wyświetlenia:

piątek, 18 października 2019

Światło.



Na szczęście tanio latają. Dzięki temu człowiek może się rozwijać fotograficznie. Nabywać wiedzy. Nie jest to może jakaś wiedza tajemna, ale jest.
Po raz pierwszy w życiu, po raz drugi w tym samym lecie odwiedziło się Włochy. I odczuło się fotograficzną zmianę. Zmieniły się kolory i odcienie.
Niektórzy wstają o czwartej, żeby zdążyć na wschód słońca i złotą magiczną godzinę, niektórzy cytują znany cytat: Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista o kasę, a mistrz martwi się o światło. Niektórzy wracają wielokrotnie w to samo miejsce, żeby złapać najlepszy układ oświetlenia. Rozumiem ich. Mają rację. Niemniej nigdy tak wyraźnie świat nie zwrócił mi uwagi na to, że położenie słońca na niebie tak zmienia kolory i natężenie.
Szosy zawiodły nas na półwysep Gargano, przedziwnego wieloryba wyciągniętego na brzeg płaskiej jak stół Apulii. Z monotonnych równin, sadów oliwkowych i salinowych jezior wyrasta nagle łańcuch niskich gór wyciągnięty w morze. Miejsce to jest mniej znane, niż turystyczna mekka wybrzeża Amalfi i Sorento, aczkolwiek Włosi wiedzą o nim doskonale i tutaj właśnie spędzają urlopy. Na szczęście ich plany urlopowe kończą się jak nożem uciął 1-go października, szosy pustoszeją, a sklepiki zamykają się po sezonie.
Gargano wyciągnięte w morze jest na wybrzeżu dość pustawe - niewiele pięknych miasteczek rozsiadło się na jego klifach, a wnętrze zajmuje kuriozum na włoską skalę - park narodowy Foresta Umbra, w którym ino lasy, bory i nieliczne kręte drogi, a poza tym nic. Włoch musi się tam czuć nieswojo. Dla Polaka jest to rzecz dość familiarna, zwłaszcza na Ścianie Wschodniej, albo na Kaszubach całkiem spotykana. W gęsto zaludnionym południu włoskiego buta stanowi niejaki wyjątek. Mroczne, pierwotne lasy, gęsto zarośnięte flankują od strony nielicznych miasteczek pastwiska domowej fauny.
Generalnie malowniczo na zabój.
Przybyliśmy, zobaczyliśmy, sfotografowaliśmy.

















piątek, 11 października 2019

Zakochałem się w Olive Edis.

W zimnym marcu 1919 roku Olive Edis na zlecenie Imperial War Museum w Londynie wsiadła do odkrytego Forda Model T, żeby spędzić ponad miesiąc we Francji i Belgii fotografując pozostałości niedawno odbytej wojny, jako pierwsza kobieta na stanowisku Official War Photographer. Zabrała ze sobą gargantuicznych rozmiarów własny skrzynkowy aparat i dostępne już wówczas w handlu suche płyty żelatynowe. Wraz z nią udała się w podróż lady Norman, szefowa Komitetu Pracy Kobiet w charakterze obserwatorki. Kierowcą był stary doświadczony szofer, pan Blow, wkrótce nazwany przez Olivię "tatusiem Blow", który pomagał paniom w wizytacji terenów, za które przez kilka ostatnich lat ginęły miliony ludzi z obu stron Wielkiej Wojny.


Panie z Voluntary Aid Detachement czyszczą silniki samochodów. 1919. Fot. Olive Edis.
W przeciwieństwie do aparatu zdobywcy Everestu George Leigh Mallory'ego (opisywanego już na Fotodinozie - TUTAJ) aparat Oliwii Edis istniej do dzisiaj i ma się dobrze. Nadal, po 125 latach od jego wyprodukowania i po stu latach od czasu gdy Edis fotografowała nim zrujnowaną Francję można nim strzelać doskonałej jakości zdjęcia (co udowodniło przechowujące go pieczołowicie Muzeum w Norfolk). Zanim fotografka wyruszyła w swą podróż dokumentacyjną zrobiła nim setki niesamowitych klimatycznie portretów, zdjęć o nastroju dzisiaj niespotykanym.
Przyznam, że im więcej czytam o Oliwii Edis, tym bardziej zakochuję się platonicznie w niej i w jej zdjęciach. Była wirtuozem wielkiego formatu. W przenośni i dosłownie.


Olive Edis - autoportret z 1919 roku, czasu w którym wyruszyła do Francji i Flandrii. Fotografka lubiła robić sobie zdjęcia.
Pochodziła z dobrze sytuowanej mieszczańskiej rodziny, była najstarszą z trzech córek londyńskiego lekarza. Od znajomej dostała swój pierwszy aparat - był on kiedyś własnością doktora Johna Murray'a, jednego z pierwszych dokumentalistów - fotografów w Indiach, teraz na nim trenowała umiejętności dwudziestopięcioletnia Olivia. Był to olbrzymi wielkoformatowiec, z drewnianą przednią i tylną ścianką połączoną mieszkiem, przeznaczony na szklane płyty. W ówczesnym czasie czułość materiałów wymagała ustawiania go na statywie i dużej ilości światła. Trzeba też powiedzieć, że z owym przetpotopowym sprzętem było mnóstwo roboty, opisał to kiedyś w artykule gościnnym na Fotodinozie Miłosz Gawroński - TUTAJ (opis działań wielkim formatem jest na samym początku artykułu). Oliwia nie zrażała się tym faktem, a umiejętności nabrane w szybkim czasie pozwoliły jej otworzyć profesjonalne studio w Sheringham na wybrzeżu w Norfolk. Zawiązała spółkę z młodszą siostrą - Katherine, która wraz z nią zgłębiała tajniki łapania światła na szklanych płytach, póki nie wyszła za mąż w 1907 roku. Od tamtej pory Olive Edis sama rozwijała swój biznes.
Pochodzenie z zamożnej rodziny i dobrej klasy społecznej ułatwiało obu siostrom sprawę - studio w Sherihngham zaprojektował im wuj, Robert William Edis, architekt brytyjskiego pawilonu na wystawę światową w Kolumbii. Studio miało, ówczesnym zwyczajem, szklany dach, żeby wykorzystywać maksymalnie dzienne światło, takież studia miał nie tylko sławny Nadar, fotograf - szpieg (LINK do wpisu o nim), ale także i łódzki portrecista z XIX wieku - Dominik Zoner (LINK do wpisu o pierwszych fotografach w mieście).
Oliwia była zdecydowana, odważna i wiedziała czego chce. Miała przy tym wspaniałe, empatyczne podejście do ludzi. W owych czasach, w których przygotowanie do zdjęć zajmowało długie chwile, a samo otwarcie migawki co najmniej kilka sekund, te umiejętności były bardzo istotne. Po fotografiach Edis widać na pierwszy rzut oka jej socjalne talenty. Na mało których zdjęciach z początku XX wieku modele wyglądają tak naturalnie i tak żywo. Te zdjęcia portretowe są wyjątkowe, nie tylko z racji niezwykłej plastyki obrazu - wielkoformatowy aparat daje niedościgle małą głębię ostrości i trudno uchwytny w opisie urok - ale także są wyjątkowe właśnie z racji psychologicznej wyrazistości modeli.


Rybak Lotion Tar-Bishop, fot. Olive Edis.

Rybak Gilbert Lether Rook. Fot. Olive Edis.

Rybak Buck Craske. Fot. Olive Edis.

Fot. Olive Edis.
Sheringham było miastem wypoczynkowym i portem rybackim. Oliwia fotografowała zatem śmietankę towarzyską na wakacjach, oraz... rybaków właśnie. Portrety i pejzaże okolic wydawała na widokówkach, które zdobyły wielką popularność.
Wcale się nie dziwię, wyglądają kusząco i dzisiaj.
W 1912 roku Edis zaczęła robić zdjęcia kolorowe, za sprawą wprowadzonych świeżo na rynek kolorowych autochromów, produkowanych przez braci Lumière i sprowadzanych z Francji. Była w tym jedną z pionierek. Autochromy były pracochłonne w naświetlaniu i wywoływaniu i nie dało się z nich robić z początku odbitek - były rodzajem przezrocza, potrzebującego podświetlenia. Oliwia skonstruowała i opatentowała własny diaskop do ich oglądania. Za swoje kolorowe zdjęcie - autoportret - dostała medal na wystawie Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego w 1913-m, a rok później została członkinią tegoż Royal Society.


Fot. Olive Edis.
Aż się wierzyć nie chce - zdjęcia kolorowe sprzed I Wojny! Ale kolorową fotografię uprawiano na różne sposoby i w połowie XIX wieku, początkowo stosując barwne filtry i pracowicie nakładając na siebie kilka powstałych zdjęć, a także, najpowszechniej, po prostu podmalowując fotografię czarno-białą. Autochrom, wynalazek Louisa Ducos du Hauron'a, potem produkowany przez braci Lumière, był w stosunku do poprzednich metod stosunkowo prostym a sprytnym rozwiązaniem. 

niedziela, 29 września 2019

Jak się zostaje nałogowym Nikonowcem

Otóż znany nestor fotograficzny, autor książki "Tradycyjny i cyfrowy Nikon system", pierwszej w Polsce książki - monografii fotograficznego producenta - Marcin Górko napisał na Fotodinozę wpis gościnny. I to wpis osobisty. Szanowny Pan Marcin jest najprawdopodobniej największym w Polsce znawcą nikonowego sprzętu, a przy tym obywatelem opanowanym manią kolekcjonerską. To cenne. Zgubne, ale chwalebne.
Wywiad z Marcinem, na temat jego książki i pracy dziennikarskiej w latach dziewięćdziesiątych w "Foto-Kurierze" przeprowadziłem jakiś czas temu na Fotodinozie - LINK Teraz oddaję pole relacji autora:

Jak się zostaje nałogowym nikonowcem, czyli uzależnienie od nikotyny to nic, w porównaniu z uzależnieniem od Nikona.
.




 Będzie to historia wesoła i smutna. Wesoła, bo nikt nie zginął a i rodzina powiększała się sukcesywnie; smutna, bo pokazuje samotną walkę naszego bohatera z przeciwnościami losu, pokazuje jego dążenie do celu, które – aż konsekwentne – nie było wcale proste ani łatwe. 
To był deszczowy dzień na początku marca. Pisząc dokładnie, był to 8 marca, jeszcze dość głęboko w poprzednim tysiącleciu. Tego dnia w jedynym słusznym komisie fotograficznym w Łodzi byłem umówiony na odbiór Nikona FM-2n. Wówczas definitywnie zakończyłem epokę systemu Praktica PB i – jak to się teraz mówi i pisze – „przesiadłem się” na Nikona. Gdy lekko drżącymi rękoma pakowałem korpus „eFem-dwójki” do torby, sprzedający życzył mi abym poniżej Ilforda nie schodził oraz abym jak najszybciej kupił sobie „stopiątkę dwa i pół”. Hm, łatwo powiedzieć: „kup sobie 105/2,5!”. To z pewnością było szczere życzenie i poparte dobrą znajomością tego obiektywu, ale w roku 1993, gdy nie istniały fora internetowe, google, ebay i inne współczesne temu podobne dobrodziejstwa, nie tak łatwo było dowiedzieć się czegoś o tym obiektywie. Ponieważ możliwości finansowe nie były szczególnie sprzyjające, nie zastosowałem się do dobrej rady „wujka Darka”, przynajmniej nie od razu… Kilka miesięcy później, już latem, wraz z moim FM-2n, Nikkorem 50/1,4 i Sigmą 24/2,8 którą Jego Ekscelencja Fabrykant raczył już opisać, pojechałem na praktyki studenckie do Szwajcarii. I postanowiłem sobie, że tam zastawię sidła na owego Nikkora 105/2,5. 
Jak myślałem tak zrobiłem – regularnie patrolowałem komisy foto w Zurychu i pewnego dnia w jednym z nich zobaczyłem stojące obok siebie dwa niepozorne Nikkory: 105/2,5 i 135/3,5. Czas więc na bliższe poznanie ich - po kilkunastu minutach „degustacji” postanowiłem kupić…tego niewłaściwego, czyli 135/3,5. O tym wyborze zdecydowała wcześniejsza sympatia do ogniskowej 135mm (jeszcze z czasów Zenita i Prakticy), nieco dłuższa ogniskowa no i co tu ukrywać: niższa cena…. Ową stotrzydziestkąpiątką zrobiłem sporo dobrych – tak mi się przynajmniej kiedyś wydawało - zdjęć i nie było powodu, by na nią narzekać. Mityczna stopiątka dwa i pół pozostała gdzieś tam w głowie, cichutko szepcząc do ucha: „i tak mnie kiedyś kupisz”, a ja zakupowi stawiałem zacięty opór i byłem szczęśliwy z  triem stałek 24+50+135, do których dołączył też zoom 28-85, żeby było śmieszniej w wersji AF….. Ale ten cudowny stan równowagi nie trwał niestety długo: trafiła się okazja kupić Nikkora 200/4 i okazało się, że 135/3,5 jest trochę za długi i trochę za ciemny. Nie musiałem długo myśleć czym go zastąpić… Postanowiłem pojawić się na giełdzie fotograficznej w „Stodole” i zamienić siekierkę na kijek. Ku mojej radości okazało się, że na jednym ze stołów leniwie wyleguje się obiekt moich westchnień, jeszcze bardziej ucieszyłem się, że sprzedający był skłonny w rozliczeniu przyjąć mojego 135/3,5. Trochę mniej mi się podobało, że to ja musiałem dopłacić, no bo gdzie tu logika: płacić więcej za mniejszą ogniskową? Sprzedający – stary wyjadacz –  uświadomił mnie, że właśnie zamieniam zwykły amatorski ciemny teleobiektyw na legendarną portretówkę Nikona.
.


Tak więc targu dobiliśmy a ja miałem świadomość, że zastosowałem się do sugestii otrzymanej w dniu zakupu FM-2n. Z moim 105/2,5 – którego nota bene mam do dzisiaj – polubiliśmy się bardzo: ja o niego dbałem i czytałem mu bajki przed snem, a on pokazywał mi, że równie dobrze sprawuje się w fotografii ogólnej, portrecie, że z pierścieniami pośrednimi daje świetne rezultaty w makrofotografii a i nocne niebo na odpowiednim montażu też da się nim z dobrymi rezultatami zrobić. I sądziłem, że osiągnąłem optyczne ZEN, ale niestety nie było mi dane zaznać spokoju. 

poniedziałek, 23 września 2019

Dlaczego nie istnieje pierwszy cyfrowy aparat na świecie.

Zgłębiam coraz głębiej kwestię prehistorii cyfrowej fotografii. Po całym owym zgłębianiu wydaję się coraz dalszy od prawdy, którą kilku producentów wyrywa sobie z rąk wśród wrzasków i rękoczynów - kto, do diaska, był producentem pierwszego cyfrowego aparatu świata?
Nigdy się tego nie mogłem dowiedzieć.
Podobno pierwszy aparat świata zbudował Steven Sasson z Kodaka, w 1975 roku, ja też rozpowszechniałem tę wiadomość. 
Podobno pierwszym produkcyjnym aparatem była Sony Mavica z 1981 roku, przynajmniej tak głoszą fanboye Sony.


Zdjęcie ciemnej strony księżyca, 1959
No tak, ale w takim razie CO przesłano radiowo na Ziemię z radzieckiej sondy kosmicznej Łuna 3, która po raz pierwszy w historii przekazała zdjęcia ciemnej strony Księżyca?
CO przesłano radiowo na ziemię z sondy kosmicznej Ranger 7, zanim nie roztrzaskała się (programowo) o powierzchnię satelity w 1964 roku? Bo zdaje się, że było to ZDJĘCIE? 




Nie przesłano go pocztą, więc chyba było elektroniczne? Szesnaście i jedenaście lat przed "pierwszym aparatem cyfrowym" Sassona.

Po owym riserczu mogę jednoznacznie stwierdzić: takiego pierwszego producenta NIE MA.
Dlaczego?
Bo go być nie może. Sprawa jest strasznie rozmyta.
Zaczynając od podstaw:
Co to jest fotografia cyfrowa?
Co to jest aparat cyfrowy?
Co to jest cyfrowe zdjęcie?
Otóż te pojęcia, co wydaje się dziwne, ale jest prawdziwe - nie są jednoznaczne.
Proszę bardzo: czy urządzenie, z założenia przeznaczone do celów obliczeniowych, zajmujące trzy pokoje pełne elektroniki lampowej, kręcących się krążków taśm magnetycznych, tysięcy przełączników, które po wysiłkach programistów zdołało wyprodukować trzy zdjęcia, nie na filmie, tylko w postaci elektrycznego zapisu jest APARATEM cyfrowym? Czy może to bardziej komputer z przystawką, nie aparat?

Proszę bardzo: A wasz stuletni odtwarzacz wideo VHS, z późnych lat osiemdziesiątych (pamiętam taki z 1982 z zagranicznej wizyty u mojego Wója Lecha w Monachium)? Otóż czy w tym odtwarzaczu VHS, gdy na filmie "Rambo" Sylwester Stallone lata wśród wybuchów i strzelanin z procy, zatrzymacie nagle stopklatkę, to staje się on , ten odtwarzacz, niespodziewanie APARATEM cyfrowym? Nie? A przecież na ekranie telewizora oglądamy coś w rodzaju kiepskiego i drgającego zdjęcia? No i Sylwester Stallone jak żywy, przecież i rozpoznawalny.




Przy niektórych historycznych aparatach cyfrowych mamy nieco więcej, a przy niektórych nieco mniej wątpliwości. Taki sprzęt inżyniera Stevena Sassona, z roku 1975, wyglądający jak zmota ulepiona w garażu, z doklejoną taśmą klejącą kasetą magnetofonową na froncie niewątpliwie JEST aparatem cyfrowym, bo służy wyłącznie do robienia zdjęć i daje się go przenosić (choć waży 3,6 kg). Nieważne, że wygląda jakby zrobiono go za pomocą szlifierki kątowej (co pewnie jest faktem).



Główny corpus delicti to cyfrowość zapisu zdjęcia.

poniedziałek, 16 września 2019

Apulia i okolice Taranto. Nie wolno zwiedzać nieciekawych rzeczy!

Nie wolno zwiedzać nieciekawych rzeczy. Trzeba zwiedzać same najciekawsze. Oto w pełni półprofesjonalny półprzewodnik wrażeniowy.  Włochy południowe. Tym razem na blogu będzie dużo zdjęć. Dużo dużych zdjęć. Ale opisu też będzie trochę.


Apulia jest wielka. Od łydki, aż do obcasa włoskiego buta. Tutaj będzie tylko o okolicach Tarentu (Taranto), jakie się liznęło niczym cukierek przez papierek. O kostce i obcasie buta już było na Fotodinozie - TUTAJ i TUTAJ. Teraz będzie głównie o podeszwie. 




Do zwiedzania w pobliżu są następujące rzeczy:

A. 
wielkie wąwozy (gravine) wcinające się we wzgórza wybrzeża jońskiego i przecinające środkiem co najmniej kilkanaście miast. W wąwozach są liczne jaskinie, część naturalnych, część wydrążonych. Od tych jaskiń zaczęła się właśnie kariera owych miast (Matera, Massafra, Castellaneta, Laterza) - różni praprzodkowie mieszkali w wąwozach, a potem z nich wyleźli na wierzch i pobudowali zamki i kościoły. Jaskinie się czasem później jeszcze przydawały - w Gravina Petruscio koło Mottoli stacjonowali np. kilka dni żołnierze generała Andersa.
 Wąwozy są całkiem spektakularne widokowo, sporo w nich starych jaskiniowych kościółków. Rzadko, niestety, są widoczne z dróg, które je na ogół omijają, ale np. w Massafrze wielki jar dzieli centrum miasta na pół. Atrakcje wąwozów są jednak latem głównie dla wariatów, gotowych biegać po skałach w czterdziestostopniowym upale. Nie lubimy biegać po skałach w czetrdziestostopniowym upale. Dwa zdjęcia i wychodzimy.





Gravina Petruscio

Gravina Petruscio

Gravina Petruscio


Gravina Petruscio










Craco




B. 
B.
Miasteczka.
To jest to, co tygrysy lubią najbardziej.
Półdziki pies sześcionogi - Tarent już został opisany we wpisie kilka dni temu - LINK. O Tarencie można powiedzieć następujące rzeczy, że nikt nie zaprzeczy: jest fascynująco różnorodny, od jego mienia wzięły nazwy następujące elementy: pająk Tarantulla (odmiana apulijska, kąsząca boleśnie, ale nie bardzo szkodliwie), taniec Tarantella (skoczny, wykonywany pierwotnie w celu wypocenia jadu owego pająka), reżyser Tarantino (którego rodzina stąd się wywodzi). Teraz zaś będzie o mniejszych miejscówkach.
W Apulii środkowej nie wolno przeoczyć świętej czwórki spektakularnych

sobota, 7 września 2019

Sześcionogi pies - Tarent.


Nie mogę się od tego miasta wyzwolić, jak od serialu "Czernobyl", mniej więcej. Jest tak wciągająco mroczny, klimatyczny, ze wspaniale oddanym realistycznym duchem, maksymalnie zapadającymi w pamięć kadrami, stonowaną kolorystyką. Ale nie bezwzględnie piękny. Mam skłonności do miast pięknych niebezwzględnie. W jednym z nich mieszkam.
Nie jestem pewien, czy w Tarencie chciałbym mieszkać. Zupełnie tak, jak być w 1986 roku w Czernobylu. Ale podglądać to wszystko z perwersyjną przyjemnością chciałbym po wieczność. Sądząc po popularności serialu "Czernobyl" wielu ludzi podziela te perwersje. Jedźcie do Tarentu!
Miasto gęste od nawarstwień. Częściowo palimpsest, na których ręce potomnych zmazywały wcześniejsze teksty, żeby napisać swoje. Ale jeszcze bardziej archiwum, magazyn przeszłości, do którego kolejne pokolenia dokładają swoje tomy, nie wyrzucając starych segregatorów.




Wjeżdża się do Tarentu od północy przez petrochemię Agip. Przez kilka kilometrów fabryk, składów, rzędów torów kolejowych widocznych z wiaduktów, wysokich wież portowych dźwigów, terminali tirów. Część z nich zarośnięta, martwa, pusta, zaśmiecona. Węże autostradowych ślimacznic , niezbyt ruchliwe, oplatają widza, przypływają i odpływają, markowane przez drogowskazy na Reggio di Calabria, Brindisi albo
 Nardò. Wielu zamknęłoby oczy. Ale nawet prowadząc samochód można dostrzec wśród nich nieco wyschnięte rodzynki. Pomniki modernizmu z lat trzydziestych, pięćdziesiątych, sześćdziesiątych. 





Potem nagle i niespodziewanie wysoka wieża, najprawdopodobniej nieczynnej latarni morskiej, ginąca wśród kominów petrochemii. Znów porty przeładunkowe nad którymi przejeżdża się górą, na estakadzie. I już z tej estakady widzi się wyspę na której leży stare miasto.
Bo Spartanie założyli Tarent na wyspie pomiędzy otwartym morzem Zatoki Tarenckiej, a dwoma morskimi jeziorami - Mar Grande i Mar Piccolo. 






Mówi się, że Sparta nie miała żadnych własnych kolonii. I to jest poniekąd prawda. Tarent jest dziełem Spartan wykluczonych.
Sparta, kraj rządzony silną ręką, dzielił swą ludność na kasty, w zależności od pochodzenia i ściśle wyznaczała obowiązki i prawa. Periojkowie byli ludźmi częściowo wolnymi, ale nie mieli praw politycznych, za to obowiązek uczestniczenia w wojnie wraz ze spartańskimi hoplitami. Przez pewien okres zezwalano periojkom na związki z kobietami z kasty wolnej, ale potem unieważniono to prawo, a potomkowie zrodzeni z mieszanych związków zostali zmuszeni do emigracji - oni właśnie założyli Tarent - jedyną spartańską quazi - kolonię.




Potem, przez wiele, wiele wieków Tarent był miastem żyjącym w potężnej opozycji do Rzymu, niemal z reguły popierając jego wrogów, w tym znanego nam bliżej króla Pyrrusa (z którym Fotodinoza spotkała się już w Albanii - LINK ). Potem przez pewien czas podbili Tarent Arabowie, potem Normanowie, którzy zbudowali nie tylko zamek w Taranto, ale generalnie prawie wszystkie na południu Włoch. Potem miasto weszło w skład Królestwa Obojga Sycylii.




Mówią, że Tarent to mały Neapol - też jest podobnie spatynowany, nieco półdziki, ciemny i ma swój "Castel dell'Ovo" na nadbrzeżu. Ale choć podobieństw sporo, Tarent jest jakby znaczniej gęstszy, a przy tym łatwiejszy do ogarnięcia - na znacznie mniejszej powierzchni znacznie bardziej kontrastowy. Wszystko jest w tym mieście Naraz.









Wyspa starego miasta jest najbardziej dominującym miejscem, jakie widziałem. Można powiedzieć, że niemal przytłaczającym proporcjami. Niemal niewiarygodnym. Wąskie uliczki są częste we Włoszech, w Hiszpanii, w Chorwacji. Ale nigdy nie widziałem tak potężnych kamienic na tak małej przestrzeni. Wygląda to tak jakbyście wzięli łódzkie kamienice... nie. Wróć. Wygląda to tak, jakbyście wzięli sześciopiętrowe paryskie kamienice i ustawili je na gęstwie ulic szerokości, w porywach dwóch i pół metra. Wąwozy wąskich uliczek, gdzie słońce ledwo dociera, i tylko dlatego, że to włoskie, ostre, południowe słońce.




Stare miasto ma status "opuszczonego", ale można je nazwać opuszczonym w połowie. Stoją tu kamienice - pałace wielmożów, z odpadającymi tynkami, zamurowanymi oknami i krzaczkami rosnącymi w rynnach. Stoją tak blisko siebie, że

poniedziałek, 2 września 2019

Jak robić ponętne selfie. Felieton gościnny p. Marka Szarka


Jak to na Facebooku bywa - przez znajomych znajomych trafia się czasem na wspaniałe i ciekawe rzeczy. Kawał czasu temu trafiłem na twórczość facebookową pana Marka Szarka - TUTAJ, który od lat wielu pisze krótkie, żartobliwe felietoniki na tematy życia własnego i okolic, a jest on człowiekiem renesansu. Oddaję w tej kwestii głos Panu Markowi:

Przed Wyższą Szkołą Pedagogiki Specjalnej studiowałem filologie polską na UW, ale wywalili mnie z hukiem, później pracowałem w PDPs Międzylesie z dziećmi upośledzonymi, a potem w Szkolnym Ośrodku Socjoterapii - SOS, z dziećmi trudnymi. A potem zająłem się przemytem.
W latach real - socjalizmu przemycałem wszystko: kolorowe telewizory z Symferopola, elektroniczne zegarki z Wiednia, narty Elan z Jugosławii, kawę i dzinsy z Triestu etc. 
Po transformacji piastowałem przez 12 lat posadę dyrektora ds. administracyjnych w firmie Świat Spinek, a następnie otworzyłem hurtownie ze sztucznej biżuterii i zbankrutowałem! Teraz jestem ex sprzedawcą sztucznej biżuterii i nauczycielem wspomagającym (to termin ministerialny) w szkole podstawowej. 

A przy tym erudytą i gawędziarzem jak się patrzy.
Czytam owe felietoniki z przyjemnością i gębą roześmianą. Nakłoniłem Pana Marka do napisania wpisu gościnnego. Oto i on. Poradnik dla nieświadomych selfiarzy:

Lubię dostawać lajki! Żeby na nie zasłużyć - piszę: głupio, krótko i do rymu! Im głupiej, tym śmieszniej, im śmieszniej, tym lepiej! Z pisaniem, w ogóle, można dać sobie spokój i poprzestać na zdjęciach! Gdy ma się wdzięk i sylwetkę gwiazdy filmowej - jest łatwo - pstrykamy selfie i lajki sypią się, jak tabaka z rogu (powinienem był napisać - jak z rogu obfitości ale porównanie z tabaką jest głupsze). A co robić, kiedy pan bóg obdarzył nas pospolitą gębą, nikczemną posturą i w zębach dziurą ? Wtedy, dobrze jest, robić sobie zdjęcia ze wspomaganiem. 




Na przykład - z nogą wspartą na cokole pomnika Cezara, albo pod piramidą Cheopsa – uwaga - piramida powinna być mniejsza od nas, lub sportretować się - na leżąco w Grobie Agamemnona. Dobrze jest też, uwiecznić się 

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Canon D2000 . Czy Canon 2000D ? A może Kodak? Bo mi się to miesza.

Rok temu fotografowie amatorzy zadrżeli z wrażenia - Canon wypuścił na rynek niezwykle tanią lustrzankę cyfrową EOS 2000D.
Ale ja nie o tym.
Dwadzieścia jeden lat temu profesjonaliści zadrżeli z wrażenia - Canon wypuścił na rynek niezwykle drogą lustrzankę cyfrową EOS D2000.
A właściwie to nie Canon go wypuścił, tylko Kodak.
Zaraz... To o którym Canonie wolicie? Nowym i tanim? Nie, niestety, będzie o starym i drogim.
Halo halo, tu Fotodinoza. Dinozaury fotografii, nic mniej!


Canon EOS D2000. Fot. Morio, licencja C.C.
Jeżeli miałbym wymienić pierwszy cyfrowy aparat fotograficzny, który działał właściwie równie dobre jak dzisiejsze, to byłby właśnie ten. Że co?... Nie, nie ma wifi. Bluetooth też nie. Filmy? A to ktoś kręci filmy lustrzanką? Wszyscy? A to przepraszam, może przesadziłem z tą współczesnością Canona D2000.
Niemniej był to aparat wyposażony całkowicie współcześnie, pod względem funkcji fotograficznych, a wiele późniejszych aparatów przerastał o głowę. Nie. Mało. O dwie do trzech głów. Co wydaje się niewiarygodne w tak zamierzchłych czasach, ale jednak. Pod wieloma, doprawdy, względami przerasta sporo dzisiejszych cyfrowych lustrzanek. Nie przerasta ich jednak pod dwoma aspektami - rozdzielczości i ceny.
Miał jedynie 2 Megapiksele. W dzisiejszych czasach wydaje się to śmiechu warte, ale, jak wtajemniczeni wiedzą - nie tylko rozdzielczość się liczy, ale i jakość owych pikseli ma spore znaczenie. Istniała jeszcze wersja z 6 Megapikselami, dla tych, którym standardowe dwa nie starczały. Droższa wersja.

W swej karierze cyfrowego fotografa używałem przez parę lat aparatu o sześciu megapikselach (Canona 10D) i zapewniam, że owa niewielka (jak na dzisiejsze czasy) rozdzielczość nie stanowiła najmniejszego problemu. Jedyną niedogodnością był brak możliwości wykadrowania poziomego kadru z pionowego zdjęcia i odwrotnie. Znaczy się - można było, tylko że nie do dużych powiększeń. W sam raz na zdjęcia do internetu, tyle, że, niestety, nie miałem wtedy nawet swojego internetu. Kopałem go łopatką u kolegi, albo zgrywałem w pracy na pen drive dyskietki i płyty CD.
Dzięki brakowi możliwości solidnego przycinania zdjęć nauczyłem się starannie kadrować (co mi zostało do tej pory - 99% zdjęć na Fotodinozie stanowi pełen kadr, bez żadnego obcinania).

2 miliony pikseli w Canonie D2000 również nie było dla użytkowników specjalnym problemem, aparat ten i tak bił na głowę wszystko co miało większy pikselaż.

Trochę większym problemem mogła być cena. Kosztował 15000 dolarów. Przypominamy, że był wtedy rok 1998, a dolary trochę więcej warte. Jego sześciomegapikselowa wersja Canon D6000/ Kodak DCS 560 kosztowała równo dwa razy tyle tj. 30000 baksów, zatem był to dość słono płatny upgrade. Zważywszy, że poza tym aparaty te były właściwie identyczne.


Fot. Ashley Pomeroy, licencja C.C.
To w końcu Canon, czy Kodak? Bo mi się to miesza. A tego byśmy nie chcieli (cytat z Jamesa Bonda).

Kodak, jako pionier cyfrowych lustrzanek, zadebiutował aparatami DCS, opartymi na Nikonie. Nikon, notabene, nie był w ogóle świadomy tego faktu i niewiele wiedział o tym, że jego analogowa lustrzanka staje się właśnie, za sprawą Kodaka, lustrzanką cyfrową. Dowiedział się dopiero na konferencji prasowej podczas premiery w 1991 roku. 

Współpraca Kodaka i Nikona nie szła nigdy gładkim torem, bo Nikon pracował równolegle (choć powoli) nad swoimi lustrzankami cyfrowymi. Kodak od początku lat 90-tych budował swoje aparaty nie w oparciu o najwyższe, profesjonalne modele Nikona, typu F4, czy F5, tylko o tańsze modele amatorskie. Prawdopodobnie za sprawą braku zgody Nikona na

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Koń jaki jest i Muybridge

Kobieta schodząca po schodach. Fot. Eadweard Muybridge (kolaż ze zdjęć).


Koń jaki jest, każdy widzi.
   (ks. Benedykt Chmielowski, 1745 r)
Niby widzi, ale jak się okazuje - nie bardzo. 
Dość dawno się zaprzyjaźniliśmy z koniem. Nie dość że 3,5 tysiąca lat temu to było, to jeszcze przed naszą erą. Koń był nam wszystkim - siłą pociągową, pojazdem do przemieszczania się, wyścigówką, zwierzem domowym, obiektem statusu, a czasem nawet i przyjacielem, jak się ktoś bliżej zaprzyjaźnił. Jednakoż do XIX wieku, mimo kilku tysięcy lat obcowania z bydlęciem, żaden malarz sztalugowy nie mógł być pewien, czy dobrze maluje konia w pełnym biegu. Sęk w tym, że nogi konia są szybkie, szybsze niż ludzkie oko. Najszybsze konie zasuwają 60km/h i dostrzec właściwy ruch kopyt nie sposób. Szeregowi jeźdźcy konni nie byli tym tematem przez ostatnie pięć tysięcy lat zainteresowani, ale im bardziej malarstwo robiło się realistyczne, im bardziej nauka czyniła postępy, tym bardziej ta kwestia stawała się istotna. Przede wszystkim- czy koń w cwale odrywa wszystkie kopyta od ziemi? Wy już oczywiście to wiecie, bo widzieliście dziesiątki fotografii biegnących zwierząt, niemniej pod koniec XIX wieku nikt ich jeszcze nie widział.


Ciekawe czy ten koń ma anatomiczne ułożenie kopyt... Władysław Podkowiński "Szał uniesień" 1894

Plotka głosi, że Leland Stanford, były gubernator Kaliforni, prezes Central Pacific Railroad, biznesmen i właściciel wielkiej stadniny koni (a później założyciel Uniwersytetu Stanforda) założył się ze znajomym Frederickiem McCrellishem o 25 tysięcy dolarów, że koń w galopie odrywa cztery nogi od ziemi. Być może to tylko malownicze przekłamanie, ale jak ubarwia narrację! 
Jak sprawdzić ów koński fakt? Może zrobić koniowi zdjęcia. Kogo by tu zatrudnić do tego? Może najbardziej wziętego ówcześnie fotografa ameryki - Eadwearda Muybridge'a.

Zarówno Stanford jak i Muybridge byli bardzo malowniczymi postaciami. Ten pierwszy dorobił się majątku wartego w dzisiejszych pieniądzach 1.506.000.000 dolarów oraz określenia stosowanego wobec siebie  przez przeciwników - "baron-rabuś" (robber-baron). Zarządzając przedsiębiorstwami kolejowymi i handlowymi, działając w polityce i stosując wszelkie swoje wpływy by kosić i wykupywać konkurencję, działał przy tym społecznie i był inicjatorem np. spółdzielni pracowniczych w USA. 

Notabene w 1975 roku studenci Uniwersytetu Stanforda zagłosowali za tym, by swoje drużyny sportowe nazwać ksywką "robber-barons", ale władze uczelni sprzeciwiły się temu, jako brakowi szacunku dla założyciela.

Muybridge natomiast... O, dużo by opowiadać. Urodził się w Kingston uppon Thames w Anglii w rodzinie kupieckiej, jako Edward Muggeridge. Nazwisko modyfikował kilka razy w życiu, twierdząc, że pisownia Eadweard Muybridge jest najbardziej zbliżona do staroangielskiego.  Jego dziadek wyuczył go papiernictwa, a w rezultacie młody Edward został pomocnikiem wydawcy i księgarzem w Londynie. W wieku 20 lat wyjechał jednak do Stanów Zjednoczonych, by pracować jako przedstawiciel londyńskiego wydawnictwa i księgarz. Trafił do Kaliforni, od niedawna kolejnego stanu USA. Trwała tam właśnie gorączka złota, a w biznesie kipiało jak w garnku bigosu. 


Samo San Francisco miało ówcześnie 40 księgarni. Muybridge prowadził swój interes z sukcesem. W 1860 roku wyruszył w podróż do Anglii, w celu poszukiwania cennych pozycji antykwarycznych, mając zamiar sprzedawać je w USA. Udał się w tym celu dyliżansem do St.Louis z zamysłem dostania się koleją do Nowego Jorku. Niestety nie dotarł do celu. W środkowym Teksasie konie gwałtownie poniosły pojazd powodując katastrofę - jeden z podróżnych zginął na miejscu, a Muybrigde wypadł z powozu i uderzył głową w kamień. Zabrano go do szpitala znajdującego się 240 mil dalej, w Fort Smith i dopiero stamtąd księgarz miał jakiekolwiek późniejsze wspomnienia po swoim wypadku. Leczył się tam trzy miesiące, cierpiąc na zanik powonienia i smaku, oraz dezorientację i brak skupienia. Leczenie kontynuował jeszcze przez rok w Nowym Jorku. 
Dzisiejsze analizy medyczne twierdzą, że wypadek mógł mieć spory wpływ na charakter i zachowanie Muybridge'a, u którego zauważano później czasami niezrównoważone zachowania. Mógł mieć także wpływ na wyzwolenie kreatywności, z której wcześniej nie był znany.
Księgarz wracał do zdrowia w rodzinnej Anglii, gdzie, według jego własnych słów, lekarz zalecił mu zmianę zainteresowań na świeży wynalazek - fotografię.

środa, 7 sierpnia 2019

Sigma autofokus i auto-da-fé


No i co? Myślicie że wszystkie artykuły na Fotodinozie to będą wpisy epokowe? Nie ma tak dobrze. Tym razem będzie wpis o głupotach. Rzeczach kompletnie nieinteresujących i bez sensu. O kolekcji własnych obiektywów.
Jestem kolekcjonerem. Wielu już było kolekcjonerów. Niektórzy zbierają na przykład odkurzacze. Niektórzy kolekcjonują stare lustrzanki Kodaka - natknąłem się na takich w trakcie pisania artykułu o pierwszych cyfrowych lustrzankach.
- Co robisz chłopczyku?
- Zbieram psie kupki.
- To bardzo ładnie, ale tu jedną zostawiłeś.
- Taką już mam.
              (Marek Raczkowski)
Ja też sześć lat temu zacząłem pisać bloga i zbierać psie kupki... tfu, zbierać stare obiektywy Sigma. No, nie myślcie sobie, że to były jakieś manualne rarytasy błyszczące mosiądzem i szlifowanym ręcznie szkłem, jak obiektywy pana Petzvala z Wiednia. Powiedziałbym że wręcz przeciwnie, zupełnie przeciwstawnie i całkiem odwrotnie. To były rzeczywiście takie fotograficzne psie kupki, których nie chciał nikt. Kryteria były następujące - żeby było maksymalnie tanio, żeby obiektywy miały jakiś drobny nimb profesjonalizmu, no i musiały być autofokus. Ja bez autofokusa nie fokusuję.
Rzecz całą oczywiście ułatwiały to kolekcjonowanie wojny między Canonem a Sigmą, które spowodowały, że stare Sigmy autofokus nagle w końcu lat 90-tych i początkach 2000-ch przestały działać z lustrzankami Canona. Niektórym się wydawało, że zupełnie i bezpowrotnie. Ja jednak zgłębiłem temat i wyszło, że działają, choć tylko troszeczkę. Jak wiadomo tym się różni wróbelek, że ma jedną nóżkę troszeczkę. Działają troszeczkę - wyłącznie na otwartej przesłonie. 
Nie wszyscy przyjęli to do wiadomości, niektórzy stwierdzili, że ich stare obiektywy Sigma są zupełnie do wyrzucenia i nic nie warte. Ja natomiast postanowiłem oprzeć się na tym fakcie i kupować takie obiektywy, które będę mógł użytkować właśnie bez przymykania przesłony, i które dadzą mi przy tym jakąkolwiek atrakcję. To był całkiem dobry plan. 
Zwłaszcza, że po czasie okazało się, że są ludzie, którzy pracują nad tym, żeby stare Sigmy znów uruchomić z Canonami - na przykład pan Jiři Otisk spod czeskiej Ostrawy - pisało się o nim TUTAJ. Ale to się okazało dopiero później. 
Na samym wstępie kupiłem sobie, za bodaj 350 zł obiektyw 28/1,8 High Speed Wide, który ładnie uzupełnił mi zestaw Canonów i pozwolił porobić kilka zdjęć z prześlicznie rozmytym tłem, choć nie zawsze z trafioną ostrością (na ogół co trzeci raz). Potem już poszło. Najtańszą z moich Sigm kupiłem za 90 złotych i był to wyjątkowy rarytas (w moim mniemaniu, oczywiście), tj. bardzo rzadko spotykana superszerokokątna 21-35/ 3,5-4,2, najdroższą, kolejny rarytas, ale tym razem już rzeczywisty - Sigma 400mm f/5,6 AF superteleobiektyw za 450 złotych. Większość pozostałych nie przekroczyła kwoty 200 złotych. Ponieważ zakupy były rozłożone w czasie, za cenę jednego, najtańszego profesjonalnego zooma miałem na raty całą kolekcję obiektywów udających prawie profesjonalne, tyle tylko że nie umiejących przymknąć przesłony. Czy to było sensowne? Pewnie nie bardzo. No ale kolekcjonizm to kolekcjonizm. Zwłaszcza, że po odkryciu możliwości rechipowania tychże obiektywów sensowność raptownie wzrosła.
Mym przewodnikiem po świecie starych Sigm był nie internet, w którym sześć lat temu o starych Sigmach było mało - były to sprzęty z końcówki czasów analogowych i ery przedinternetowej których historia i użytkownicy nie poważali za bardzo - nie internet, ale przede wszystkim katalog obiektywów Sigma rocznik 1993.
Katalog nieco żałośnie śmieszny - co prawda wydany profesjonalnie, z opisami przypominającymi późniejsze sigmowskie katalogi, ale ze zdjęciami wprost amatorskimi na maksa, o lata świetlne do tyłu w porównaniu z dzisiejszymi folderami, pełnymi spektakularnych zdjęć autorstwa różnych "ambasadorów marki Sigma" (między innymi przez kilka lat świetnymi zdjęciami podróżniczymi Jacka Bonieckiego).
Postanowiłem zbierać Sigmy według tego żałosnego katalogu.
Kolekcja jest nadal niepełna, ale nie wiem czy kiedykolwiek będzie pełna, zatem postanowiłem dokonać krótkiego podsumowania.
Czy te obiektywy mają zalety? Sporo.
Czy te obiektywy mają wady? Dużo.

Sigma AF 14mm f/3,5


To nawet nie super, ale wręcz hiperszeroki kąt na pełną klatkę. Po raz pierwszy w życiu mogłem sfotografować całe wnętrze sławojki stojąc w drzwiach, oraz wnętrze bagażnika Lancii Kappa od środka - LINK i to bez wysiłku. Za tę możliwość wybaczam owej Sigmie wszystkie wady. Jest ich dość dużo - wyraźnie widoczne wady chromatyczne (kolorowe obwódki wokół kontrastowych linii), im bliżej brzegu tym gorzej, dramatyczne blikowanie pod słońce i utratę kontrastu - podczas fotografowania muszę pomagać sobie lewą ręką, która rzuca cień na przednią soczewkę, wtedy jakoś idzie.


Sigma AF 14mm f/3,5 na pełnym otworze i pełnej klatce Canona 5D

 We wnętrzach silniejsze żarówki również powodują lśniące "halo" i rozbłyski. Czyli ogólnie - rewelacja skrzyżowana z dramatem. W obiektywie zmieniłem chip, ale nie najgorzej się go używało i na pełnej przesłonie - trzeba się tylko wtedy pogodzić z dużo słabszą ostrością na krawędziach zdjęcia.
A, no i wygląda jak psia kupka, bo lakier zlazł z niego już dwadzieścia lat temu. 
A, no i autofokus jest raczej z tych najwolniejszych.

Jak jest fajny? Jak Ferrari Daytona. Niezbyt łatwy w prowadzeniu, ale satysfakcja gwarantowana.