wyświetlenia:

piątek, 7 sierpnia 2020

Jaki aparat analogowy Canon EOS? Top 7


Fotodinozaury wszystkich krajów - łączcie się!
Z mojej strony nastąpił wycof kompletny w materii śledzenia nowości sprzętowych, zająłem się ostatnio głównie śledzeniem XVI wieku w literaturze, a domem mym stało się międzywojnie, gdzie ci wszyscy Witkacowie i Boye Żeleńscy, oraz Luxtorpedy do Zakopanego latali. Niemniej czasem miło tak cofnąć się w przeszłość i odwrócić od przyszłości. Przeszłość jest fajna - stuprocentowo pewna i sprawdzona, w przeciwieństwie do przyszłości.
Może cofnąć się aż tak bardzo, że aż do fotografii analogowej?


Nikt już, zapewne, nie robi zdjęć analogowych, a jak robi, to dość często cofa się w przeszłość aż do aparatów manualnych, żeby było bardziej vintage, cool i retro. Jednakże aparaty Canon EOS, te na film, były od samego zarania bardzo sprawnymi narzędziami dla fotografa. Już nie mosiężno analogowymi, tylko plastikowo elektronicznymi, niemniej ku wybitnej przyjemności fotografowania były tworzone.
Z resztą - kto nam każe robić nimi dzisiaj zdjęcia? Przecie i bez robienia zdjęć można podniecać się tym, że leżą w szafie - kto bogatemu zabroni? Czy znany kolekcjoner Jay Leno, właściciel ponad 400 samochodów, jeździ nimi wszystkimi? Czasem może i jeździ, ale na ogół leżą w szafie stoją w garażu, zupełnie jak moje aparaty analogowe. Mimo to - cieszą, radością posiadacza.

Zbiór będzie subiektywny. To jasne. No obiektywny, to ja nie jestem.




Okres analogowych aparatów EOS to spory okres, od 1987 do 2004 roku, czyli siedemnaście lat, podczas których firma Canon wyprodukowała olbrzymie rzesze aparatów wszystkich poziomów zaawansowania, od pstrykadeł dla fotoamatorów po karabiny maszynowe dla fotoreporterów. Nie tylko karabiny maszynowe są interesujące.

Mój Top Analogów Canona nie jest ustawiony jako ranking. Czyli wcale nie od najgorszego do najlepszego. Każdy z tych sprzętów jest w pewien sposób interesujący i fajnie nim robić zdjęcia.


EOS IX - ozdoba na półkę




Na początek coś poza konkursem. Aparat który ma jedną podstawową wadę - nie można nim dziś robić zdjęć. Prawie. To znaczy, jak ze wszystkim, jak ktoś się bardzo uprze, to można. Ale jest ryzyko i drogo. Problem w tym, że EOS IX to aparat nie na "zwykłe" filmy 35mm, tylko na nieprodukowane już od lat filmy APS (Advanced Photo System). Można je kupić np. na Ebay, ale kosztują dużo, a ich ewentualna pełna sprawność może być wątpliwa, ze względu na ich wiek. Zatem - tylko dla ryzykantów.

Ale dlaczego na inne filmy?
A bo seria IX Canona miała być rewolucją, wraz z nowo opracowanym systemem filmów, współzaprojektowanych przez Kodaka i czołowych producentów aparatów. Filmy owe, posiadające pasek magnetyczny pozwalały nie tylko na naświetlenie emulsji, ale i na zapisanie danych. Dzięki temu można było: wyciągnąć nieskończoną rolkę filmu i bezpiecznie wstawić ją z powrotem, a aparat sam ustawiał ją na pierwszej wolnej klatce, ustalić inny niż standardowy format zdjęcia, np. panoramiczne, wstawić na fotkę jeden z kilkudziesięciu predefiniowanych napisów, albo już w aparacie ustawić liczbę żądanych odbitek. Nowoczesność w domu i zagrodzie to była! I realizowała marzenia paru pokoleń fotografów o swobodnym żonglowaniu filmami o różnych czułościach, albo zmianach z koloru na czarno- białe klisze i z powrotem.
EOS IX z otwartym pojemnikiem na film APS - tu bardzo się różnił od innych lustrzanek.

Niestety system APS nie realizował innych marzeń tych fotografów, mianowicie marzeń o jakości zdjęć, bo klatka APS była mniejsza niż klatka filmu 35mm. To, oraz nagły atak fotografii cyfrowej zwaliły z nóg system APS, który umarł cichutko w kąciku. Można poczytać o nim na Fotodinozie - TUTAJ

Pozostały po nim aparaty, w tym pierwszy najważniejszy EOS IX.
Czemuż najważniejszy?
Bo śliczny.
To najładniejszy aparat serii EOS, modernistyczny, najmniejszy w historii tego systemu, a do tego jeden z nielicznych pokryty metalową obudową. Wzornictwo tego sprzętu dało inspiracje dla paru innych, zupełnie niecanonowskich aparatów m. in. kompaktów Sony.

Parametry miał niezłe, jak na model amatorski, część wnętrzności wzięto prawdopodobnie ze średniej półki Canona, dedykowanej entuzjastom. Ale nie ma się co nad parametrami rozwodzić, skoro nie kupuje się go dzisiaj dla robienia zdjęć. Więcej o aparacie poczytacie TUTAJ


Dla amatorów              0/10                

Dla entuzjastów           1/10
Dla wariatów sprzętowych  8/10
Wygoda użytkowania        5/10
Trwałość                  8/10
Parametry techniczne      5/10
Rok premiery              1996

Co można rozważać zamiast? Wyciskacz do cytryn Starcka.

Opisywany szerzej na Fotodinozie:


EOS 650. Blisko klasyki.

Najstarszy i najmłodszy Canon EOS na film (650 i 300x).

To pierwszy aparat systemu EOS. Czy to coś znaczy? 
Znaczy.
Najprawdopodobniej najbardziej "vintage" z wszystkich aparatów Electro Optical System. Dość powiedzieć, że w pewnej części jest metalowy. Osiągami nie zachwyca, są na poziomie późniejszych amatorskich modeli. Zachwyca dwoma rzeczami - wizjerem, o wielkim powiększeniu i pokazującym pełny kadr, jakby był przystosowany do ręcznego ostrzenia (bo tak było w istocie). Prostotą i intuicyjnością obsługi - jest tam mało przycisków i pokręteł, bo też funkcji jest mało. Ten aparat mówi całym sobą - służę do zdjęć, a mój główny bajer to autofokus. Rzeczywiście - w czasie premiery był to nie lada cymes. Canon 650 ma pewne

sobota, 30 maja 2020

Projekt Okrążenia Łodzi. Łódź Olechów. Stacja tajemnic.





Każde miasto ma jakieś zadawnione tajemnice. Dziwne sprawy, mało komu znane. Łódź nie jest wyjątkiem.
Gdzie ich szukać? Wszędzie. Są w zaskakujących miejscach. Na obrzeżach stacji Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej na przykład. 
Zwiedzam swoje miasto, jakbym jakieś obce zwiedzał. Bo to duże miasto i w wielkiej ilości jego miejsc nigdy w życiu nie byłem. Dopiero teraz nadrabiam braki. Nie są to miejsca spektakularne i znane z przewodników, nie spotkacie tam trzech gwiazdek Michelina, tylko skromne artefakty, świadectwa epok i zaszłości. Albowiem tu dużo zaszło, jak na krótkie dwustulecie, w którym Łódź stała się tym, czym jest teraz.
Być może będzie jeszcze czymś innym, bo świat nie stoi w miejscu, królestwa upadają i powstają nowe, a Łódź, mimo wyludnienia, rozbudowuje się tu i tam. Na przykład kompletuje swoje obwodnice, między innymi południowo wschodnią, czyli tzw "Aleję Terrorystów" znaczy się Aleję Ofiar Terroryzmu 11 Września, zwaną także "Highway to Dell", ponieważ fabryka tejże firmy przy niej stoi. Tąż aleją udałem się samochodem, zamiast ŁKA koleją, z racji epidemii, która skłania do dystansów społecznych i niewsiadania do środków komunikacji publicznej. Ale będziecie zapewne czytać ten półprzewodnik już po epidemii, zatem możecie skorzystać z aż trzech tutejszych dogodnych przystanków Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej - Łódź Olechów Wschód, Łódź Olechów Zachód, oraz Łódź Olechów Wiadukt. Ostrzegę tylko, że trzeba strasznie wcześnie (albo bardzo późno) wstać, albowiem ŁKA dowozi tu głównie pracowników kolejowych i załogi okolicznych magazynów i zakładów. W normalnych godzinach znacznie łatwiej dojechać tu autobusem lub tramwajem.
Pytanie tylko - po co tu jechać?
Nie wiem, jak Wy, ale ja przyjechałem tu z dużym zaciekawieniem i wyjechałem bez zawodu. Nie stoi tu, co prawda, żaden renesansowy zamek, żaden Luwr, ani nawet żaden z pałaców Poznańskiego. Ale za to są tu artefakty największej kolejowej stacji rozrządowej w Europie. Taką była, w czasach kiedy ją budowano. Jeżeli lubicie wyszukiwać pracowicie dawne ślady i nimi poruszać wyobraźnię - Łódź Olechów jest dla was. Sama stacja może być celem. Ale enigmatycznym i tajemniczym.






Co to w ogóle jest stacja rozrządowa? W skrócie - to stacja, która organizuje wagony w pociągi i wysyła je w miejsca docelowe. Ruch kolejowy przewozi towary na gigantyczną skalę. Do każdego miasta przyjeżdża dziennie kilka tysięcy wagonów towarowych i kilka tysięcy odjeżdża w różnych kierunkach. Stacja rozrządowa przyjmuje składy pociągowe, dzieli je odpowiednio na różne kierunki, a potem zestawia nowe składy, które pociągną wagon w inne miejsca na mapie kolejowej sieci. Niektóre stacje, w tym Olechów wyposażone są w górkę rozrządową - sztuczne wzniesienie, na które lokomotywa wpycha wagony, by mogły grawitacyjnie stoczyć się po pochylni i za pomocą licznych zwrotnic trafić na odpowiedni tor do odpowiedniego składu - jest to najbardziej efektywny sposób selekcji wagonów, nie wymagający praco i czasochłonnego przestawiania ich z toru na tor za pomocą lokomotywy. Niemniej wymaga dużej infrastruktury i dobrej organizacji.




Dworzec Olechów leży poza granicami kolejowej obwodnicy miasta. Jest dodatkowym łącznikiem pomiędzy tą obwodnicą, a linią wychodzącą z Łodzi w stronę Koluszek. Myśl o budowie tutaj olbrzymiej stacji rozrządowej świtała już dawno, niektóre źródła piszą że za Reczypospolitej w dwudziestoleciu międzywojennym, ale prawda jest taka, że jeszcze wcześniej. W 1917 roku, kiedy podczas I wojny światowej Łódź była pod władaniem Niemców. Ci byli doskonale przygotowani do ekspansji. Pisałem już, bodajże przy okazji wpisu o Krośniewickiej Kolei Wąskotorowej, że grubo przed I wojną mieli rozpracowane geodezyjnie, technicznie i projektowo większość przyszłych linii kolejowych, na terenach swych planowanych podbojów. Ideę stacji przeładunkowej podjęto za wolnej Polski, ale nie doszło do jej realizacji przed 1939 rokiem. Znów mogli się wykazać jej pierwotni pomysłodawcy, którzy wrócili, żeby przyłączyć Łódź do Rzeszy i zmienić jej nazwę na Litzmannstadt.
Stacja Litzmannstadt Verschiebebahnhof powstała z myślą obsługi ekspansji niemieckiej na wschód. Najpierw wojskowej, później cywilnej.

Budowę zaczęto w 1940 roku, kiedy Niemcy już urządzili się wygodnie w Litzmannstadt, wymordowali polską i polsko - żydowską inteligencję w Intelligenzaktion, zorganizowali liczne obozy pracy, oraz getto, w którym stłoczono 140 tysięcy osób na obszarze 4 km². 
W warunkach cywilnych budowa stacji tej wielkości wymagałaby znacznego zachodu przy wykupie gruntów, ale w sytuacji wojennej nie zawracano sobie tym głowy - z terenów rolnych w Olechowie, Andrzejowie i Feliksinie wysiedlono przymusowo wszystkich, w tym nawet starych niemieckich osadników, nie dokonując żadnych przekształceń własnościowych. Na stację przeznaczono 400 hektarów. Zastosowano system budowy sprawdzony już na terenach okupowanych - roboty ziemne organizowano siłami jeńców wojennych i Żydów z getta, prace budowlane prowadziły firmy budowlane niemieckie i miejscowe, polskie. Wykorzystano także Baudienst (Służbę budowlaną) sprowadzaną z Generalnej Guberni i brygady Organizacji Todt.
Powstała w kilka lat okupacji olbrzymia stacja, z setką torów, górką rozrządową, lokomotywownią, prawdopodobnie w ówczesnym czasie największa w Europie. Zanim powstała, zorganizowano sieć pobliskich obozów, było ich tu przynajmniej sześć. Przy budowie pracowali jeńcy polscy, angielscy, rosyjscy i żydowscy, ci ostatni przywożeni najpierw tramwajami z Rynku Bałuckiego w getcie, a potem, gdy powstały już tory, pociągami ze stacji Radegast / Radogoszcz (dziś to stacja Łódź Marysin opisana przeze mnie tutaj - LINK ).

Im więcej czytam o czasach wojennych, tym więcej zdumionych refleksji przelatuje przez moją głowę. Pierwsza jest taka: gdyby nie zaczadzenie ideologią rasizmu, Niemcy z całą pewnością wygraliby II wojnę światową i rządzili by tutaj i na dawnym rosyjskim wschodzie do tej pory. Mieszkalibysmy dziś i pisali sobie blogi w niemieckim mieście Litzmannstadt. 

poniedziałek, 11 maja 2020

Kasa Chorych miasta Łodzi



Wiecie co jest w tej fotografii fajne? Wychodzę z domu po zdjęcia, jakbym szedł wodę z jeziora nabrać. Jedno zabrane wiaderko wystarczy? No, może wezmę jeszcze jakieś drugie. No może trzecie, pozmieniam sobie wiaderka po drodze, a co!
Wsiadam w samochód i nieekologicznie jadę nabrać zdjęć. Ale za to z jaką przyjemnością! Jadę się powłóczyć. Nie wolno, ale można. Wypływam na zieloną przestrzeń oceanu, wóz nurza się w zieloność i sam jest zielony. Ale nie zieleń jest mym celem. Zieleń może być przy okazji, a celem zaczerpnięcia są zgliszcza i ruiny. 
Nie mogłem się lepiej urodzić - urodziłem się bowiem w środkowoeuropejskim centrum zgliszczy i ruin, przeróbek i zaszłości. Wiele tu zaszło.
Nie, nie, oczywiście, nie zniechęcajcie się, nowoczesność w domu i zagrodzie też jest w Łodzi, jest pełno świetnych knajp, ciekawie zrewitalizowanych fabryk, dużo muzeów i pasaży, pysznych fabrykanckich pałaców. W których także można uprawiać z powodzeniem fotografię, czerpać garściami zdjęcia. Tylko akurat nie w tym smaku, w którym ja lubię czerpać. 






Lubię czerpać mymi wiaderkami różne znaki czasu. Różne procesy rozpadu, elementy z przeszłości. Ma to niby na celu zatrzymanie czasu w kadrze, choć jest prawdopodobnie bez sensu, znając zasadę entropii świata - już sensowniej byłoby fotografować te rzeczy najnowsze, najładniejsze i najbardziej wymuskane. Luksusowe. Doświadczenie wskazuje, że i one łatwo zmieniają się w ruiny, należałoby natychmiast dokumentować ich świetny stan, zanim dotknie je powszechny rozpad. Na szczęście zrobią to za mnie inni - oddycham z ulgą.
Ja tymczasem zrobię sobie portrety obiektów już wcześniej objętych tym procesem. To jest, jak widzicie, bez sensu z logicznego punktu widzenia, albowiem zgliszcza i ruiny są towarem dość licznym i powszechnym. A jeśli akurat chwilowo nie są - wystarczy parę lat poczekać i nie robić remontów.
Niemniej - kocham rudery, zgliszcza i zaszłości, ponieważ są szczere i niczego nie udają. Nie podszywają się pod nic innego, w przeciwieństwie do tych rzeczy świeżo odnowionych. Wyczyszczonych pałaców, w których są biura korporacji, zrewitalizowanej Manufaktury, gdzie od lat nie latają już bawełniane pyłki z maszyn włókienniczych, fabryk zamienionych na hurtownie z bezużytecznym kominem.







I lubię fotografię. Za możliwość czerpania do woli z oceanu rzeczywistości. To takie piękne - świat jest i można mu w każdej chwili zrobić zdjęcie. Prawie zupełnie za darmo, jeśli nie liczyć ceny aparatu. Morze pięknych kadrów na każdym kroku hojnie pozwala ci sobą dysponować. Nic, tylko czerpać!
To jest podobno przyszłość. Nie tylko fotografii, ale i turystyki na przykład. Niektórzy (np. Wojciech Orliński) twierdzą

wtorek, 7 kwietnia 2020

Aparat Colani i jego aparaty.



Luigi Colani Canon C.Bio 1982

Było cymbalistów wielu. Ale jak on zagrał - to wszyscy zaraz umilkli zadziwieni... A nie. To chyba umilkli strzelcy i stali szczwacze zadziwieni... Czy jakoś tak.
A imię jego: Luigi Colani.
Nie. To nie był fotograf. To był projektant wzornictwa przemysłowego. Facet który stworzył współczesne wzornictwo większości aparatów fotograficznych typu lustrzanka. Było to dość dawno temu, mianowicie w 1986 roku. Nikon zaczął w latach 80-tych współpracować ze znanym włoskim stylistą Giorgio Giugiaro (tym od Volkswagena Golfa i Fiata Punto), natomiast Canon ułapił na stypendium w szkole designu w Tokio Szwajcara Luigiego Colaniego. 
Można rozważać, jak wyglądałyby dzisiejsze aparaty Canona, gdyby ułapiono kogoś innego. Ale Colani był pod ręką i chętny.
O jego pierwszej, epokowej pracy dla Canona - manualnym modelu T90 pisało się już na Fotodinozie - do dziś z jego pomysłów czerpią projektanci kolejnych generacji canonowskiego sprzętu, zwłaszcza tego najcięższego kalibru - profesjonalnej serii "1".
Co prawda, dzisiaj epoka Colaniego kończy się powoli, wraz z powolnym zmierzchem klasycznego systemu EOS i rozkwitaniem systemu bezlusterkowego EOS-R. Prawdę mówiąc powinni moim zdaniem znowu zatrudnić jakiegoś Włocha czy Szwajcara, albo kogokolwiek ogarniętego, bo wszystkie nowe aparaty systemu EOS-R wydają się niekształtne, brzydkie i bez proporcji. W przeciwieństwie do T90.

Colani był wizjonerem wręcz wariackim, pracując wcześniej (za młodu) w przemyśle lotniczym, oraz zajmując się na co dzień tworzywami sztucznymi i kompozytami był propagatorem maksymalnie obłych, aerodynamicznych kształtów, z tendencją do szokowania.



Krzesło Colaniego 1968

Samochód Colaniego 1970


Luigi Colani i jego ciężarówka. Lata 80-te.

Luigi Colani i jego motocykl.

Od najwcześniejszych lat pracy inspirował się naturą i propagował coś, co dziś zwiemy bio-designem. Stronił od projektowania w komputerach (kiedy było to już możliwe) i stronił od używania linii prostych. "Kiedy projektuję formę przeznaczoną do dużych prędkości zastanawiam się zawsze jak zrobiłaby to natura. Jeśli wymyślam kształt, który ma być hydrodynamiczny - patrzę na rekina. 140 milionów lat rekin pozostawał bez zmian - czy to sukces?" - mówił w wywiadach. "Nie jestem projektantem, jestem rzeźbiarzem" - twierdził. Popularność zdobył w latach 70-tych, kiedy to nawet uzyskał własną kolumnę felietonową w niemieckim "Sternie", gdzie bez pardonu krytykował funkcjonalizm (między innymi Bauhaus) i przedstawiał własne szkice. Sam oczywiście także spotykał się z gruntowną krytyką, co oczywiście wcale nie przeszkadzało Szwajcarowi, ponieważ lubił przedstawiać się jako geniusz zapoznany. Prowadził własne studio projektowe i wypuszczał serie własnych, rozchwytywanych mebli, jednak jego ego, oraz bezkompromisowa i nieco gwiazdorska postawa nie ułatwiały pracy z firmami przemysłowymi. Przez długie lata żaden z jego projektów motoryzacyjnych nie doczekał się realizacji.
Najbliżej realizacji swoich wizji znalazł się, paradoksalnie w Japonii u Canona.
Colani zwykle szedł za głosem instynktu, trenując formy podsuwane przez wyobraźnię, od czasu do czasu poświęcając funkcjonalność na rzecz wyglądu. Tak działał w przypadku swoich prototypów, uzyskując czasami szokująco ciekawe efekty. W projektach produkcyjnych dla Canona musiał powściągać swe zapędy, bo i technika i marketing temperowały nieco jego fantazję - aparat musiał po części trafiać w przyzwyczajenia fotografów i być kuszący, ale nie drastycznie inny od tego co znali.






Egzemplarz ekspozycyjny Canona T90 pokazujący wnętrzności i ich rewolucyjny układ - m.in. baterie w uchwycie pionowym, oraz trzy osobne silniki do obsługi napędu, lustra i migawki.

T90 wyznaczył funkcjonalne ścieżki dla Canona (i innych) na następne 30 lat - postęp elektroniki spowodował też wyraźne zmiany w funkcjonalności sprzętu - to co dawniej musiało być

niedziela, 29 marca 2020

Czas i znajoma przestrzeń. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.
Fotografia to spoglądanie na świat oczami innych. Czasami jest to zaskakujące, zwłaszcza jeśli dotyczy rzeczy dobrze człowiekowi znanych. Niektóre portrety wydobywają z modeli niespodziewane zupełnie rysy. Niektóre osoby, czego nie oczekiwaliśmy, okazują się fotogeniczne w zaskakująco niezwykłym stopniu. Spoglądamy na nie, na ich fotowizerunki, owymi cudzymi oczami i zastanawiamy się nad tym, czego sami nie dostrzegaliśmy. 
Czasem z zazdrością patrzymy na te zdjęcia. Też by się tak chciało.
Żeby zrobić dobrą fotografię potrzebnych jest wiele elementów. Miejsce, odpowiednie oko, korzystnie dobrany punkt widzenia, obiektyw lub ogniskowa zooma, staranne ustawienie, klasyczne lub łamiące zasady kadrowanie, właściwy sprzęt, cierpliwość, dobre światło, odpowiedni czas. Last, but not least: szczęście, fuks, przypadek.  Last and least: ciekawy motyw, przedmiot, model. Piszę o tym na ostatku, bo wielu fotografów udowodniło, że można zrobić zdjęcia nocnikowi, starej furtce, albo fałdom papryki, w taki sposób, że będą intrygujące i przykuwające uwagę (Weston, Fox Talbot, et tutti classici).


Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.
Na ogół, części z tych elementów nam niedostaje. To przykre. Ale co zrobić, człowiek po przejściu pewnych etapów głupowatości zna swoje ograniczenia i zdaje sobie z tego sprawę. Z wyżej wymienionych - oprócz wystarczającej dozy talentu - najbardziej brakuje mi czasu i cierpliwości.

Nam najbardziej brakuje czasu
Chciałem spotkać tych, których już nie ma
I od razu
Odeszli tak bez hałasu
A ja zostałem z milionem obrazów z tamtych czasów
(...)
Spieszmy się, czas się zbudzić.
Człowiek musi się natrudzić.
Nazapierdzielać musi uczyć się i gubić.
Spieszmy się kochać ludzi.
Spieszmy się, nim nam zabraknie chwili,
Nim czas nam powie, żeśmy nie przeżyli.
Mili nie byliśmy, nie przeszliśmy mili
                                      nawet.
Czas wziąć w swoje ręce sprawę.
                   Junior Stress

Niektórzy mają zalety mnie samemu niedostępne. Dlatego z podziwem patrzę na ich zdjęcia portretowe, na których z zaskoczeniem odkrywam nowe kształty i światłocienie, inne zupełnie spojrzenia.
Zwłaszcza, że są to portrety miasta.
I to mojego.
Zdjęcia Jacka Kusińskiego. Fotograficzny portret Łodzi
Boże, jak ten Kusiński musi lubić to miasto! Jeszcze bardziej niż ja je lubię (a ja bardzo lubię). Ma do niego, oprócz czułości, także niewiarygodną cierpliwość.


Fot. Jacek Kusiński.


Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.

Fot. Jacek Kusiński.


Fot. Jacek Kusiński.


O miasto rodzinne kłócę się z moim Młodzieżem. On chciałby ideału piękna, błysku nowoczesności, a ja, najzupełniej przeciwnie - tylko brudu i obszarganych wiekowych murów - to jest dla mnie prawda o Łodzi. Jego oryginalność i esencja. Nie jest to miasto klasycznie piękne, zapierające dech w piersiach, przyznaję i ostrzegam z góry. Ale ma charakter.

niedziela, 1 marca 2020

W królestwie Rdzy i Czerni. Śląsk 2020 - vol.2


Polska nie przestaje mnie zadziwiać.
Nie to, że to jakieś eldorado jest, ani Paryż, ani jakieś egipskie piramidy. Ale jednak zadziwia. Trzeba trochę może bardziej się przyglądać, bardziej niż egipskim piramidom, żeby coś dostrzec. Coś coś coś – jak mawiał Puchatek.
No bo tak: Śląsk, jak powszechnie wiadomo - syf, kiła i mogiła, czarny węgiel, smog, przemysł, instalacje, wciąż stojące wieże kopalniane i już upadłe kopalnie. Lepiej uciekajmy! Ale pierwsze moje wrażenia ze Śląska, są zawsze takie same – rety, jak tu zielono! Jak nie przymierzając – na wsi. Myśli się o Śląsku, jako o miejskim molochu, aglomeracji, urbanistycznym mastodoncie (Miastodoncie – tak było u Lema). Tak się myśli, ale to przecież nieprawda. No jasne, że mieszka tu wielka rzesza ludzi na dość małym obszarze, ale tak naprawdę mieszkają oni w miasteczkach, takich sobie niewielkich miastkach gęsto skupionych. Żadne to wielkomiejskie ośrodki, no, może Katowice trochę. To w większości małe miasta, które niby tam się gdzieś stykają rogami, ale częściej jednak giną w zieleni lasów i wzgórz i przypominają o tym, czym kiedyś były – wiejsko – leśnym pustkowiem, w którym nagle pojawiły się kopalnie.






Tak. Ten Śląsk nie utracił wciąż swojej wspaniałej pierwociny. Taki Bytom na przykład, tu centrum i pyszne kamienice, ale zaraz jakaś ulica z tego centrum wyprowadza, tor tramwajowy co prawda towarzyszy, ale natychmiast jakieś starorzecza, parki, leśne ostępy, może i nawet jakieś bobry tam buszują. Skala taka, jakby idąc Piotrkowską za Plac Wolności natrafiało się prosto na Las Łagiewnicki.
Ależ to musiało wyglądać w XIX wieku! Łatwo sobie to wyobrazić – same kopalnie, w środku lasu, w otoczeniu wsi i ewentualnie pasących się krów. Łódź, z resztą, wyglądała tak samo. Przemysł zbudował te miejsca, miasto było tylko dodatkiem do niego.

Niestety, pod wieloma względami moja rodzinna Łódź może się schować. Jesteśmy dumni z Familoków Poznańskiego przy Ogrodowej, szczycimy się robotniczymi domkami na Grembachu  - LINK . Szczycimy się gęstwą XIX wiecznych fabryk w centrum (ja nawet sobie kupiłem wspaniałą książkę na ten temat – polecam lodzermenschom: „Fabryki Łodzi” Jacka Kusińskiego). Szczycimy się, a więc dobra rada - lepiej nie jedźmy na Śląsk. Nasze fabryki – to jeszcze jakoś, w 1/2 przerobione na biura, otynkowane i przemalowane na modne kolory, w 1/3 zrujnowane, ale wciśnięte w sam środek miasta stanowią europejski ewenement. Natomiast nasze osiedla robotnicze – no proszę was! Nawet nie piukną przy Śląskich osiedlach, które są dosłownie wszędzie. Nasza XIX wieczna łódzka substancja miejska przypomina szczękę stulatka, z której wybito połowę zębów (…gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje itd.) podczas gdy śląska jest

piątek, 14 lutego 2020

W królestwie Rdzy i Czerni. Śląsk 2020 - vol.1



No, nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie mi zbudują A1. No i nie doczekałem się. 
Śląsk ciągnie jak magnes, wsysa jak czarna dziura. Niebaczni na ciągłe roboty drogowe na trasie Łódź - Częstochowa (odradzam) ruszyliśmy na południe, jak bohaterowie powieści Mrożka "Na południe". Żeby spotkać Śląsk w kilku postaciach (zalecam).
Śląsk, jak wiadomo, ma wszystkie postaci. Mając do dyspozycji dwa dni weekendu, trzeba było jakieś z tych postaci wybrać. 
Wybraliśmy górnictwo i hutnictwo. A, i konsumpcję spożywczą.
I od obwodnicy Częstochowy - siup, najlepszą autostradą w Polsce - do Ostrawy!
Co? Że to nie Śląsk, tylko Czechy?
Jak to nie Śląsk! Czeski Śląsk! A że z przymiotnikiem - na to już nie poradzisz. Śląsk jest jeden, tylko właścicieli było zawsze wielu.

Potraktowaliśmy Śląsk holistycznie, bez zważania na granice państwowe. Polski Śląsk też będzie. Trzeba było coś wybrać - wybraliśmy zatem najlepsze rodzynki.
Zahaczyliśmy też o Morawy. Bo blisko było. Właściwie w tym samym miejscu - środkiem miasta płynąca rzeka Ostavica oddziela Śląsk od Moraw. No to czemu i Moraw nie spróbować.
Zwłaszcza, że tam samochody produkowali, zaczynając od czasów Franza Josefa.
Ale rozdrabniam się, a tu weekend krótki, trzeba się skupić.



Hutnictwo!
No dobra, czytało się coś tam wcześniej w internecie, oglądało przewodniki i tak dalej i tym podobne. Nawet jakieś fabryki się widziało, bo przecież mieszka się w mieście fabrycznym. Ale powiem wam, że huta Dolni Vitkovice w Ostrawie spowodowała u mnie powalenie. Plackiem padłem prawie, jak tam zajechałem. Bo to jest tak - najpierw miasto Ostrava, dwupasmowe ulice kamienice, dworzec kolejowy, potem coś tam czarnego sterczy na horyzoncie, sterczy i narasta. Potem jesteś już całkiem blisko - zardzewiałe żelastwo, mijamy rządek potężnych cylindrów i wielką krzaczastą konstrukcję, potem trzeba się skupić na zjechaniu z dwupasmówki, ślimakiem podjeżdżamy w górę, a potem ulicą pomiędzy kamienicami, a potem fabrycznymi halami, w dół. I nagle otwiera się widok jesteś w pejzażu księżycowym, wpadasz do brzucha gigantycznego lewiatana. Jesteś mróweczką w morzu rdzy, rurociągów o przekroju jakby słonie nimi prowadzano, plątaniny rur, elementów wielkości bloku mieszkalnego, ale postawionego w pionie. Widziało się fabryki, ale nigdy TAKIEJ.



Pod taśmociągiem - komory do koksowania węgla.


Zbiornik gazu, prawdopodobnie największy, jaki widzieliśmy w życiu.


Wagony do transportu surówki z pieca. Z tyłu wielki piec z dobudowaną wieżą widokową.


Wszystko to można zwiedzać, obejrzeć, wleźć pod, nad i do. Rzecz jest po prostu wspaniała. Zardzewiałe, przegigantyczne monstrum, które zezwala mróweczkom spacerować po swych wężowych splotach. Do tego wszystkiego - spójne. Piękne, pomimo surowości. Jest spójne i piękne, ponieważ architekt przebudowy, Jan Pleskota (chwała mu na wieki!) zdecydował się wyburzyć wszystkie obiekty powstałe po 1945 roku, zostawiając tylko to co pierwotne i stare. Adaptacja zardzewiałego trupa na paneuropejską atrakcję turystyczną jest doprawdy imponująca.
A wiecie jak długo działała Huta Vitkovice? 170 lat. 
Skończyła w 1988 roku. Potem stała zdechła przez kilkanaście lat, aż znaleziono jej nową funkcję.
A wiecie do kogo należała? Do Salomona Rothschilda. To znaczy nie, przepraszam, najpierw należała do arcybiskupstwa morawskiego, a konkretnie do arcybiskupa księcia Rudolfa. Po odkryciu w tym miejscu pokładów węgla, a w pobliskich Beskidach rudy żelaza zdecydował on

wtorek, 4 lutego 2020

Wilno 1944. Zbyszko Siemaszko



Mroczne czasy nie przeszkadzają w snuciu brawurowych planów. Nie inaczej myśli "Swojak", młody partyzant z Wilna. Niedługo skończy osiemnaście lat. Razem z dwójką braci - Leonardem i Henrykiem należy do podziemnej 3. Brygady Wileńskiej Armii Krajowej. Bracia nie są jednak wtajemniczeni w jego zamiary. Nikt nie jest wtajemniczony, za wyjątkiem kolegi - Mietka Paszkiewicza,"Kajtka".
Brygada Wileńska liczy około stu ludzi. Ma spore sukcesy w atakach na niemieckie posterunki i litewską policję pomocniczą, współdziałającą z Niemcami. Dowódca - Gracjan Fróg, pseudonim "Szczerbiec" służył przed wojną jako oficer brygady pancernej, stawia na wojsko zmotoryzowane, teraz, pod niemiecką okupacją dba o dobre wyposażenie partyzantów - gromadzi ciężarówki i samochody ukrywane w tajemnicy w różnych punktach miasta. 
Zdobyć samodzielnie taką ciężarówkę, to było by coś!

"Swojak" i "Kajtek" proszą w brygadzie o urlop. Na tydzień zaszywają się w domach i nie kontaktują z nikim poza rodziną. 

Rano wyruszają. Częściowo piechotą, częściowo na chłopskim wozie docierają pod Niemenczyn, kilkanaście kilometrów od miasta.  Młodzieńcy idą po szosie w stronę Wilna. Ruch całkiem duży, głównie chłopskie fury, ale jadą też co jakiś czas szare samochody i motocykle Wehrmachtu, front nieuchronnie zbliża się powoli do miasta. Wiosenny wiatr powiewa. Obserwują uważnie przejeżdżające ciężarówki, w każdej siedzi w szoferce po kilku żołnierzy. Wreszcie na horyzoncie ukazuje się kolejny większy ciemny kształt - zbliża się Opel-Blitz w kolorze feldgrau z czarnymi krzyżami na drzwiach. W środku tylko kierowca. Chłopcy machają na podwózkę. Auto zatrzymuje się, ciemnowłosy dryblas w rozpiętym pod szyją mundurze macha, żeby wsiadali. Do Wilna? Niedaleko, a jeszcze coś zarobić można. "Kajtek" wręcza kierowcy dwadzieścia marek. Ciężarówka rusza po bruku. Rozmowa półsłówkami - on nie mówi po polsku, a chłopcy tylko kilka słów po niemiecku. Częstuje chłopaków papierosami. Palą. Pejzaż przesuwa się spokojnie za oknami - wiejskie łąki i las, auto trzęsie na wybojach. Z tyłu na pace słychać lekkie łomoty towaru. Co to może być? Może jakaś broń?

Auto toczy się spokojnym tempem. Pod kurtką pistolet FN, kaliber 7,62. "Swojak" dostał go od brata.

Nie wiadomo, kiedy powinni się zdecydować.

Widać już przedmieścia Wilna. Droga skręca lekko w lewo, przez Antokol i Gaj Antokolski. Pokazuje się wśród zieleni kopuła kościoła Apostołów, a potem Arsenał, pod którym stoją niemieccy żołnierze i wojskowe samochody. Wreszcie po prawej widok na rzekę Wilię i szpaler drzew na nadbrzeżnej promenadzie. Nieliczni przechodnie. Mijają wzgórze Giedymina i sterczącą znad drzew basztę.
To już środek miasta. Może trzeba było zacząć wcześniej?

Ciężarówka zatrzymuje się przy przystani statków nad rzeką.
Niemiec gasi silnik i zwraca się ku młodzieńcom - wysiadajcie! "Swojak" i "Kajtek" błyskawicznie wyciągają spod kurtek pistolety - Jedź! - krzyczą. Sekunda zaskoczenia.