wyświetlenia:

niedziela, 14 marca 2021

Nie uwierzyłem w to, co widziałem. Plus obiad.





Szwajcaria! Tu się oddycha! (cytat).
Jak wiadomo - Szwajcaria to kraj szwajcarskich serów, szwajcarskich zegarków, szwajcarskich scyzoryków, banków, templariuszy - LINK i, oczywiście, franka w pełni szwajcarskiego. 
Jak pisał Lem:
Ostatecznie zdecydowałem się na Szwajcarię. Od dawna nosiłem w duszy jej obraz. Ot, wstajesz rano, podchodzisz w bamboszach do okna, a tam alpejskie łąki, liliowe krowy z wielkimi literami MILKA na bokach; słysząc ich pasterskie dzwonki kroczysz do jadalni, gdzie z cienkiej porcelany dymi szwajcarska czekolada, a szwajcarski ser lśni gorliwie, bo prawdziwy ementaler zawsze się troszeczkę poci, zwłaszcza w dziurach, siadasz, grzanki chrupią, miód pachnie alpejskimi ziołami, a błogą ciszę solennie punktuje tykot szwajcarskich zegarków. Rozwijasz świeżutką "Neue Zürcher Zeitung", wprawdzie widzisz na pierwszej stronie wojny, bomby, liczby ofiar, ale takie dalekie to, jakby za pomniejszającym szkłem, bo wokół ład i cisza.
No i postanowiliśmy spróbować tej Szwajcarii. 
Jednym z miast typowo szwajcarskich jest Międzygórze na Dolnym Śląsku.


Ech Dolny Śląsk. Nie da się tam żyć, za jasną cholerę! Ja i Dolny Śląsk. Dolny Śląsk i ja - byty doskonale dopełniające się. Byty zbyt idealnie pasujące. Jak ruszę w ten Dolny Śląsk, to z całą pewnością nie mam szansy zdążyć na żaden obiad. Nie dojadę! Mowy nie ma! Jedziemy na przykład, już spóźnieni, na obiad, trzeci raz już tego dnia drogą nr 392. Trzeci raz już mijamy dwa pałace w Ołdrzychowicach Śląskich, już wcześniej pofotografowane i obejrzane, a tu Współfabrykantka mówi nagle: zobacz, zobacz tam! Zobaczam tam, a tam wznoszą się z krzaków renesansowe szczyty bez żadnego dachu na wzgórku. Już chciałbym tam lecieć, ale przypomina mi się, że zaraz obiad, więc hamuję jeno na poboczu, tylko lufą fotograficzną z daleka strzelam te renesansy zrujnowane. No strzelone, jedyny zysk z renesansów, bo trzeba dalej. Chowam aparat ruszam pędem na stygnący obiad, wzrok mój ześlizguje się mimochodem na przeciwną stronę drogi, w kępę bezlistnych drzew, gdzie - nie uwierzycie! (ja też nie wierzę) - CZWARTY pałac na odcinku ostatnich dwóch kilometrów świeci w krzaczorach zrujnowanymi murami bez dachu! Obiad zwycięża, nie sięgam po aparat, nie będzie zdjęcia i zwiedzania. Nie będzie, kurdebalans, bo choćby nie wiem jak się natężał - to nie udźwignie. Taki to ciężar! Nie ma szansy obejrzenia wszystkiego, co się napatacza po byle dolnośląskiej drodze, bo tego po prostu jest za dużo. Kiedyś trzeba jeść i spać, więc nie da rady. No już trudno.
Na to trzeba poświęcić nie wydłużony weekend (jak my teraz), nie wakacje, ale pół życia trzeba poświęcić, żeby obejrzeć wszystko co tu stoi.
 

 
 
Dolny Śląsk mogę porównać tylko i wyłącznie do dwóch regionów turystycznych - do Włoch południowych (które podobno są światowym rekordzistą w ilości zabytków), oraz do Transylwanii, która też jest, ale nikt o tym nie wie. Trzeci jest Dolny Śląsk. To jest nie do uwierzenia - w KAŻDEJ marnej wsi tego regionu stoi zabytek i to nie byle jaki - przeciętnie barokowy, dość często renesansowy, a najczęściej klasycystyczny. Mają one jedną wadę - najczęściej są to rudery maksymalne, na które przeciętny turysta nie chce rzucać okiem. A zalety? Są zupełnie darmowe, jak piszą sąsiedzi Czesi - je to zdarma, a druga zaleta - trafiają idealnie w moje gusta i zainteresowania.
Trafia się tu, w ziemię Kłodzką jak do jakiego obcego kraju. Wszystko tu jest kompletnie inne, niż w mym miejscu zamieszkania. Drastycznie inne. Zacznijmy od tego, że przeciętne gospodarstwo rolne środkowej Polski wygląda tak: parterowa niska chatka, dość często drewniana, nie więcej niż dwuizbowa, mikroobórka murowana ze stryszkiem, no i stodółka z ciemnych desek - największy obiekt w obejściu, bo bez magazynu siana i zbóż do przednówka się przecie nie dociągnie. 
Przeciętne gospodarstwo na Dolnym Śląsku jest inne zgoła: na wstępie dom mieszkalny typu mastodont - czterkondygnacyjny kilkunastopokojowy, z przegigantycznym poddaszem pod stromymi skosami - w naszej okolicy tej wielkości stawiano wiejskie szkoły. Mury tego domiszcza mają u podstawy z siedemdziesiąt centymetrów grubości. Dalej idzie obora, o objętości takiej jak dom, tyle że dwukondygnacyjna, bo kondygnacje wysokie, a dalej, owszem, stodoła, ale w pełni murowana, też wysoka na dobre osiem metrów. Całość to forteca, kubaturą mniej więcej z sześć razy przewyższającą obejścia rolnicze ziemi łódzkiej i okolic.
Znaczy się bogato było!

Typowy zestaw dolnośląski.





A skąd to, kurdebalans, takie bogate? A z osiemnastego i dziewiętnastego wieku.
Nie dość, że Prusak, Fryderyk II Wielki gwizdnął sobie cały Dolny Śląsk, to jeszcze zlał po łbach Austriaków, na samym początku tego osiemnastego. To może i jeszcze tak bardzo dochodowe by nie było, ale w 1871 Prusy złomotały Francuzów. A Francuzy co? Wiadomo - bogate są, to niech kontrybucję płacą. Pięć miliardów franków w złocie. Już kiedyś, w czasie bytności w Toruniu - LINK , postanowiłem sobie policzyć ile to tak naprawdę było. Otóż było to 1450 ton złota. W dzisiejszych pieniądzach byłoby to 27 miliardów dolarów. Czy to się przełożyło na bogactwo Dolnego Śląska? Poniekąd zapewne, nawet bezpośrednio - Prusy za te pieniądze pobudowały sobie nieziemskie ilości infrastruktury - przede wszystkim koleje, ale też liczne, rozsiane po całym regionie tamy i elektrownie na rzekach - część z nich zwiedziło się już wcześniej TUTAJ. Dotacje dla rolnictwa, niczym w dzisiejszej Unii Europejskiej zapewne nie były wówczas stosowane, ale francuskie kontrybucje musiały przyczynić się do jednego - olbrzymiego wzrostu koniunktury. Dlatego chłopi pod Kłodzkiem mogli budować sobie fortece, podczas gdy ci z Mazowsza i Łowickiego zaledwie kurze chatki. Stać ich było, tych pruskich chłopów i dawali radę utrzymać to wszystko z roli.

To bogactwo jest aktualnie przekleństwem zabytków Dolnego Śląska. A myśląc uniwersalniej - przekleństwem większości budynków Dolnego Śląska w ogóle. Jak trochę podumać, to dawne bogactwo jest także straszliwym brzemieniem wszystkich innych polskich zabytków.

Teraz będzie moja prognoza: pójdą one na rozkurz i nic ich nie uratuje. Ani prywatni inwestorzy, ani państwo polskie. Z kartonu, notabene. Tako rzecze wesoły pesymista. Oglądajcie te zabytki szybko, bo skończą marnie. Jeszcze oczywiście trochę postoją - tak solidne budowle nie zawalają się w pięć minut, szacuję, że jeszcze z pięćdziesiąt lat postoją. Ale potem szlus. Szlus-ende, jak mawiali Prusacy.
Otóż nie ma najmniejszych szans, aby tak intensywna koniunktura powtórzyła się kiedykolwiek w przyszłości na polskiej prowincji. Idzie raczej w drugą stronę - rolnictwo jest opłacalne tylko wtedy, gdy jest na skalę maxi, to na skalę mini ma się coraz gorzej (a byłoby pewnie fatalnie, gdyby nie dopłaty unijne). Miasta, owszem, pewnie będą kwitnąć i produkować PKB. Na wsi będzie w najlepszym wypadku tak jak jest teraz. 
Zmieniły się warunki gospodarcze. Zmieniły się priorytety i stosunki. Nie da się produkować z zyskiem plastikowych budzików ani ciuchów, bo Chińczycy/ Tajwańczycy / Wietnamczycy zawsze będą tańsi - dlatego łódzkie (i inne) fabryki będą stały w ruinie po wsze czasy. Nie da się za wypłatę dzisiejszego rolnika utrzymać pruskiej fortecy wiejskiej w dobrym stanie. Przemysł turystyczny i rozrywkowy nie jest w stanie zastąpić dawnych funkcji - ileż tych galerii handlowych w starych browarach można w końcu stawiać? Ile budynków można przerobić dolnośląską agroturystykę? Wszystkie? Z całą pewnością nie. Zostaliśmy z tymi zabytkami jak Himmilsbach z angielskim. Będą stały i popadały w ruinę, chociaż ich szkoda.
Zatem spieszmy się zwiedzać zabytki, tak szybko się zawalają.
 
 



Dzisiaj zwiedzimy sobie kilka zawalających się zabytków i nieliczne odremontowane, ze cztery renesansy, z pięć baroków, a może i jaki klasyczny klasycyzm. A co. Przy tem, nie zrobimy więcej niż jakie sześćdziesiąt kilometrów. No, może sto. My to zwiedzaliśmy przez dwa dni, ale można w mniej, jak kto nie do obiadu, tylko od rana do wieczora. Ale można też więcej. Ja mógłbym tak całe życie.

Generalnie większą część tego co widzimy na ziemi kłodzkiej zawdzięczamy niejakiej Mariannie Orańskiej (rocznik 1810). To ci była kobieta! Miała dwa miasta, 35 wsi i 16 tysięcy hektarów posiadłości. Do tego była niezłą laską. I to jeszcze z królewskiej rodziny holenderskiej, skoligaconej z Hohenzollernami. Odziedziczyła majątek na Dolnym Śląsku po matce i przez całe życie zajmowała się jego pomnażaniem i ulepszaniem. Nie wyłączając polepszania życia swoich feudalnych poddanych. Została zapamiętana jako "dobra pani", wiele energii poświęciła działalności charytatywnej. Zakładała szkoły rzemiosła, ochronki dla dzieci i szpitale. Przede wszystkim jednak rozkręciła na Dolnym Śląsku taki biznes, że po prostu wszyscy zaczęli kosić niemożebną kasę. Korzystali nie tylko właściciele, ale skapywało i bezrobotnym dotąd chłopom. I babom.
Otóż tak: w kłodzkim jeździmy do dziś po drogach, które zbudowała Marianna. Kąpiemy się w basenach uzdrowisk, które postawiła, chodzimy po lasach na jej polecenie zasadzonych. To jej zawdzięczamy wszystkie billboardy, które stoją przy szosach z Lądku Zdroju do Stronia Śląskiego. Tak jest. Bo wszystkie reklamują wędzone pstrągi. To Marianna sprowadziła te ryby na Dolny Śląsk.



W 1840 roku Marianna Orańska kupiła Wölfelsgrund,czyli dzisiejsze Międzygórze. I postanowiła zrobić tam Alpy. Co prawda nie na wzór szwajcarski, jak usiłowałem to wam wmówić w pierwszym akapicie, tylko na wzór tyrolski. Niewielki ekskluzywny kurort, który powstał w ciasnej dolinie odwiedzały same koronowane głowy. Był w dwudziestoleciu międzywojennym jednym z najdroższych w Niemczech, na tyle wypasionym, że już w 1930 roku trzeba było tu otworzyć warsztat samochodowy. Szukając przeszłości Międzygórza można natknąć się na wiele niedawnych jeszcze artykułów, opisujących tę wioskę jako kurort podupadły, a wręcz opuszczony (to lata 2000). Pocieszę was - dzisiaj zupełnie tak nie jest. Międzygórze kwitnie. Jest to jeden z nielicznych pocieszających przykładów. Niemniej miasto miało szczęście - już od zarania należało do branży rozrywkowo turystycznej, która dziś przeżywa boom.

Niejedyny to kurort w okolicy. Jak wiadomo nie ma takiego miasta "Londyn". Jest inne miasto. Bardzo atrakcyjne zwiedzalniczo, bo różnorodne wielce. Ma i średniowieczną starówkę i zdechły kościół w środku miasta i, na obrzeżach, część kurortową, w której bywały wszystkie króle i cesarze wszystkich naszych zaborców. No normalnie mogli sobie w Lądku Zdroju (Bad Landeck) ustalać jak nas rozkroić, żeby nikt stratny nie był.
 
Bad Landeck... Znaczy się Good Landeck. Chciałem powiedzieć Lądek. Lądek Zdrój.

 
 



 
Sedes pod kolor! Co za wspaniała kompozycja!
 
To są miejscówki ogólnie znane. Fundusz Wczasów Pracowniczych wysyłał tam waszych dziadków. Albo przynajmniej Armia Czerwona. Ale oprócz tych znanych i lubianych jest na ziemi kłodzkiej przepotworna ilość (czy tam liczba) kompletnie nieznanych. Na ziemi łódzkiej przyjęlibyśmy je z otwartymi ramionami i w huku fanfar, tutaj niszczeją sobie po krzakach. W takim na przykład Żelaźnie, wsi którą przelatuje się w trzydzieści sekund pędząc bezrefleksyjnie drogą nr 33 w stronę Czeskiej Republiki istnieją sobie zabytki następujące: jeden pałac znany i reklamowany billboardem (jest w nim restauracja) zbudowany dla Hoffmannów, wielki i klasycystyczny, drugi pałac, niejakich Münhausenów stojący pusty i bezczynny, dość znany, opisany w przewodnikach, jedna mieszkalna wieża obronna, średniowieczna, także znana, bo rzuca się w oczy z szosy, jeden kościół warowny, ale nieszczęśliwie przebudowany w czasach baroku, też dość widoczny, ale oprócz tego: dworzec kolejowy szachulcowy, rocznik 1907 nieznany żadnemu podróżnemu od 1994 roku, bo wtedy zlikwidowano połączenia kolejowe, oraz coś czego nie ma w żadnym książkowym przewodniku - piec wapienniczy przy torach kolejowych. Trzeba dopiero było pójść w krzaki na siku, żeby odnotować ten zabytek. Bez tego nic! (jak pisał Lem).
 
Ołdrzychowice Kłodzkie, fabryka Lindheima.

 

 
 

 
A trzy kilometry dalej za Żelaznem zaczynają się Ołdrzychowice Kłodzkie, gdzie spodziewaliśmy się jednego pałacu, a są dwa. I to jakie! Jedziemy sobie, jedziemy, a tu Łódź na nas napadła, miasto rodzinne. Nagle łup! Wieeeelka zrujnowana fabryka jak, nie przymierzając, Biała Fabryka Geyera przy Piotrkowskiej ulicy. A tuż obok tej kompletnej rudery kompletny wypas - dawny pałac właścicieli, niejakich Oppersdorfów, odnowiony za pomocą jakiejś kaskady pieniędzy. To dzisiaj dobra kościelne - klasztor franciszkanek szpitalnych. Proszę sióstr franciszkanek, teraz może by tak fabrykę kaskadą mamony odrestaurować?
Tylko co potem w niej zrobić? Dylemat jak zwykle.

A trzy kilometry dalej

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Panta rhei. Dziwna historia Kodaka.


No więc tak: Jak w XIX wieku robiło się zdjęcia w plenerze? Trzeba było wziąć ze sobą ciemnię. Bez tego ani rusz. 

Do lat osiemdziesiątych tegoż XIX wieku robiło się zdjęcia na mokrym kolodionie. Mokrym, bo on był mokry. Musiał być, jeśli chcieliśmy mieć zdjęcie. Tuż przed otworzeniem migawki trzeba było w ciemni stworzyć sobie materiał na jakim miała powstać fotka. Robiło się to pokrywając szklane płyty kolodionem. Co to jest kolodion? To nitroceluloza rozcieńczona eterem etylowym plus alkohol etylowy, ewentualnie w połączeniu z acetonem i izopropanolem. Znaczy się i napić się przy okazji można było, o ile wzięło się właściwy rozcieńczalnik i mieszało wszystko na miejscu (tylko nie próbujcie robić tego z acetonem. W ogóle lepiej nie próbujcie). Po eterze też można mieć porządny odjazd, był to od połowy XIX wieku często używany środek odurzający, dość ryzykowny w użyciu, ale tani i powszechny. W dwudziestoleciu międzywojennym eteromania była dość poważnym problemem na polskiej prowincji.

 Nic dziwnego, że te podejrzane miszkulancje wzmagały twórczą kreatywność pierwszych fotografów. Kolodion do fotografii musiał zawierać związki srebra, żeby coś tam się naświetliło, oraz parę innych jeszcze substancji dodawanych dla stabilizacji i wzmocnienia efektu. Teraz - uwaga, uwaga! - żeby obraz mógł powstać na naszej szklanej płycie należało zdążyć ze wszystkim, włącznie z wywołaniem go, zanim nasz kolodion zastygł i stężał na szkle!

Wyobraźcie sobie to poświęcenie fotografów. A przy okazji zważcie ile fantastycznych estetycznie i technicznie zdjęć zostało zrobionych do lat 80. XIX wieku. Zapewniam, że mnóstwo. Weźmy na przykład takiego Nadara, o którym pisało się na Fotodinozie TUTAJ., albo wspaniali bracia Alinari, o których jest wpis TUTAJ. Każdy z owych starych mistrzów musiał uwijać się jak w ukropie, całkiem po ciemku i w okropnych oparach chemikaliów, żeby osiągnąć ten efekt. Szacunek.

Jechalibyśmy na tych szklanych mokrych płytach do dziś, gdyby nie pan doktor medycyny Richard Leach Maddox, który lubił się bawić chemikaliami i materiałami i wynalazł suchą płytę, opartą na żelatynie. Sucha płyta rozpoczęła epokę powszechnej komercyjności w fotografii (nie wiadomo, czy się cieszyć, czy płakać). Sucha płyta bromowo-żelatynowo-srebrowa była pierwszym materiałem, który nie wymagał przygotowania na miejscu, a więc nie dość, że można było go przechowywać to jeszcze z powodzeniem produkować i sprzedawać. To spowodowało, że do fotografii przystąpili amatorzy, bogaci co prawda, ale amatorzy. A nie ino wariaci odurzeni alkoholem i eterem naraz, fanatycy i maniacy uzyskiwania obrazu za wszelką cenę. Może i szkoda.

Sucha płyta weszła do sprzedaży, produkowana i konfekcjonowana przez firmy, najpierw brytyjskie, a trochę później amerykańskie. Jedną z nich założył niejaki George Eeastman w 1881 roku. Nie był pierwszy, ale działał prężnie i z rozmachem. Urodził się w okolicach Nowego Jorku w 1854 roku, niedługo później rodzina przeniosła się do Rochester w stanie Nowy Jork, gdzie mały George chodził na nauki, a jego tata założył szkołę biznesu. Niestety po śmierci ojca rodzinie nie wiodło się zbyt dobrze. Młody Eeastman wychowywany przez matkę musiał porzucić szkołę na rzecz pracy, żeby pomagać finansowo. Był gońcem, potem dostał lepiej płatną pracę jako urzędnik w banku. W 1877 zakupił zestaw do fotografii na mokrych płytach, żeby spróbować go na wycieczce na Santo Domingo. Podróż nie doszła w ogóle do skutku, ale Eastman, zainspirowany, zajął się opracowywaniem łatwiejszych metod fotograficznych i emulsjami światłoczułymi. Dwa lata później opracował specjalną maszynę do pokrywania powierzchni emulsją światłoczułą i uzyskał na nią patent. A w 1884 zastąpił szkło specjalnie spreparowanym papierem z dwuwarstwowym pokryciem żelatynowym tzw stripping filmem. Patent na ten wynalazek uzyskał wraz ze wspólnikiem, potem, gdy sprzedaż szła w najlepsze, odkupił go na własność za dużą sumę 40 tysięcy dolarów. Wkrótce Eastman zaczął konfekcjonować swój materiał w rolki, gotowe do włożenia do aparatu. Tylko jakiego aparatu?

Firma George Eastman Dry Plate Company, przemieniona na Eastman Dry Plate and Film Company, a potem Eastman American Film Company, w 1886 wypuściła swój pierwszy aparat, zwany Eastman Detective Camera, zbudowany niejako "wokół" swojego patentu na fotograficzną rolkę. Nie odniósł on zbyt wielkiego sukcesu. George Eastman przemyślał sprawę od nowa i dwa lata później wszedł na rynek nie tylko z nowym aparatem, ale i z nową filozofią fotografowania. Filozofią, która zmieniła świat. Jej hasłem reklamowym było sławne "You press the button, we do the rest". Tego wcześniej nie grali w tej branży. Czwartego września 1888 roku rozpoczęła się dzisiejsza era w fotografii - wtedy to Eastman uzyskał patent nr 388.850 na ułatwienie życia fotografującym.

Jak powiedział sam o tym: "Zaczęliśmy od idei uczynienia aparatu codziennym narzędziem. Chcieliśmy, żeby był równie poręczny jak ołówek".

Do nowego otwarcia Eastman wymyślił nową nazwę handlową - Kodak. Była to nazwa bez żadnego źródłosłowu. Miała dwa zadania: wpadać w ucho i odróżniać się od nazw wszystkich szacownych europejskich firm fotograficznych. Aparat nazywał się Kodak No.1 i był skonstruowany przez pana Franka A. Brownella. Tenże pan uznawany jest za jednego z najbardziej wpływowych projektantów w historii, kogoś w rodzaju Ferdynanda Porsche fotografii- jego aparaty nie tylko zrewolucjonizowały rynek, ale także zostały sprzedane nie tyle w milionach, co w setkach milionów egzemplarzy.




Kodak No.1 był drewnianym niewielkim pudełkiem z obiektywem, obciągniętym czarną skórą. Z frontu zamocowano obiektyw firmy Bausch& Lomb (o której pisało się na Fotodinozie - TUTAJ), o ogniskowej 57 mm i jasności f/9. Nie było żadnego wizjera - celowało się kierując w odpowiednią stronę całą skrzynkę aparatu, na wyczucie, żeby się nie pomylić na jego wierzchu wyrysowano dużą strzałkę w kształcie litery "V". Żeby zrobić zdjęcie należało wykonać jedynie trzy czynności - przewinąć film (na wierzchu aparatu licznik pokazywał numer kolejnej klatki), przygotować żaluzje migawki za pomocą pociągnięcia za sznurek, oraz wyzwolić migawkę naciskając przycisk.

Pierwszego Kodaka kupowało się za 25 dolarów (jakieś 1/10 ceny konkurencyjnych aparatów, dzisiejsze 500$) już załadowanego filmem. I teraz uważajcie fotografowie analogowi - można było na nim strzelić sto zdjęć! Wszystkie w formacie okrągłym. Sto zdjęć! Czymże jest, w porównaniu z Kodakiem No.1 nasze, znane większości, trzydzieści sześć klatek filmu! To był nokaut nie tylko dla wszystkich ówczesnych Kodakowi aparatów, ale i dla tych "współczesnych" aparatów, które niektórzy z nas do dziś używają. Okrągły format fotki był także wynalazkiem geniuszu. Dzięki temu wszystkie zdjęcia wychodziły dobre!


Ano tak. Skoro nie było wizjera w aparacie, to nikt nie mógł zagwarantować, że użytkownik będzie go trzymał w odpowiedniej pozycji, a zatem czy nie zrobi zdjęcia krzywo. No, ale skoro zdjęcie jest okrągłe... Sami rozumiecie. Przy okazji załatwiono wspaniale małą niedogodność, w postaci słabszej jakości obrazu w narożnikach jaki dawał obiektyw Bausch&Lomb.

Po zrobieniu następowała druga część fotograficznej roboty. Ta, którą robił Kodak. Odsyłało się do niego cały aparat, bez otwierania. Za 10 dolarów (w 1888 roku) wracał z odbitkami, ponownie załadowany filmem. U schyłku XIX wieku nowy pomysł Kodaka szybko zyskiwał na popularności jako gadżet, choć w tej cenie kosztował więcej, niż sięgały możliwości przeciętnego amerykańskiego robotnika. George Eastman nie powiedział jednak ostatniego słowa. Twórca Kodaka był znany ze swego perfekcjonizmu i woli bycia stuprocentowo solidnym przedsiębiorcą o ustalonej renomie, nawet kosztem zysku. Cena aparatu i jego obsługi wciąż taniała. 

Pan George Eastman ze swoim aparatem.




W 1897 pan Brownell zaprojektował drugie swoje wiekopomne dzieło - składanego

środa, 28 października 2020

Wywiad z Fotodinozą



Wywiad z Fotodinozą na temat Projektu Okrążenia Łodzi został przeprowadzony w Radio Łódź przez Annę Groblińską. Podcast do posłuchania pod linkiem: https://www.radiolodz.pl/broadcast_posts/64379-fotografie-dworcow-lka-strefa-publiczna-podcast

Projekt okrążenia Łodzi:

Łódź Marysinhttps://fotodinoza.blogspot.com/2016/09/projekt-okrazenia-vol-1-stacja-odz.html

Łódź Stokihttps://fotodinoza.blogspot.com/2016/09/projekt-okrazenia-vol-1-stacja-odz.html

Łódź Widzewhttps://fotodinoza.blogspot.com/2016/12/projekt-okrazenia-vol-3a-odz-widzew.html

Łódź Arturówek cz.1:

https://fotodinoza.blogspot.com/2016/11/projekt-okrazenia-vol-11a-stacja.html

Łódź Arturówek cz.2:

https://fotodinoza.blogspot.com/2017/02/projekt-okrazenia-vol-11b-stacja-odz.html

Łódź Radogoszcz Zachód cz.1 https://fotodinoza.blogspot.com/2017/06/projekt-okrazenia-odzi-vol-9a-stacja.html

Łódź Radogoszcz Zachód cz 2:  https://fotodinoza.blogspot.com/2017/06/projekt-okrazenia-odzi-vol-9b-stacja.html

Łódź Żabieniec: https://fotodinoza.blogspot.com/2017/03/projekt-okrazenia-vol-8-stacja-odz.html

Łódź Karolew: https://fotodinoza.blogspot.com/2017/10/projekt-okrazenia-odzi-vol-0-dworzec.html

Łódź Olechów: https://fotodinoza.blogspot.com/2020/05/projekt-okrazenia-odzi-odz-olechow.html

poniedziałek, 26 października 2020

Za kulisami u Scheiblera.





Wchodzimy na strych jednej z najstarszych elektrowni w Łodzi. Scheiblerowskiej elektrowni, zbudowanej w 1910 roku. Pierwszego żelbetowego budynku przemysłowego w dawnym Królestwie Polskim. Głowę trzeba schylić, bo przejście na strych niskie jak cholera, kask szoruje o powałę, którą jest połać dachu. Latarki świecą, pchamy się pomiędzy konstrukcję kratownic. Tutaj trochę jaśniej, bo światło dają małe owalne okna w szczytach, z witrażowym szkłem. Przed nami rząd słupów. Ta żelbetowa pierwocina jest dla mnie wzruszająca w swej naiwności. Jeszcze takiej nie widziałem (ale ja mało widziałem). Otóż kompletnie inaczej, niż we współczesnych konstrukcjach żelbetowych scheiblerowski dach jest idealnie wzorowany na układzie drewnianym - to jakby przeskalowana wszerz, grubaśna tradycyjna więżba.. Słupy, zastrzały jak się patrzy. Tyle, że trzy razy grubsze, z betonu zbrojonego stalą. Pierwotne, ale zmyślne. Najlepszy dowód, że stoi do tej pory, pomimo stu dziesięciu lat na karku.











Ciekawy jestem, ile osób tu w międzyczasie zaglądało. Chyba niezbyt wielu. Posadzkę zalega kurz - zmieszane pierze gołębi z kłębkami bawełny. Te kłębki bawełny spotkam jeszcze raz w jednej z fabrycznych hal. Mam to szczęście, że pamiętam je jeszcze, unoszące się w powietrzu na łódzkich ulicach. A konkretnie na Ogrodowej, obok wielkiej przędzalni największego konkurenta Scheiblerów - Poznańskiego. Pamiętam: przez otwarte okna słychać monotonny szum maszyn, zwielokrotniony szelest miliona wrzecion, a w powietrzu unoszą się małe białe pyłki. 

Latarki omiatają strych elektrowni, w pewnym momencie - odkrycie!

czwartek, 15 października 2020

W pędzie na południe.


Hajda na południe, hajda! Jak hajduk jaki z węgierskiej puszty! Niby nic, a cieszy. Tydzień na południowym wschodzie, na międzymorzu. Sentymentalnym nieco śladem, bo się przecie już tam bywało. Taki Dunaj na przykład, to płynie sobie z zachodu na wschód. Natomiast Turcy zawsze odwrotnie. Bierzemy przykład z Dunaju i prawie pod turecką granicę nas zawiewa, na koronawiruz nie zważając. 

Lecz gdybyś zechciał w inną jechać stronę,
od wilka bieżaj, na radość nie zważaj,
lecz obróć się na dąb czołem.
Klon znajdziesz za dębem i za dołem.


Beskid Niski.



Beskid Niski, strona słowacka.

Furda tam wiruz korona! Wiruz przeminie, a Dunaj będzie płynąć przełomem przez Karpaty wiecznie, do końca świata i o jeden dzień dłużej. Trzeba to zobaczyć!

Testament

Rumunia







Rakija

Czy coś daje taka wycieczka?

Tak. Daje. Rozeznanie w geografii daje. Takie tysiąc siedemset kilometrów, to nawet na globusie widać. Tylko globus płaski, jak pupka niemowlaka. Kłamie. Kłamie ten globus. Jeden Węgier ma płasko. Wszyscy inni muszą

sobota, 19 września 2020

Urbex. Łódź.


No bo gdzie jest ta prawda o Łodzi? No przecież, że nie w tych wszystkich odpicowanych miejscówkach z wyczyszczoną cegłą. Nie w biurowcach, ze stali szkła i aluminium. Nie w Bramie Miasta, co trochę jest gówniasta. Swoją drogą, proponowałbym nazwać "bramą miasta" po prostu coś innego niż dwa przeciętne biurowce. One po prostu mają złą nazwę, która się przykleiła do tego miejsca z poprzednich koncepcji. Koncepcje uleciały i teraz te biedne dwa budynki muszą świecić oczami za wcześniejsze projekty (jeżeli chcecie zobaczyć Bramę Miasta, musicie przewinąć na koniec wpisu).

Otóż nie w nowości jest prawda. Nie i nie. Prawda jest w starości. Ja oczywiście lubię starości, ale nie każdy lubi takie rzeczy, dlatego nie każdy musi lubić Łódź. Możecie sobie nie lubić, pozwalam wam. 

Wólczańska. Fabryka Schmitz i Van Endert.



Ostrzegę również, że miasto Łódź jest największym w Polsce zlepkiem chaosu i łaciatości. Napisałem kiedyś, że Ciechocinek (LINK) jest symbolem polskiej łaciatości, tego konglomeratu szlachetnej patyny, blichtru nowoczesności, pięknej i wygodnej solidności, oraz okropieństwa i syfu nie do opisania, kotłującej się brzydoty i maksymalnego zaniedbania. Napisałem tak, ale przeszedłem się w ostatni weekend po mojej Łodzi i odwołuję, odszczekuję ten Ciechocinek.

No, Ciechocinek też, też oczywiście. Ale nie w takiej skali! Jak człowiek jedzie do jakiegoś Paryża, czy Londynu, to z grubsza od razu wie gdzie jedzie. Wie co i jak. Wie, gdzie ścisłe centrum, błysk i luksus, zabytki i nęcenie turystów, wie gdzie dobre dystrykty, gdzie przedmieścia, gdzie dzielnice przemysłowe, gdzie zakazane miejsca. Gdzie głowa, a gdzie nogi.

Przyjeżdżając do Łodzi niczego takiego się nie dowie. Szans nie ma. No taką przebodli nas ojczyzną i nie da się poradzić.

Wólczańska. Fabryka Ludwika Hentschla.






Po pierwsze to miasto jest jak nie z Polski - zaplanowane przez planistów i zbudowane niemal w całości w ciągu kilkudziesięciu lat. Nie tak jak Kraków, co nie od razu go zbudowano. Ni cholery. Łodź od razu! Po drugie wszystkie te plany ścisłe i wspaniałe wzięły podczas budowy w łeb. Zaczęło się bezhołowie, które jest do dzisiaj. Władze nigdy nie wiedziały, czy cieszyć się tą samowolą, czy może martwić. Z początku