wyświetlenia:

piątek, 29 lipca 2016

Pochwała Małych Miasteczek.

Duże miasta nie nadają się do zwiedzania. Sami wiecie. Trzeba przeznaczyć tydzień na każde z nich, człowiek schodzi podeszwy zanim zdoła zobaczyć wszystkie ich wspaniałości, zacisnąwszy zęby odwiedzi całą setkę ich chwałygodnych zabytków, a na końcu i tak czuje niedosyt, że nie zdążył zwiedzić tego czy tamtego monumentu.
To męczy.
Nie ma po co się tak męczyć. Trzeba zwiedzać tylko te miasta, które dadzą się obejrzeć w jeden dzień. A najlepiej takie, które nie należą do pierwszej ligi zwiedzania. Wtedy człowiek może nieco poczuć się odkrywcą zakrytego i popisać sobie na blogu jakieś impresje o miejscach które mało komu chce się opisywać.

97.676 mieszkańców
Opuściwszy okolice Torunia autostradą A1, zwaną Amber Gold One i minąwszy McDonalda wyjeżdżamy na szerokie widoki nadwiślańskich pól i łagodnych wzgórz. Tenże McDonald kuriozalnie, jest oddalony raptem o kilka kilometrów od pobliskich sennych miasteczek i stanowiłby dla nich niejaką atrakcję, ale dla ich mieszkańców jest niedostępny- muszą oni, ci mieszkańcy, przejechać parędziesiąt kilometrów płatnej autostrady żeby do tego przybytku dojechać, bo jest odgrodzony autostradowym płotem. Lub też ewentualnie mogą pod ten płot podjechać i przez niego przeleźć- są pewne ślady tego procederu, jak się przyjrzeć uważniej.
(Z tej samej serii- dygresja. Pewien kuzyn pewnej znajomej postanowił złamać system. Można było o tym zobaczyć reportaż w TVN-ie. Kupił Ci on kawałek rolnego pola tuż przy siatce ogrodzeniowej drogi S8. Jak kto jechał drogą S8, to wie, że pomiędzy Łodzią a Wrocławiem zjeść tam można co najwyżej batonik z automatu przy wc, albo szczaw z pobocza- nie zakończono jeszcze przetargów na restauracje i stacje benzynowe. Otóż znajomy ów na polu za siatką, postawił przy pięknej, nowej „rest area” zwanej po polsku (po polsku?) Miejscem Obsługi Podróżnych budkę z hot dogami. To nic że za płotem. Płaci się przez siatkę, a hot dogi odbiera górą. Taki trolling.)
Mc Donald na MOP Malankowo Amber Gold One, w okresie letnim jest oblegany tłumnie i stanowi pierwszą cezurę wakacji w drodze nad morze. Tu już można się wyluzować i zacząć wypoczynek nadbałtycki oraz wydawanie kasy na przyjemności życia doczesnego.
Tymczasem minąwszy MOP Malankowo i dokonawszy MOPsiku (co za nazwa, ten cholerny MOP!) droga idąca przez pola i łąki zaczyna po kilku kilometrach opadać w dolinę Wisły i wkrótce autostrada ma zamiar przekraczać rzekę. Zanim to nastąpi napotykamy zjazd na niezbyt wielkie miasto. W sam raz rozmiarowo. Ani za duże, ani za małe.
Autostrada mija je dalekim łukiem, tak że z trasy na Gdańsk go nie zobaczymy.
Grudziądz.
Jak na polskie miasto przystało- pięciokrotnie była tu Polska, a czterokrotnie Niemcy lub proto-Niemcy, a w międzyczasie jeszcze Szwedzi z potopem, wojny napoleońskie i tzw. Operacja Pomorska Armii Czerwonej kontra hitlerowska idea Festung Graudenz.
Działo się.
Choć też należy przyznać, że działo się w bardzo długim okresie. Ten okres jest właśnie atutem Grudziądza. I choć po naparzaniach armii w 1945 roku zostało zniszczone 60% zabudowy, to jednak ta najstarsza była na tyle solidna, że przetrwała na chwałę miasta. I jest tu co obejrzeć.

piątek, 22 lipca 2016

Rue de'l Evangelie. René-Jacques 1946


Oczywiście znów coś zapadło w pamięć. Obraz wbił się jak klin. Nie można się otrząsnąć. Raz zobaczone nie da się już odzobaczyć.
Fotografia z Paryża sprzed osiemdziesięciu lat, zrobiona przez pana René-Jacques'a. Widok, który fotograf odszukał w dzielnicy przemysłowej.
To zdjęcie jest przykładem obrazu wypracowanego w każdym calu, nasyconego treścią, pomimo, że jest zwyczajnym pejzażem, wydaje się proste i może nawet zwyczajne. Upływ czasu dodał temu kadrowi sznytu retro, patyny czasów minionych, a wraz z nim nieco nostalgii.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Sex Machine.





Pewnie kiedyś skończą mi się Canony.

Opisałem już prawie wszystkie analogi które miałem i do tego kilka takich, których nie miałem, choć chciałem. Pozostało jeszcze dość sporo takich, których nie miałem, bo nie chciałem, ale wpisy o nich mogą być nie do zniesienia.

Pewnie trzeba będzie zmienić system (fuck the system) na jakiś inny, żeby mieć co opisywać. Były takie przypadki w historii, a najbardziej spektakularny- Sz. P. Jarosław Brzezinski, który najpierw napisał księgę "System Canon EOS", a potem sprzedał wszystko i przeszedł na Nikony.

Zanim jednak przeszedł, opisał w swej książce jednego srebrnego księcia z plastiku, który był znakiem swoich czasów, tych dawno minionych i tego co było w owych czasach śmieszne. Oraz tego co było genialne.

I czego już teraz nie ma.
 
Bo jak wiadomo- kiedyś to były czasy. To już starożytni Rzymianie mówili.

Pierwszy (?) spotter. Jacques-Henri Lartigue




Fot. Jacques-Henri Lartigue

Nie wiem czy wszystkich bierze pewna podskórna tajemna emocja dotycząca samolotów. Mnie bierze.

Nie latam zbyt często- na ogół raz do roku. No, jak liczyć tam i z powrotem- to dwa razy. Może stąd przyczyna tej mistycznej emocji. Może z tej egzotyki. Ci którzy latają raz na tydzień zapewne nie mają już szansy na emocje lotnicze, zastępuje je pewnie rutyna i powtarzalność. Niemniej znam też paru, którzy latają dużo, ale nadal się emocjonują, opowiadają czym to ostatnio nie lecieli i jak tam podchodzili do lądowania.

Bo to atawistyczne jest. Ten pęd do wzniesienia się w powietrze, do uzyskania nienaturalnej zdolności szybowania, choćby za pomocą Airbusa A320 linii Ryanair, w którym kolana zapierają się o fotel przed tobą, łokcie kleją się do tapicerki ze skaju, a obok wrzeszczy jakiś mały współpasażer. Nawet taki dyskomfort niewiele odbiera magii oderwaniu się od gruntu i uleceniu w przestworza.

To trochę dziecięca emocja, datowana jeszcze od czasu gdy Okęcie było jedynym międzynarodowym portem lotniczym, przypominającym niski, blaszany barak, ale wyposażonym za to w taras widokowy, na który wop-iści wpuszczali po niejakiej kontroli. Tam można było sobie stanąć, z Tatą za rękę i patrzeć na inny, odgrodzony płotem i niedostępny świat. Mrowie małych postaci i samochodzików, kręcących się wokół stalowych potworów, które już za chwilę miały kołować mrugając światełkami, a potem wznieść się z rykiem i zniknąć w bezkresie błękitu.

To było jakieś inne i było magiczne. I takie zostało. Czuję to, gdy tylko jestem „po tamtej stronie”, gdy przepuszczą mnie wszystkie bramki, gdy już podciągnę opadające spodnie i gdy wcisnę kolanem do torby aparaty i przewodniki.

Pomruk lotniczych silników i lekki zapach nafty działają narkotyzująco. I włazi się na pokład stutonowej, gładkiej i nitowanej bestii, która jest tak zdolna, że nie tylko zabierze nas za chwilę na dziesięć kilometrów do góry, to jeszcze za dwie godziny wypluje w jakimś innym, egzotycznym miejscu, w którym ludzie są inni i myślą o świecie zupełnie co innego niż u nas w domu. Bo to, na zdrowy rozum, wydaje się mało wiarygodne. Mało możliwe.

Mnie to nadal wzrusza.

środa, 29 czerwca 2016

Top 5. Najtańsze aparaty Canon, które mają coś w sobie.




Nooo, proszę Państwa- najtańsze, to nie znaczy zupełnie najtańsze. To nie jest top five za pięć złotych, niestety. Taki los. Będzie mowa o taniości relatywnej, nie obiektywnej.
Bo o taniości obiektywnej już było, przy okazji Top Ten najtańszych obiektywów.
Natomiast wszystkie te aparaty są stare i nic nie warte, w porównaniu z tymi, które leżą w sklepach. W ogóle na złom z nimi. Po prostu są do niczego- kupcie koniecznie te nowe, dostaniecie rabat, cashback, fakturę vat i ściereczkę do wycierania soczewek.

A, no i żaden, oj jak nam przykro, nie kręci filmów. Żadnych. Nawet w niehade.

Jak stare są te aparaty? No zależy do czego porównywać. Jak do nowych aparatów- to strasznie stare. Jak do samochodów- to już takie sobie, a jak do Boeingów 747 w czynnej służbie, to są prawie nowe. Elektronika starzeje się najszybciej, a raczej najszybciej się deprecjonuje. Co jest dobrą wiadomością dla niezbyt zamożnych społeczeństw. Jak pisał kiedyś święte słowa Złomnik: Nie trzeba wiele- wystarczy zbierać odpadki spod stołu bogatszych- i można całkiem nieźle żyć.

piątek, 24 czerwca 2016

Prawda nie istnieje. Huzia na Józia.


Fot. Steve McCurry.

Kto wierzy jeszcze w to, że fotografia przedstawia obiektywną prawdę?
Ręka w górę, proszę!

No, parę rąk się podniosło...

Huzia na Steva Mc Curry'ego. Znany dotąd jako bardzo znany fotoreporter National Geographic został znanym oszustem.

Napisałem już o tym wpis, gdzie dwóch moich alter egów dyskutowało na ten temat, ale jeszcze napiszę, bo to polowanie z nagonką dalej trwa.

Fot. Steve McCurry, Kuba.


piątek, 17 czerwca 2016

Kupiłem kopalnię. Za 40 złotych.


Łódzki kupiec kolonialny i restaurator Artem Czkwianianc/ Czkwianow z żoną Niną. 1906.

Przypadek?
Nie sądzę- jak pisał nieodżałowany Złomnik.
Szedłem sobie ulicą Narutowicza, w okolicach numeru 4, rozmyślając o tematach na osobne wpisy, bo ja o niczym innym nie rozmyślam. Wzrok mój błędny błądził po murach ulubionego rodzinnego miasta Łodzi i prześlizgiwał się po witrynach, tramwaje jechały, studentki szły ulicą. Studenci pewnie też, ale ja na studentów nie patrzę. Młot pneumatyczny nawalał stłumionym stacatto z kamienicy naprzeciwko. Zatrzymałem się przy witrynie antykwariatu „Pegaz Tuwima”, zerknąłem czy nie ma czegoś ciekawego.
Było.
Instynkt łowcy, zaprawiony w przeglądaniu lumpeksów i ofert obiektywów na allegro zogniskował ostrość na czarnej książce wystawionej na wystawie.
Ryszard Bonisławski
„Wielka Wojna 1914- 1918
Łódź i okolice na fotografiach Michała Daszewskiego”


Coś zadzwoniło.
To był dzwonek alarmowy w pamięci.
Coś zadzwoniło, ale nie wiedziałem w którym kościele. Wszedłem do środka, poprosiłem o książkę z wystawy do przejrzenia, oczy wyszły mi z orbit i ślina pociekła. Musiałem przełknąć. I musiałem mieć.

sobota, 11 czerwca 2016

David Seymour Chim, a sprawa polska.

fot. David Seymour Chim- Neapol 1949.
David Seymour Chim zostanie mostem. Mostem pomiędzy pisaniem wpisów o niczym, relacjami z wyjazdów, a solidnym artykułem o fotografii. Conieco też między Austrią i jej historią, a rodzinną Łodzią. Mam nadzieję, że pan fotograf nie obraziłby się za tak instrumentalne potraktowanie.

W mieście Łodzi, skąd się pochodzi odbywają się dwie duże imprezy fotograficzne- pierwsza to Targi Foto i Video w hali Expo, niegdyś w Hali Sportowej naprzeciwko akademików Politechniki. Tej hali, przy której stał na cokole samolot Mig 17 bodajże. Legenda miejska głosiła, że samolot będzie stał dopóty, dopóki pierwsza dziewica nie ukończy Politechniki Łódzkiej. Zdaje się, że jakiejś się udało, bo samolot parę lat temu zniknął jednak z cokołu. Gratulujemy!

Kiedyś chadzało się na targi Foto Video, kiedy jeszcze sprzęt fotograficzny stanowił tam ważny element- stoiska uginały się od obiektywów, a hostessy z wdziękiem pozowały tłumowi do zdjęć. Pamiętam jedne z targów z sześć lat temu- Sony wynajęło wtedy na ekspozycję całą wielką halę- japońskie kaligrafki malowały na papirusie japońskie literki, sushi kipiało na stołach, niemalże sake niemalże lało się niemalże strumieniami, a wiśnie kwitły w każdym kącie.

Potem jednak pod względem sprzętu robiło się coraz słabiej i słabiej, choć coraz mocniej robiło się pod względem wykładów o fotografii, warsztatów i spotkań z fotografami. Też fajnie i bardzo miło, jednak z jednym wyjątkiem. O ile sprzęty dawało się obejrzeć w dwie godziny w dowolnym terminie trwania imprezy, o tyle żeby posłuchać wykładów należałoby już wziąć sobie jakiś trzydniowy urlop od zajęć- bo dużo z nich odbywa się w środku dnia. W tym roku spojrzałem na listę wystawców- (brak Sony, brak Canona, brak Nikona) i na spis wykładów i nie zdobyłem się jednak na odwiedzenie targów. Trochę nawet żałuję.
 
Tak to jest z tymi targami. Bo bywało się na wielu targach.

Pierwsze poważne targi na jakich byłem, to były targi na Rynku Bałuckim. Dolnym Rynku Bałuckim, bo są dwa- górny w czasach dzieciństwa był w ogóle nie targowym pustym wygonem. Prawdziwy targ leżał na Rynku Dolnym, przy ulicy Dolnej, wówczas błotnisto brukowanej, w otoczeniu niskich chałupek bałuckich, bieda- kamieniczek niby z małego miasteczka. Z drugiej strony tymczasem flankowały Rynek budynki remizy strażackiej, tej samej dokładnie o której Tuwim pisał:
Leciała mucha z Łodzi do Zgierza
Po drodze patrzy- strażacka wieża
Na wieży strażak zasnął- i chrapie
W dole pod wieżą gapią się gapie.
Mucha strażaka ugryzła srodze
Podskoczył strażak na jednej nodze
Spogląda- gapie w dole zebrali się
Wkoło rozejrzał się- o rety! Pali się!
(pisane z pamięci, wyuczone w wieku lat 4-ch)
 
Ja też, jako mały gapia gapiłem się na drewnianą wieżę, która tak naprawdę nie służyła do obserwacji (a przynajmniej nie za naszych czasów), a do suszenia węży strażackich. W środku remizy stał Magirus, pewnie z lat 40-tych, z drabiną i błyszczał. Wiem bo zaglądałem.

Remiza stoi do dziś, choć jest już wypas full modern nowoczesno- nijaka, gładka i nudna. Wieżę drewnianą rozebrali już dawno. No i Magirusa nie ma, tylko Iveco. Wiem, bo zaglądałem.
Od Renault i Iveca trzymaj się z daleka (cytat)

czwartek, 2 czerwca 2016

Jak czytać jak nie czytać? Ian Jeffrey

Fot: Edward Weston 1924, z książki "Jak czytać fotografię" Iana Jeffrey'a
Krytykowanie jest przyjemne. Przyjemnie jest być takim krytysiem, zarówno być w ogóle, jak i być krytysiem branżowym, pławić się w krytycyzmie i złośliwych interpretacjach. Jakże to wesoło jest tak sobie ex cathedra skrytykować, zjechać, zrównać z ziemią, zniszczyć, wypaczyć, ośmieszyć autora i przekaz. Mesadż znaczy.

A potem miałem ochotę przekazać mesadż
Nic z tego, ze smutkiem łeb do ziemi zwieszam
Z tłumem się mieszam,
jesteście za głupi na mój message
Nic tylko ubaw, dupy, blokersi, biznesmeni
Dealerzy i złodzieje,

miejski klimat
Wejdę w to, będę DJ'em
 
kleję bity, patrzę z góry
Przynależę do elity, młodzieżowej popkultury
(…)
Wreszcie ktoś mnie lubi
Wreszcie się sprzedam
Wreszcie do czegoś się nadam
             Afrokolektyw "Seksualna Czekolada"
             (uwaga, dozwolone od lat 18-tu)

Zatem- zrównać z gruntem, przyfasolić, pojechać po całości, albo po części chociaż pojechać. To przyjemne jest. Od razu człowiek czuje się taki nieco wyższy, szczuplejszy, bardziej kudłaty i umięśniony. Może sobie popatrzeć troszkę na świat z lotu ptaka. Nic to, że ten ptak to kura i że zaraz musi lądować, no ale dla takich momentów pisze się i czyta krytyczne recenzje. To ludzkie jest i wcale nieobce.
 
I nawet przyjemnie się o tym czyta, jak ktoś inny anonimowy kogoś innego zrównuje. O ile tylko ma dobry powód.

Ale ja nie o tym.

Ja tym razem o drugiej stronie medalu. Bo wszystko można sobie także zinterpretować pozytywnie. Uwznioślić, postawić na piedestale i polerować szmateczką. Czołem bić, plackiem leżeć. Bałwanom cześć oddawać, nie widząc, że stopniałe. Przy czym- zadziwiające- człowiek się przy tym równie dobrze czuje. Zwłaszcza w trakcie euforycznej krytyki jakiejkolwiek sztuki. Czuje się na przykład jako ten odkrywca, promotor i inwentor. I guru.

Na przedmieściach żył Singapuru
Pewien znany z przemówień guru
Lecz raz wyznał mi z płaczem-
Mam kłopoty z wołaczem
I do szczura ciągle mówię- „szczuru”
              Wisława Szymborska

piątek, 20 maja 2016

Łojezułojezu. Łojezusicku.




Foto: Steve McCurry, http://fotoblogia.pl/8790,steve-mccurry-i-photoshopowy-skandal

-Szczynść Boże kumie

-A bógzapłać kumie. A co to się tera dzieje, co to się dzieje na tym świecie!

-A co to się niby dzieje, kumie? Jo ta nie wim, telewizacyji nie łoglondam, gazetów nie czytam, a z jenternetem to się znam ino zesłyszenia. Nawet komórki ni mom, chyba że liczyć tom w kącie obejścia, co to gable w nij trzymom na sianokosy.

-Komórkiście nawet nie mają?

-Ano ni mom, od kiedy w siano mie wpadła i Łaciata zeżarła na jesieni. Czasem jeszcze słychać jak w oborze co dzwoni, wicie- Nokia tune, no ale jak tu kumie odebrać kiej to Łaciatej dzwoni.

-No fakt. Ale to nic nie wiecie?

-Nic, kumie. Nic a nic nie wim. A co to się niby stało?

-A toż kumie tragedyja na całego.

-No mówcież wreście!

-Ano, panie, fotografija reporterska wiarygodnoś straciła w zeszłem tygodniu gdzieś kole wtorku to było.

-Nie może być! Co tyż godocie!

-Ano jes jak mówie.

-A jakżeto się stało?

-Wicie, jest taki fotograf jeden Stiw Makkery...

-Znom, znom! Toć wczora go z Gośką przy wieczerzy wspominali!

-Znocie?

-No jakżeby. Wczora Gośka do mnie goda- Pamientasz stary te dziewczyne z okładki Naszjonal Geografika? Te czarnom, co to takie zielone oczyska miała? No co mam nie pamientać- mówie, jak se wtedy te okładke w ramki oprawiłem i obok ślubnego zdjencia na ścianie powiesiłem, ażeś mnie prześwięcić chciała. No bo- mówi- ja to tej twojej skłonności do dobrej fotografiji wtedy nie rozumiała. Te twoje kartierbresony, mówi i eliotyerwity, to mie się takie durnowate wydawały. No ale latka lecom i wyrobiła się kobita, i tera jak na targu za jajka pieńdziesiont złoty przytuli, to zara w pekaes i do empiku leci albumy kupować.
Foto: Steve McCurry

poniedziałek, 16 maja 2016

Tyrol - czyli koszenie austriackich łąk, podczas historycznego jodłowania.



Tyrol nie jest kąskiem, z którego można zrezygnować.”
                   książę Wittelsbach, ok. 1330 r.

Od ponad tygodnia rozmyślam.
To znaczy urlop to niby był, ale taki, który zabił mi klina i nie mogę przestać rozważać i zastanawiać się. Porównywać. Bo człowiek chciałby zrozumieć świat.
Wybór zupełnie przypadkowy, a raczej nieświadomy- znaczy się był to ślepy los- rzucił nas do kolejnego miejsca w Europie, które jest przygranicznym tyglem wielusetletnich konfliktów.

Bo Tyrol jest jak Śląsk. Nie wygląda, co prawda. Ani jednej hałdy węgla, ani jednego kopalnianego szybu, ani jednego Muzeum Śląskiego. Zupełnie inny, ale gdy się przyjrzeć- co nieco podobny.
Ale ja, powiem szczerze- wielu rzeczy nie rozumiem.

Nie potrafię ogarnąć Alp jakie stawia przed turystą dolina Pitztal.


Jest tu jak w raju. Jak by w rajską dziedzinę ułudy na skrzydłach wznieść się marzenia (cytat).

czwartek, 5 maja 2016

Czy lepiej mieć nic, czy nie mieć nic. Loreo lens in a Cap - test review



Kupiłem coś. Nie wiem co.

To co Marylin Monroe mówiła o zakupach, to już znacie, nie będę się powtarzał. Pieniądze szczęścia nie dają. Kupiłem coś, co nie wiem jak nazwać. Możliwe że jest to obiektyw.
Ale niekoniecznie.
Trochę przypomina.
Ale niewyraźne takie.
Chyba to jednak nie obiektyw.
Chociaż...

Dość podobne.

Zrobiłem biznes z Chinami, znaczy się z Hong-kongiem. Czy Hong-kong to prawdziwe Chiny? Czy tylko nominalne? Też nie wiem. Zrobiłem z nimi biznes- ja im wysłałem trochę pieniędzy, a oni mi to coś. Taki handel wymienny. Międzykontynentalny.

Pozdrowienia z Hong-Kongu
Gdzie etyka powściągu
Znikła. Dobrobyt tu niezły,
Ale wartości sczezły.
               St. Barańczak

To coś co przyszło, ma tylko jeden porządny test w internecie. Na Fotodinozie zrobimy zatem drugi światowy, a pierwszy polski test obiektywu. O ile to obiektyw.

Będzie to oprócz testu urządzenia teleoptycznego także test idei.

Bo idea jest przednia, naprawdę przednia. To idea bardzo bliska Fotodinozie. Zgodna z jej spojrzeniem na fotografię i sprzęt. A może i na świat.
To idea- Tanio A Działa.
 

niedziela, 24 kwietnia 2016

Katowice od euforii do depresji i z powrotem. Analog półprzewodnika część 2



(pierwsza część półprzewodnika dostępna tutaj)


Każdy chciałby mieć takie Katowice.

I wielu miało- Czesi, Niemcy, Polacy, wszyscy po kilka razy. Nawet Rosjanie przez czas jakiś. Wszystko przez te lasy paleozoiczne, co to się po latach rozłożyły na węgiel kamienny. Zawsze tu był styk kultur i narodów, oraz mieszanka. Wybuchowa.

Wejdę tu na niebezpieczne tereny pola minowego- nie wiadomo kto mieszka na Śląsku.

Bo co to jest narodowość? To jak się ktoś czuje związany z narodem i przynależny. A jak mu się zmieni to czucie? Przechodzi do innego narodu? Czy to jest takie proste? Wykazywały to wiele razy spisy ludnościowe. W 1923 roku wydany w Niemczech atlas geograficzny stanowił, że ludność polskojęzyczna jest 75%-tową większością na Śląsku. Tymczasem w plebiscycie z 1921 roku większość mieszkańców opowiedziała się za pozostaniem Śląska w granicach Niemiec. Tymczasem już cztery lata później na niemieckiej części Silesii, przy pewnej antypolskiej propagandzie i naciskach administracyjnych na społeczeństwo przeprowadzono spis powszechny. Mimo że było to niemile widziane przez germańskie władze 11% ludzi wpisało język polski jako ojczysty, a 28% podało że mówi na co dzień dwoma językami- niemieckim i polskim.

Walka żywiołów. Tak to wygląda. Nie jest to rzecz na mój mały rozumek, choć wgryzam się przez internet w historię Powstań Śląskich i nawalanki pomiędzy Polską, Niemcami i podzieloną społecznością śląską po I wojnie światowej.

Kibicuję swoim. Oczywiście że swoim. A czego oczekujecie?
Jestem Polakiem
Mam na to papier
I cały system zachowań
(cytat)

Ale wciąż mam na uwadze to czym tak naprawdę jest narodowość. Tym co ktoś czuje. Niczym mniej i niczym więcej. Reszta to interesy geopolityczne. Nic na to się nie poradzi.
 

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Analog półprzewodnika. Katowice.


Myślałem sobie- a, miasto jak miasto. Myślałem- zabytki jak zabytki, stoją wszędzie. Poprzemysłowych zabytków ci u nas dostatek. Myślałem że będzie jak u nas- fabrycznie, trochę przykurzono, trochę odnowiono, trochę zaszłości, nieco nowości. Właściwie to nie wiem czego się spodziewałem, ale nie jakichś wielkich ekscytacji.

No bo przecież mijałem Katowice wielokrotnie, przejeżdżałem mimo, przelatywałem nie zwracając uwagi, jakby to jakiś przedpokój był do rzeczy bardziej interesujących. Za ekranami dźwiękochłonnymi autostrady migały tam wierzchem kominy i kratownice szybów górniczych, zwykle nieruchome, a i kominy nie dymiły. Wszystko (zza tych ekranów oglądane) nieco zastygłe i zapadłe, zanurzone w wiekach przeszłych i owiane nimbem krainy nieco smutnej, przybrudzonej węglowym pyłem.

No ale przecież zdawałem sobie sprawę, że to jest interesujące, że to musi być warte obejrzenia, tylko być może wypierałem to przytłoczony szkolną wiedzą. Według tej wiedzy spędzenie weekendu na Śląsku to coś jak spędzenie wakacji w Zagłębiu Ruhry, Ruhry Wydechowej. Miasto. Miasto masa maszyna. No nie jest to Santropez.

(Notabene Zagłębie Ruhry jest podobno aktualnie genialnym zagłębiem rewitalizacji).

Wszystko co śląskie kojarzy się tak solidnie i ciężko, przyziemnie, a może i wgłąbziemnie, przytłaczająco. Nie sądziłem, że można tam latać na skrzydłach zachwytu.

A przecież czytałem „Czarny Ogród” Małgorzaty Szejnert, doskonały socjologiczny reportaż płynący przez historię i teraźniejszość Katowic. Rozejrzałem się po internecie w lewo i w prawo zbierając informację. Ba, nawet zapytałem byłego prawie że półautochtona co sądzi o swoich Katowicach (dziękuję Krzysiu!).

Już po powrocie mogę Wam powiedzieć, że Wikipedia ma sporo nieaktualnych wiadomości. Niektóre jej artykuły były pisane kilka ładnych lat temu, a rzeczywistość zdążyła nadgonić w międzyczasie pewne braki. Podobnie Google Street View. Nie ma wyjścia, musicie pojechać tam sami, żeby zobaczyć jakie Katowice są naprawdę.
Jednak z Wikipedii dowiedziałem się kilku interesujących faktów dotyczących Katowic. Pierwszy fakt: Na obszarze miasta Katowice lasy zajmują 55% powierzchni. Nie chce się w to wierzyć- 55%!!! Czy Państwo Szanowni kojarzą taki procent z jakimkolwiek miastem? Czy Państwo Szanowni kojarzą taki procent ze Śląskiem przemysłowym? Ja nie. A jednak.
Oczywiście- granice administracyjne można wyznaczać sobie tendencyjnie, boż są to tylko kreski na mapie, ale zważywszy, że miasto leży na terenie Aglomeracji Śląskiej, to znaczy w bardzo bliskim w otoczeniu osiemnastu innych miast- de facto na największym ściśle zaludnionym obszarze w Polsce- dwa i pół miliona ludzi- to jednak daje do myślenia.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Matka jest tylko jedna, a bramki są dwie. APS.

 


Wszystko nie tak. Wszystko nie tak.
Na wstępie mojego wstępu pragnę oświadczyć, że jest to wpis nieudany. To znaczy w połowie nieudany. Znaczy się w połowie jest dobry. Nie wszystko poszło tak jak by się chciało.

Bo ta fotografia, to jest narzędzie dokumentacyjne.
Najpierw fizyka.
Światło proszę Państwa leci sobie po prostej, napotyka soczewkę, załamuje się z rozpaczy, potem dyfrakcja, refrakcja, odbicie, dobicie i już się rysuje obraz na klatce filmu.

Na klatce filmu powiadam.

Potem fotony, atomy, reakcja, halogenki srebra, wywołanie, utrwalanie, naświetlanie, suszenie.
Chemia jednym słowem.
Potem oglądamy.
O- tak było! Tu stało. A teraz już nie stoi. Tylko autostrada leci po horyzont. A kiedyś stało, to były czasy! Wzruszające...
Znaczy się jednym słowem psychologia.

No i ta fotografia to sztuka, panie, że ho ho. Niezła sztuka.

Kiedy zabrać się do wystrzelenia w kosmos filmu APS, jak dowiedzieliśmy się z ostatniego wywiadu- już niedostępnego na wieki, to ręka drży nad spustem. Żeby drżączkę opanować- to jest niezła sztuka.

I co by tu utrwalić dla potomności? Co by tu uratować na wieki wieków amen. Najlepiej wszystko. Wszystkiego się nie da.

I odkopaliśmy z dna szafy Canona IX7, którego się już kiedyś szczegółowo opisywało- aparat nieistniejącego już systemu, który to system jest językiem martwym fotografii, jak jakaś lingua latina. Bardziej martwym niż wszystkie inne, bardziej nieżywym niż fotografia litowa, bardziej źdechłym niż solaryzacja. (Ale nie martwcie się moje maleństwa. Tatuś wsistkich ich się poźbędzie. I wtedy będą ciałkiem źdechli- cytat.)

Jak mawiają Czesi APS již neexistuje.