynoszącą oczekiwanych rezultatów. Rozczarowaniem po prostu. 


Francuski 87 Regiment w okopach pod Verdun, 1916. Autor nieznany.


Nie wszyscy mogli brać udział w Wielkiej Wojnie bezpośrednio, ale wspomagali wysiłek wojenny swojego kraju, zachęcani rządową propagandą. Robili zdjęcia na przykład.

Horace Nicholls, miał w 1914 roku pod pięćdziesiątkę, nie kwalifikował się zatem na front. Wychował się w rodzinie fotograficznej, nauczył się robić zdjęcia od ojca. Pracował w młodości na wyspie Wight i w Yorkshire, potem wyjechał do brytyjskich kolonii - do Południowej Afryki, gdzie został dziennikarzem prasowym w Johanesburgu. Przesyłał stamtąd zdjęcia z Drugiej Wojny Burskiej do czasopisma w Anglii i nabierał doświadczenia. Wkrótce wrócił do macierzy i jako wolny strzelec zajął się fotografią kotletowo - towarzyską i współpracą z The Ilustrated London News, i The Tatler ("an ilustrated journal of society and the drama" istniejącym od 1903 roku do dziś). Fotografował damy i gentelmanów z towarzystwa, rauty dobroczynne, wyścigi konne w Goodwood, relacjonował plotki i spotkania. Pod tym względem Horace Nicholls był jednym z pionierów fotograficznej freelancerki, jednym z pierwszych fotografów, którzy utrzymywali się z tego rodzaju pracy


Lunch na Derby. Fot. Horace Nichols

Derby, stadion główny, 1909. Fot. Horace Nicholls.


W drodze na Derby. Fot. Horace Nicholls


Był fotografem, który zilustrował  książkę pierwszej brytyjskiej automobilistki wyścigowej - Dorothy Lewitt, wydaną w 1909 roku pod tytułem "The woman and the car" i będącą poradnikiem motoryzacyjnym dla kobiet. (jest to, doprawdy, niezły temat na osobny wpis, ale na wpis raczej dla automobilownia.pl)


Dorothy Lewitt demonstruje jak zalać gaźnik. Fot. Horace Nicholls.

Gdy wybuchła I wojna miał 47 lat. Na front poszedł jego syn, a Nicholls prowadził nadal działalność wolnego strzelca gazetowego, zajmując się jednak, z racji czasów, poważniejszymi tematami reporterskimi. W 1917 roku nadeszła wieść o śmierci syna fotografa, być może w bitwach pod Arras i Verdun, bo Brytyjczycy ponosili tam gigantyczne straty. W tym samym czasie Horace W. Nicholls dostał angaż od nowopowstałego Ministerstwa Informacji na oficjalnego fotografa Home Front (zaplecza wojennego). Takich rządowo - wojennych fotografów zaangażowano szesnastu, między innymi George P. Lewisa (a także kobiety Christinę Broom i Olive Edis, może kiedyś napisze się o tych paniach wpis).

Nicholls rzucił się do robót fotograficznych, obrazujących wysiłek wojenny na tyłach. Ministerstwo informacji angażowało wszelkie środki, żeby pobudzić w społeczeństwie maksymalne zaangażowanie, zobrazować dobitniej sens wojny przeciw Niemcom i zwiększyć pobór do wojska. 


Pracownica  ładuje worki na South Metropolitan Gas Works Old Kent Road w Londynie, Fot. Horace Nicholls



I wojna przeorała brytyjskie społeczeństwo, nieco może delikatniej, niż II Wojna w Środkowej i Wschodniej Europie, ale jednak wyraźnie. Wszyscy młodzi mężczyźni zostali wzięci w kamasze i poszli walczyć i ginąć masowo na Kontynencie, szybko zabrakło rąk do pracy w fabrykach broni, w przemyśle i wszelkich dziedzinach gospodarki. 

piątek, 7 czerwca 2019

Fotografia w służbie obalania. Jerzy Kośnik

Fot. Jerzy Kośnik
No i co? Dobrze wam w tej Polsce? 
Mnie dość dobrze, choć pewnie nigdy ideału nie będzie. Ale na pewno wielu jest źle. Zapewne nienajlepiej było tym, którzy wyjechali na emigrację i teraz pracują na saksach. No i teraz siłą rzeczy musi wzrastać w narodzie znajomość języka ukraińskiego.

O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu

Nie po to by łapać słońce.
O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu
Żeby mieć coś na koncie.
O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu
Żeby nie kraść w Biedronce
O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu
Żeby przywieźć pieniądze
                    Junior Stress
Ale wcześniej przez czterdzieści cztery lata siedzieliśmy tu skiszeni niby radzieckie ogórki w słoiku. Ciśnienie było takie, że wystarczyło otworzyć trzy granice i ostatni gasi światło (cytat). Może wtedy komuna trwałaby do dzisiaj, tyle że sama.
Przeczytawszy ostatnio książkę Antoniego Dudka "Reglamentowana rewolucja", o tym jak odbywał się upadek komuny oglądany przez pryzmat archiwów PZPR i źródeł służb mogłem nabrać przekonania, że trafił nam się fuks na miarę stulecia. Gdyby nie gwałtowne zdechnięcie Związku Radzieckiego, to jeszcze dłuuugo mogliśmy siedzieć pod bagnetami jaruzelskiego wojska i żadne strajki ani drukowanie bibuły by tego nie mogły zmienić. Niniejszym postuluję wystawienie na kaliningradzkiej granicy z Rosją wielkiego pomnika Gorbaczowa. Może na Mierzei Wiślanej? Z naszej strony byłyby postumenty do składania kwiatów i ofiar dziękczynnych, a od strony rosyjskiej - spluwaczki (Znów wszystko mi się z Lemem kojarzy. On już wymyślił takie pomniki na Encji w "Wizji Lokalnej").

Popełniono sporo błędów i wypaczeń podczas zmiany ustroju, nie doproszono w ogóle bardziej wojującej części opozycji do rozmów oddając ster tylko jednej frakcji, nie dociśnięto zdychającej komuny, wtedy kiedy było wiadomo że zdycha i że naród ją w wyborach wykreślił do fundamentów - wielu ma to działanie za zdradę. No, co tu dużo mówić - zmieniono na korzyść PZPR ordynację wyborczą w trakcie wyborów. Nie postawiono tamy uwłaszczaniu się  dawnej władzy na społecznym i państwowym mieniu. To akurat wydaje mi się dziś  absolutnie nie do zrealizowania, wobec braku realnej władzy i siły zdolnej jej się przeciwstawić - a owa kradzież w biały dzień trwała o wiele dłużej niż wielu sądzi, bo jeszcze sprzed ustawy Wilczka w 1988 roku.

Nie zapobieżono dewastacji archiwów partyjnych i kartotek tajnych służb. Symbolem zmian ustroju może zostać zatem równie dobrze ręka wzniesiona w symbol Victorii, jak i papiernia w Konstancinie - Jeziornie, w której na papier toaletowy poszły cztery tony komunistycznych archiwów.

Zgodzono się, wbrew woli społeczeństwa, na kompletnie udawaną zmianę w służbach specjalnych, polegającą głównie na zmianie szyldów, co powoduje, że do dzisiaj mamy tam polukrowany PRL a nawet ludzi z krwią na rękach. W przeciwieństwie do Czechosłowacji i Węgier nie zrobiono też żadnej dekomunizacji we właściwym czasie, dlatego patrząc na dzisiejsze wybory jakoś dziwnie w oczach mieszają się ustroje. Czy to nie przypadkiem szanowny towarzysz pierwszy sekretarz w ostatnich wyborach, czy mnie wzrok myli?


Książka Dudka daje jednak niezły obraz pożaru w burdelu jaki ogarnął PZPR. W niej, dla odmiany, wszystkie frakcje jednocześnie krzyczały dziesięcioma głosami i ciągnęły w panice sukno do siebie, władza Jaruzelskiego topniała jak śnieg w maju, na tyle, że już wybrany jako prezydent nawet nie piuknął w obronie swoich ludzi, siedział cicho i udawał że go nie ma. PZPR kierująca wojskiem i służbami specjalnymi coraz mniej nimi kierowała, krok po kroku oddając pole samowoli. 

Mimo tych zgrzytów i zafałszowań jest ewidentnie poważny plus tej reglamentowanej rewolucji - obyło się bez mordobicia. Ale skoro nie było mordobicia, to też zmiana była nie-taka-jak-by-wielu-chciało. Boż to nie była rewolucja prawdziwa jak ta z 1917., tylko "dogadanie się", jak słusznie zauważył niedawno towarzysz Czarzasty.




poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Gwiazda Polski


Na górze- inżynier Jan Szal

Przez ciernie do gwiazd.

Stanisław Mazurek szerokie plany miał już od dawna. Jako kierownik Centralnego Zakładu Balonowego w Legionowie przestawił polskie lotnictwo balonowe na nowe tory. Pod jego zarządem Legionowo rozbudowało warsztaty i opracowało nowe metody kauczukowania tkanin nadających się doskonale na aerostaty. Ich twórcą był Stanisław Rojek, chemik, zapalony lotnik i baloniarz, w 1935 roku uzyskał patent na niezwykle lekki materiał powłokowy do balonów wyczynowych, kilkukrotnie (!) lżejszy od dotychczas stosowanych. Dzięki wykorzystaniu go do budowy balonów Polonia II, Warszawa II oraz Toruń w 1933, 1934 i 1935 Polska zdobyła aż trzykrotnie pod rząd przechodni Puchar Gordona Benetta, zyskując tenże puchar na własność. 
Nową powłokę zaczęto produkować na skalę przemysłową w świeżo zbudowanej, zautomatyzowanej fabryce w Sanoku.


Oprócz zawodów sportowych mierzono także na rekordy wysokości lotu.
Wyścig ten zaczął się od początku lat trzydziestych, za sprawą Szwajcara Augusta Piccarda, który w 1931 roku osiągnął jako pierwszy  człowiek stratosferę, w balonie własnej konstrukcji. Piccard wraz z Paulem Kipferem w ciągu 17 godzinnego lotu w phermetycznej kabinie osiągnęli pułak 15.785 metrów. W następnym roku August Piccard pobił swój rekord dochodząc do 16.200 metrów.
W 1934 roku do rywalizacji włączyli się sowieci. W olbrzymim balonie, o prostej nazwie CCCP (wypisanej wielkimi literami na całej długości czaszy) pobili oni rekord Piccarda, uzyskując niemal 19 km wysokości. Balon Prokofjewa, Birnbauma i Godunowa był niemal dwukrotnie większej pojemności od balonu Szwajcara.

W październiku tego samego roku wystartował do stratosfery brat profesora Piccarda - Jean Piccard, z żoną, zabierając ze sobą także domowego żółwia, nie pobili co prawda rekordu - osiągając 17.672 metry, ale przyczynili się do niejakiej nerwowości pioniera przestworzy, który został pokonany przez Rosjan, bratową i żółwia. August Piccard ogłosił międzynarodowy konkurs na najlżejsze, ale i najmocniejsze płótno balonowe. Wygrała go właśnie nasza Wytwórnia Balonów i Spadochronów z Legionowa.
Cóż to był za materiał? Podstawę stanowiło płótno jedwabne z japońskiej przędzy, tkane w łódzkich zakładach Kluge i Schultz, potem obustronnie powlekane barwioną gumą w Zakładach Przemysłu Gumowego w Sanoku, według procesu technologicznego wspomnianego Stanisława Rojka. Metr kwadratowy tego materiału ważył... 35 gramów!

 W latach 1933- 1938 polscy zawodnicy pobili na balonach sportowych dwukrotnie światowy rekord wysokości w swojej klasie. Polonia II uzyskała w 1938 roku 10853 metrów. Rekord ten (w tej klasie pojemnościowej) nie został pobity przez kolejne 26 lat. Wykonano także pierwszy polski lot naukowy, w celu zbadania promieniowania kosmicznego na tych wysokościach. Po wygraniu Pucharu Gordon Benetta apetyty jednak wzrosły i powstały śmiałe plany pobicia bezwzględnego rekordu wysokości, który od 1935 roku należał do Amerykanina, majora Alberta Stevensa i wynosił 22.066 metry. Do tego pan Stevens w 1936 roku wykonał z balonu pierwszą na świecie fotografię, na której widać było krzywiznę ziemi. To dawało do myślenia!



Profesor Piccard, mający uczestniczyć w tym przedsięwzięciu niespodziewanie wycofał się z projektu, tracąc wsparcie szwajcarskich sponsorów. Postawiono zatem na własne siły.
W 1937 roku zawiązano Komitet Organizacyjny I Polskiego Lotu Stratosferycznego i ogłoszono publiczną zbiórkę pieniędzy na ten cel w prasie i w radiu. Projekt rozpalał wyobraźnię i cieszył się dużym poparciem władz i wojska. Szybko zebrano 400 tys. złotych. Bardzo pomogła Poczta Polska, przygotowując serię znaczków finansujących start balonu, oraz organizując "pocztę stratosferyczną" - za słoną opłatą można było wysłać list, który najpierw miał sięgnąć stratosfery, zabrany na pokładzie, a dopiero potem być dostarczony do adresata.

Wszystkie prace projektowe przeprowadzono w Centralnym Zakładzie Balonowym. Aerostat zaprojektował znany konstruktor balonów zaporowych Józef Paczosa.  Pierwotnie miał mieć tradycyjny kształt kulisty, jednak wkrótce został on zmieniony na owoidalny, z węższą częścią skierowaną ku dołowi. Rozmiary były potężne- w pozycji startowej aerostat miał mieć 120 metrów wysokości i 56 metrów średnicy. Wypełnienie miał stanowić wodór o objętości 4500 m3. Całość ważyła zaledwie 1,5 tony! I to wraz ze specjalną gondolą podwieszoną u dołu. Hermetyczną gondolę opracowała warszawska firma Motolux, pod wodzą inżyniera Jana Szala. Motolux był niewielką, ale znaną wytwórnią, produkującą synchronizatory karabinów maszynowych do wszystkich samolotów wojskowych polskiej produkcji, oraz gaźniki do bombowca Łoś. Gondola balonowa do bicia rekordu była majstersztykiem mechaniki precyzyjnej wykonanym z duraluminium, hydranalu i aluminium, spawanym i nitowanym, z trzema włazami zapewniającymi ewakuację załogi. Inżynier Szal musiał opracować całkowicie nowatorskie metody spawania aluminium, bo zwykłe spawy okazały się pod wysokim ciśnieniem mikroporowate. Gondola mieszcząca dwóch członków załogi ważyła zaledwie 140 kg i była zdolna przenosić ciężar 1500 kg!
Start balonu ustalono na październik 1938 roku. Dostał nazwę "Gwiazda Polski". 

sobota, 18 sierpnia 2018

Aparat, który zmieni historię.



8 czerwca 1924 roku o świcie George Leigh Mallory i jego towarzysz Andrew Irvine ubrani w grube swetry z szetlandzkiej wełny, wiatroodporne kurtki Burberry i motocyklowe czapki uszanki podbite króliczym futrem oraz gogle z maskami zakrywającymi twarz aż po brodę ruszyli z obozu na wysokości 7020 metrów zdobywać Mount Everest północno wschodnią granią. Wyposażeni w czekany, wysokościomierz, latarki i ciężkie butle z tlenem spodziewali się wrócić późną nocą jako pierwsi zdobywcy najwyższego szczytu świata. W kieszeni Irvine'a spoczywał prawdopodobnie mały składany Kodak Vest Pocket z załadowanym filmem.

Dzień wcześniej Mallory przez tragarzy wysłał wiadomość napisaną na kartce do Noela Odella czekającego w obozie IV, że zamierza ruszać następnego dnia wczesnym rankiem i spodziewa się, że w okolicach 8 rano dotrze pod tzw "drugi stopień", formację skalną markującą wejście na północno wschodniej grani. Było to zalecenie do obserwacji ich wspinaczki a obserwacja miała stanowić potwierdzenie sukcesu.

*****

Everest stał się świętym gralem wspinaczy, od początku XX wieku, kiedy to rozpoczęły się pierwsze wyprawy himalajskie. Już 50 lat wcześniej teodolitem z odległości 150 km zmierzono jego wysokość, ustalając, że jest najwyższą górą świata. Brytyjczycy, naród który oprócz krajów alpejskich chyba najbardziej przyczynił się do rozwoju wspinaczki wysokogórskiej, mieli tę przewagę, że Czomolungma, jak wtedy zwano najwyższy szczyt, leżała w granicach ich posiadłości kolonialnych. W latach dwudziestych Everest stał się jednym z celów najbardziej zdeterminowanych odkrywców, uznawano go za "trzeci biegun ziemi" i rozpoczęto szeroko zakrojone wyprawy mające zdobyć ów mityczny wierzchołek. 
Pierwsza zorganizowana ekspedycja ruszyła w 1921 roku, dotarła na wysokość 6990 metrów. Kolejna w 1922 (aż do 8300m) i następna, opisywana tu - w 1924 roku. Wszystkie te wyprawy okupione były śmiertelnymi ofiarami ze względu na olbrzymią wysokość oraz lawiny. I we wszystkich nich brał udział George Leigh Mallory.

Pierwsza wyprawa z 1921 roku. George Mallory siedzi pierwszy od lewej


Do lat nam współczesnych wyprawy himalajskie odbywały się zawsze w stylu oblężniczym, wynajmowano szerpów, przenoszono w góry masy towarów i stawiano namioty w bazie i wysuniętych obozach. Brytyjczycy zorganizowali to w sposób wojskowy i traktowali zdobycie szczytu (oprócz równie istotnej warstwy mistycznej) tak jak cel wojenny. Nie było to wcale osobliwe, zważywszy, że wielu z uczestników wypraw zdobywało swoje szlify w okopach I wojny światowej. Ten sposób działania utrwalił się na kilkadziesiąt lat.

Niemniej himalaizm, choć zorganizowany wojskowo, zawsze opierał się na barkach pojedynczych osób, zależał od ich determinacji, doświadczenia, umiejętności wspinaczkowych i umiejętności oceny ryzyka. W 1924 roku na wysuniętej szpicy obozu V liczyli na sukces dwaj wyjątkowi wspinacze - Mallory i Irvine.



Mallory był z zawodu nauczycielem historii, po studiach na Cambridge, synem duchownego anglikańskiego. Zaczynał swoje wspinaczki w Alpach, początkowo bez wielkich sukcesów, ale zdobywając coraz więcej doświadczenia w 1911 roku pokonał Mont Blanc. W 1913 wytyczył bez asekuracji drogę na Pilar Rocks, znaną jako Droga Mallory'ego, która jest uznawana do dziś za najtrudniejsze przejście wspinaczkowe w Wielkiej Brytanii. 
W 1915 roku został powołany do wojska i wziął udział w bitwie pod Sommą, jako podporucznik. Po wojnie zaangażował się w wyprawy na Everest, zrezygnował z pracy z zamiarem dołączenia do pierwszej ekspedycji i utrzymywania się z artykułów i korespondencji, co mu się w dużym stopniu udało.
Pierwsza wyprawa odbywszy szereg rekonesansów sporządziła mapy terenu i odkryła najdogodniejszą drogę pod Everest od strony tybetańskiej, przez lodowiec Rongbuk i płaską dolinę zwaną Zachodnim Cwm (tak nazwał ją z walijska Mallory). Kolejna wyprawa z 1922 roku dotarła do samej grani góry, a Mallory wraz z dwoma towarzyszami osiągnęli bez użycia butli tlenowych (wtedy uznawanych za mało elegancki doping) aż na 8225 metrów, zapadający zmrok zmusił ich do odwrotu. Co lepsza, drugi rzut wspinaczy, tym razem wyposażony w butle osiągnął jeszcze sto metrów więcej, do tego zrobił to w znacznie szybszym tempie, co skłoniło Malloryego do zrewidowania poglądów na użycie tlenu.
W 1923 roku udzielał wywiadu dziennikarzowi New York Timesa, który zapytał go po co w ogóle chce wspiąć się na Mount Everest. Jego odpowiedź przeszła do historii, jako najważniejsze słowa w dziejach alpinizmu: "Bo on tam jest" ("Because it is there").

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Pędem przeleciawszy etnologa.



Pędem zwiedzając skansen we Wdzydzach - LINK, w pewnym momencie coś złapało mnie za kołnierz i nie chciało puścić.
To były zdjęcia.
Po dobrej półgodzinie oglądania trzeba mnie było końmi z tej wystawy wyciągać, co było o tyle łatwe, że zwiedzanie odbywało się w warunkach wiejskich. Nawet kuźnia tam była, żeby podkuć, w razie czego.
Tam wisiały zdjęcia, których trudno było oczekiwać, a nawet trudno było w nie uwierzyć. Krótko mówiąc - były to reporterskie zdjęcia z Kaszub anno domini 1900. Jakie widzieliście dotąd reporterskie zdjęcia z przełomu wieków z zabitej dechami wsi na polskich terenach? Wsi znanej z tego, że psy szczekają tam tylną częścią ciała? Z Afryki - no to może i owszem. Z miasta przemysłowego, jak najbardziej - sam o nich pisałem swego czasu - LINK. Ale nie z wiochy. Jedyne zdjęcia z wiochy jakie się na wsi oglądało na przełomie wieków, to były ślubne monidła na których para młoda siedząc jak w szkółce niedzielnej pozowała fotografowi. Jedyne zdjęcie robione w życiu.
Zdjęcia reporterskie ze wsi, a tak, owszem. Zofia Chomętowska, jej jeziorowo szuwarowe Polesie (opisywane już TUTAJ), Louise Arner Boyd ze swoimi aparatami przemierzająca polskie tereny. Tak. Ale to było dwadzieścia - trzydzieści lat później, kiedy w powszechnym użyciu była już nie tylko taśma filmowa, ale i aparaty, które dało się schować do kieszeni.

Weszliśmy we Wdzydzach do stodoły, a tam fantastyczne zdjęcia. Naprawdę fantastyczne, kompozycyjnie, tematycznie i jakościowo. Mogę Wam je w pokazać w zaledwie mikroskopijnej części, sporo można obejrzeć sobie w Instytucie Herdera– TUTAJ. Zdjęcia przedstawiają życie i pracę w majątku Alexandra Treichela, zostały zrobione na jego zlecenie, przez zięcia - Bernharda Hagena. Hagen w ogóle nie był i nie jest znany jako fotograf. Był z wykształcenia lekarzem, z zamiłowania zajmował się antropologią. Nauczył się robić zdjęcia jako ceniony naukowiec, wieloletni badacz Sumatry i Nowej Gwinei. Czytając nawet jego biogram w niemieckiej Wikipedii nie dowiemy się niczego o jego fotografiach. Tymczasem w okolicach 1900 roku został zaproszony do teścia na Kaszuby, by wioskę Hoch Paleschken (dziś Wilcze Błota, ale po 1945 miejscowość nazywała się Wysokie Polaszki) potraktować jako obiekt egzotyczny niczym Nową Gwineę i sfotografować w detalach.
Fotografie zostały wykonane na szklanych płytach, zatem jakimś potężnym wielkoformatowcem. Chwała Hagenowi za to, że chciało mu się go nosić.
Pomysł wyszedł od Alexandra Treichela. Był to chłop nieprzeciętny. Widać to nawet ze zdjęć. Malownicza i fotogeniczna brodata i siwa gęba, o wnikliwym spojrzeniu, ubrany w coś w rodzaju chałatu, a czasami z fezem - toczkiem na turecką modłę na głowie. Od razu widać, że był to niezły gość.




czwartek, 19 lipca 2018

Niemcy





Opowieść z głębi zimy:

Myjnię mam niedaleczko. Rano wyglądam za okno, ostre słońce prześwietla śniegi, myślę sobie – umyję, jest okazja. Odwalam poranne obowiązki, wsiadam do samochodu czarnego jak Święta Ziemia (tak mawiał chyba mój Tata), ubrudzonego jeszcze od wyjazdów słowacko – bukowińskich (ho ho, bywało się - LINK LINK), jadę umyć.
Niestety – kolejka. Pięć aut czeka w rządku na wyszorowanie. Mam trochę czasu, decyduję się zostawić. Kiedy przyjść? Za godzinę.
No dobra. Mam godzinę na nicrobienie. Do domu za daleko, dzielnica antyrozrywkowa, taka dzielnica zepsutych latarni, żadnej knajpy ani sklepu w pobliżu, tylko chaszcze i stare domy jednorodzinne. Idę zatem. Co będę siedział. Nie raz już tu się wałęsałem.
Najpierw do rzeczki i „Użytku ekologicznego” oznaczonego czerwoną, urzędową tablicą zabraniającą tego i owego, krzaczory i zarośnięty staw skuty lodem. Zimno. Wszystko na tyłach nowo postawionej i straszliwie nowobogackiej mieszkaniówki udającej pałace. Pałace z chaszczami na tyłach. Idę. Ale nudno idę. Bywałem tu już wiele razy. Wiele razy myłem samochód. Obfotografowałem już te stawy, nowe pałace i stare wille, znam je na wylot.
Myślę – co by tu? Gazety w poczekalni myjniowej przeczytałem już trzy razy. Przecież nie pójdę siedzieć godzinę w pobliskiej Biedronce w otoczeniu świeżaków.
Ale myślę i wizualizuję sobie w pamięci dzielnicę - jest przecież muzeum. Lepiej w muzeum niż w Biedronce! Dobra nasza.

Kilka minut piechotą. Po drodze przypominam sobie historię, którą już kiedyś opisywałem. Historię więzienia - obozu na Radogoszczu. Historię wojny. Wojna, obóz, Niemcy...

Tuż po wkroczeniu do Łodzi Niemcy wyciągnęli swoje przygotowane zawczasu listy proskrypcyjne. Gestapo zgarnęło wszystkich z tych list. Nauczycieli, księży, działaczy organizacji polskich i żydowskich, społeczników. Trzeba było ich gdzieś trzymać. Z początku zorganizowany obóz w zrujnowanej fabryce Glazera szybko musiał przenieść się do potężniejszego obiektu – dawnej fabryki rodziny Abbe przy Zgierskiej. Stefan Abbe i jego rodzina zostali już wcześniej aresztowani i wysłani do Auschwitz. Tak się dogodnie złożyło. W fabryce zorganizowano tak zwany policyjny obóz przejściowy i więzienie. Obóz przejściowy służący jako przystanek do przymusowych wysiedleń, a potem przystanek do obozów zagłady. A więzienie – jak to więzienie. Więziło się tam przestępców którzy popełnili zbrodnie handlu mięsem, nielegalnego uboju, albo szmuglowali żywność, no i wszystkich którzy mogli być potencjalnymi wrogami Rzeszy Niemieckiej. Harcerzy, przedwojennych urzędników, lekarzy i ludzi kultury. Dużo ich było. Przez więzienie przewinęło się czterdzieści tysięcy osób. Radogoszcz był szeroko znany ze znęcania się nad więźniami i trzymania w nieludzkich warunkach. Wiadomo – wrogom Rzeszy należy się co najgorsze.
Byłem nie tak dawno na zewnętrzu muzeum Radogoszcz, ale bardzo dawno na wystawie w środku muzeum. Idę zatem przez mróz, śnieg skrzypi pod butami. Z daleka widzę czerwone mury tej potężnej ruiny i wieżyczkę strażniczą, która oglądana w dzieciństwie jednocześnie pociągała i przerażała. Chciało się mieć wtedy taki domek na drzewie, ale dorośli mówili, że działy się tu straszne rzeczy...

Mury ruiny. Spalonej ruiny.
Przed wkroczeniem Rosjan do Łodzi, co nastąpiło 18 stycznia 1945 roku, Niemcy w osobie dowódcy policji i SS Wilhelma Koppego, wydali rozkaz dotyczący Generalnej Guberni (a przypuszcza się że i Kraju Warty do którego należała Łódź) mówiący o tym, że żaden więzień niemiecki nie może zostać wyzwolony.
Hitlerowcy z obozu radogoskiego zastosowali się do niego sumiennie, postanawiając wymordować tysiąc pięciuset więźniów, jacy tuż przed wyzwoleniem Łodzi zapełniali więzienie. Karabinami i pistoletami poszło słabo, bo więźniowie stawili opór, więc zamknięto bramy i drzwi i podpalono budynek.
Z tysiąca pięciuset osób uratowało się trzydziestu, ukrywając się cudem w zbiorniku ciśnieniowym wody, oraz wśród trupów w jednej ze wspomnianych wieżyczek strażniczych. Była to największa niemiecka zbrodnia w Polsce dokonana podczas działań frontowych.


Ta tragedia, dokonana dzień przed wkroczeniem Rosjan, tak wstrząsnęła łodzianami, że fabryka – Pomnik Radogoszcz została pierwszym muzeum w Polsce stworzonym oddolnie – na żądanie mieszkańców.
Mną też wstrząsa.

piątek, 6 lipca 2018

Tenisiści rocznik 15


Ignacy Tłoczyński na ramionach kibiców.

Tenisowy Puchar Davisa w 1936 roku w Wiedniu nie poszedł dla Polski zbyt dobrze. Już pierwszego dnia nasz czołowy zawodnik Ignacy Tłoczyński przegrał w kiepskim stylu z hrabią Baworowskim, reprezentującym Austrię. Polegliśmy w deblu i nawet dwa wygrane mecze Józefa Hebdy z Georgem von Metaxa i Baworowskim nie pomogły uratować przed porażką. Austria zwyciężyła.

Tłoczyński, chudzielec i mikrus z Poznańskiego był jednym z chłopaków którym udało się wedrzeć do tenisa nie mając w żyłach błękitnej krwi. Tenis, z jednej strony gra stara jak świat - jeszcze na greckich wazach widać zawodników z rakietami przebijających piłkę - z drugiej elitarna, do jej rozpropagowania przyczyniły się głównie francuskie i angielskie koronowane głowy, Między innymi Ludwik VIII, Henryk VII i Henryk VIII, ten ostatni wymyślił podobno zagranie serwisowe - tusza nie pozwalała mu wyrzucać piłki w górę samemu, robili to za niego służący (ang. servants). Z trzeciej znów strony współczesny, znany nam tenis był grą młodą, kodyfkacji przepisów dokonano w okolicach 1875 roku, ale wówczas nadal był zabawą uprawianą tylko wśród najwyższych elit. Wzmożenie rywalizacji, zwłaszcza międzynarodowej, które się odbywało pod koniec XIX wieku, spowodowało pójście w cenę talentu, a zatem ci, którzy go mieli, mogli wypłynąć, nawet gdy nie zaliczali się do śmietanki. Na nieśmietankowców zaczęto w latach 1900-ych przymykać lekko oko.

Ignacy Tłoczyński pochodził z poznańskiego, jednego z mniej elitarnych i bardziej zdemokratyzowanych regionów kraju. Zaczynał jako nastoletni sparingpartner najlepszych zawodników w Poznaniu. Znany był z bardzo solidnej, regularnej gry z głębi kortu i bardzo solidnego podejścia do tenisa. Ze względu na marną sytuację finansową - grał sparingi zarobkowo, za kasę. Żeby wystąpić na mistrzostwach Polski w 1929 roku musiał otrzymać specjalny certyfikat Polskiego Związku Lawn Tenisowego, uznający że jest on amatorem. Zawodowstwo było w tenisie dżentelmenów niemile widziane, musiał nastać dopiero rok 1968, żeby się to zmieniło.
Tłoczyński w swojej karierze zawodniczej był sześciokrotnie mistrzem Polski singlistów i siedmiokrotnie w deblu i mikście. W międzynarodowych występach szło mu dobrze- zdobył mistrzostwo Nicei, Portugalii, Walii i Południowej Anglii i zdobył także dla Polski mistrzostwo Europy Środkowej. Tuż przed wojną był uznawany przez niektórych dziennikarzy za trzecią rakietę w Europie, choć w Wimbledonie doszedł tylko do trzeciej rundy.

Józef Hebda ze Lwowa, zaczynał późno, nauczył się tenisa w wieku 20 lat, wcześniej był piłkarzem. Piłkarze dość często okazują się dobrymi tenisistami. Znam kilku takich, jeden parę lat temu ograł mnie do zera w amatorskim turnieju. Nie wspominając o Rafie Nadalu, który do wieku nastoletniego nie był zdecydowany w której dziedzinie sportu rozpocząć zawodową karierę. Hebda występował w Lwowskim Klubie Tenisowym, naszym łódzkim ŁKS-ie, potem przeniósł się do Warszawy i Krakowa. W 1930 roku przebił się do polskiej czołówki, a w 1932 zdobył mistrzostwo Polski, pokonując Tłoczyńskiego. Ich kilkuletnia rywalizacja rozpalała głowy kibiców i dziennikarzy sportowych. Walczyli łeb w łeb, o przechodni puchar Millera, prezesa Polskiego Związku Lawn Tenisowego. Hebda uchodził za imprezowicza i gracza nierównego, niezbyt zaangażowanego i potrafił być w jednym meczu świetny, a w kolejnym kiepski. Za to kiedy był świetny wygrywał w pucharze Davisa na przykład osiemnaście gemów z rzędu i wyciągał wynik meczu z Włochem Emanuele Sertorio z 1:5 na 7:5, 6:0, 6:0. "Ledwie się wyrwałem z objęć ludzi. Wreszcie docieram do szatni. Otwieram drzwi i oczom nie wierzę. Ściana zabryzgana krwią. Biedny Sertorio przytrzymywany za ramiona przez kolegów. Straszny szok! - no i włoski temperament. Oni umieją się cieszyć jak nikt i jak nikt przeżywać rozpacz. Tłukł głową o ścianę. Rakietę połamał w drzazgi."

Adam Baworowski
Reprezentant Austrii Adam Baworowski pochodził z polsko- austriackiej rodziny hrabiowskiej. Urodzony w 1913 roku, grał w tenisa w wiedeńskich klubach i reprezentował Austrię w Pucharze Davisa, grupowej rywalizacji międzynarodowej, wymyślonej w 1900 roku przez studentów amerykańskiego Harvardu, którzy chcieli rzucić rękawicę Brytyjczykom zza oceanu. Student Dwight Davis, jeden z pomysłodawców turnieju, za własne pieniądze (skromne) ufundował przechodni puchar dla zwycięzców. Jest to nadal ten sam puchar, używany do dziś, choć nieco wzbogacony o dodatkową podstawkę. Do rywalizacji włączały się od początku kolejne kraje, a zawody wzięła pod skrzydła Międzynarodowa Federacja Tenisowa. W setnej edycji Pucharu Davisa wzięło udział 129 państw. Jest to jedyna okazja, kiedy tenisiści z pierwszych stron gazet biorą udział w rywalizacji grupowej, na rzecz kraju z którego pochodzą, rywalizacji od zawsze prestiżowej i ambicjonalnej. To jedyny turniej męski, w którym tenis niespodziewanie przestaje być sportem tak straszliwie indywidualnym i "krwawym", gdy dwóch kowbojów wyalienowanych z rozentuzjazmowanego tłumu staje naprzeciw siebie w samo południe. W Pucharze Davisa mają za sobą wspierającą narodową drużynę. Z jednej strony co za ulga, z drugiej - co za presja...