wyświetlenia:

piątek, 25 października 2019

Top 15 najważniejszych aparatów w historii fotografii cyfrowej (część 1)

Wiecie ile lat ma już fotografia cyfrowa? Nie domyślicie się! 
Nie wiadomo ile. 
Ale z pewnością nie mniej niż 44 lata. A raczej więcej. O kłopotach z ustaleniem palmy pierwszeństwa w dziedzinie fotografii możecie poczytać na Fotodinozie - TUTAJ. Była to technika mająca wielu ojców i wiele matek, a z tych ojców i matek narodziło się wiele dzieci. Nie wszystkie są uznane za pochodzące z prawego łoża i nie wszystkie były udane. Niektóre wcale nie istniały, ale nie przeszkadzało im to być kamieniami milowymi cyfrowej fotografii. Takie to paradoksy, proszę Państwa!
Nie ma też światowej zgody co do tego, jakie były najważniejsze aparaty na tej drodze. Nie ma jasności.

Bo nie mam jasności w temacie Marioli
Nie mam jasności - i dość mnie to boli..
Jak ona mówi - Te, nie rób mi wioski!
To daje dowód ironii, czy troski?
(...)
Wyczuj ten klimat, bo z tobą wymięknę!
I niech to dojdzie do ciebie powoli:
Że życie właśnie dlatego jest piękne,
Że nie ma jasności w temacie Marioli!

             Wojciech Młynarski

Nie ma jasności, ale są przebłyski w temacie aparatów cyfrowych. Można sobie wybrać po prostu, subiektywnie, własny wybór kamieni milowych, co do których ma się własne, subiektywne przekonanie, że były najistotniejsze. A przynajmniej najbardziej obrazowe.
Dość istotne w tym wszystkim jest określenie, co to jest aparat cyfrowy. Bo zanim były dzisiejsze aparaty cyfrowe, była przecież i telewizja i wideo i zdjęcia elektroniczne i skanowanie telewizji. Za sprawą wiernego czytelnika Benny'ego uznałem, że aparat cyfrowy to urządzenie produkujące pliki, które mogą być odczytane przez komputer. Przy każdym aparacie zaznaczam zatem, czy takowe produkował.
Dość tych wstępów! Oto mój worek kamieni milowych. 
15 najważniejszych aparatów cyfrowych w historii fotografii:




1. Łuna 3, Krasnogorskij Mechaniczeskij Zawod. 1959 rok.
Wczesna fotografia cyfrowa wzięła, tak naprawdę, bardzo dużo z telewizji. Nawet więcej z telewizji, niż z fotografii analogowej na film. A i z techniki skanowania wzięła dużo. Nie obyłoby się bez różnych pomysłów na skanery, które to pomysły sięgają jeszcze czasów międzywojennych. Łuna 3 dość spektakularnie skorzystała z powyższych wynalazków.
Łuna 3 to nie jest nazwa aparatu. To radziecka sonda kosmiczna wysłana w październiku 1959 roku na okrążenie Księżyca. Na pokładzie znajdował się specjalny, ale klasyczny aparat na film 35mm, z podwójnym obiektywem, a raczej z dwoma przemiennymi - 200mm f/5,6 i 500mm f/9,5. Z tego pierwszego dało się uzyskać z Łuny-3 zdjęcia całej tarczy Księżyca, a z drugiego - zbliżenia fragmentów.




 Sonda musiała być stabilizowana silnikami, żeby zatrzymać swój ruch wirowy i móc skierować obiektywy w stronę satelity Ziemi. Aparat strzelił automatycznie 29 klatek, następnie film został przewinięty do automatycznego wywołania, utrwalenia i osuszenia. Był to zapewne pierwszy fotolab, który opuścił planetę Ziemia. Następnie negatyw został naświetlony lampami katodowymi na fotopowielaczu lampowym, który zamienił jasne i ciemne partie zdjęcia na impulsy elektryczne. Te zostały wysłane radiowo na Ziemię, jako sygnał telewizji wąskopasmowej. Aparaturę skonstruował producent aparatów Zenit i Zorka 5 (z której, jak wiadomo, strzeliłem kilka zdjęć) zakłady KMZ z Krasnogorska.





Aparatura odbiorcza do sygnałów z sondy.

 Bez wynalazku telewizji wąskopasmowej, dokonanego w USA dwa lata wcześniej Łuna-3 niewiele by zdziałała. A najlepsze jest to, że użyty w Łunie-3 film był amerykański! Pochodził - ta dam!- z przechwyconych w Sowieckiej Rosjii balonów szpiegowskich USA. Był odporny na temepraturę i promieniowanie. 
Sonda Łuna-3 spaliła się w atmosferze ziemskiej. Ale zanim się spaliła, przekazała na Ziemię 12 lub 17 zdjęć (różne źródła różnie podają) z ciemnej strony Księżyca. Dzięki temu ludzkość zobaczyła ową ciemną stronę po raz pierwszy w swej historii.

Czy był sprzedawany? - nie
Czy dawał pliki do odczytania na komputerze? - nie




2. Nieistniejący aparat cyfrowy Eugene F. Lally'ego. 1961 rok.
Pan Eugene Lally, to był gość, o którym nikt nie wie, a wszyscy używają jego wynalazków. W latach dziecięcych dostał aparat Kodak Brownie, który spowodował jego zainteresowanie fotografią i techniką. W wieku 14 lat (!!!) wynalazł on metodę korekty czerwonych oczu na zdjęciu, za pomocą błysków stroboskopowych. Mamy ten bajer aktualnie w każdym aparacie, a o tym kto go wynalazł - nie mamy pojęcia. To jednak było nic, wobec jego późniejszych pomysłów.

poniedziałek, 21 października 2019

Polecane blogi. 300.000 wyświetleń.oraz Grat Hazard.

Na zdjęciu: wielka feta z okazji 300 tysięcy wyświetleń, wszyscy się bawią, stroboskopy błyskają. Fotodinoza 2019. (film Revolog Volvox - LINK).

Kochani, miałem już napisać, że postanowiłem zostać hazardzistą, ale przecież hazard to nałóg, więc można powiedzieć, że to hazard zdecydował, że postanowiłem z nim zostać. Wszedłem jak w masło w hazard graciarski.
Bo tymczasem stuknęło trzysta tysięcy wyświetleń, za co Wam Szanownym bardzo dziękuję. Stuknęło, zatem, mówię sobie - trzeba sobie przyznać jakieś nagrody. Nagrodki takie. (Nagrodki - granit, marmur lastrico (autocytat)). Trzeba na coś wydać kasę, bo przez parę lat się na nic nie wydawało. Najlepiej na graty.

Zamienię Syrenę na inny samochód sportowy.

             (cytat z udawanego ogłoszenia)

Bo zemściło się na mnie postępowanie niezgodnie z pierwszym prawem kodeksu graciaraskiego, które brzmi "Co kupiłeś, to już nie sprzedawaj". Niebacznie, klika lat temu, sprzedałem mojego analogowego Canona 650 (za 19 złotych), po tym jak go kupiłem (za 18,50 złotych) i napisałem o nim wpis - LINK. Czynem tym wykluczyłem się z grona Kolekcjonerów Gratów i zostałem prymitywnym Handlarzem. I to za 0,50 srebrnika. (Kwoty te wymyślam ad hoc, ale były zbliżone). 
Postanowiłem zatem odkupić swój błąd i na kolanach udać się do mekki graciarzy, jaką jest Allegro, czołem o podłogę bić i prosić o wybaczenie.
Co z tego będzie, nie wiadomo. Celujemy w graty w cenach 9,90, 3,50, oraz trzeci, najdroższy za 33 złote, wszystkie systemu Canon EOS. Trzymajcie za mnie kciuki, to będą o nich wpisy. Jak możecie się domyślać będą to wpisy o aparatach śmieciowych. Niektórzy podobno nawet takie umowy o pracę mają. Może nawet jakieś porównanie śmieciowe będzie, jak się wygra. I o ile będą chciały w ogóle działać.

Tymczasem stuknęło 300 tysięcy wyświetleń. Jak się z tym czuję? Dzisiaj bardzo dobrze, jutro w ramach programu "od euforii do depresji" zapewne będę miał doła, że jak na sześć lat działalności - to dość niewiele. Uważam jednak, że to piękna okrągła liczba, w przeciwieństwie do Pana Kleksa, który za liczby okrągłe miał 0, 8 i dziewiątkę. 
Czytelnictwo blogów spada, wszyscy o tym mówią. Blogi są zapewne już passe, nie trędy i nieklikalnościowe. Niemniej, skoro ktoś jeszcze czyta, to mu chwała. Ja tymczasem będę pisał, bo mi to przyjemność sprawia (czasami).
Owe 300 tysięcy wyświetleń nie jest wynikiem godnym chwały, ale jak popatrzeć chłodnym okiem - konkurencja jest wręcz wspaniała. Gdybym nie musiał czytać tych wszystkich książek, które recenzuję od czasu do czasu dla SNG Kultury - LINK, to bym czytał cały internet i wszystkie  blogi, jakich jest zatrzęsienie. Ludzie piszą sprawnie, dobrze i na temat.
Na przykład o fotografii, to czytałbym u:

Foto - nieobiektywnego
http://foto-nieobiektywny.blogspot.com , który nadaje o najnowszych nowościach, testuje najróżniejsze nowe sprzęty, w czym mu idzie świetnie, boż to znany sprzed lat dziennikarz "Foto Kuriera" i "Foto" Paweł Baldwin, autor książki "Minolta Dynax system". Artykuły są rzczywiście opisane tekstem mokrym, nie suchym (zgodnie z nazwą bloga), a autor, z wieloletnim doświadczeniem w fotografii, zawsze wie o czym pisze.





Ostatnio odkryłem również blog drugiego autora "Foto Kuriera" Jarosława Brzezińskiego pt. Towarzystwo Nieustraszonych Soczewek
https://towarzystwonieustraszonychsoczewek.blogspot.com
Ostatnio mało aktualizowany, ale artykuły tam zamieszczone są wielce ciekawe i różnorodne, zwłaszcza, że nie dotyczą tylko najnowszych nowości, a są testami także paru kultowych i wiekowych sprzętów. Absolutnie powalający jest tam jednak zbiór wywiadów z najsłynniejszymi polskimi fotografami - m.in. Krzysztofem Gierałtowskim, Tadeuszem Rolke, Tomaszem Sikorą, Edwardem Hartwigiem. Wywiady pochodzą

piątek, 18 października 2019

Światło.



Na szczęście tanio latają. Dzięki temu człowiek może się rozwijać fotograficznie. Nabywać wiedzy. Nie jest to może jakaś wiedza tajemna, ale jest.
Po raz pierwszy w życiu, po raz drugi w tym samym lecie odwiedziło się Włochy. I odczuło się fotograficzną zmianę. Zmieniły się kolory i odcienie.
Niektórzy wstają o czwartej, żeby zdążyć na wschód słońca i złotą magiczną godzinę, niektórzy cytują znany cytat: Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista o kasę, a mistrz martwi się o światło. Niektórzy wracają wielokrotnie w to samo miejsce, żeby złapać najlepszy układ oświetlenia. Rozumiem ich. Mają rację. Niemniej nigdy tak wyraźnie świat nie zwrócił mi uwagi na to, że położenie słońca na niebie tak zmienia kolory i natężenie.
Szosy zawiodły nas na półwysep Gargano, przedziwnego wieloryba wyciągniętego na brzeg płaskiej jak stół Apulii. Z monotonnych równin, sadów oliwkowych i salinowych jezior wyrasta nagle łańcuch niskich gór wyciągnięty w morze. Miejsce to jest mniej znane, niż turystyczna mekka wybrzeża Amalfi i Sorento, aczkolwiek Włosi wiedzą o nim doskonale i tutaj właśnie spędzają urlopy. Na szczęście ich plany urlopowe kończą się jak nożem uciął 1-go października, szosy pustoszeją, a sklepiki zamykają się po sezonie.
Gargano wyciągnięte w morze jest na wybrzeżu dość pustawe - niewiele pięknych miasteczek rozsiadło się na jego klifach, a wnętrze zajmuje kuriozum na włoską skalę - park narodowy Foresta Umbra, w którym ino lasy, bory i nieliczne kręte drogi, a poza tym nic. Włoch musi się tam czuć nieswojo. Dla Polaka jest to rzecz dość familiarna, zwłaszcza na Ścianie Wschodniej, albo na Kaszubach całkiem spotykana. W gęsto zaludnionym południu włoskiego buta stanowi niejaki wyjątek. Mroczne, pierwotne lasy, gęsto zarośnięte flankują od strony nielicznych miasteczek pastwiska domowej fauny.
Generalnie malowniczo na zabój.
Przybyliśmy, zobaczyliśmy, sfotografowaliśmy.

















piątek, 11 października 2019

Zakochałem się w Olive Edis.

W zimnym marcu 1919 roku Olive Edis na zlecenie Imperial War Museum w Londynie wsiadła do odkrytego Forda Model T, żeby spędzić ponad miesiąc we Francji i Belgii fotografując pozostałości niedawno odbytej wojny, jako pierwsza kobieta na stanowisku Official War Photographer. Zabrała ze sobą gargantuicznych rozmiarów własny skrzynkowy aparat i dostępne już wówczas w handlu suche płyty żelatynowe. Wraz z nią udała się w podróż lady Norman, szefowa Komitetu Pracy Kobiet w charakterze obserwatorki. Kierowcą był stary doświadczony szofer, pan Blow, wkrótce nazwany przez Olivię "tatusiem Blow", który pomagał paniom w wizytacji terenów, za które przez kilka ostatnich lat ginęły miliony ludzi z obu stron Wielkiej Wojny.


Panie z Voluntary Aid Detachement czyszczą silniki samochodów. 1919. Fot. Olive Edis.
W przeciwieństwie do aparatu zdobywcy Everestu George Leigh Mallory'ego (opisywanego już na Fotodinozie - TUTAJ) aparat Oliwii Edis istniej do dzisiaj i ma się dobrze. Nadal, po 125 latach od jego wyprodukowania i po stu latach od czasu gdy Edis fotografowała nim zrujnowaną Francję można nim strzelać doskonałej jakości zdjęcia (co udowodniło przechowujące go pieczołowicie Muzeum w Norfolk). Zanim fotografka wyruszyła w swą podróż dokumentacyjną zrobiła nim setki niesamowitych klimatycznie portretów, zdjęć o nastroju dzisiaj niespotykanym.
Przyznam, że im więcej czytam o Oliwii Edis, tym bardziej zakochuję się platonicznie w niej i w jej zdjęciach. Była wirtuozem wielkiego formatu. W przenośni i dosłownie.


Olive Edis - autoportret z 1919 roku, czasu w którym wyruszyła do Francji i Flandrii. Fotografka lubiła robić sobie zdjęcia.
Pochodziła z dobrze sytuowanej mieszczańskiej rodziny, była najstarszą z trzech córek londyńskiego lekarza. Od znajomej dostała swój pierwszy aparat - był on kiedyś własnością doktora Johna Murray'a, jednego z pierwszych dokumentalistów - fotografów w Indiach, teraz na nim trenowała umiejętności dwudziestopięcioletnia Olivia. Był to olbrzymi wielkoformatowiec, z drewnianą przednią i tylną ścianką połączoną mieszkiem, przeznaczony na szklane płyty. W ówczesnym czasie czułość materiałów wymagała ustawiania go na statywie i dużej ilości światła. Trzeba też powiedzieć, że z owym przetpotopowym sprzętem było mnóstwo roboty, opisał to kiedyś w artykule gościnnym na Fotodinozie Miłosz Gawroński - TUTAJ (opis działań wielkim formatem jest na samym początku artykułu). Oliwia nie zrażała się tym faktem, a umiejętności nabrane w szybkim czasie pozwoliły jej otworzyć profesjonalne studio w Sheringham na wybrzeżu w Norfolk. Zawiązała spółkę z młodszą siostrą - Katherine, która wraz z nią zgłębiała tajniki łapania światła na szklanych płytach, póki nie wyszła za mąż w 1907 roku. Od tamtej pory Olive Edis sama rozwijała swój biznes.
Pochodzenie z zamożnej rodziny i dobrej klasy społecznej ułatwiało obu siostrom sprawę - studio w Sherihngham zaprojektował im wuj, Robert William Edis, architekt brytyjskiego pawilonu na wystawę światową w Kolumbii. Studio miało, ówczesnym zwyczajem, szklany dach, żeby wykorzystywać maksymalnie dzienne światło, takież studia miał nie tylko sławny Nadar, fotograf - szpieg (LINK do wpisu o nim), ale także i łódzki portrecista z XIX wieku - Dominik Zoner (LINK do wpisu o pierwszych fotografach w mieście).
Oliwia była zdecydowana, odważna i wiedziała czego chce. Miała przy tym wspaniałe, empatyczne podejście do ludzi. W owych czasach, w których przygotowanie do zdjęć zajmowało długie chwile, a samo otwarcie migawki co najmniej kilka sekund, te umiejętności były bardzo istotne. Po fotografiach Edis widać na pierwszy rzut oka jej socjalne talenty. Na mało których zdjęciach z początku XX wieku modele wyglądają tak naturalnie i tak żywo. Te zdjęcia portretowe są wyjątkowe, nie tylko z racji niezwykłej plastyki obrazu - wielkoformatowy aparat daje niedościgle małą głębię ostrości i trudno uchwytny w opisie urok - ale także są wyjątkowe właśnie z racji psychologicznej wyrazistości modeli.


Rybak Lotion Tar-Bishop, fot. Olive Edis.

Rybak Gilbert Lether Rook. Fot. Olive Edis.

Rybak Buck Craske. Fot. Olive Edis.

Fot. Olive Edis.
Sheringham było miastem wypoczynkowym i portem rybackim. Oliwia fotografowała zatem śmietankę towarzyską na wakacjach, oraz... rybaków właśnie. Portrety i pejzaże okolic wydawała na widokówkach, które zdobyły wielką popularność.
Wcale się nie dziwię, wyglądają kusząco i dzisiaj.
W 1912 roku Edis zaczęła robić zdjęcia kolorowe, za sprawą wprowadzonych świeżo na rynek kolorowych autochromów, produkowanych przez braci Lumière i sprowadzanych z Francji. Była w tym jedną z pionierek. Autochromy były pracochłonne w naświetlaniu i wywoływaniu i nie dało się z nich robić z początku odbitek - były rodzajem przezrocza, potrzebującego podświetlenia. Oliwia skonstruowała i opatentowała własny diaskop do ich oglądania. Za swoje kolorowe zdjęcie - autoportret - dostała medal na wystawie Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego w 1913-m, a rok później została członkinią tegoż Royal Society.


Fot. Olive Edis.
Aż się wierzyć nie chce - zdjęcia kolorowe sprzed I Wojny! Ale kolorową fotografię uprawiano na różne sposoby i w połowie XIX wieku, początkowo stosując barwne filtry i pracowicie nakładając na siebie kilka powstałych zdjęć, a także, najpowszechniej, po prostu podmalowując fotografię czarno-białą. Autochrom, wynalazek Louisa Ducos du Hauron'a, potem produkowany przez braci Lumière, był w stosunku do poprzednich metod stosunkowo prostym a sprytnym rozwiązaniem. 

niedziela, 29 września 2019

Jak się zostaje nałogowym Nikonowcem

Otóż znany nestor fotograficzny, autor książki "Tradycyjny i cyfrowy Nikon system", pierwszej w Polsce książki - monografii fotograficznego producenta - Marcin Górko napisał na Fotodinozę wpis gościnny. I to wpis osobisty. Szanowny Pan Marcin jest najprawdopodobniej największym w Polsce znawcą nikonowego sprzętu, a przy tym obywatelem opanowanym manią kolekcjonerską. To cenne. Zgubne, ale chwalebne.
Wywiad z Marcinem, na temat jego książki i pracy dziennikarskiej w latach dziewięćdziesiątych w "Foto-Kurierze" przeprowadziłem jakiś czas temu na Fotodinozie - LINK Teraz oddaję pole relacji autora:

Jak się zostaje nałogowym nikonowcem, czyli uzależnienie od nikotyny to nic, w porównaniu z uzależnieniem od Nikona.
.




 Będzie to historia wesoła i smutna. Wesoła, bo nikt nie zginął a i rodzina powiększała się sukcesywnie; smutna, bo pokazuje samotną walkę naszego bohatera z przeciwnościami losu, pokazuje jego dążenie do celu, które – aż konsekwentne – nie było wcale proste ani łatwe. 
To był deszczowy dzień na początku marca. Pisząc dokładnie, był to 8 marca, jeszcze dość głęboko w poprzednim tysiącleciu. Tego dnia w jedynym słusznym komisie fotograficznym w Łodzi byłem umówiony na odbiór Nikona FM-2n. Wówczas definitywnie zakończyłem epokę systemu Praktica PB i – jak to się teraz mówi i pisze – „przesiadłem się” na Nikona. Gdy lekko drżącymi rękoma pakowałem korpus „eFem-dwójki” do torby, sprzedający życzył mi abym poniżej Ilforda nie schodził oraz abym jak najszybciej kupił sobie „stopiątkę dwa i pół”. Hm, łatwo powiedzieć: „kup sobie 105/2,5!”. To z pewnością było szczere życzenie i poparte dobrą znajomością tego obiektywu, ale w roku 1993, gdy nie istniały fora internetowe, google, ebay i inne współczesne temu podobne dobrodziejstwa, nie tak łatwo było dowiedzieć się czegoś o tym obiektywie. Ponieważ możliwości finansowe nie były szczególnie sprzyjające, nie zastosowałem się do dobrej rady „wujka Darka”, przynajmniej nie od razu… Kilka miesięcy później, już latem, wraz z moim FM-2n, Nikkorem 50/1,4 i Sigmą 24/2,8 którą Jego Ekscelencja Fabrykant raczył już opisać, pojechałem na praktyki studenckie do Szwajcarii. I postanowiłem sobie, że tam zastawię sidła na owego Nikkora 105/2,5. 
Jak myślałem tak zrobiłem – regularnie patrolowałem komisy foto w Zurychu i pewnego dnia w jednym z nich zobaczyłem stojące obok siebie dwa niepozorne Nikkory: 105/2,5 i 135/3,5. Czas więc na bliższe poznanie ich - po kilkunastu minutach „degustacji” postanowiłem kupić…tego niewłaściwego, czyli 135/3,5. O tym wyborze zdecydowała wcześniejsza sympatia do ogniskowej 135mm (jeszcze z czasów Zenita i Prakticy), nieco dłuższa ogniskowa no i co tu ukrywać: niższa cena…. Ową stotrzydziestkąpiątką zrobiłem sporo dobrych – tak mi się przynajmniej kiedyś wydawało - zdjęć i nie było powodu, by na nią narzekać. Mityczna stopiątka dwa i pół pozostała gdzieś tam w głowie, cichutko szepcząc do ucha: „i tak mnie kiedyś kupisz”, a ja zakupowi stawiałem zacięty opór i byłem szczęśliwy z  triem stałek 24+50+135, do których dołączył też zoom 28-85, żeby było śmieszniej w wersji AF….. Ale ten cudowny stan równowagi nie trwał niestety długo: trafiła się okazja kupić Nikkora 200/4 i okazało się, że 135/3,5 jest trochę za długi i trochę za ciemny. Nie musiałem długo myśleć czym go zastąpić… Postanowiłem pojawić się na giełdzie fotograficznej w „Stodole” i zamienić siekierkę na kijek. Ku mojej radości okazało się, że na jednym ze stołów leniwie wyleguje się obiekt moich westchnień, jeszcze bardziej ucieszyłem się, że sprzedający był skłonny w rozliczeniu przyjąć mojego 135/3,5. Trochę mniej mi się podobało, że to ja musiałem dopłacić, no bo gdzie tu logika: płacić więcej za mniejszą ogniskową? Sprzedający – stary wyjadacz –  uświadomił mnie, że właśnie zamieniam zwykły amatorski ciemny teleobiektyw na legendarną portretówkę Nikona.
.


Tak więc targu dobiliśmy a ja miałem świadomość, że zastosowałem się do sugestii otrzymanej w dniu zakupu FM-2n. Z moim 105/2,5 – którego nota bene mam do dzisiaj – polubiliśmy się bardzo: ja o niego dbałem i czytałem mu bajki przed snem, a on pokazywał mi, że równie dobrze sprawuje się w fotografii ogólnej, portrecie, że z pierścieniami pośrednimi daje świetne rezultaty w makrofotografii a i nocne niebo na odpowiednim montażu też da się nim z dobrymi rezultatami zrobić. I sądziłem, że osiągnąłem optyczne ZEN, ale niestety nie było mi dane zaznać spokoju. 

poniedziałek, 23 września 2019

Dlaczego nie istnieje pierwszy cyfrowy aparat na świecie.

Zgłębiam coraz głębiej kwestię prehistorii cyfrowej fotografii. Po całym owym zgłębianiu wydaję się coraz dalszy od prawdy, którą kilku producentów wyrywa sobie z rąk wśród wrzasków i rękoczynów - kto, do diaska, był producentem pierwszego cyfrowego aparatu świata?
Nigdy się tego nie mogłem dowiedzieć.
Podobno pierwszy aparat świata zbudował Steven Sasson z Kodaka, w 1975 roku, ja też rozpowszechniałem tę wiadomość. 
Podobno pierwszym produkcyjnym aparatem była Sony Mavica z 1981 roku, przynajmniej tak głoszą fanboye Sony.


Zdjęcie ciemnej strony księżyca, 1959
No tak, ale w takim razie CO przesłano radiowo na Ziemię z radzieckiej sondy kosmicznej Łuna 3, która po raz pierwszy w historii przekazała zdjęcia ciemnej strony Księżyca?
CO przesłano radiowo na ziemię z sondy kosmicznej Ranger 7, zanim nie roztrzaskała się (programowo) o powierzchnię satelity w 1964 roku? Bo zdaje się, że było to ZDJĘCIE? 




Nie przesłano go pocztą, więc chyba było elektroniczne? Szesnaście i jedenaście lat przed "pierwszym aparatem cyfrowym" Sassona.

Po owym riserczu mogę jednoznacznie stwierdzić: takiego pierwszego producenta NIE MA.
Dlaczego?
Bo go być nie może. Sprawa jest strasznie rozmyta.
Zaczynając od podstaw:
Co to jest fotografia cyfrowa?
Co to jest aparat cyfrowy?
Co to jest cyfrowe zdjęcie?
Otóż te pojęcia, co wydaje się dziwne, ale jest prawdziwe - nie są jednoznaczne.
Proszę bardzo: czy urządzenie, z założenia przeznaczone do celów obliczeniowych, zajmujące trzy pokoje pełne elektroniki lampowej, kręcących się krążków taśm magnetycznych, tysięcy przełączników, które po wysiłkach programistów zdołało wyprodukować trzy zdjęcia, nie na filmie, tylko w postaci elektrycznego zapisu jest APARATEM cyfrowym? Czy może to bardziej komputer z przystawką, nie aparat?

Proszę bardzo: A wasz stuletni odtwarzacz wideo VHS, z późnych lat osiemdziesiątych (pamiętam taki z 1982 z zagranicznej wizyty u mojego Wója Lecha w Monachium)? Otóż czy w tym odtwarzaczu VHS, gdy na filmie "Rambo" Sylwester Stallone lata wśród wybuchów i strzelanin z procy, zatrzymacie nagle stopklatkę, to staje się on , ten odtwarzacz, niespodziewanie APARATEM cyfrowym? Nie? A przecież na ekranie telewizora oglądamy coś w rodzaju kiepskiego i drgającego zdjęcia? No i Sylwester Stallone jak żywy, przecież i rozpoznawalny.




Przy niektórych historycznych aparatach cyfrowych mamy nieco więcej, a przy niektórych nieco mniej wątpliwości. Taki sprzęt inżyniera Stevena Sassona, z roku 1975, wyglądający jak zmota ulepiona w garażu, z doklejoną taśmą klejącą kasetą magnetofonową na froncie niewątpliwie JEST aparatem cyfrowym, bo służy wyłącznie do robienia zdjęć i daje się go przenosić (choć waży 3,6 kg). Nieważne, że wygląda jakby zrobiono go za pomocą szlifierki kątowej (co pewnie jest faktem).



Główny corpus delicti to cyfrowość zapisu zdjęcia.

poniedziałek, 16 września 2019

Apulia i okolice Taranto. Nie wolno zwiedzać nieciekawych rzeczy!

Nie wolno zwiedzać nieciekawych rzeczy. Trzeba zwiedzać same najciekawsze. Oto w pełni półprofesjonalny półprzewodnik wrażeniowy.  Włochy południowe. Tym razem na blogu będzie dużo zdjęć. Dużo dużych zdjęć. Ale opisu też będzie trochę.


Apulia jest wielka. Od łydki, aż do obcasa włoskiego buta. Tutaj będzie tylko o okolicach Tarentu (Taranto), jakie się liznęło niczym cukierek przez papierek. O kostce i obcasie buta już było na Fotodinozie - TUTAJ i TUTAJ. Teraz będzie głównie o podeszwie. 




Do zwiedzania w pobliżu są następujące rzeczy:

A. 
wielkie wąwozy (gravine) wcinające się we wzgórza wybrzeża jońskiego i przecinające środkiem co najmniej kilkanaście miast. W wąwozach są liczne jaskinie, część naturalnych, część wydrążonych. Od tych jaskiń zaczęła się właśnie kariera owych miast (Matera, Massafra, Castellaneta, Laterza) - różni praprzodkowie mieszkali w wąwozach, a potem z nich wyleźli na wierzch i pobudowali zamki i kościoły. Jaskinie się czasem później jeszcze przydawały - w Gravina Petruscio koło Mottoli stacjonowali np. kilka dni żołnierze generała Andersa.
 Wąwozy są całkiem spektakularne widokowo, sporo w nich starych jaskiniowych kościółków. Rzadko, niestety, są widoczne z dróg, które je na ogół omijają, ale np. w Massafrze wielki jar dzieli centrum miasta na pół. Atrakcje wąwozów są jednak latem głównie dla wariatów, gotowych biegać po skałach w czterdziestostopniowym upale. Nie lubimy biegać po skałach w czetrdziestostopniowym upale. Dwa zdjęcia i wychodzimy.





Gravina Petruscio

Gravina Petruscio

Gravina Petruscio


Gravina Petruscio










Craco




B. 
B.
Miasteczka.
To jest to, co tygrysy lubią najbardziej.
Półdziki pies sześcionogi - Tarent już został opisany we wpisie kilka dni temu - LINK. O Tarencie można powiedzieć następujące rzeczy, że nikt nie zaprzeczy: jest fascynująco różnorodny, od jego mienia wzięły nazwy następujące elementy: pająk Tarantulla (odmiana apulijska, kąsząca boleśnie, ale nie bardzo szkodliwie), taniec Tarantella (skoczny, wykonywany pierwotnie w celu wypocenia jadu owego pająka), reżyser Tarantino (którego rodzina stąd się wywodzi). Teraz zaś będzie o mniejszych miejscówkach.
W Apulii środkowej nie wolno przeoczyć świętej czwórki spektakularnych

sobota, 7 września 2019

Sześcionogi pies - Tarent.


Nie mogę się od tego miasta wyzwolić, jak od serialu "Czernobyl", mniej więcej. Jest tak wciągająco mroczny, klimatyczny, ze wspaniale oddanym realistycznym duchem, maksymalnie zapadającymi w pamięć kadrami, stonowaną kolorystyką. Ale nie bezwzględnie piękny. Mam skłonności do miast pięknych niebezwzględnie. W jednym z nich mieszkam.
Nie jestem pewien, czy w Tarencie chciałbym mieszkać. Zupełnie tak, jak być w 1986 roku w Czernobylu. Ale podglądać to wszystko z perwersyjną przyjemnością chciałbym po wieczność. Sądząc po popularności serialu "Czernobyl" wielu ludzi podziela te perwersje. Jedźcie do Tarentu!
Miasto gęste od nawarstwień. Częściowo palimpsest, na których ręce potomnych zmazywały wcześniejsze teksty, żeby napisać swoje. Ale jeszcze bardziej archiwum, magazyn przeszłości, do którego kolejne pokolenia dokładają swoje tomy, nie wyrzucając starych segregatorów.




Wjeżdża się do Tarentu od północy przez petrochemię Agip. Przez kilka kilometrów fabryk, składów, rzędów torów kolejowych widocznych z wiaduktów, wysokich wież portowych dźwigów, terminali tirów. Część z nich zarośnięta, martwa, pusta, zaśmiecona. Węże autostradowych ślimacznic , niezbyt ruchliwe, oplatają widza, przypływają i odpływają, markowane przez drogowskazy na Reggio di Calabria, Brindisi albo
 Nardò. Wielu zamknęłoby oczy. Ale nawet prowadząc samochód można dostrzec wśród nich nieco wyschnięte rodzynki. Pomniki modernizmu z lat trzydziestych, pięćdziesiątych, sześćdziesiątych. 





Potem nagle i niespodziewanie wysoka wieża, najprawdopodobniej nieczynnej latarni morskiej, ginąca wśród kominów petrochemii. Znów porty przeładunkowe nad którymi przejeżdża się górą, na estakadzie. I już z tej estakady widzi się wyspę na której leży stare miasto.
Bo Spartanie założyli Tarent na wyspie pomiędzy otwartym morzem Zatoki Tarenckiej, a dwoma morskimi jeziorami - Mar Grande i Mar Piccolo. 






Mówi się, że Sparta nie miała żadnych własnych kolonii. I to jest poniekąd prawda. Tarent jest dziełem Spartan wykluczonych.
Sparta, kraj rządzony silną ręką, dzielił swą ludność na kasty, w zależności od pochodzenia i ściśle wyznaczała obowiązki i prawa. Periojkowie byli ludźmi częściowo wolnymi, ale nie mieli praw politycznych, za to obowiązek uczestniczenia w wojnie wraz ze spartańskimi hoplitami. Przez pewien okres zezwalano periojkom na związki z kobietami z kasty wolnej, ale potem unieważniono to prawo, a potomkowie zrodzeni z mieszanych związków zostali zmuszeni do emigracji - oni właśnie założyli Tarent - jedyną spartańską quazi - kolonię.




Potem, przez wiele, wiele wieków Tarent był miastem żyjącym w potężnej opozycji do Rzymu, niemal z reguły popierając jego wrogów, w tym znanego nam bliżej króla Pyrrusa (z którym Fotodinoza spotkała się już w Albanii - LINK ). Potem przez pewien czas podbili Tarent Arabowie, potem Normanowie, którzy zbudowali nie tylko zamek w Taranto, ale generalnie prawie wszystkie na południu Włoch. Potem miasto weszło w skład Królestwa Obojga Sycylii.




Mówią, że Tarent to mały Neapol - też jest podobnie spatynowany, nieco półdziki, ciemny i ma swój "Castel dell'Ovo" na nadbrzeżu. Ale choć podobieństw sporo, Tarent jest jakby znaczniej gęstszy, a przy tym łatwiejszy do ogarnięcia - na znacznie mniejszej powierzchni znacznie bardziej kontrastowy. Wszystko jest w tym mieście Naraz.









Wyspa starego miasta jest najbardziej dominującym miejscem, jakie widziałem. Można powiedzieć, że niemal przytłaczającym proporcjami. Niemal niewiarygodnym. Wąskie uliczki są częste we Włoszech, w Hiszpanii, w Chorwacji. Ale nigdy nie widziałem tak potężnych kamienic na tak małej przestrzeni. Wygląda to tak jakbyście wzięli łódzkie kamienice... nie. Wróć. Wygląda to tak, jakbyście wzięli sześciopiętrowe paryskie kamienice i ustawili je na gęstwie ulic szerokości, w porywach dwóch i pół metra. Wąwozy wąskich uliczek, gdzie słońce ledwo dociera, i tylko dlatego, że to włoskie, ostre, południowe słońce.




Stare miasto ma status "opuszczonego", ale można je nazwać opuszczonym w połowie. Stoją tu kamienice - pałace wielmożów, z odpadającymi tynkami, zamurowanymi oknami i krzaczkami rosnącymi w rynnach. Stoją tak blisko siebie, że