wyświetlenia:

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Złote medale Fotodinozy. Województwo niderśleszyńskie ciąg dalszy.

Trzy dni niby nic. Niby nic- a cieszy. Natłok wrażeń wylał się na głowę niczym wiadro wody sodowej. Takie rzeczy tylko w województwie niderśleszyńskim.

W pierwszej części nakłuliśmy Dolny Śląsk w kilku miejscach- LINK. Teraz po nakłuciu, gdy mimo tego balon wrażeń nie pęka, a nawet przeciwnie - rośnie nadal, rozdamy złote medale w paru kategoriach.

Na początku myślałem żeby zrobić coś w rodzaju Bitwy Złomów, to znaczy Bitwę Ruder. Niegdysiejszy Złomnik robił takie bitwy znajdując w ogłoszeniach najstraszliwsze złomy.
Gdzież jest niegdysiejszy Snowden? (cytat).
Kto się zatem wczyta- zauważy pewną symetrię w tym wpisie. Symetrię ruder.


Złoty medal za największe zgromadzenie niesamowitych ruder w jednym miejscu. Z podwójną pozłotą zupełnego zapoznania. (w znaczeniu że nikt nie zna).


Dwór w Maciejowcu


Kiedy miniemy zaporę Pilchowicką na Bobrze, z prawdopodobnie najpiękniejszą trasę kolejową w Polsce,


Trasa Jelenia Góra- Lwówek. Przystanek Pilchowice Zapora. Taż widziana w tle.

która to trasa biegnie samym brzegiem zalewu, bez most i bez tunel, zatem kiedy miniemy ową zaporę i trasę i ruszymy na zachód niczym Armia Czerwona- wąska prawie na jeden samochód droga zacznie wspinać się na lesiste wzgórze w Maciejowcu.
Wspina się, wspina, silnik rzęzi ostatkiem sił (cytat), i wśród gąszczy zieleni można nie zauważyć paru zabytków.
Ale jednego nie można zauważyć.
Wygląda jakby go przenieśli z Władcy Pierścieni i wstawili na Dolny Śląsk. Co wrażliwsze estetycznie dusze zakrzykną jakieś nieartykułowane okrzyki. Albo co gorsza niecenzuralne.
Dwór, kurdebalans, renesansowy!

Dwór w Maciejowcu

sobota, 19 sierpnia 2017

Kloaka grafomaniaka (cytat) + Mylne Powidoki.

Dawno na Fotodinozie nie było żadnych grafomańskich i nihilistycznych wierszy. Może nawet bardzo dawno. Może nawet nigdy. No to będą zatem. Twórczość własna (ego! ego!). Użytek własny.



Jestem jak mięso oddzielane mechanicznie z kurcząt
Jestem jak pershing po opuszczeniu wyrzutni
Jestem jak łódeczka z kory na środku Białego Dunajca
Kiedy i tak wiadomo, że to co na końcu- 
                   to co najwyżej Zatoka Gdańska.





Zjadam świat
A świat zjada mnie.





I żeby nie zostawiać Was w tym ponurym i grafomańskim nastroju, zostawiam Was z Mylnymi Powidokami:








wtorek, 8 sierpnia 2017

Traktat o lojalności. "Firma" (1993)- recenzja.


Ja tego zupełnie nie wiedziałem, że Sydney Pollack jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Dopiero po czasie się o tym dowiedziałem.
"Trzy dni Kondora", kultowa wręcz klasyka, jeden z pierwszych filmów poddających w wątpliwość dobre intencje służb rządowych USA, zamykająca słodkie lata niewinności zakończone zabójstwem Kennedy'ego. A przy tym klasyka trzymająca w napięciu i potrząsająca widzem, który utożsamia się z głównym bohaterem wrzuconym w macki państwowej ośmiornicy wywiadu.
Ech i jeszcze młody, niesamowicie energiczny i przykuwający uwagę Robert Redford, wspaniale wiarygodny i pokonujący trudności za pomocą intelektu. A może i przeczytanych książek. Chciałoby się tak za pomocą lektur pokonywać C.I.A., albo choć Inspekcję Transportu Drogowego.

"Trzy dni Kondora" to uznany klasyk, wiele razy opisywany i nagradzany. Jednak jest pewien inny film, który ostatnio obejrzałem będąc na studiach. Dość dawno to było.

Tam chodziliśmy na sanki
W weekendy i dzień powszedni
Tam gdzie teraz banki i skład mebli.
A było tak wspaniale. Tak tęsknię za tym,
I nawet jak się załamałem na koloniach karate
I jak na imprezie wyrzygałem pierwsze wino
Czas mierzę od tamtych praktyk
Dawno to było.

     Afrokolektyw

Obejrzałem ten film wtedy ze Współfabrykantą i szalenie spodobała nam się muzyka z niego, szukaliśmy jej potem bezskutecznie (na pirackich i legalnych kasetach magnetofonowych, dawno to było, już mówiłem).
Sam film oglądało się bardzo przyjemnie, Tomkruz dawał tam radę i wydał się być ówże film bardzo fajny.
Ale zapomnieliśmy o nim na dwadzieścia lat i przypomnieliśmy sobie niedawno. Obejrzeliśmy. I mówię Wam- to świetna rzecz. Jeszcze lepszy niż za czasów studenckich.

Widać jednak, że do niektórych wątków trzeba dojrzeć.

Co to za film?
"Firma".
Dopiero teraz, przy czołówce, zorientowałem się że nakręcił go Sidney Pollack. I to otworzyło mi porównawcze pola interpretacji z "Trzema dniami Kondora". Oba te filmy mają sporo ze sobą wspólnego.


Czy "Firma" lepsza? Chyba jednak nie. "Trzy dni" są w zasadzie filmem jednowątkowym, co dla wielu filmów byłoby zarzutem. W "Kondorze" jednak, za sprawą świetnego scenariusza, doskonałej wręcz reżyserii i aktorów daje to efekt wyjątkowego skupienia uwagi na głównym bohaterze i ciągle podtrzymywanego napięcia.
"Firma" jest filmem znacznie mniej mrocznym, bardziej rozbudowanym i w pierwszych scenach daje nam fałszywe złudzenie, że będziemy oglądać coś, z czego nasz Tomkruz był wcześniej znany- lekki film o radosnym życiu studenta/ gimnazjalisty, który wpadł co najwyżej w lekko komediowe kłopoty.


niedziela, 6 sierpnia 2017

Województwo niderśleszyńskie.

Lubię pisać artykuły z tezą. Tylko nie wiem czy akurat jestem w stanie znaleźć dobrą tezę. Może: "Zamiana Lwowa i Wilna na Dolny Śląsk nie była taka najgorsza?". Albo: "Człowiek nie musi wyjeżdżać poza swój kraj, żeby poczuć się jak zagranicą". A może i jakaś inna teza.

Tylko teraz trzeba te tezy udowodnić.

To może być trudne w czasie trzech dni pobytu na tej swojskiej obczyźnie. Swojskiej od zawsze. I obcej też od zawsze. Już kiedyś się pisało, że te wszystkie pogranicza są najciekawsze. A tu trójpogranicze polsko- czesko- niemieckie.
Krew chwilowo wsiąkła. Zostały artefakty.

Na Dolnym Śląsku nie da się donikąd dojechać. A przynajmniej nie o czasie. Zawsze coś zatrzyma po drodze. Jedzie się jedzie, a tu nagle- WTEM! Wystarczy popatrzeć na mapę. Takiej Jeleniej Góry to nie da się minąć w ogóle. W promieniu dwudziestu kilometrów od miasta znajduje się mniej więcej ze czterdzieści pałaców i zamków, ze wszystkich okresów i w każdym stanie, oraz z dziesięć alpejsko patrzących kurortów ("patrzących", jak pisał Lem). Co prawda ta alpejskość jest tak doprawiona polską miłością do banerów, reklam, elektronicznych tablic, budek z kebabami, straganów, blaszanych bud, drewnianych baraków i wschodniej proweniencji bardaków, że ledwo zza nich wystaje. No ale już trudno, jestem przyzwyczajony że zdjęcia szerokokątne tam nie wyjdą i że trzeba się skupić na teleobiektywie.
Trochę lepiej wyjdą w Szklarskiej Porębie niż Karpaczu, ale niewiele lepiej. Najlepiej jednak szeroki kąt da się uprawiać tam gdzie nie ma kurortów, tylko samotne artefakty sterczą.
Znaczy się wszędzie.

Ci wredni Prusacy to strasznie bogaci byli i wszędzie coś postawili. Czesi też. I nawet my.

Mówili nam Niemce
Żeśmy cudzoziemce.
A myśmy som jacytacy
Chłopcy Austriacy!
     (ludowe, za Antonim Kroh)

Ze dwa lata temu napisało się analizę Dolnego Śląska. A może to synteza była? W każdym razie pod tytułem "Włochy i Grecja są całkowicie niepotrzebne"- LINK.
W tym roku analiz ani syntez nie będzie. Będą nakłucia. Nakłujemy sobie województwo niderśleżyńskie w kilku miejscach. I żeby wprowadzić do tego jakiś porządek, polecimy według klucza historycznego - od najstarszych.

Porządek, porządek to wróg zwierządek (cytat).

Zatem od najstarszego.
Nasz ci on.
Wieża książęca w Siedlęcinie.



Na pierwszy rzut oka za ten zabytek nie dalibyście pięciu złotych. Wchodzi się do niego jak do zrujnowanego PGR-u, którym był przez pewien czas w istocie. Jest skromny, sprawia niezbyt efektowne wrażenie z daleka- to kwestia proporcji.

Ale chodziłem po nim jak oczadzony, zupełnie jakby mnie z mojego świata wyjęli.

Im bliżej podchodzi się do wieży, tym sprawia coraz potężniejsze wrażenie. Z daleka- ukryta w panoramie Siedlęcina, którą dominuje stary protestancki zbór przerobiony na kościół katolicki, oraz kościół katolicki na nic nie przerobiony- niknie wśród drzew, leżąc niżej nad rzeką. Takie coś, co niby nic. Jakiś tam stare coś.

Panorama Siedlęcina z wieży rycerskiej.

A potem wchodzi się do środka. Właściwie prawie nie ma tam nic.
Nie ma tam żadnych zdobień, żadnych baroków, renesansów, gzymsów, mozaik, rzeźb, mebli, posadzek i tego typu rzeczy. To co tam jest to wyłącznie najprawdziwsze średniowiecze jak obuchem w łeb i to tak autentyczne że przenika do szpiku kości.



No i to jest coś. Naprawdę coś.
Nigdzie wcześniej nie doznałem takiego wrażenia autentyczności, jakiegoś cofnięcia się w czasie jak w owym Siedlęcinie. Wszystko co się widziało, wszystkie Wawele, Chocimy, Kamieńce Podolskie, Malborki, normańskie zamki są takie... hmm... takie jakieś grzecznie uczesane, choćby były ruinami. Są obiektami muzealnymi w których genius loci ulociał gdzieś tam wraz z czasem i użytkowaniem przez kolejne pokolenia, które dodawały im ozdób i naprawiały je sobie współczesnymi środkami.
Wieża w Siedlęcinie jest jakimś mało znanym gównozabytkiem, stojącym w jeszcze gówniańszym (prawdę powiedziawszy na pierwszy rzut oka zatrważająco gównianym) otoczeniu, wśród rumoszu rozwalonego żelbetonu, wiat rodem z PGR-u, błotnistego podwórza, otoczonego bajorowatą fosą i krzaczorami.
Ale jak wejdzie się do środka- to rany!, czuć że książę Henryk I całkiem niedawno opuścił to miejsce. A jak wróci z polowania na tury to gotów, wściekły, wygonić nas ze swej siedziby klepiąc po tyłku płazem swego miecza.


Dziwnym trafem w tym zapomnianym przez ludzi miejscu w zakolu rzeki Bóbr kolejne pokolenia posiadaczy nie zdołały zmienić tego ducha, jaki wbudowali w wieżę ludzie sprzed siedmiuset lat. Przetrwał nawet czasy PGR-u!
Są tutaj, proszę państwa- uwaga uwaga- najstarsze stropy drewniane w Polsce!



Są tutaj również jedyne, chciałem pisać że w Europie, ale nie- jedyne zachowane na świecie freski średniowieczne o tematyce arturiańskiej (znaczy się z legendy o królu Arturze). Co zupełnie kuriozalne- nie mają takich na całych Wyspach Brytyjskich, a są na ścianie zabytku w Polsce o którym mało kto słyszał.


Te stropy drewniane... Wydaje mi się że mało w swym życiu widziałem drzew- kandydatów na siedlęcińskie stropy. To mi się strasznie wręcz podobało.

piątek, 28 lipca 2017

Canon EF 70-210 f/4 vs EF 70-200/2,8 L. Wesoły jest sukces staruszka.


Znowu trzeba się cofnąć w przeszłość. Ta teraźniejszość nie jest tak atrakcyjna.

Beverly Hills 70-210

Ogniskowa 70-210 mm nie występuje dzisiaj w ogóle w przyrodzie, z niewiadomych zupełnie względów. Zatem jak usłyszycie o takich ogniskowych, to wiedzcie że sprzęty z nimi związane pochodzą w najlepszym razie z lat 90-tych lub początku 2000-ch.
Canon kiedyś produkował obiektyw o takiej ogniskowej, ale było to tak dawno temu, że najstarsi japońscy samurajowie nie pamiętają.

Człowiek to jednak słaby jest.
No, przyznam się.
Dokonałem ostatnio (słabo) kontrolowanego zakupu obiektywu o takim zakresie. Polowałem długi długi czas na Cosinę 70-210 2,8-4 ale się nie trafiała. A trafił się okazyjnie inny bohater zestawienia 10-ciu tanich i ciekawych obiektywów do Canona- Canon EF 70-210 f/4.

Zabytkowa rzecz.
Jak tu nie kupić, skoro go się samemu polecało.

Canon EF 70-210 f/4

Miejskie legendy krążą. Niektórzy mówią, że jest tak dobry jak nowe L-ki o tym zakresie. Ale ci co tak mówią zwykle chcą go sprzedać.
Zobaczy się czy prawdę mówią. Jest to może techniczny i duchowy poprzednik Canona 70-200 f/4 L, ale poprzednik niebezpośredni, trochę z innej epoki. I innej to jednak nie znaczy gorszej. Była to bądź co bądź epoka, w której wstydem było wypuszczenie obiektywu o konstrukcji całkowicie plastikowej i pozbawionego okienka ze skalą odległości. Niemniej do fotografii cyfrowej to było jeszcze daleko.

Końcówka lat 80-tych. Wszystkie firmy starały się wtedy jak tylko mogły, bo stawką było pozostanie na rynku po autofokusowej rewolucji. Kto się nie starał ten wypadał.

EF 70-210 f/4 był pierwszym telezoomem z autofokusem wyprodukowanym przez Canona. Ukazał się w roku 1987-ym, na samym początku systemu Canon EOS, razem z pierwszą lustrzanką- Canonem 650- LINK. Produkowano go strasznie krótko, bo ledwie do 1990. Co oznacza, niestety niestety, że najmłodsze egzemplarze mają 27 lat. Ja cię przepraszam, jaki on jest stary! No, ale skoro trzydziestoletnie Mercedesy nadal jeżdżą, a czterdziestoletnie Boeingi nadal latają, to czemu nie 27-letni Canony? Musieli ich jednak natłuc wielkie ilości, bo w przeciwieństwie do wielu innych obiektywów- ten jest, o dziwo, nadal bardzo popularny i łatwo dostępny. Na Allegro nadal wiszą ze trzy czy cztery egzemplarze.

Do tego jest to również ostatni TAKI Canon. To jest ostatni w historii canonowski zoom ze stałym światłem, który NIE JEST serią L.
To ciekawe, prawda? Pod swoją serią "Luxury" Canon zgromadził wszystkie zoomy, które nie zmieniały przesłony podczas zmiany ogniskowej, a amatorzy od 1990 roku musieli się zadowolić tymi gorszymi, które ciemniały podczas zoomowania. To ci spryciarz!

70-210 jest jeszcze z innej strony oryginałem na tle dzisiejszej stawki, bo to obiektyw typu pompka (push- pull), konstrukcja od czasów lat cyfrowych już niestosowana. Ogniskową w tym szkle zmienia się pchając tubus do przodu lub ciągnąc do tyłu. Jest w tym pewna zaleta intuicyjnej poręczności i prostoty konstrukcyjnej, ale też pewna wada w postaci zasysania i wydmuchiwania kurzu. O ile w czasach filmów kurz ten nie stanowił wielkiego problemu i przy wywoływaniu zostawał usunięty, o tyle przy nieruchomej matrycy cyfrowej stwarza większe problemy. Nie mówiąc już o elektrostatyczności matrycy, przez którą przecież prądy elektryczne płyną tajemnicze.
Cóż. W najgorszym razie trzeba będzie częściej czyścić- pomyślałem sobie i dokonałem zakupu tej rzekomej pra L-ki bez czerwonego paska.

Intencje i nadzieje

Intencją było sprawienie sobie czegoś mniejszego i lżejszego niż 70-200/ 2,8 L, bo przyznam szczerze- 70-200 L jest wielki. I nie jest lekki. Nie na każdy wyjazd można go ciągać. Czasami też zwyczajnie się nie chce dokładać te kilo sześćset do plecaka. Do tego 70-200 ma potężną wadę, o której nie myślą reporterzy- strasznie rzuca się w oczy. Jest biały. Kto żądny sławy i nachalnych pytań przechodniów- temu w to graj. Ale jak kto chce zniknąć w tłumie, to z 70-200/2.8 L nie da rady. Nie ma go jak ukryć.
Dlatego szczupła czerń leżała mi na myśli. No i żeby nie kosztowała tyle co L-ka.

Canon EF 70-210 f/4 (uwaga- zdjęcia bez ramek są wyłącznie zmniejszane, niepoprawiane i niewyostrzane)
Canon EF 70-210 f/4


Canon EF 70-210 f/4

czwartek, 20 lipca 2017

Nie taka Wonder ta Woman.


Wunderteam... tfu- Team of the Wonder Woman

Są plusy dodatnie i plusy ujemne. Na to nie poradzisz.

Troszkę to było jak zjedzenie ciastka z ogórkiem kiszonym. Pozostał dysonans. Myślę że tkwił już w samym założeniu tego filmu, opartym na komiksie. Dysonans jaki spowodowali scenarzyści, tak naprawdę spreparował już niejaki Paul Molton pół wieku wcześniej, kiedy wymyślał swoją bohaterkę i zderzenie jej starożytnej Grecji z czasami Wojny Światowej. Myślę że się to świetnie sprawdzało w komiksie.
W filmie jednak, nawet przyjmując fantastyczną umowność tego medium, co chwila nasuwały się na myśl trzy internetowe litery- "W", "T" i "F" zakończone znakiem zapytania. Co ciekawe owe litery zupełnie nie nasuwały mi się podczas oglądania równie fantastycznych w treści "Avengersów", czy innych produkcji Marvela. Troszkę miałem wrażenie, że usiadło trzech scenarzystów i każdy z nich wykrzyknął: "Wiecie co? Mam super pomysł na film!" , a potem zgodzili się : "Teraz to szybko połączmy, zanim wszyscy zorientują się, że to bez sensu".

Nie mogę postponować Wonder Woman za to, że ma scenariusz w stylu fantasy, skoro nie ganię za to Iron Mana, ale z grubsza orientuję się na czym polega różnica. Oprócz nieco wyższego poziomu roboty filmowej u Marvela w Wonder Woman następuje instrumentalne użycie historii. Realnej historii świata.


czwartek, 13 lipca 2017

Stalowa wola twoja, Zdunie!




I zduna zaraz cna japa janczara zanudzi
         Palindrom (można go czytać od tyłu) St. Barańczaka





Niewielu wie, jak cholerny to wysiłek zarządzać państwem. Zwłaszcza młodym. Zwłaszcza w dwudziestoleciu między jedną wojną a drugą. Nie zdajemy sobie sprawy.

Europejski bigos w jakim tkwiliśmy, po tym jak rozpadły się cesarstwa, przy okazji będące naszymi zaborcami, stwarzał niesłychane wręcz problemy. Bardziej przypominało to stosunki między Izraelem a Palestyną, a nie dzisiejszą Polskę.
Nie dość, że wojna z Rosją w 1920 roku, która tylko ostrzyła sobie zęby żeby nas pożreć jako aperitif przed resztą kontynentu, ale i konflikty z Niemcami, które nie pogodziły się wcale z tym, że wykroiliśmy im kawał Śląska i przekroiliśmy w połowie Prusy sięgaczem do Morza Bałtyckiego. Niemcy na szczęście z wojną zbrojną wstrzymali się do 1939-go, ale wojnę ekonomiczną prowadzili na całego- cłami i wszelkimi granicznymi szykanami starając się utrudnić nam życie.
Do tego scalić kraj, który chociaż narodowościowo tożsamy był przez sto lat zarządzany przez trzy zupełnie różne administracje to było niezłe wyzwanie. Zwłaszcza solidne struktury- takie jak sieci techniczne wszelkiego rodzaju były budowane wedle trzech różnych koncepcji i po wyzwoleniu Polski zostały jak nożem pocięte naszymi nowymi granicami.

Szczególnie tory kolejowe.

Nagle okazywało się, że najważniejsze linie przechodzą przez terytorium sąsiedniego państwa. Nagle okazywało się, że zapyziała linia lokalna (biegnąca przed wyzwoleniem ku granicy zaboru) staje się centralną magistralą łączącą duże miasta, na której ruch pociągów trwa od rana do wieczora.
Nagle też okazało się, że nie mamy którędy wozić naszego najważniejszego towaru eksportowego- węgla ze Śląska. Stop orkiestra!

Skansen Lokomotyw Karsznice

Linie kolejowe w dawnym zaborze pruskim były bardzo solidnie rozwinięte- to były istotne dla zaborców tereny Śląska, poznańskie i pomorze. Natomiast dla Austriaków już nie bardzo- tereny nowopowstałej Polski to była Galicja, jeden z biedniejszych regionów Austro- Węgier. A w zaborze rosyjskim to już w ogóle mogiła kolejowa- sieć była rzadka i dziurawa- linie łączyły tylko większe miasta. Do tego budowano je w rozstawie strategicznie o 15cm większym (sprośne dowcipy mówią skąd wzięła się ta wartość).
Generalnie masakra.

Skansen Lokomotyw Karsznice

Nasze główne źródło eksportu, czyli węgiel, był tradycyjnie wysyłany w świat statkami z bałtyckich portów. "Za Niemca" wszystko było proste- koleją jechał tenże surowiec do portu w Gdańsku i odpływał do importerów. Kiedy nastała wolna Polska, uzyskała dostęp do morza i spory kawał śląskiego zagłębia, ale Gdańsk dostał status Wolnego Miasta i Niemcy, którzy mieli tam główne zdanie, natychmiast zablokowali porty dla dostaw polskiego węgla.
Jak wiemy- wielkim wysiłkiem sił i środków w latach 20-tych zbudowaliśmy port w Gdyni. Pozostawała tylko kwestia przepustowej linii kolejowej łączącej Bałtyk ze Śląskiem.
Dotychczasowe, naprędce konstruowane połączenia miały podstawową wadę- biegły przez Gdańsk. Oraz drugą mniej podstawową- leciały dookoła wydłużając drogę do 660 kilometrów.
Była, owszem jedna linia o sto kilometrów krótsza, ale biegła przez okolice Kluczborka. A Kluczbork był niemiecki. Niemcy walnęli od samego początku wysokie opłaty za tranzyt. W 1927 zbudowano specjalną pętelkę okrążającą "korytarz kluczborski", ale wydłużyło to połączenie kolejowe ze Śląskiem do prawie 620 kilometrów. Może bylibyśmy nawet to ścierpieli, bo śląski węgiel sprzedawał się na świecie jak świeże bułki. Ale Niemcy wytoczyli nowe działa i w 1925 rozpoczęli niemiecko- polską wojnę celną, w której calkowicie zablokowali możliwość polskich przewozów kolejowych przez Gdańsk. To groziło nie tylko kolapsem polskich kopalń, ale i załamaniem budżetu, opartego w sporej części na eksporcie węgla. Natychmiast podjęto działania nad budową magistrali kolejowej Śląsk - Gdynia. Miała się ona stać największą inwestycją transportową II Rzeczypospolitej.


Skansen Lokomotyw Karsznice




piątek, 7 lipca 2017

Latarki w dłoń! Fajne zdjęcia!


fot. HaWa


Nie zazdroszczę znajomym, którzy zostali sławni. Delegacje, wywiady, autografy, konta otwierane w kolejnych bankach, kupa zawracania głowy.

Ale zazdroszczę im dobrych zdjęć.

Bo ja każdemu zazdroszczę dobrych zdjęć. Lepiej uważajcie!

fot. HaWa

A ponieważ przyjemnie jest mieć sławnych znajomych, i do tego móc się tym chwalić na blogu, w te pędy pobiegłem na ich wystawę w Teatrze Szwalnia. W te pędy- znaczy się już na finisaż pobiegłem. Bo na wernisaż nie zdążyłem, troszkę jestem życiowo zapóżniony. Ale nie martwcie się, po finisażu wystawa nadal wisi, bo jest przy okazji dokumentacją festiwalu "Dotknij teatru" i zdjęcia nadal będą o nim przypominały. 


Tymczasem znany mi duet HaWa wybił się po kryjomu na niepodległość. Duet HaWa czyli Aneta Wawrzoła i Grzegorz Habryn. Oni byli fajni nawet i bez swoich zdjęć- to filmowcy z urodzenia. Montowali filmy dokumentalne, teledyski, wykładali na warsztatach filmowych i na filmoznawstwie. Kręcili (świetne!) zwiastuny do przedstawień Teatru Nowego i Teatru "Pinokio". Można je zobaczyć tutaj- LINK

Z filmu do fotografii droga niedaleka, ale jednak te media są znacznie różne. Film i montaż kieruje się wieloma rygorystycznymi zasadami, które pozwalają nakręcić coś co da się obejrzeć. Kto się nie zastosuje tego nie będą oglądać. Dynamika medium filmowego także wpływa na sposób kompozycji. To nie są pojedyncze kadry- tylko ciągi sytuacyjne, które wymuszają znaczne zaangażowanie.

A fotografia ma co najwyżej takie sugestie- jak przepisy drogowe- kto się nie zastosuje, ten najwyżej mandat dostanie, ale być może szybciej dojedzie. Nie wolno- ale można, jak u Szwejka. Niby to wolność większą daje, ale z drugiej strony trudno opanować to morze wolności.

fot. HaWa

sobota, 1 lipca 2017

Projekt Okrążenia Łodzi Vol. 9b- Stacja Łódź Radogoszcz Zachód- część południowa. Dwie historie.

Ta część Projektu Okrążenia Łodzi będzie bardziej zwiedzaniem śladów pamięci, niż śladów przestrzeni. Niektórym nie będzie się opłacało spacerować po tym kawałku Radogoszcza, żeby zobaczyć coś co nie istnieje.



(Poprzednia część stacji Radogoszcz Zachód- do poczytania TUTAJ)

Udając się z Radogoszcza w stronę terenów quasi wiejskich, opisywanych już przy okazji Żabieńca- najszybciej za pomocą ulicy Krajowej, która do dziś pozostaje uroczą wiejską aleją- możemy się natknąć na relikt.






A może właściwie jest to ślad reliktu.
Nic spektakularnego, ślad zaledwie, jak w Warszawie, opisywanej niedawno na Automobilowni- LINK. Coś czego właściwie już nie ma.
Ale ponieważ było i wpisało się w historię miasta, zatem może warto wspomnieć, zanim przyszłe pokolenia zaleją to asfaltem.

Sierociniec Gminy Żydowskiej.

I jak zwykle historie nieistniejących miejsc są najciekawsze. Jak to u nas.

niedziela, 25 czerwca 2017

Zdjęcia boskie

fot. Magdalena Wasiczek

Każdy kto pracuje- bierze udział w dziele boskiego stworzenia. Ta sentencja pomaga mi czasem wziąć się do roboty, pomimo że do boga mam daleko. Ale te słowa do mnie trafiają, sprawiając że człowiek czuje się przynajmniej przez chwilę cząstką czegoś większego i pociesza się że życie ma sens.

Pyta pani w wierszu czy życie ma sęs. Słownik ortograficzny daje odpowiedź negatywną.
        Już parę razy cytowana Wisława Szymborska.


fot. Magdalena Wasiczek

fot. Magdalena Wasiczek

Boskie dzieło nawet i dla ateuszy może być imponujące. Czasami udaje się to ująć na zdjęciach. Czasami udaje się bosko ująć boskie dzieła, ale do tego potrzeba już talentu, wyczucia i rzemiosła. Czasem uda się powalić ujętym obrazem na kolana. A ktoś, kto potrafi to robić seryjnie zasługuje na najwyższe nagrody i uznanie.
I ostatnio zostałem powalony, a przy tym uśmiech nie znikał mi z gęby. Ten efekt nie każdy wybitny fotograf jest w stanie na mojej marnej gębie osiągnąć.
Ale pani Magdalena Wasiczek potrafi.

wtorek, 20 czerwca 2017

Kodaczek biedaczek.

Logo Kodaka- z lewej z 2006 r, z prawej aktualne z 2012.


Ten Kodak to nie taki głupi się okazał jakby się myślało. Bo myślało się, że z głupoty upadł. A on upadł nie z głupoty, a z pomyłki.

Dzisiaj Kodak służy różnym wykładowcom marketingu jako chłopiec do bicia, jako przykład kariery od milionera do zera. Już się trochę przy różnych okazjach o tej szacownej firmie fotograficznej i jej wyrobach pisało- LINK

O wynalazcy "Forda model T" fotografii, który zaniósł to hobby pod strzechy amatorów- tekturowego Kodaka Brownie wyprodukowanego w uwaga, uwaga 250 milionach egzemplarzy! Producent całej rzeszy bardzo popularnych filmów fotograficznych, uwielbianych przez profesjonalistów dostarczyciel taśmy filmowej dla całego Hollywoodu. Ba! Wynalazca matrycy cyfrowej! Jednym słowem król rynku, który zginął marnie.


Zdjęcie z Kodaka Brownie: USS Nautilus przechodzi pod mostem George Washingtona w NY, 1956r.
By ArnoldReinhold - Own work by uploader. Scanned by me from a photograph I took in 1956. agr 17:50, 4 June 2008 (UTC), CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4164667

Zmarnował wszystkie potencjały i olbrzymi majątek. Ale okazuje się- walczył dzielnie. Zginął w boju, a nie z przepicia.

Kodak w latach 80-tych miał wszystkie atuty w ręku. Opanował praktycznie 3/4 rynku materiałów do fotografii analogowej. Rynku światowego, dodajmy. Do tego to jego inżynierowie byli wynalazcami aparatu cyfrowego i najistotniejszych patentów z nim związanych. Na przykład patentu na WYŚWIETLANIE zdjęcia w trybie podglądu na monitorze aparatu. Czujecie co to za pozycja? Za ten jeden patent Samsung zapłacił 550 milionów dolarów, a LG 414 milionów.

A jednak Kodak upadł. Jak to się stało?

wtorek, 13 czerwca 2017

Naprzód, dziewczyno petrolheada! "Wyścig" / "Rush" (2013)- recenzja.


A czy jak Twoja dziewczyna nie jest petrolheadem i nie wie kto to jest Niki Lauda to też będzie zadowolona z tego filmu?
Też.
A jak kto jest ekologiem i chętnie powiesiłby na drzewie pewną Szyszkę to też obejrzy ten film z przyjemnością?
Też.
O ile tylko ma pewne sentymenty do przeszłości i lubi dobre kino. Ale na szczęście- większość z nas ma, większość z nas lubi.


"Wyścig", patrząc na tematykę, powinien być głównie dla tych którzy mają benzynę we krwi. To epicka opowieść o rywalizacji dwóch kierowców Formuły 1 na początku lat 70-tych- Jamesa Hunta i Nikiego Laudy. Dobrze opowiedziana, fajnie pokazana, wywołująca uśmiech na gębie, który co prawda troszkę tężeje nam na ustach wraz z przebiegiem akcji. Bo ta jest dramatyczna i godna filmu, pomimo że kręci się stale wokół wyścigów.


Reżyser- Ron Howard- wspiął się tu na wyżyny swoich umiejętności, o dwa kroki wyżej niż w swoich „Apollo 13” i „Kod DaVinci”. Historia wyglądająca wstępnie na schematyczny hollywood wkręca nas coraz mocniej z każdą minutą.

Wkręca nawet kobiety nie mające prawa jazdy.