Więc ja, jak ten stół z powyłamywanymi nogami, wyindywidualizowałem się z rozentuzjazmowanego tłumu.
Dawno nic nie narysowaliśmy, to teraz to odrabiamy w kolejnym odcinku z cyklu "prawie jak foto". Poprzednie odcinki z cyklu można obejrzeć tutaj- LINK i z przerażeniem zauważam, że jest już ich trzynaście.
W ogóle z przerażeniem zauważam, że niepostrzeżenie Fotodinoza przekroczyła już 200 wpisów. I żadnego jubla nie było! No to teraz jest jubel- przy 204-tym.
A czy taki umowny i przysłowiowy
Cartier - Bresson to robił takie same zdjęcia jakie robią
dzisiejsi reporterzy?
No nie bałdzo.
Robił zdjęcia czarno- białe, jednym
obiektywem- 50-tką Leiki i bodaj na ogół jednym aparatem. Zupełnie
inaczej, niż dzisiejsi fotografowie prasowi, wyposażeni (też na
ogół) w baterie obiektywów i po trzy aparaty, strzelający zdjęcia
od superszerokiego kąta po straszliwe tele zdolne ściągnąć
kosmonautę lądującego na księżycu i pryszcz na nosie Szarapowej.
Czy wynikało to z braku sprzętu w
latach 30-tych i 40-tych?
Nie. To wynikało z samoograniczenia
się Cartier- Bressona.
Samoograniczanie się jest dobre,
powoduje zwiększenie dyscypliny i uwagi u fotografa, oraz nie
odciąga od tematu. Już o tym pisał kiedyś Foto- nieobiektywny
LINK. I ja też o tym piszę. Odcięcie marginesów sprzętowych i
przesadnych możliwości...
- To co będziemy teraz robić?
- Noo... Jest wiele możliwości.
(cytat)
Odcięcie tych marginesów powoduje, że
z fotografii zostaje tzw. samo sedno. Obraz, który ma być istotny.
Czy to jednak znaczy, że owe dalekie
marginesy sprzętowe to coś złego? Broń boże! Poszerzanie
spektrum możliwości jest także rzeczą która popycha fotografię
do przodu. Rzecz jasna, i jak zwykle, zależy kto i jak tego sprzętu
używa.
Henry Fox Talbot, czy Nadar, albo inni
pionierzy fotografii męczyli się ze szklanymi płytami, pokrytymi
emulsją robiąc swoje zdjęcia, a w sumie to ciekawe jakie foty by
robili, mając do dyspozycji Leicę Cartier- Bressona. Pewnie trochę
inne.
Mieliby w każdym bądź razie szerszy
wybór i trochę ułatwienia. Bo tylko o to w sprzęcie chodzi. Od
zawsze toczy się ten bieg- i od zawsze w tę samą stronę.
Kiedyś rewolucję stanowił
automatyczny pomiar światła, potem autofokus, potem możliwość
cyfrowego obrazowania. Za każdym razem taka rewolucja była falą z
jaką hurmem ruszali producenci , a wraz z nimi umasowienie tych
wynalazków. Ostatnimi czasy ciśnienie przeniosło się mocniej w
stronę filmowania, zostawiając fotografii coś na kształt
cyzelowania dawniejszych dokonań. Usprawniania, dokładania drobnych
funkcji, usoszalmediowania, zmniejszania sprzętu i polepszania
jakości obrazu, rozbudowywania możliwości softwareowych. Czy te
zmiany posuwają fotografię do przodu? Niewątpliwie, choć jakby
mniejszymi niż kiedyś krokami.
Bardzo znaczące zmiany notuje jednak
według mnie postęp techniczny w dziedzinie optyki. Nastała
ostatnio jakaś nowa era dostępności. Nadejszła
wiekopomna chwiła (cytat).
To jest właściwie niby takie sobie
nic, w porównaniu na przykład do programów składających świat w
kulkę, albo do dostępności dronów, które pozwalają obejrzeć
świat z lotu wróbelka. Niby nic. Ale jednak.
Dla mnie na przykład składanie świata
w kulkę nie jest tak atrakcyjne jak to, że za pomocą tych nowych
obiektywów można uzyskać takie zdjęcia, jakich wcześniej uzyskać
się nie dało. I to w cenie, choć drogiej, to jednak dostępnej dla
sporej części sprzętowych wariatów.
Serdecznie
witamy nowe smaczne kąski (cytat).
Mam na myśli przede wszystkim małą
głębię ostrości przy szerokim kącie. To coś co mnie podnieca.
(A mnie podnieca kafelek od pieca- cytat). Szerokie kąty
przyzwyczaiły nas od zarania do wielkiej głębi ostrości jaką
dawały, wszystko na obrazku było ostre, nawet na pełnym otwarciu
przesłony, a tutaj nagle mamy coś co przeczy tym stereotypom.
Te
filmy tak mnie zdenerwowały, że nie mogłem już zdzierżyć.
Trzeba było o filmach.
Czasami
człowiek coś musi, bo się udusi.
Przejechaliśmy
się ostatnio do Monachium (opis wycieczki na Fotodinozie - TUTAJ),
zatem należało obejrzeć film pod tym tytułem, którego się
jeszcze nie widziało.
Masz
pan chwilkę czasu? To idź pan na film, na którym pan jeszcze nie
byłeś, he he he. Wężykiem Jasiu, wężykiem...
(cytat)
Rzadko
się zdarzają filmy, które trafiają tytułem w miejsce
urlopowania. Jak byłem ostatnio w Kielcach, to za cholerę nie
mogłem znaleźć hollywoodzkiego filmu pod tytułem "Kielce". A o
Monachium- był. Zasiedliśmy do niego zatem jak do świątecznego
obiadu, wzmożeni wizytą w opisywanej lokalizacji.
Ale
po godzinie wyłączyliśmy go sfrustrowani. Rzadko mi się to
zdarza.
Steven
Spielberg nakręcił film o terrorystycznej masakrze na olimpiadzie w
Monachium w 1972 roku. Grupa Palestyńczyków z organizacji Czarny
Wrzesień wzięła tam na zakładników jedenastu izraelskich
sportowców, wszystko w blasku jupiterów i z terkotaniem
telewizyjnych kamer, które przybyły by relacjonować olimpiadę, a
tutaj trafiła się taka medialna gratka. W akcji próbującej
odbicie zorganizowanej przez niemieckie służby bezpieczeństwa-
wszyscy zakładnicy zginęli.
Rekonstrukcja
tych wydarzeń, to moim zdaniem jedna z najmocniejszych stron filmu
Spielberga, choć sam film skupia się przede wszystkim na
wydarzeniach późniejszych, kiedy to państwo Izrael organizuje
tajną komórkę, mającą za cel zemstę na terrorystach.
Rzecz
ma dotyczyć zemsty i tego czy grzechów ona jest warta.
Cel
uświęca środki, ale krawędzie pozostają zwykle nieuświęcone.
(cytat-
Ja).
Temat
zatem nośny i można go ograć na wiele sposobów.
Spielberg
namęczył się z realizacją Monachium. Świetnie zaaranżowane są
lokalizacje- Paryż, Londyn, Rzym, w końcu Liban lat 70-tych.
Troszkę brakowało mi szerokich planów z wioski olimpijskiej w
Monachium, ale Monachium nakręcono na Węgrzech, zresztą i inne
miejsca także. Było podobno blisko, żeby Spielberg wybrał
Wrocław, ale Węgrzy byli tańsi. Londyn, Ateny i Rzym zagrała
maltańska Valetta.
Rekonstrukcja
faktów z zamachu w Monachium ma świetne kręcone z ręki zdjęcia,
fantastyczne nawiązania do sławnych obrazów telewizyjnych, które
stały się symbolami tego wydarzenia- w filmie pokazują nam jakby
rzeczywistość z drugiej strony kadru. Jest to wiarygodne i
poruszające.
W
ogóle zdjęcia do filmu są fajne, z ciekawymi pomysłami i rytmami
(lusterka samochodowe i odbicia w szybach), sporo dobrze nakręconych,
dynamicznych scen nocnych, kręconych ze steadycamu i oglądanych
oczami bohatera. Tutaj w ogóle nie ma się do czego doczepić.
Nie jest to oczywiście dziwne- za zdjęcia jest odpowiedzialny Janusz Kamiński- on wie co dobre.
Orgią
dla każdego automobilisty jest oglądanie samochodów w "Monachium",
jest ich tam bardzo dużo, doskonale dobranych i stanowiących ważne
rekwizyty. Przy tym są nieoczywiste- sporo mało dzisiaj
popularnych, ale zwyczajnych w latach 70-tych aut, o których dziś
mało kto pamięta.
Dlaczego
zatem, po godzinie filmu zdecydowałem się nacisnąć "stop",
zamiast kontynuować "play" ?
Przecież
w obsadzie są i Daniel Craig i Geoffrey Rush, późniejszy królewski
lektor z "Jak zostać królem"
i Mathieu Almaric, znany
później z filmu „Motyl i skafander”, oraz z roli złego w
"Quantum of Solace". (w ogóle twórcy Bondów czerpali
potem garściami z obsady "Monachium").
Przecież
wiele osób chwali ten film jako solidne zmierzenie się z poważnym
tematem, ba niektórzy twierdzą że to najlepszy film Spielberga
(chyba nie widzieli "Indiany Jonesa" he he he).
Fantastyczny, dobrze zrobiony, trzymający w napięciu.
Ale
jednak "stop".
Otóż
doznałem wrażenia, że zostałem przez reżysera i jego
scenarzystów (Tony Kuschner, Eric Roth) olany. Zostałem uznany za
głąba, który uwierzy we wszystko, bo pokażą mu trochę wybuchów,
strzelanin i ekstra samochodów. Zrobią mu piękny anturaż, klimat,
odbiglują lata 70-te, do których ma sentyment, oraz postawią
dylemat moralny i to wystarczy.
Nie znając Niemców, nie znając
niczego więcej oprócz paru słów z niemieckiego dobrze jest mieć
jakiegoś przewodnika po niemczyźnie, jakiegoś Reiseführera.
I ja mam na
szczęście.
Można go zapytać o
różne krępujące pytania, na przykład: „czy Niemcy są tacy
sami jak Polacy?” i otrzymać krępujące odpowiedzi. Np. "NEIN,
Donnerrrrwetterrrr!!!"
Niemcy mają
skomplikowaną unionistyczną historię, boż przecie nie tak dawno
landy były osobnymi księstwami, nie dość że rządzonymi przez
osobnych władców i inne dynastie, to jeszcze podzielonymi
religijnie że bardziej nie można- na protestantów i katolików.
Oprócz tego przez niedawne pięćdziesiąt lat były podzielone na
NRD i RFN, państwa z założenia sobie wrogie, oddzielone murem i
zasiekami z których automatycznie strzelano do każdego (mimo tego
nie brakowało śmiałków, którzy się przez tę barierę
przedzierali- polecam berlińskie muzeum na Checkpoint Charlie).
Pomimo tych
wszystkich podziałów- Niemcy są monolitem.
Są cholernym
społecznym monolitem, donnerrrrwettterrrr.
Wszystkie społeczne
konflikty, podziały, tarcia, błędy są w tym kraju pomijalne.
W zupełnym
przeciwieństwie do naszego, w którym są fundamentem.
Niemcy to kraj, w
którym można przeprowadzić dowolnie założoną strategię. Można
przeprowadzić dowolną strategię zmieniającą funkcjonowanie
społeczne. I ona zadziała.
Furda tam uchodźcy,
mniejszości narodowe, konflikty polityczne.
Jest strategia. I
ona zadziała, mówię wam.
Dlatego Niemcy
poradzą sobie nawet ze świeżo zbudowanym za miliardy euro portem
lotniczym Berlin Brandenburg, który, według przepisów nie nadaje
się do użytkowania i trzeba go zaprojektować i postawić od nowa.
Ba! Może to być
zupełnie NIEPISANA strategia. Na przykład uprawianie polityki
historycznej w odpowiednim kierunku. W takim, w którym za wojnę
światową odpowiadają głównie Naziści, a Niemcy są dopiero na
drugim miejscu podium (Naziści wszystkich krajów- łączcie się
(cytat). Albo pisanie przetargów, w których wygrywają niemieckie
firmy. Nikt przecież nie napisał w ustawie, że mają wygrywać.
Wolny rynek jest przecież, paneuropejski. No ale jakoś wygrywają.
Wewnętrzną
politykę historyczną Niemcy poprowadziły wręcz wspaniale. Przez
kilkadziesiąt lat po II Wojnie Światowej historia w podręcznikach
szkolnych kończyła się na I Wojnie Światowej. I szlus. Znaczy się
Schluss. Czy to nie genialne? Gdyby było tam coś o latach 1918-
1945 to trzeba by było się tłumaczyć, wyjaśniać, interpretować,
albo co gorsza kajać. Ale nic nie było. Jakież to ułatwienie.
Dlatego jak kilka
lat temu do mojego Reiseführera
przyjechali młodzi goście z Niemiec, odwiedzając Gdańsk i
Westerplatte, to wyjechali obrażeni, bo mówimy nieprawdę. Bo to
przecież polska jednostka wojskowa z Westerplatte zaatakowała
niecnie pancernik Schleswig-Holstein, który był przypłynął z
gościnną pokojową wizytą przecież.
11 sierpnia 2015 roku nastąpiła mała
rewolucja: wredny Wizzair zmniejszył wielkość bezpłatnego,
nierejestrowanego bagażu z 55x45x25 cm na 42x32x25 cm.
To był cios w podbrzusze.
Był to mały krok dla linii lotniczej,
ale wielki krok dla tych, którzy zabierają na wakacje tylko dwie
pary majtek, po to by zmieścić więcej obiektywów. Od tego dnia
druga para majtek zaczęła nie wchodzić do bagażu podręcznego.
Od tego dnia należało przemyśleć
starannie nasze fotograficzne wybory obiektywów, które miały latać
wraz z nami jako bagaż podręczny. Ciężki orzech do zgryzienia dla
wariatów sprzętowych.
Jednak jakoś udało się osiągnąć
kompromis.
W ogóle w pakowaniu się na wyjazdy
odkryłem z biegiem ostatnich lat pewne korzystne reguły, których
nie uświadamiałem sobie wcześniej. Reguły te zostały odkryte z
musu, od czasu gdy pojechaliśmy do Bułgarii w pięć osób z
namiotem samochodem Fiat Punto na dwa tygodnie. Trzeba było odkryć
jakieś reguły, żeby móc przeżyć.
Reguły te sprawdziły się także w
lotach tanimi liniami z bagażem podręcznym. I na potrzeby latania
tanimi liniami zostaną tu przytoczone:
1. Tanie linie latają głównie w
Europie. Innymi częściami świata nie zawracamy sobie głowy.
2. W cieplejszych krajach możemy
ubierać się w znacznie mniej ciuchów. Odpuszczamy zatem wszystkie
zimne kraje- Islandię, Skandynawię, Rosję. Racjonalizujemy sobie
to w ten sposób, że w Islandii i Skandynawii jest drogo, a w Rosji
niezbyt demokratycznie. Fuj. No i poza tym zimno. Brrr.
Poza tym pamiętamy, że po pierwsze
cała cywilizacja judeochrześcijańska przyszła z południa.
Wszystko staje się jeszcze łatwiejsze. Coś pięknego!
3. Należy wybierać takie kraje w
których przepisy są traktowane jako ogólne sugestie. Będzie to
dotyczyło także bagażu podręcznego. Nie wolno, ale można
(cytat). Dość często samoloty tanich linii latają z załogą
pochodzącą z kraju docelowego, która jest odpowiedzialna za
sprawdzanie bagażu. Liczmy na to że załoga potwierdzi powyższe
stereotypy.
4. Jedna, odpowiednio dobrana para
butów zapewnia szczęście przez dwa tygodnie. Na plaży i tak
chodzimy boso.
5. W czasie deszczu dzieci się nudzą,
a my i tak siedzimy w domu, muzeum albo w samochodzie. Wszystko co
przeciwdeszczowe- jest niepotrzebne.
6. Oczywiście znaczną część ubrań
można założyć w czasie kontroli lotniczej na siebie. Nikt nie
zabroni mi lecieć w sierpniu do Grecji w walonkach, papasze i trzech
swetrach. Wolność jest. Grecy zresztą mają duży sentyment do
papach i walonek.
Nie jestem gadżeciarzem. Nawet
fotograficznym nie jestem. Stylówa- zero. Podniecają mnie co prawda
obiektywy, aparaty fotograficzne i samochody, ale od podniety dość
daleko do sięgania po portfel. Nawet Google nie wie jakie reklamy mi
wyświetlać, choć Google wie wszystko o każdym. Coś tam
wyświetla, ale prawie zawsze nietrafione. Lubię też stare rzeczy,
nawet lekko zbyt stare, cenię sobie przeszłość. Gdyby tak Google
wyświetlił mi czasem jakąś interesującą wiekową Sigmę, w
której nie działa autofokus- o to bym kliknął.
Ale nie wyświetla. Same nówki
wyświetla.
Bez łaski. Sam sobie znajdę.
Nie mogę też powiedzieć, że nie
interesuje mnie popkultura, komercja i jej obiekty. Interesuje jak
najbardziej. Zauważam niektóre chodliwe gadżety, zapamiętuję
niektóre marki i ciekawi mnie dlaczego ludzie się o nie zabijają,
na przykład stojąc w kolejkach przed sklepowymi premierami
(biografii Steva Jobsa jednak jeszcze nie przeczytałem).
Niektóre marki zapisały się trwale w
umysłach ludzi i istnieją jako ikony- takie rzeczy które były „od
zawsze”, jak się zdaje i budziły jakieś dreszcze u publiczności.
Zegarki Patek Philippe, zapalniczki Zippo, samochody Ferrari, ciuchy
od Prady, motorówki Riva, buty Nike Air, obiektywy Zeiss, dżinsy
Levi Strauss. Wszystko z różnych dziedzin i poziomów, ale jakoś
tam kojarzone przez każdego Ziemianina.
Niektóre są niezmienne, niektóre
odchodzą w przeszłość. Na przykład aparaty Kodak. Niektóre
wydają się istnieć od stu dwudziestu lat, a mają tylko
siedemdziesiąt- na przykład Ferrari (O Ferrari poczytajcie na
Automobilowni TUTAJ).
A bo ja byłem akurat dzisiaj w aptece.
I tam widziałem plakat reklamujący soczewki kontaktowe Bausch &
Lomb. Stąd wziął się dzisiejszy wpis. Bausch & Lomb z
pewnością nie należy do tej ligi marek, którą rozpoznawałoby
się na pierwszy rzut oka. Ale mnie zastanowiło to, że już gdzieś
o tej firmie słyszałem i to w zupełnie, zupełnie innym
kontekście. Nie pamiętałem jakim. Ale od czego jest wujek Google,
który żywi, broni, informuje i śledzi.
Jeśli nie nosicie soczewek
kontaktowych, to może nigdy nie słyszeliście o Bausch & Lomb.
Ale zapewne słyszeliście coś o okularach Ray- Ban, prawdaż?
Nie znacie okularów Ray Ban? Nigdy ich
nie widzieliście na oczy? Wystarczy że gdzieś widzieliście
zdjęcie następujących person: Audrey Hepburn, Michaela Jacksona,
Marylin Monroe, Jacka Nicholsona, Toma Cruse, Bono, Carego Granta,
George Michaela, Blues Brothers, czyli Dana Aykroyda i Johna
Belushiego, mających na sobie okulary.
I to nie jest żaden przypadek. To
strategia marketingowa.
A nawet jak nie śledzicie pop kultury,
tylko wchodzicie na Fotodinozę jak na elitarny blog o klasycznej
fotografii, to zapewne znacie jedną z klasycznych fotografii
generała Douglasa Mc Arthura wkraczającego na wyspę Leyte
(Filipiny), po dwóch latach od wycofania się Amerykanów z Filipin
po tym jak ich Japończycy pobili. Jest setka zdjęć z generałem,
bo to było wydarzenie stricte propagandowe.
By U.S. Army Signal Corps officer Gaetano Faillace [1] - This media is available in the holdings of the National Archives and Records Administration, cataloged under the National Archives Identifier (NAID) 531424. Wikipedia.
Tego się pewnie juz nie zauważa, ale
Polska jest konglomeratem jakich mało. Zbitką dzikości i
cywilizacji, nowoczesności i przaśności, mądrości i idiotyzmu,
piękna i brzydoty.
Tak sobie wyobrażam Kielce, symbol, jako szczyt ohydy,
Jak jakiś Paramount najgorszej małomiasteczkowej brzydy.
A może piękne to jest, ach, miasteczko, ach, i nawet miłe
I niełatwo jest w nim złapać nawet kiłę...
W każdym razie tam przyjacielem być i w tych warunkach
Trudniej jest niż w afrykańskich najpiekielniejszych wprost stosunkach.
Gdy człowiek gębą sra,
A tyłkiem podpatruje obroty gwiazd i mgławic dalekich spirale (...)
Witkacy
Z drugiej zaś strony pełno u nas
pięknych pejzaży, wierzb rosochatych jak z Szopena, tam tadam
tadadadam tadam, lasów jak mało gdzie, wiosek strzechą krytych,
zamków, dworków i bukolicznych okolic.
Niemniej Ciechocinek przerósł
wszelkie oczekiwania. To jest mistrzostwo Polski w łaciatości,
mówię wam. Nie wierzycie? W ogóle łaciatość się wam z
szacownym Ciechocinkiem nie kojarzy? My też wcale się tego nie
spodziewaliśmy, po raz n-ty pędząc autostradą Amber Gold One na
północ.
Ale jednak, proszę Państwa, ale
jednak...
Ciechocinek jest miejscem w którym
sezon trwa cały rok. Powered by NFZ.
Kojarzy się przede
wszystkim emerycko, wypoczynkowo i słono. W Ciechocinku gdzie park
zdrojowy Maxi Kaz rusza na łowy. Wszyscy znają.
Ta piosenka jest przykładem Na
to, że to nie wstyd żaden W Ciechocinku się urodzić I
niewiasty tam uwodzić
Tekst jest perłą, a muzykę Trzeba
nazwać majstersztykiem
Choć głośno o mnie w
Warszawie Pozwólcie że się przedstawię Kazik mi na imię
dali, w skrócie Kaz W Ciechocinku mam mieszkanie Tu przyjezdne
bawię panie Umilając im sanatoryjny czas (...) Zawsze
wszystko daje z siebie Żeby były w siódmym niebie Ale tylko
jeden raz Taki ze mnie Maxi Kaz Zimny jak polodowcowy głaz
W Ciechocinku, tam gdzie dom
zdrojowy Maxi Kaz rusza na łowy Na deptaku czai się na
panie Każda szansę dziś dostanie Taki ze mnie Maxi Kaz
T-Raperzy znad Wisły
Ktoś zrobił krzywdę ś.p. Jerzemu Waldorffowi wystawiając mu tenż pomniczek.
Każdy skądś tam wyrasta. Choć nie
każdy się do tego przyznaje.
Na wielkim dębie każdy wyrasta z
jakiejś gałęzi, a ta z kolei z jakiegoś konara. Dołem korzenie.
Gdzieś tkwią w człowieku geny i kształtowanie. Czasami da się je
wypatrzeć w rzeczach ulotnych.
Jak zobaczyłem zdjęcia jednego z
fotoreporterów Life'u- Andreasa Feningera, to pomyślałem sobie-
oho, coś w tym musi być! Te zdjęcia są inne. Grafika i struktura
w nich aż bucha.
Franz, to nasz! (cytat)
fot: Andreas Feninger
fot: Andreas Feninger
Na razie Andreasa nie ma jeszcze na
świecie:
Karl
Karl Feninger pierwszy raz przyjechał
z Niemiec do USA wraz z rodzicami, w wieku 9 lat. Jego zdolności
muzyczne odkryto w St. Mary's College w Columbii, gdzie trafił na
dobrego nauczyciela, który skierował go w stronę kariery solisty
skrzypcowego. Zadebiutował szybko koncertem Bethovena w wieku 14
lat. Wrócił niedługo potem do ojczyzny, gdzie kontynuował studia
w Lipskim Konserwatorium. Oprócz rozwijających się perspektyw
muzyka- solisty spróbował także pracy dyrygenta.
Potem w USA wybuchła Wojna Secesyjna.
Bo to wszystko w XIX wieku było.
Młody Feninger rzuca Niemcy i jedzie z
powrotem do USA, gdzie zapisuje się do armii unionistów i służy
pod rozkazami generała Quincy Gillmoura.
Kim się czuł zatem? Niemcem?
Amerykaninem?
Krwawy konflikt na szczęście nie
wpłynął na jego dalsze losy. Po wojnie domowej wrócił do muzyki
i koncertowania. Dał kilka chwalonych występów w Nowym Jorku, a
potem pojechał do Afryki Południowej na tourné.
Wrócił do Niemiec, gdzie jego kariera muzyka rozwijała się w
najlepsze.
Kilka lat później sprawdził swoje zdolności jako kompozytor. Napisał koncerty, poematy muzyczne,
operę i symfonie, komplementowane przez samego Franciszka Liszta.
Zajął się także uczeniem gry na fortepianie. W Niemczech
wypracowywał swój dydaktyczny styl i metody, jednak już niedługo
znów przeniósł się do USA.
W Stanach został dyrektorem do spraw
muzyki w żeńskim koledżu w Stamford, gdzie pracował przez 32
lata. Opracował własny sposób uczenia muzyki, „oparty na
znajomości ludzkiego charakteru”, opisał go w książce „An
experiential psychology of music”.
Karl ożenił się
z pianistką i śpiewaczką z którą koncertował długie lata. W
1871 w Nowym Jorku urodził im się syn Lyonel Feninger.
A co to wszsystko
ma wspólnego ze zdjęciami Andreasa Feningera? Niby jeszcze nic.
Nadal jeszcze nie ma go na świecie.
To jest wpis z serii Projekt Okrążenia Łodzi, w którym krążymy sobie wokół stacji Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej. Generalnie kręćka można dostać, mówię wam. Jak to w Łodzi.
Tymczasem na stacji Łódź Żabieniec. Najponurszej stacji w mieście:
Ja wiem co tu jest. Tu nic nie ma
(cytat). No nie- jest jedna znacząca, przepotężna rzecz w pobliżu-
ZUS. Tam czyhają nasze emerytury. Albo nie. Nie wiadomo.
Z tyłu czai się ZUS. (Sigma 90 Macro + Canon 5D- f/2,8, -0.33 EV)
Natomiast
skoro do emerytury daleko, to trzeba niestety pojechać też dość
daleko od stacji Łódź Żabieniec, żeby obejrzeć coś ciekawego,
a nie tylko Teofiów Przemysłowy i bloki z lat 70-tych. Ale da się.
Obierzemy kierunek północny. (...) Stanął chłop pośrodku pola Splunął, odbił się mocno. Przeleciał koło kościoła Poleciał w stronę północną. (cytat).
Właściwie odległość do kolejnego
przystanku ŁKA (Łódź Radogoszcz Zachód- 3,8 km) można by z
przyjemnością pokonać rowerem, ponieważ na tym odcinku zahaczamy
o przestrzeń gdzie formalne miasto przenika się z wsią. Tutaj
napotkamy ślady dawnych podłódzkich folwarków, a także spędzimy
przyjemny czas w wiejskich ostępach, wśród działek oraz użytków
ekologicznych. Już kilometr od dworca Żabieniec opuścimy asfalt na
rzecz ulic gruntowych. Wszystko to w ścisłych granicach Łodzi.
Światełko w tunelu na Żabieńcu. (Sigma 90 Macro + Canon 5D- f/3,2, -0.33 EV)
I właśnie w te najbliższe leśne
ostępy kryją jedną skromną, acz intrygującą tajemnicę, dla
której warto wystawić rower na peron dworca Łódź Żabieniec.
Właściwie ciężko będzie nazwać to
zwiedzaniem zabytku.
Są różne rzeczy pamiętane i różne
zapomniane. Cała polityka polega ostatnio na robieniu wrzutek, które
przykryją wczorajsze sensacje. Wszyscy tak robią. Znana sprawa. To
zwykle działa. Ale nie, nie damy sobie zamydlić oczu na
Fotodinozie. Nie wszystko było takie piękne jak twierdzi marketing.
Canon właśnie będzie otwierał
szampany i przeżywał uniesienia związane z okrągłą rocznicą
systemu EOS, któremu stuknęła trzydziestka. Znaczy się już od
pięciu lat może jeździć na żółtych tablicach. A ponieważ
nieliczne z jego obiektywów wydają się być tworzone na żółtych
papierach należy je zebrać i przypomnieć, bo jak pamiętacie sam
Canon cierpi na Alzheimera- LINK.
Nie tylko chodzi tu o obiektywy
najtańsze i projektowane tak aby tylko istniały- w rodzaju słynnego
38-76 f/4,5-5,6 o którym się kiedyś pisało jako o rzekomym denku
od słoika-LINK, albo 18-55?3,5-5,6,
który wszyscy dostawali zupełnie gratis za dwieście złotych do
swojego nowego aparatu i prawie dawało się nim robić zdjęcia.
Chodzi tu o różne rzeczy.
Ludzie najbardziej nie lubią
różnych rzeczy
Krzysztof Gol
Każdy z tych obiektywów jest jakąś
zadrą na gładkim szkle historii Canonów EOS z tego czy innego
powodu. Niektóre wcale nie były tanie. Dwa z nich noszą na sobie
dumny czerwony pasek i czerwoną literkę „L” oznaczającą
„Luxury”.
Nie zobaczycie
już tego co ja widziałem własnymi oczami. Czas przeminął. Tak
jest ze wszystkim. Możecie sobie tylko to wyobrazić.
Raz na kilka dni
Facebook ze swych odmętów przynosił mi chwilę estetycznej
radości, kiedy to Stocznia Łódź staczała ze swych pochylni
kolejne zdjęcie. Szczęka mi opadała, endorfina się wydzielała i
życie było nieco piękniejsze.
Nie ma już
Stoczni Łódź. Ale endorfiny zostały we wspomnieniach.
Czym była? Skąd
się wzięła? Kto tworzył? I dlaczego? Trudno o precyzję w wypadku
internetowego projektu, który zniknął jak sen jaki złoty.
Powiem wam, że
po raz pierwszy w życiu Fotodinoza (w pluralis majestatis)
nawiązała kontakt z twórcami których zdjęcia ma się zamiar
krytycznie analizować. (Mamo, mamo, nawiązałam kontakt!- cytat).
Ale istniało ryzyko. Duże ryzyko. Że obiją po mordzie, kiedy bez
pytania gwizdnę sobie ich zdjęcia w ramach prawa dozwolonego
cytowania na niekomercyjne potrzeby. Wszyscy jesteśmy z Łodzi i o
to chodzi. Tu w ogóle po mordzie można dostać.
Piernik, Kopernik, ratusz, Wisła,
Apator Toruń, krzywa wieża, ruiny zamku, planetarium, obiad w
makdonaldzie, autobus. Wycieczki szkolne lecą tym tropem. W młodszej
części młodości bywałem wielokrotnie w Toruniu i też leciałem
tym tropem. Ale dorosłem. Doczytałem. Zdziwiłem się.
I teraz już wiem, że w tym Toruniu
zupełnie nie o to chodzi.
Dzisiaj Toruń leży gdzieś tam w
środku północnej Polski. Tak się dziwnie jednak składa, że w
poprzednich swych życiach leżał zwykle w pobliżu jakiejś
granicy. Najpierw w pobliżu granicy krzyżacko- pruskiej. Potem
odwrotnie- prusko- krzyżackiej, potem polsko- krzyżackiej, potem
prusko- polskiej, potem księstwowarszawsko- rosyjskiej, potem
prusko- rosyjskiej przez chwilę rosyjsko- pruskiej, potem znów
odwrotnie. Wszystko w zależności od tego kto akurat miał Toruń w
posiadaniu. W każdym razie granica zawsze była tuż-tuż.
A miasto miało wiele zalet. Przede
wszystkim Wisła się tu wypłycała. Można było z jednej strony na
drugą- siup, bez zamaczania majtek. No i bogato było. Oj bogato.
Wielce multikulturowo, z racji owych granic. Prusko, polsko i
autonomicznie. Za czasów polskich wojen z Krzyżakami Toruń na
przykład wsparł króla Włodzimierza Jagiellończyka kwotą 200
grzywien, co było równe OSIEMDZIESIĘCIOLETNIM dochodom miejskim
ówczesnego Krakowa. Znaczy się- biednie nie było.
Transport rzeczny, składy soli,
międzynarodowy handel (granice!), uniwersytet, a potem jeszcze Toruń
jako główny ośrodek luteranizmu w regionie- wszystko to powodowało
przyrost gotówki w mieście.
No ale trzeba było się zbroić.
Przecież granica tuż-tuż. Jeszcze ktoś napadnie.
No więc Toruń się zbroił przez całą
swoją długą historię.
A ostatni napad połączony z rujnacją
miasta miał miejsce w 1703 roku, kiedy to zbombardowali go Szwedzi.
Potem (aż do dzisiaj) nikt nie rujnował militarnie Torunia, no
chyba że dekretami urzędowymi. Cudem boskim nie zdemolowali go
nawet Rosjanie w 1945, nie wiem co ich powstrzymywało.
Tymczasem przez wieki Toruń został
uzbrojony tak, że lepiej nie można.
I, jak to mawiał jeden mój kolega- to
jest jednak coś!
Czy to w ogóle ładnie tak zostawiać
kogoś w parku? W poprzednim odcinku zostaliście w Parku
Julianowskim jak ten Himmilsbach z angielskim. Odczekaliście na
ławce w samym sednie, w samym jądrze fabrykanckich dóbr Julianowa,
z których został tylko park i pałacyk myśliwski. Zima nadeszła,
a Wy nadal na ławce.
Ruszymy z parku tropem geograficznym, a
nie chronologicznym i dokończymy dzielnicę Julianów po zachodniej
stronie torów i na północ od Parku Julianowskiego. To znaczy
właściwie będzie to część dzielnicy administracyjnej Julianów-
Marysin-Rogi, która jest tak zorganizowana, że nikt nie wie gdzie
leżą jej podziały, ani nie jest pewnym czy dobrze poprowadzono jej
granice.
Niektórzy północny Julianów uznają
już za Radogoszcz na przykład. Nawet stojące tam muzeum nazywa się
„Muzeum Tradycji Niepodległościowych- Radogoszcz”.
Ze względu na willowy i tradycyjnie
„elitarny” image dzielnicy Julianów deweloperzy z pobliża
starają się podczepić nazwowo do Julianowa, pomimo tego że ich
inwestycje leżą gdzieś hen od niej daleko. Znana sprawa. W
Warszawie są o to nawet procesy deweloperów z Urzędami Gminy (np.
Saska Kępa), w Łodzi nie doszliśmy jeszcze do tego poziomu
snobizmu. Ale wszystko przed nami.
Dzielić i parcelować Julianów
zaczęła jeszcze fabrykancka rodzina Heinzlów, kiedy to łódzki
przemysł stracił nagle swojego głównego odbiorcę- Rosję, bo nie
dość, że Polska odzyskała niepodległość, to jeszcze Rosja
zniknęła z map świata, zastąpiona przez Związek Radziecki. W
związku z zakręceniem kurka wszystkie fabryki łódzkie (a było
ich po I wojnie jeszcze 613 sztuk, według Państwowej Inspekcji
Pracy, a przed wojną ponad tysiąc) przędące przędzę i tkające
tkaniny zaczęły prząść bardzo cienko.
Heinzlowie, ze swoim olbrzymim
majątkiem obejmującym całe północne kresy Łodzi wraz z
olbrzymim Lasem Łagiewnickim od lat po I Wojnie Światowej dzielili
włości na małe działki i sprzedawali po kawałeczku. Las był
systematycznie karczowany, a drewno sprzedawane na skalę
przemysłową, przyczyniając się do budowlanego rozwoju miasta.
Północny Julianów, który właśnie
zaliczymy stanowi zespół różnych reliktów owej rozprzedaży-
zabudowa jest tu willowa, ale bardzo zróżnicowana, bo do lat
60-tych -70-tych nadal przetrwało tu sporo pustych działek, które
zostały, a nawet zostają zabudowywane dopiero w naszych czasach.
Sporo ulic jest tu nadal gruntowych. Sprawia to wrażenie pewnego
chaosu, ale przykrytego dużą ilością zieleni, co zapewnia ciekawy
klimat.
Zaprawdę
powiadam wam, oto nadchodzi wiek miecza i topora, wiek wilczej
zamieci. Nadchodzi Czas Białego Zimna i Białego Światła, Czas
Szaleństwa i Czas Pogardy, Tedd Deireádh, Czas Końca. Świat umrze
wśród mrozu, a odrodzi się wraz z nowym słońcem. Odrodzi się ze
Starszej Krwi, z Hen Ichaer, z zasianego ziarna. Ziarna, które nie
wykiełkuje, lecz wybuchnie płomieniem. Ess'tuath esse! Tak będzie!
Wypatrujcie znaków! Jakie to będą znaki, rzeknę wam - wprzód
spłynie ziemia krwią Aen Seidhe, Krwią Elfów...
Statystyki z artykułu mówią pewne oczywistości,
jakie rzucają się w oczy każdemu, kto zajrzał do sklepów
fotograficznych lub też obserwował czym to ludność fotografuje. I
jak często.
Bardzo często. Non stop.
Do wszystkich tych statystyk przydałby
mi się jeden wykres- taki który pokazuje ile zdjęć robi się na
świecie. Ja wam go narysuję (dane oparte zupełnie na niczym,
oprócz obserwacji życia):