wyświetlenia:

wtorek, 9 października 2018

Mistrz empatii. "Życie przed sobą" Romain Gary


Na SNG Kultura moja recenzja książki:

Dzięki Bogu za tłumaczy! Oni z pewnością czasem dają tyłów, ale jednak w większości przypadków biorą nas za rączkę i wprowadzają w literaturę jak w masełko. Przekształcają francuski w polski, a Francuza w Polaka. Zrozumiałego i wyrazistego odpowiednio. I tak jest też z tłumaczami "Życia przed sobą" Romaina Gary'ego - Krystyną i Krzysztofem Pruskimi. Uchwycić jej język i tonację, spolszczyć odpowiednio musiało być bardzo trudno. Musieli się namęczyć, ale efekt wibruje i iskrzy. Bo to świetna książka. Piękna i wyrazista. Opowiada Momo, chłopak z najniższych nizin. Jest dzieckiem, ale jakim dzieckiem! Najbystrzejszym obserwatorem świata, naiwnym filozofem, dziesięciolatkiem, który zna życie na wskroś, pozbył się złudzeń i opowiada jak jest. A nie jest najlepiej.

Momo to dziecko prostytutki, wychowywane w nielegalnym sierocińcu. Prowadzony jest on przez madamme Rozę, także byłą kobietę lekkich obyczajów, żyjącą z wcześniejszym bagażem wojennych doświadczeń z Auschwitz. Momo w swym wywodzie nie do końca rozumie ten bagaż, ale to zupełnie nie szkodzi, bo on doskonale wyczuwa czym jest dla pani Rozy przeszłość. Momo to mistrz empatii.
Wie jak myślą sąsiedzi z pobliża i o czym marzą zakazane gęby z jego marnej dzielnicy, wyczuwa wszystkie obawy doktora Katza. Relacjonuje rozbiegane myśli swojego mentora Muzułmanina pana Hamila. Momo nie ma złudzeń, nie ma może pełnej wiedzy, ale ma doskonałe wyczucie - jak myślą ludzie i jak działają.

Tłumacze musieli oddać ten ciekawy język - dziecięcy i wtrącający śmieszne błędy, ale przenikliwy i weredyczny, nie cofający się przed opisaniem i ocenieniem czegokolwiek, traktujący wszystko z pogodnym, ironicznym stoicyzmem. Śmieszne i wspaniałe jednocześnie.

Ona miała system coraz bardziej nerwowy.

Tyle wiedziałem, że na pewno miałem ojca i matkę, bo pod tym względem natura jest nieubłagana.

Miałem pietra, ale dobrze się bać, wiedząc dlaczego, bo zwykle mam dzikiego cykora bez żadnego powodu, zupełnie odruchowo.

Zasnęliśmy snem sprawiedliwego. Dużo się zastanawiałem i teraz myślę, że pan Hamil nie ma racji, kiedy tak mówi. Uważam, że właśnie niesprawiedliwi najlepiej sypiają, oni olewają wszystko, a tymczasem sprawiedliwi nie mogą zmrużyć oka, ponieważ wszystkim się przejmują. Inaczej nie byliby sprawiedliwi.

Czytaj całość na SNG Kultura - LINK

czwartek, 4 października 2018

Co się kryje za dworcem Saint-Lazare? Henri Cartier-Bresson

"Za dworcem Saint-Lazare" 1932, fot. Henri Cartier Bresson


Jedno jest pewne. No, nie jestem pierwszym, który zastanawia się nad tym zdjęciem. Oj nie. Już szybciej ostatnim. Nie mnie pierwszego zauroczyło. Gdzieś na tyłach paryskiego dworca siedemdziesiąt lat temu fotograf strzelił zdjęcie, a rzesza krytyków przygląda mu się z otwartą gębą.
Zdjęcie to z pewnością widzieliście, bo jest ono ilustracją wszystkich monografii biografii i poligrafii poświęconych Henriemu Cartier-Bressonowi. Ojcu i matce dzisiejszej fotografii reportażowej i streetfoto. Każda książka o nim zaczyna się tym zdjęciem, zawiera to zdjęcie, albo je omawia. Najpewniej rzesze studentów fotografii zrobiły na tym zdjęciu dyplomy, albo prace semestralne przynajmniej.
Słusznie.
Albowiem jest ono żywą emanacją Cartier-bressonowskiej idei decydującego momentu w fotografii. Zatem nadaje się świetnie.
Inne zdjęcia Cartier-Bressona także się świetnie nadają. Stwierdzam autorytatywnie i z pełnym przekonaniem o własnej nieomylności, że był to najprawdopodobniej najzdolniejszy fotograf świata i drugiego takiego już nie było.
A skąd wiem, że on był najlepszy?

-Jak odróżnić dobre zdjęcie od złego?
-Musisz obejrzeć milion zdjęć. Potem już nigdy się nie pomylisz.
(cytat strawestowany)

Taka masa genialnych zdjęć jakie po Bressonie została, to po nikim innym nie została. Same dobre. Mówi się, że Bresson niszczył swoje nieudane negatywy. To nie zbrodnia, to zaleta. Jak się już napisało kiedyś: fotograf który zrobił w życiu tylko jedno genialne zdjęcie, ale za to potrafił je wybrać spośród innych - godzien jest pomnika. Selekcja zdjęć należy do najważniejszych elementów fotografowania, kto o tym nie pamięta, ten zostaje z dyskami komputerowymi zapełnionymi chłamem po brzegi.

piątek, 28 września 2018

Rozdziobią nas kruki, drony. Czy będą aparaty autonomiczne?




Fot. John McDougal, AFP

Samochody już niedługo mają jeździć same. Chociaż niektórzy mówią że jednak długo, długo, długo. Kilkadziesiąt sztuk już autonomicznie jeździ w każdym razie, a czy będzie ich więcej to czas i inżynierowie pokażą. Rzecz cała na razie się rozbija o to, że takie pojazdy są dość drogie, a bardzo, niezwykle wręcz autonomiczny pan Henio z prawem jazdy kategorii C+E jest w porównaniu z nimi stosunkowo tani. A zwłaszcza jego kolega, pan Ho w Azji. Aparaty autonomicznie robiące zdjęcia być może też będą. Prawie są (a „prawie” robi pewną różnicę). Zapowiadają je od piętnastu lat co najmniej i choć są, na oko oceniając, sto razy łatwiejsze w produkcji niż samochody – nadal w tej kwestii niewiele się dzieje.

Sam pamiętam wywiad z edytorem " Przeglądu Sportowego", publikowany niegdyś w "Foto", wywiad o sprzęcie, w którym prorokowano o automatycznych aparatach kręcących filmy z meczy i edytorach, którzy w redakcjach będą wybierać z tych filmów klatki do publikacji. Fotografowie będą zupełnie zbędni. Minęło piętnaście lat. Tymczasem gazety powoli odchodzą w przeszłość, ale zdjęcia nadal strzelają ludzie z krwi i kości.
To właściwie dziwne. Przy dzisiejszych możliwościach obróbki dużej ilości danych, przy dzisiejszym zaawansowaniu oprogramowania zdawałoby się to najzupełniej wykonalne. Zlikwidować fotografów, zostawić same aparaty.

Część roboty jest i tak wykonywana dzisiaj zdalnie, dzięki możliwości radiowego wyzwalania migawki. Widać na przekazach telewizyjnych stojące na pajęczych nogach samotne statywy ze sprzętem w różnych newralgicznych miejscach, które ktoś obsługuje z oddalenia. Kamerzyści (filmowcy) ślubni i i imprezowi stosują od lat dodatkowy sprzęt, stojący samotnie w kącie i robiący za zbieracz materiału. Ba, każdy kto ma trochę gotówki może sobie kupić gotowego drona śledzącego, w celu wykonania selfie-filmiku. Podąża ci taki dron nad delikwentem filmując jego wyczyny sportowe, albo wyczyny innego dowolnego autoramentu, można sobie sfilmować na przykład eksplorację ulicy Włókienniczej w Łodzi, albo warszawskiej Pragi i zarejestrować z powietrza jak się dostaje w mordę za posiadanie portfela, albo kosę pod żebro za ajfona. Co za atrakcje wizualne!

Notabene na niedawnej wyprawie narciarskiej znajomych studentów okazało się że w posiadaniu siedmiu osób jest dziewięć kamer GoPro i trzy drony śledzące. Katastrofa lotnicza murowana.

środa, 26 września 2018

Ranking książek przeczytanych VII (sierpień- wrzesień)



W autobusie, w łóżku zanim zadzwoni budzik, w parku, przy śniadaniu, dorywczo i odrywczo. Czytamy, czytamy.

Czas biegnie
Ma tempo szalone
Walczę żeby mu wyrwać moment
I fakt, że kawałek mu chlasnę czasem
Wtedy siadam na ławce
Czytam prasę
       Łona i Webber

Czytamy, a potem sobie autorytatywnie oceniamy.

Skala sześciogwiazdkowa:
****** – Tusku, musisz!
***** – bardzo dobra, wysoka satysfakcja.
**** – dobra, warta przeczytania.
*** – może być, ale może też nie być.
** – słabo, jest słabo.
* – w ogóle nic ni ma. 

"Przystanek Dakar, rajd okiem fotografa" Jacek Bonecki ****


Album fotograficzno- tekstowy, kupiony w Biedronce za 4,99. Ale wart prawie 54,99, (czyli swą pierwotną cenę). Stojąc przed stosem książek w spożywczaku oko me przykuło natychmiast nazwisko znanego fotografa. Bonecki, obieżyświat, wspinacz, profesjonał, jeździł na rajd Dakar (przed laty "Paris-Dakar", ale rajd przeniósł się z Europy i Afryki do Ameryki Południowej zachowując nazwę) wielokrotnie. Zaprzyjaźnił się z wieloma kierowcami, teamami, organizatorami, zwiedził kawał kontynentu. Wielkim atutem jego zdjęć jest wspaniała różnorodność. Nie tylko automobile i samotni herosi w swych fantastycznych maszynach (Dakar jest niemal ostatnim przejawem długodystansowego maratonu, w którym sportowcy walczą w starym dobrym stylu, występują tam też "samotne białe żagle", którzy sami sobie w pojedynkę zespołem, mechanikami, organizatorami i wsparciem medycznym), na zdjęciach Boneckiego nie tylko zatem samochody i quady, ale także krowy, wołowina, księżycowe pejzaże, tłumy kibiców, walka mechaników z materią, oraz wszechobecne helikoptery. Bardzo to malownicze i wielobarwne. Świetne zdjęcia, tekst ze sporą ilością ciekawostek i detali.


"Inni ludzie" Dorota Masłowska ***** i pół

To taki "Pan Tadeusz" na dziko i brutalnie. Brawurowa powieść napisana rapowym wersem z rymami. Wniknięcie w strumień świadomości ludzi skupionych głównie na sobie, przyjemnym życiu i doczesnych uciechach, a przy tym zagubionych na maksa, uwiązanych w codzienność i samotnych w tłumie. Ludzi, którzy z fałszywą samooceną brną w błędy i bagno komercji, folgując sobie do woli. Straszne co nieco. Smutne. Można dostać doła. Ale opisane z wielkim wyczuciem i zjadliwą, zabójczą ironią. Nie nadaje się dla każdego, ale jest dowodem fantastycznego talentu i wyczucia autorki. Dużą recenzję tej książki napisałem na SNG Kultura - http://sngkultura.pl/2018/08/pan-tadeusz-ze-srodmiescia/

"Niemiecki bękart" Camilla Läckberg ***

Niestety z każdą kolejną książką autorki kryminałów doznaję coraz większego zawodu. Błaho. Coraz błaszej. Coraz mniej dogłębnej psychologii. Jedyny zysk z przeczytania, to liczne retrospekcje do czasów wojny, z których można się przekonać, że II Wojna Światowa w niektórych krajach oznaczała coś zupełnie innego niż w naszym. Ale w sumie to już wiedziałem.

poniedziałek, 17 września 2018

Gorszy sort Greków



Najpierw trzeba było stanąć na golasa. 
Wcześniej zaś należało wypisać swe pytania o własną lub cudzą przyszłość na tabliczkach i wpłacić solidną kwotę. Źródło w świątyni Apollina pełniło rolę wyroczni, a fama głosiła o jej wielkiej nieomylności. Olbrzymie rzesze ludzi ciągnęły żeby stojąc nago zadać pytanie.
A Wy o co byście dzisiaj spytali?

Byłem w Rio, byłem w bajo, miałem bilet na hawajo, byłem na wsi, byłem w mieście, byłem nawet w Budapeszcie, ale takiej Grecji jaką widziałem w Turcji, to jeszcze nie widziałem. Nawet w Grecji. Choć oczywiście widziałem w ogóle ledwo promil tego co powinno się obejrzeć. A my nawet nie polizaliśmy największych cymesów, które czekają w Efezie, tylko same prowincjonalne dziury. Jakąś Didymę, jakiś Milet, nie zaznaczony nawet w przewodnikach, w którym Tales wymyślał jak przeciąć kąt dwoma równoległymi prostymi. Jakiś drugi, gorszy sort Greków.

Dwupasmowa szosa ze szarzałego, chropawego i szumiącego asfaltu zawiodła nas przez nadmorskie góry i kręte sploty, pełne autobusów turystycznych i busików międzymiastowych. Potem weszła w większe pustkowia i przylgnęła do brzegów gigantycznego jeziora Bafa (Bafa Gölü), leżącego pomiędzy suchymi żółtawymi górami i połaciami oliwek. Potężna woda. Lekko jeszcze słona.
Kiedyś była to zatoka Latmijska, nad którą leżały liczne miasta portowe. 
Kiedyś. Dawno temu.
Ale do jeziora wpływa rzeka Menderes. Dawno temu nazywała się Meander. Od niej wziął się rzeczownik. W ogóle dużo wzięło się stąd rzeczowników i czasowników i przymiotników. Wody Meandru niosły muł, który tamował i spłycał z każdym rokiem zatokę. Porty robiły się coraz marniejsze i marniejsze, a zatoka oddzielała się od morza. Pod koniec panowania Rzymian zaczęły upadać i wyludniać się jeden po drugim. W średniowieczu dawna zatoka stała się słonym jeziorem, które z każdym rokiem dosładzają wody dzisiejszego Menderesu.
W okolicach jeziora Bafa także jest dużo zwiedzania, ale odetchnęliśmy tylko jeziornym powietrzem i pomknęliśmy dalej chropawym szarym asfaltem.


Dwa tysiące osiemset lat temu przyszli tutaj Grecy. Już wtedy w Didymie biło ponoć otoczone kultem święte źródło. Nowi przybysze przejęli ten kult, tak jak to czynili i w innych częściach wybrzeża Egejskiego i zaadaptowali na swoje potrzeby duchowe. Zbudowali pierwszą świątynie Apollina, przez stulecia opiekował się nią  kapłański ród Branchidów. Do fundacji przyłożył się znany skądinąd król Krezus. Wieszczka u świętego źródła, wysłuchiwana przez kapłanów, wróżyła przyszłość i odpowiadała na pytania. Ciągnęli tutaj pielgrzymi z całej Azji Mniejszej, bo miała widać kobieta talent. Świątynia w Didymie przyćmiła sławą wróżbicką niedaleki Artemizjon w Efezie i była uznawana za drugą najlepszą w Grecji po  świątyni wyroczni delfickiej.
Ta pierwotna budowla sprzed trzech tysiącleci nie przetrwała na widoku do naszych czasów. Jej fundamenty są gdzieś tam pod dzisiejszymi ruinami świątyni didymskiej. Persowie w 493 roku przed naszą erą najechali Didymnion, zburzyli, splądrowali i wywieźli posąg Apollina. Święte źródło wyschło. Przez blisko dwieście lat sanktuarium było opuszczone i zapomniane.
Za czasów Aleksandra Wielkiego postanowiono odbudować świątynię. Legenda mówi, że po odwiedzinach Aleksandra źródło znów zaczęło płynąć i to dało impuls do odnowy. Odnowy z rozmachem. Postanowiono zbudować największe w starożytnej Grecji miejsce kultu. Zatrudniono dwóch architektów, panów Pajoniosa i Daphnisa, znanych wcześniej z budowli w Efezie.
To co zbudowali w Didymie ci dwaj panowie, bez dyplomu magistra inżyniera, to klękajcie narody!
Ja na kolana padłszy zaraz tyż prędko poszedłem (cytat).



Krótko mówiąc - to jest monstrum. Człowiek jest przy tym maluńki. Obiekt miał rozmiary 110 na 55 metrów, w konstrukcji wykorzystano 124 kolumny wysokości 20 metrów (to 7 dzisiejszych pięter). Wstępowało się  najpierw po potężnych schodach do przedsionka sanktuarium, w którym natykało się na las kolumn o średnicy nie mniejszej niż 2 metry. Dalsze wejście mieli tylko kapłani, którzy dwoma pochyłymi korytarzami schodzili na wewnętrzny podworzec - adyton, gdzie biło źródło i gdzie stał posąg Apolla. 
Panowie architekci nie doczekali skończenia, bo budowa ciągnęła się trzy stulecia. Tak naprawdę nikt nie doczekał skończenia świątyni Apollina.

piątek, 14 września 2018

Czy jesteśmy na bieżąco?



Świat zmierza ku destrukcji. Ale za to duch dąży dokąd chce.

Zmiany, zmiany, zmiany. W ostatnim miesiącu wszyscy producenci się wściekli i jak wściekli zaprezentowali swoje najnowsze bezlusterkowce z pełną klatką. Wszyscy za późno, ale co tam. Canon i Nikon, dwa zasłużone brontozaury rozpoczęły pościg za Sony. Podobno w tej samej lidze wystartować ma też Panasonic.

Sony było pierwsze, najpierw powoli, jak żółw ociężale wprowadziło pełnoklatkowe bezlusterkowe aparaty na rynek. Potem zadudniło, zaturkotało, przyspieszyło i popędziło z licznymi ich odmianami. I zaczęło kosić kasę i gnać coraz prędzej. Dwa brontozaury natężyły się, natężyły, ale przez długi czas nie udźwignęły, taki był ciężar. I ryzyko.
Dopiero teraz.
Nowe systemy mocowań bagnetowych obiektywów. "Canon RF" oraz "Nikon Z". Obydwa o znacznie większej średnicy niż znane od zarania mocowania lustrzankowe. Obiecuje to możliwości produkowania jaśniejszych obiektywów. Nikon ma już w planach obiektyw 58mm f/0,95, zatem wygląda to obiecująco.
Ale co to znaczy dla Fotodinozy? Co oznacza dla małej Fotodinozy i jej czytelników ten wielki krok dla ludzkości? Czy trzeba będzie się przebranżowić, przezbroić, wyrzucić do śmieci posiadane sprzęty, odłożyć do lamusa?
Ale ja nie mam nawet lamusa...

Sam jesteś lamus!




Obydwa systemy i aparaty wyglądają smacznie i zraźnie. Mają wielkie matryce, czułości podkręcone do wartości niebotycznych, szybkie migawki, odchylane ekrany, autofokus wyrafinowany maksymalnie. Do tego Canon EOS R ostrzy automatycznie od -6EV, co oznacza mniej więcej, że ostrzy w niemal całkowitej ciemności. Do tego Canon zaprezentował ciekawe jasne obiektywy, jakich nie ma konkurencja na przykład 28-70 ze światłem f/2 i 50 f/1,2. Niemniej Canon jak dla mnie wygląda o ton słabiej niż Nikon.
Nikon schwycił się brzytwy. Nie jest to dziwne, skoro tonął. Aparaty ten nowej serii Z mają zapewne w założeniu postawić słaniającego się Nikona na nogi. A jeżeli nie postawią... Nikon schwycił się więc brzytwy i wpakował w swoje aparaty Z6 i Z7 po prostu wszystko co mógł. A okazało się że mógł stabilizowaną matrycę. Canonowi aż tak nie zależało i stabilizacji nie ma w korpusie. 




Jak wiadomo - zając ucieka szybciej, niż goni go lis, bo zającowi chodzi o życie, a lisowi tylko o obiad.

wtorek, 4 września 2018

Sturczyć się.



Muezin zaśpiewał w czerni nocy i wytrąceni z głębokiego snu mogliśmy zacząć się zastanawiać: gdzie my właściwie jesteśmy? 

W obcym kraju, zapewne. Nie wąsaci Janusze z Podkarpacia, tylko wąsaci Mustafowie z Egejszczyzny czyhali na nas po wstaniu z łóżka.
Jest tu bardzo ciekawie i bardzo swojsko. I egzotycznie. I swojsko. A czasem egzotycznie. Nie wiadomo co myśleć. Zupełnie jak o Polsce, która też jest swojska, a przy tym wionie egzotyką i łaciatością (pisło się o łaciatości Ciechocinka - LINK). 
Wychodzimy raz na ulicę wieczorem, a tu pomiędzy samochodami spacerują łaciate krowy. Jeden pan to się nawet zdenerwował, szzzu! wołał i machał rękami, bo mu kwiatki zjadały z żywopłotu.




Egzotyka to podobno wytarte do niemożliwości słowo. Ale jeżeli coś jest różne od doświadczeń nacodziennych, to siłą rzeczy jest egzotyką. Jeżeli coś jest różne od jednolitego rytmu, to trzeba to egzotyką nazwać. No bo jak inaczej? Anomalią? Ewenementem? To chyba obraźliwe. "Egzotyka" ma w sobie coś podziwu. Z zachwytu. Dzięki Bogu cały świat się z egzotyki składa, bo inaczej byłoby nudno.

Można się tu zachwycić. Niektóre narody w różnych bardzo ładnych miejscach się osiedliły. Niektóre się osiedliły i wkrótce ładne miejsca przerobiły na blokowiska, albo wieżowce hotelowe. Ale nie Turcy na półwyspie Bodrum. Bardzo dobra urbanistyka! Pejzaż niezepsuty blokhauzem. Wszystkie budynki niskie, białe, może nie wszystkie porywające architekturą, ale niewątpliwie stonowane i nie krzyczące. Łagodne białe kwadraciki wiosek i osiedli rozłożone na wzgórzach spadających do morza. Lazur. Palmy. Jachty, statki wycieczkowe, luksusowe motorowce. Prawie same nowe samochody. Bogato. Przyjemnie, estetycznie, na pierwszy rzut oka bardzo europejsko.





Ale gdy usiąść sobie w spokoju na krzesełku obserwatora, to od razu widać, że Turcy mają inne problemy niż inni. Powierzchownie sądząc i bez dogłębnej znajomości rzeczy (nie znam się, to się wypowiem) mają oni problemy ze sobą.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Gwiazda Polski


Na górze- inżynier Jan Szal

Przez ciernie do gwiazd.

Stanisław Mazurek szerokie plany miał już od dawna. Jako kierownik Centralnego Zakładu Balonowego w Legionowie przestawił polskie lotnictwo balonowe na nowe tory. Pod jego zarządem Legionowo rozbudowało warsztaty i opracowało nowe metody kauczukowania tkanin nadających się doskonale na aerostaty. Ich twórcą był Stanisław Rojek, chemik, zapalony lotnik i baloniarz, w 1935 roku uzyskał patent na niezwykle lekki materiał powłokowy do balonów wyczynowych, kilkukrotnie (!) lżejszy od dotychczas stosowanych. Dzięki wykorzystaniu go do budowy balonów Polonia II, Warszawa II oraz Toruń w 1933, 1934 i 1935 Polska zdobyła aż trzykrotnie pod rząd przechodni Puchar Gordona Benetta, zyskując tenże puchar na własność. 
Nową powłokę zaczęto produkować na skalę przemysłową w świeżo zbudowanej, zautomatyzowanej fabryce w Sanoku.


Oprócz zawodów sportowych mierzono także na rekordy wysokości lotu.
Wyścig ten zaczął się od początku lat trzydziestych, za sprawą Szwajcara Augusta Piccarda, który w 1931 roku osiągnął jako pierwszy  człowiek stratosferę, w balonie własnej konstrukcji. Piccard wraz z Paulem Kipferem w ciągu 17 godzinnego lotu w phermetycznej kabinie osiągnęli pułak 15.785 metrów. W następnym roku August Piccard pobił swój rekord dochodząc do 16.200 metrów.
W 1934 roku do rywalizacji włączyli się sowieci. W olbrzymim balonie, o prostej nazwie CCCP (wypisanej wielkimi literami na całej długości czaszy) pobili oni rekord Piccarda, uzyskując niemal 19 km wysokości. Balon Prokofjewa, Birnbauma i Godunowa był niemal dwukrotnie większej pojemności od balonu Szwajcara.

W październiku tego samego roku wystartował do stratosfery brat profesora Piccarda - Jean Piccard, z żoną, zabierając ze sobą także domowego żółwia, nie pobili co prawda rekordu - osiągając 17.672 metry, ale przyczynili się do niejakiej nerwowości pioniera przestworzy, który został pokonany przez Rosjan, bratową i żółwia. August Piccard ogłosił międzynarodowy konkurs na najlżejsze, ale i najmocniejsze płótno balonowe. Wygrała go właśnie nasza Wytwórnia Balonów i Spadochronów z Legionowa.
Cóż to był za materiał? Podstawę stanowiło płótno jedwabne z japońskiej przędzy, tkane w łódzkich zakładach Kluge i Schultz, potem obustronnie powlekane barwioną gumą w Zakładach Przemysłu Gumowego w Sanoku, według procesu technologicznego wspomnianego Stanisława Rojka. Metr kwadratowy tego materiału ważył... 35 gramów!

 W latach 1933- 1938 polscy zawodnicy pobili na balonach sportowych dwukrotnie światowy rekord wysokości w swojej klasie. Polonia II uzyskała w 1938 roku 10853 metrów. Rekord ten (w tej klasie pojemnościowej) nie został pobity przez kolejne 26 lat. Wykonano także pierwszy polski lot naukowy, w celu zbadania promieniowania kosmicznego na tych wysokościach. Po wygraniu Pucharu Gordon Benetta apetyty jednak wzrosły i powstały śmiałe plany pobicia bezwzględnego rekordu wysokości, który od 1935 roku należał do Amerykanina, majora Alberta Stevensa i wynosił 22.066 metry. Do tego pan Stevens w 1936 roku wykonał z balonu pierwszą na świecie fotografię, na której widać było krzywiznę ziemi. To dawało do myślenia!



Profesor Piccard, mający uczestniczyć w tym przedsięwzięciu niespodziewanie wycofał się z projektu, tracąc wsparcie szwajcarskich sponsorów. Postawiono zatem na własne siły.
W 1937 roku zawiązano Komitet Organizacyjny I Polskiego Lotu Stratosferycznego i ogłoszono publiczną zbiórkę pieniędzy na ten cel w prasie i w radiu. Projekt rozpalał wyobraźnię i cieszył się dużym poparciem władz i wojska. Szybko zebrano 400 tys. złotych. Bardzo pomogła Poczta Polska, przygotowując serię znaczków finansujących start balonu, oraz organizując "pocztę stratosferyczną" - za słoną opłatą można było wysłać list, który najpierw miał sięgnąć stratosfery, zabrany na pokładzie, a dopiero potem być dostarczony do adresata.

Wszystkie prace projektowe przeprowadzono w Centralnym Zakładzie Balonowym. Aerostat zaprojektował znany konstruktor balonów zaporowych Józef Paczosa.  Pierwotnie miał mieć tradycyjny kształt kulisty, jednak wkrótce został on zmieniony na owoidalny, z węższą częścią skierowaną ku dołowi. Rozmiary były potężne- w pozycji startowej aerostat miał mieć 120 metrów wysokości i 56 metrów średnicy. Wypełnienie miał stanowić wodór o objętości 4500 m3. Całość ważyła zaledwie 1,5 tony! I to wraz ze specjalną gondolą podwieszoną u dołu. Hermetyczną gondolę opracowała warszawska firma Motolux, pod wodzą inżyniera Jana Szala. Motolux był niewielką, ale znaną wytwórnią, produkującą synchronizatory karabinów maszynowych do wszystkich samolotów wojskowych polskiej produkcji, oraz gaźniki do bombowca Łoś. Gondola balonowa do bicia rekordu była majstersztykiem mechaniki precyzyjnej wykonanym z duraluminium, hydranalu i aluminium, spawanym i nitowanym, z trzema włazami zapewniającymi ewakuację załogi. Inżynier Szal musiał opracować całkowicie nowatorskie metody spawania aluminium, bo zwykłe spawy okazały się pod wysokim ciśnieniem mikroporowate. Gondola mieszcząca dwóch członków załogi ważyła zaledwie 140 kg i była zdolna przenosić ciężar 1500 kg!
Start balonu ustalono na październik 1938 roku. Dostał nazwę "Gwiazda Polski". 

sobota, 18 sierpnia 2018

Aparat, który zmieni historię.



8 czerwca 1924 roku o świcie George Leigh Mallory i jego towarzysz Andrew Irvine ubrani w grube swetry z szetlandzkiej wełny, wiatroodporne kurtki Burberry i motocyklowe czapki uszanki podbite króliczym futrem oraz gogle z maskami zakrywającymi twarz aż po brodę ruszyli z obozu na wysokości 7020 metrów zdobywać Mount Everest północno wschodnią granią. Wyposażeni w czekany, wysokościomierz, latarki i ciężkie butle z tlenem spodziewali się wrócić późną nocą jako pierwsi zdobywcy najwyższego szczytu świata. W kieszeni Irvine'a spoczywał prawdopodobnie mały składany Kodak Vest Pocket z załadowanym filmem.

Dzień wcześniej Mallory przez tragarzy wysłał wiadomość napisaną na kartce do Noela Odella czekającego w obozie IV, że zamierza ruszać następnego dnia wczesnym rankiem i spodziewa się, że w okolicach 8 rano dotrze pod tzw "drugi stopień", formację skalną markującą wejście na północno wschodniej grani. Było to zalecenie do obserwacji ich wspinaczki a obserwacja miała stanowić potwierdzenie sukcesu.

*****

Everest stał się świętym gralem wspinaczy, od początku XX wieku, kiedy to rozpoczęły się pierwsze wyprawy himalajskie. Już 50 lat wcześniej teodolitem z odległości 150 km zmierzono jego wysokość, ustalając, że jest najwyższą górą świata. Brytyjczycy, naród który oprócz krajów alpejskich chyba najbardziej przyczynił się do rozwoju wspinaczki wysokogórskiej, mieli tę przewagę, że Czomolungma, jak wtedy zwano najwyższy szczyt, leżała w granicach ich posiadłości kolonialnych. W latach dwudziestych Everest stał się jednym z celów najbardziej zdeterminowanych odkrywców, uznawano go za "trzeci biegun ziemi" i rozpoczęto szeroko zakrojone wyprawy mające zdobyć ów mityczny wierzchołek. 
Pierwsza zorganizowana ekspedycja ruszyła w 1921 roku, dotarła na wysokość 6990 metrów. Kolejna w 1922 (aż do 8300m) i następna, opisywana tu - w 1924 roku. Wszystkie te wyprawy okupione były śmiertelnymi ofiarami ze względu na olbrzymią wysokość oraz lawiny. I we wszystkich nich brał udział George Leigh Mallory.

Pierwsza wyprawa z 1921 roku. George Mallory siedzi pierwszy od lewej


Do lat nam współczesnych wyprawy himalajskie odbywały się zawsze w stylu oblężniczym, wynajmowano szerpów, przenoszono w góry masy towarów i stawiano namioty w bazie i wysuniętych obozach. Brytyjczycy zorganizowali to w sposób wojskowy i traktowali zdobycie szczytu (oprócz równie istotnej warstwy mistycznej) tak jak cel wojenny. Nie było to wcale osobliwe, zważywszy, że wielu z uczestników wypraw zdobywało swoje szlify w okopach I wojny światowej. Ten sposób działania utrwalił się na kilkadziesiąt lat.

Niemniej himalaizm, choć zorganizowany wojskowo, zawsze opierał się na barkach pojedynczych osób, zależał od ich determinacji, doświadczenia, umiejętności wspinaczkowych i umiejętności oceny ryzyka. W 1924 roku na wysuniętej szpicy obozu V liczyli na sukces dwaj wyjątkowi wspinacze - Mallory i Irvine.



Mallory był z zawodu nauczycielem historii, po studiach na Cambridge, synem duchownego anglikańskiego. Zaczynał swoje wspinaczki w Alpach, początkowo bez wielkich sukcesów, ale zdobywając coraz więcej doświadczenia w 1911 roku pokonał Mont Blanc. W 1913 wytyczył bez asekuracji drogę na Pilar Rocks, znaną jako Droga Mallory'ego, która jest uznawana do dziś za najtrudniejsze przejście wspinaczkowe w Wielkiej Brytanii. 
W 1915 roku został powołany do wojska i wziął udział w bitwie pod Sommą, jako podporucznik. Po wojnie zaangażował się w wyprawy na Everest, zrezygnował z pracy z zamiarem dołączenia do pierwszej ekspedycji i utrzymywania się z artykułów i korespondencji, co mu się w dużym stopniu udało.
Pierwsza wyprawa odbywszy szereg rekonesansów sporządziła mapy terenu i odkryła najdogodniejszą drogę pod Everest od strony tybetańskiej, przez lodowiec Rongbuk i płaską dolinę zwaną Zachodnim Cwm (tak nazwał ją z walijska Mallory). Kolejna wyprawa z 1922 roku dotarła do samej grani góry, a Mallory wraz z dwoma towarzyszami osiągnęli bez użycia butli tlenowych (wtedy uznawanych za mało elegancki doping) aż na 8225 metrów, zapadający zmrok zmusił ich do odwrotu. Co lepsza, drugi rzut wspinaczy, tym razem wyposażony w butle osiągnął jeszcze sto metrów więcej, do tego zrobił to w znacznie szybszym tempie, co skłoniło Malloryego do zrewidowania poglądów na użycie tlenu.
W 1923 roku udzielał wywiadu dziennikarzowi New York Timesa, który zapytał go po co w ogóle chce wspiąć się na Mount Everest. Jego odpowiedź przeszła do historii, jako najważniejsze słowa w dziejach alpinizmu: "Bo on tam jest" ("Because it is there").

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Pędem przeleciawszy etnologa.



Pędem zwiedzając skansen we Wdzydzach - LINK, w pewnym momencie coś złapało mnie za kołnierz i nie chciało puścić.
To były zdjęcia.
Po dobrej półgodzinie oglądania trzeba mnie było końmi z tej wystawy wyciągać, co było o tyle łatwe, że zwiedzanie odbywało się w warunkach wiejskich. Nawet kuźnia tam była, żeby podkuć, w razie czego.
Tam wisiały zdjęcia, których trudno było oczekiwać, a nawet trudno było w nie uwierzyć. Krótko mówiąc - były to reporterskie zdjęcia z Kaszub anno domini 1900. Jakie widzieliście dotąd reporterskie zdjęcia z przełomu wieków z zabitej dechami wsi na polskich terenach? Wsi znanej z tego, że psy szczekają tam tylną częścią ciała? Z Afryki - no to może i owszem. Z miasta przemysłowego, jak najbardziej - sam o nich pisałem swego czasu - LINK. Ale nie z wiochy. Jedyne zdjęcia z wiochy jakie się na wsi oglądało na przełomie wieków, to były ślubne monidła na których para młoda siedząc jak w szkółce niedzielnej pozowała fotografowi. Jedyne zdjęcie robione w życiu.
Zdjęcia reporterskie ze wsi, a tak, owszem. Zofia Chomętowska, jej jeziorowo szuwarowe Polesie (opisywane już TUTAJ), Louise Arner Boyd ze swoimi aparatami przemierzająca polskie tereny. Tak. Ale to było dwadzieścia - trzydzieści lat później, kiedy w powszechnym użyciu była już nie tylko taśma filmowa, ale i aparaty, które dało się schować do kieszeni.

Weszliśmy we Wdzydzach do stodoły, a tam fantastyczne zdjęcia. Naprawdę fantastyczne, kompozycyjnie, tematycznie i jakościowo. Mogę Wam je w pokazać w zaledwie mikroskopijnej części, sporo można obejrzeć sobie w Instytucie Herdera– TUTAJ. Zdjęcia przedstawiają życie i pracę w majątku Alexandra Treichela, zostały zrobione na jego zlecenie, przez zięcia - Bernharda Hagena. Hagen w ogóle nie był i nie jest znany jako fotograf. Był z wykształcenia lekarzem, z zamiłowania zajmował się antropologią. Nauczył się robić zdjęcia jako ceniony naukowiec, wieloletni badacz Sumatry i Nowej Gwinei. Czytając nawet jego biogram w niemieckiej Wikipedii nie dowiemy się niczego o jego fotografiach. Tymczasem w okolicach 1900 roku został zaproszony do teścia na Kaszuby, by wioskę Hoch Paleschken (dziś Wilcze Błota, ale po 1945 miejscowość nazywała się Wysokie Polaszki) potraktować jako obiekt egzotyczny niczym Nową Gwineę i sfotografować w detalach.
Fotografie zostały wykonane na szklanych płytach, zatem jakimś potężnym wielkoformatowcem. Chwała Hagenowi za to, że chciało mu się go nosić.
Pomysł wyszedł od Alexandra Treichela. Był to chłop nieprzeciętny. Widać to nawet ze zdjęć. Malownicza i fotogeniczna brodata i siwa gęba, o wnikliwym spojrzeniu, ubrany w coś w rodzaju chałatu, a czasami z fezem - toczkiem na turecką modłę na głowie. Od razu widać, że był to niezły gość.




poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Narzędzia ekstremalne




Wszystko niby to idzie swoim utartym torem, ale jednak ludzie nie ustają w dążeniu do zadziwienia świata. To fajnie. Jest rozrywka, jest co oglądać.

Co prawda może nie we wszystkich częściach świata równie mocno dążą. Przeczytałem ostatnio artykuł w „Tygodniku Powszechnym”, dotyczący spadających w Polsce statystyk religijności. Autor ze smutkiem zauważa, że religię i wiarę jako jeden ze swoich życiowych celów w ankietach deklaruje zaledwie 1% Polaków (Na pierwszym miejscu jest „praca” – 30% i „odpowiednie warunki materialne” - 26%). Ja ze smutkiem i przerażeniem zauważam coś zupełnie innego w tej ankiecie – jako jeden z celów życiowych „własna działalność gospodarcza” jest deklarowana przez, uwaga uwaga – 3% respondentów.

No fakt. Nie znam zbyt wielu ludzi, którzy marzą o prowadzeniu własnego przedsiębiorstwa. Co więcej – znam wielu takich co prowadzą, a wielce marzą o tym, żeby nie prowadzić. Wot, takaja specifika.

W innych częściach świata chyba bardziej się starają. Mają silniejszą wolę, czy co? Etos jakiś? A może mniej kasy? 

Ale my tu gadu gadu, a ja chciałem o obiektywach. Jest jedna nacja, która bardzo się stara. Ja już myślałem, że niewiele mnie zaskoczy. Konstruuje się już obiektywy o przebijających wszystko co było do tej pory parametrach. O parametrach rodem z marzeń dyletanta – już się o tym pisało. Dreams come truth. Po latach. Nikon, Canon zadziwiały publikę parę – paręnaście lat temu, osiągały różne ekstrema.

Nieśmiały cybernetyk potężne ekstrema
Poznawał, kiedy grupy unimodularne
Cyberiady całował w popołudnie parne
Nie wiedząc, Czy jest miłość,czy jeszcze jej nie ma?
(…)
O, wielopowłokowa uczuć komitanto,
Wiele cię trzeba cenić, ten się dowie tylko,
Kto takich parametrów przeczuwając fantom,
Ginie w nanosekundach, płonąc każdą chwilką!
Jak punkt, wchodzący w układ holonomiczności,
Pozbawiony współrzędnych zera asymptotą,
Tak w ostatniej projekcji, ostatnią pieszczotą
Żegnany – cybernetyk umiera z miłości.

                              Stanisław Lem „Cyberiada”
Na przykład krótko produkowany, legendarny Canon 50mm ze światłem f/1,0, w swoim czasie reklamowany jako „jaśniejszy niż ludzkie oko”. Na przykład dwustumilimetrowe lufy dla fotografów mody, z przesłoną f/2,0, ekstremalną, jak na ten rozmiar. Na przykład obiektyw Nikkor 12-24, o średnicy małego wiadra, swego czasu najszerzej widzący zoom świata.

środa, 1 sierpnia 2018

Ranking książek przeczytanych VI (czerwiec- lipiec)





Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy, hej! (cytat). Parę książek się ostatnio przeczytało:


Skala sześciogwiazdkowa:

****** – Tusku, musisz!

***** – bardzo dobra, wysoka satysfakcja.

**** – dobra, warta przeczytania.

*** – może być, ale może też nie być.

** – słabo, jest słabo.
* – w ogóle nic ni ma.


"Warunek" Eustachy Rylski ***** i pół 
Zaskakująca lektura. Niektórzy krytycy (Krzysztof Masłoń) uważają tę książkę za arcydzieło. Czy to jest arcydzieło? Na pewno książka, która wyróżnia się wyjątkowo na tle innej współczesnej prozy i porusza wiele czułych strun. Oryginalna. Jak łatwo zgadnąć po moich rankingach/ indeksach, mało czytam literackich powieści. Ta jednak niesamowicie zapada w pamięć, ryje bruzdy i wykuwa skały wyobraźni, pomimo tego, że wydaje się na pierwszy rzut oka dość niewielka i tycząca (niby to) tematów odległych i oderwanych. To powieść historyczna, ale niech was nazwa nie zwiedzie. Kipi ona od emocji, psychologii i konfliktu. Wszystko jest w niej niby takie spokojne, soczyste, linearne, ale zaskakujące zwroty, tej spokojnej akcji, uczucia targające bohaterami, opisane celnie i expressis verbis zaskakują co kilka stron. Są na wskroś współczesne, a może i bardziej. Wspaniały jest język tej powieści, lakoniczny a bogaty, w trzech słowach łapiący obraz rzeczy. To jest po prostu smaczne. Mlask! Nasycone polską kulturą i tradycjami literackimi na wskroś. To jest coś takiego, jakby zsyntetyzować tę literaturę z wielkim talentem, a przy tym doprawić życiem i żywymi emocjami, skrócić jej archaiczny styl. Wreszcie w połowie czytania "Warunku" wykrzyknąłem do siebie odkrywczo - toż to jest Gombrowicz! Tylko bez wariactwa i udziwnień, ale z wieloma nawiązaniami do oryginału, aluzjami, celnością spostrzeżeń, zrozumieniem bohaterów, acz przy tym bezceremonialnością ich opisów.
Główną osią jest u Rylskiego konflikt a i mimowolny przyjacielski związek dwóch oficerów armii Bonapartego, wracających w klęsce spod Moskwy. Ale ich wracanie nie jest takie banalne, jak powrót całej reszty armii - mają wiele na sumieniu i są charakterami wywiedzionymi z innych środowisk ideałów, o innym temperamencie, innym bagażem napakowani. Inaczej podchodzący do życia. Choć niespodziewanie wspólne cechy można w nich spostrzec.
O czym jest ta książka? Jest bardzo bogata w znaczenia. Ja odczytuję ją jako zmaganie się z losem i z własną formą człowieczą, gombrowiczowską formą, ale wiele innych odczytań jest możliwych. Sprawdźcie sami. Warto!


"Geniusz Żydów na polski rozum" Krzysztof Kłopotowski ****


Jesteście może antysemitami? Nie? Znany krytyk filmowy Krzysztof Kłopotowski, bystry i analityczny umysł, także nim nie jest. Waży na chłodno wszystkie argumenty przewag, wad, win i zalet tradycji kulturowych, które w dyskursie powszechnym są przyjmowane zwykle straszliwie emocjonalnie i z wrzaskami. Przewaga ludzi pochodzenia żydowskiego w dziedzinach naukowych (olbrzymia - 23% noblistów, 20% profesorów najważniejszych uniwersytetów), biznesu i giełdy (25% z pięćdziesiątki najbogatszych ludzi świata), technologii internetowych. Jak to jest możliwe, skoro Żydzi stanowią zaledwie niecałe 2% globalnej populacji? Kłopotowski, przede wszystkim na bazie socjologicznych i kulturoznawczych książek żydowskich autorów, wyjaśnia to historią, religią, tradycją i kodem kulturowym. Przy okazji (acz z żalem) nie mając zbyt dużo litości dla polskiego i chrześcijańskiego kodu kulturowego.

Nie lubimy pamiętać, lub nie wiemy, jak wiele im [Żydom] zawdzięczamy. To krótka lista: równość wobec prawa boskiego i ludzkiego, świętość życia, godność osoby ludzkiej, sumienie indywidualne, odpowiedzialność społeczną, miłość jako podstawę sprawiedliwości i nade wszystko, jak obejmować rozumem nieznane, czego skutkiem był monoteizm (...) Zawdzięczamy im też ideę postępu.

Jest to książka ciekawa, a przy tym odważna, w duchu żydowskiej "chutzpach", która nie boi się stawiać odważnych, niepoprawnych politycznie i niewygodnych tez, których wcześniej nie stawiano. Autor opisuje po kolei istotę i sposób działania lobbingu żydowskiego w USA, awans cywilizacyjny jaki na Bliskim Wschodzie zapewnił Izrael (Palestyńczycy pod okupacją izraelską żyją materialnie wielokrotnie lepiej, niż pod własnymi rządami), idee i przesłanie jakim kieruje się New York Times, a w ślad za nim Gazeta Wyborcza (czym Kłopotowski naraził się oczywiście jej redaktorom), analizuje historię powstania i rozwoju Hollywood (przy czym, nieco przesadnie, dosiada swego ulubionego konika - analizy filmów), opisuje dokładnie sposób i ducha wychowania w tradycyjnych i nowoczesnych żydowskich rodzinach, niezwykłe korelacje pomiędzy współczesnym prawem, nauką i biznesem, a ideową formacją żydowskich dzieci. Nie omija tematów polsko - żydowskich obopólnych win, a także zaangażowania (wykorzenionych) Żydów w tworzenie bolszewizmu.

Kłopotowski, wieloletni mieszkaniec USA w pewnym sensie oderwał się od standardowego podejścia, z jakim traktowani są Żydzi w Polsce, to oderwanie bardzo sprzyja analizie i dociekaniom. A jak są traktowani Żydzi w Polsce? Tak: https://www.youtube.com/watch?reload=9&v=PV7B_xfOn3k&feature=share

Kłopotowski wielokrotnie nawołuje do naśladowania kodu kulturowego judaizmu, czerpania wzorców i łapania idei. Zwłaszcza do idei kultu wiedzy, stawianego na równi, lub przed przed religią. Idei poddawania w wątpliwość wszelkich dogmatów i tradycji i dyskutowania. Bo stąd się bierze postęp cywilizacyjny, w którego awangardzie stoi naród wybrany.


Bardzo ciekawe są tezy, powtarzane za socjologami i historykami żydowskimi, że kultura judaistyczna rozwijała się najprężniej wyłącznie jako diaspora, w reakcji z innymi kulturami, często im wrogimi. Drugie ciekawe, choć w sumie oczywiste stwierdzenie, to to, że Żydzi znaleźli swój idealny eden w USA, wcale nie w Izraelu. Nie tylko oni, z resztą.

To co można zarzucić tej książce, to niejaką patchworkowość, stworzona była na bazie artykułów, jakie Kłopotowski publikował wcześniej, a końcowa część jest opisem osobistych zmagań autora z kwestią polsko - żydowskich stosunków i zmagań z krytykami. Powoduje to niepotrzebne powtórzenia niektórych myśli autora i pewną niespójnosć. Niemniej - warto. Książka fermentu i analizy, których w Polsce, moim zdaniem, brakuje. Antysemici, filosemici, obojętni, Polacy, Żydzi i inni - do lektury i dyskusji!

czwartek, 26 lipca 2018

Aspirant Vojtek. Voigtländer Cosina 28-105/ 2,8-4 vs Canon 28-105/3,5-4,5 test review












Aspirant Vojtek.

Ambicje i aspiracje - to to co porusza postęp do przodu. Każdy ma, mniejsze lub większe. Czasem sił starczy na doścignięcie i prześcignięcie, a czasem nie.
A tym razem starczy?
Zobaczymy.
Aspirowanie było od zawsze w modzie i dawało dobre rezultaty. Dzisiaj w branży obiektywów aspirują Yongnuo, Samyang i Laowa usiłując urwać parę kęsów z tortu wielkich graczy optycznych. Z różnymi skutkami, co sprawdziło się na Fotodinozie w teście – LINK. Ale dzisiaj nie będzie o tym co dzisiaj, ale o tym co było w latach 90-tych.
O markach Cosina i Voigtländer pisało się już także – LINK, LINK. Hmm. Właściwie na tym blogu to już się pisało o wszystkim. Pora umierać. No dobra. Jeszcze trochę pociągniemy.

W skrócie japońska marka Cosina najpierw została międzyocenanicznym poddostawcą obiektywów dla Amerykanów z Ponder&Best (późniejszego Vivitara) , a potem na ich bazie (najprawdopodobniej) stworzyła w latach 90-tych obiektywy z autofokusem. Cosina była bardzo chętna do sprzedawania swoich konstrukcji pod dowolną marką, jaka akurat chciała je sprzedawać, dzięki czemu jest to dziś przykład maksymalnie szerokiego rebrandingu. Obiektywy Cosiny sprzedawane były pod markami: Exakta, Phoenix, Promaster, Quantaray, Soligor, Vitacon, Vivitar, Voigtländer, Walimex, oraz po przekonstruowaniu mechaniki jako Tamron i Tokina. Było kilka modeli. Najbardziej znane to superszeroki kąt dla ubogich 19-35/3,5-4,5, tele-makro dla ubogich 100/3,5, oraz amatorskie zoomy 28-80 i 70-210. Cosina miała też dwa znane na całym świecie obiektywy kuszące mniej ubogich i ambitnych. Kuszące że hej.

Pełny półprofesjonalizm

Czym tu skusić amatora? Tym, żeby za małą kasę został zawodowcem, oczywiście! Duże firmy typu Canon czy Minolta skutecznie oddzielały zawodowców od amatorów, za pomocą cen. Kto chce sprzęt o zawodowych parametrach, ten musi bulić i to słono. W latach 90-tych zoomy ze światłem f/2,8 nie były przeznaczone dla zwykłych śmiertelników, do dzisiaj zresztą są zwykle wielokrotnie droższe niż obiektywy ciemniejsze. Firmy główne oferowały też sprzęty niejako pośrednie, trochę jaśniejsze i solidniejsze konstrukcyjnie, ale światło f/2,8 w zoomach u takiego Canona było zarezerwowane zawsze dla obiektywów serii „Luxury” i stałoogniskowców.
Firmy trzecie, czyli Sigma, Tamron czy Tokina podgryzały głównych graczy takimi jasnymi zoomami o profesjonalnej jasności, które były zwykle sporo tańsze. Niestety nie można o nich powiedzieć, że były tanie. Optyka jest rzeczą drogą w produkcji, opracowanie obiektywu o dobrym świetle i wysokiej jakości optycznej jest poważnym przedsięwzięciem i za pół darmo nie da się tego zrobić. Oszczędności jakie czynili producenci niezależni były widoczne gołym okiem w konstrukcji zewnętrznej obiektywów, czy też sprawności ich autofokusa, ale wiele osób i tak je kupowało, bo optykę miały przyzwoitą, a to było kluczowe.
Cosina tymczasem (a wraz z nią Exakta, Phoenix, Promaster, Quantaray, Soligor, Vitacon, Vivitar, Voightländer i Walimex) wymyśliła kuszenie. Kuszenie amatorów. Czy nie dałoby się zrobić czegoś pół na pół? Dałoby się. Jeżeli zawrzeć parę kompromisów...
Najważniejsze było jednak kusząca jasność. Kuszące światełko w ciemnościach.
Tak powstały dwa obiektywy Cosiny: AF 28- 105 f/ 2,8-3,8 oraz AF 70-210 f/2,8-4. Obydwa miały jedną rzecz cenną dla producenta i jego działu marketingu – magiczną jasność „f/2,8” w nazwie. Zatem to profesjonalne zoomy? Amatorzy pędźcie do sklepów! Profesjonalne zoomy w cenie canonowskiej średniej półki. Darmo! Nic tylko brać.

Z dłuższym z tych obiektywów nie miałem wiele do czynienia, choć bardzo bym chciał, ale ten krótszy nabyłem kiedyś drogą kupna, w ramach podążania za ideałami Marylin Monroe („Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy”), co lepsza był to zakup okazyjny, pakietowy i śmiesznie tani (razem z innym sprzętem). A ponieważ posiadam już Canona 28-105/3,5- 4,5, ową średnią canonowską półkę, będzie można sprawdzić, jak bardzo profesjonalny w porównaniu z nim jest Voigtlander/ Cosina.

Obejrzyjmy je sobie.

Pokaż no się pan, panie aspirancie. Pokażcie Szwejku co tam macie (cytat).








Obydwa obiektywy Cosiny miały dość staromodną konstrukcję „push'n pull”, czyli konstrukcję pompki, gdzie zoom zmieniało się rozsuwając i zsuwając przedni i tylny tubus obiektywu. Canon, wypuszczony w roku 1992, cztery lata przed Cosinami miał klasyczny układ z pierścieniami zooma i ostrości. Jakie wrażenia? Dość porównywalne. Cosina / Voigtländer  wydaje się być zrobiony z troszkę gorszego plastiku, ale jest leciutko cięższy, trochę większy i ma znacznie większą przednią soczewkę. Canon jest za to ładniej wykończony napisami i złotym paseczkiem symbolizującym napęd ultradźwiękowy. Wysuwany tubus Voigtländera wygląda solidnie, nie kolebie się i ma odpowiednio wyprofilowaną, szeroką gumę pod uchwytem ręki.







Obydwa obiektywy zmieniają długość podczas zoomowania i w obydwu tylna soczewka wjeżdża do środka tubusu. (Zupełnie inaczej niż było to w innym wiekowym obiektywie - pompce 70-210 f/4 Canona, przetestowanym TUTAJ). Zapoznając się jednak bliżej z obydwoma szkłami można zauważyć pewne oszczędności poczynione w fabrykach Cosiny. Są to oszczędności inżynierskie. Nasz wysuwany zoom podczas ostrzenia kręci przednią soczewką, a Canon nie. Zmartwi to użytkowników filtrów polaryzacyjnych.




Kuszące światło

To co, może weźmiemy na warsztat sprawdzenie jak jest z tą jasnością? Wartości są podawane według światłomierza aparatu, ale ten oczywiście podaje je w przybliżeniu:

Canon f/3,5 od 28 do 40mm 
Canon f/4,0 od 40 do 70mm
Canon f/4,5 od 70 do 105mm

Voigtländer f/2,8 od 28 do 33mm
Voigtländer f/3,2 od 33 do 43mm
Voigtländer f/3,5 od 43 do 81mm
Voigtländer f/4 od 81 do 105 mm

Czyli jest nie najgorzej. W Vojtku jasność spada szybciej, ale i tak jest zawsze od 2/3 do 1/3 działki jaśniejszy niż Canon. Profesjonalne f/28 mamy co prawda raptem przez 5 pierwszych milimetrów zooma, ale zawsze. W Canonie nie mamy jej nigdy.

No i co? Profeska? Na razie nadal nie bardzo. Voigtländer sprawia wrażenie nieco solidniejsze niż najtańsze amatorskie zoomy, ale do poziomu canonowskich "L-ek", czy też Minoltowskich "G" to ma dwa dni drogi piechotą przez las.

Zróbmy zdjęcia.

Zakres 28-105 to bardzo dobry zakres na pełną klatkę. Obiektyw do wszystkiego. Mając jeszcze do tego jasne światło można się spodziewać krojenia masełka gorącym nożem. Ale nie jest tak dobrze. Albo to masło zmrożone, albo ten nóż nie taki gorący. Główny zawód nadchodzi już przy pierwszym zdjęciu jakiegoś bliskiego motywu. Nie da się. Nie da się na szerokim kącie. Minimalna odległość ostrzenia tego sprzętu to... ta dam! półtora metra. Jest to wartość co nieco dyskwalifikująca przy szerokim kącie, kiedy najbliższa rzecz na którą możesz wyostrzyć musi być aż tak oddalona. Dla porównania Canon 28-105 ostrzy od 0,5 metra. Oznacza to, że duża część zdjęć "towarzyskich", czy też ciekawe przerysowane fotografie szerokokątne są w pewnej części przypadków poza naszym zasięgiem. Po prostu obiekty w które celujemy w wielu przypadkach będą się znajdować zbyt blisko, żeby można było je sfotografować. Dlatego nie do końca cieszy jasna przesłona f/2,8 przy 28 milimetrach, bo z powodu oddalenia od celu i tak nie uzyskamy małej głębi ostrości i zdjęcia te nie będą się wiele różnić od zdjęć na wyższych przesłonach. Na szczęście dla Voigtländera jasna przesłona od biedy przyda nam się może w gorszych warunkach oświetlenia, choć przepaści w porównaniu z ciemniejszym Canonem nie odczujemy.

Najbliższa odległość ostrzenia na 28mm. Skandal, panie aspirancie! 3/4 sylwetki człowieka to bardzo marne zbliżenie.

Najbliższa odległość ostrzenia na 105 mm. Znośnie.
Na szczęście także, im dłuższa ogniskowa tym lepiej. Coraz lepiej. Jest nieźle, a będzie jeszcze nieźlej (cytat). Co prawda nadal nie możemy się przybliżyć do obiektu, ale za to zoom go do nas przybliża, a dzięki wyższej jasności różnice w stosunku do ciemniejszych obiektywów zaczynają być widoczne.

Niestety nie można powiedzieć, żeby ten obiektyw był na pełnym otwarciu mistrzem jakości - na maksymalnej przesłonie widać nawet w centrum lekkie mydełko i wyraźnie wchodzące w paradę wady chromatyczne widoczne na pierwszy rzut oka. Jakość raczej średnio - słaba. Ale ma ten sprzęt nawet jakiś pazur i chęci - wystarczy przymknąć go o działkę i jak za dotknięciem różdżki magicznego optyka, obraz klaruje się i wyostrza. No tak. Ale nie po to kupuje się jasne szkło, żeby nie móc korzystać z pełnego otworu przesłony... Ogólnie mówiąc dostajemy sprzęt wyraźnie gorszy od markowego Canona, z bonusem strzelania słabych ostrością zdjęć na jaśniejszej o pół działki przesłonie. Opłaca się?
Hm. 
Sprawdźmy to. Baczność! Aspirancie, do miksu roślinno samochodowego przystąp!:



Zmurszała cegła.
Zmurszała i ...