wyświetlenia:

piątek, 27 października 2017

Zderzenie szekspirowskie. "Rybka zwana Wandą" - znacie, to posłuchajcie (recenzja)



Staroć. Ramota. Ciekawe czy tak pomyśli wielu z czytających tego blogaska. Wszyscy już to widzieli i wyrobili sobie zdanie- pomyślą. Może i widzieli. Może i pomyślą, ale czemu to niby nie mógłbym zająć się klasyką? Hę? Nie wolno? Nie wolno, ale można. Zwłaszcza, że to klasyka dla której ZAWSZE usiądę przed telewizorem, jeżeli tylko leci w telewizji. To chyba o czymś świadczy? Tylko o czym? Może o tym, że to jedna z ulubionych moich komedii? Może. Nie będę zaprzeczał.


Ta komedia jest kilkuwarstwowa. Mimo tego że nie jest to film wyintelektualizowany, to z pewnością nie jest filmem dla głąbów. Mamy w "Rybce zwanej Wandą" kilkuwarstwowe zderzenie różnych rzeczy, że nikt nie zaprzeczy. Mamy też, troszkę między wierszami ujętą, autoanalizę narodową Anglików. Mamy też angielski humor klasyczny, skrzyżowany lekko z humorem anarchistycznym w stylu Monty Pythona, boż to przecież ich dzieło. Mamy wielopiętrowe oszukiwanie. Wszyscy oszukują wszystkich, dla większych lub mniejszych korzyści.

To wszystko jest świeże i aktualne jak, nie przymierzając, Szekspir.
Jednak zderzenia wychodzą w "Rybce" na plan pierwszy. Zderzenia charakterów. Dopiero ostatnio zauważyłem, że jedyną postacią mającą jeden tylko konflikt z pozostałymi bohaterami jest Ken- wielbiciel zwierząt, nieśmiały jąkała. Pozostali bohaterowie mają takie konflikty z KAŻDYM z pozostałych. Przykładem adwokat Archie Leach, grany przez Johna Cleese'a. Nie dość że jest manipulowany przez tytułową oszustkę Wandę, jest obijany rondlem po głowie przez jej kochanka, ma sprzeczne dążenia niż aresztowany George, którego ma bronić, to jeszcze żona go nienawidzi, a on nienawidzi jej.

Archie Leach jest tu właściwie kluczową postacią, wstawioną w uwierające zbyt ciasne ramy społeczne. Dopiero spotkanie wyluzowanej oszustki jest dla niego katalizatorem działania.


Brytyjskie społeczeństwo, poddane licznym konwenansom, usztywnione licznymi manierami jest w "Rybce" na ostrzu krytyki. Następuje tu kolejne zderzenie- z obcą kulturą, przede wszystkim amerykańską kulturą bezceremonialności, którą reprezentuje Otto, szybciej strzelający niż myślący, a przy tym potrafiący manipulować bliźnimi, między innymi wykorzystujący doskonale wspomniane brytyjskie konwenanse. Za rolę Otta, głąba, a przy tym manipulatora pierwszej wody należy się Kevinowi Kline jakaś nagroda. Nawet ją dostał- Oskara za rolę drugoplanową. Ta rola jest wręcz brawurowa. Wierzymy w tę komiksową postać bez zastrzeżeń.

Mimo wszystko krytyka brytyjskiej sztywności nie idzie aż tak daleko, by owo tradycyjne lordowskie spionizowanie i flegmatyczność całkowicie zdezawuować. Cóż by bowiem zostało z brytyjskiej kultury codziennej bez tego spionizowania? Niewiele, niewiele- widzimy to tam, dokąd dolatują samoloty Ryanaira z żądnymi uchlania się na umór brytyjskimi proletariuszami. (Proletariusze wszystkich krajów- łączcie się -cytat).
Poza tym kto, bez brytyjskiej flegmy i stoicyzmu dawałby przykłady bohaterskiego zachowania się w czasie wojennego bombardowania Londynu. Nie wiadomo co nas jeszcze czeka, drodzy Brytyjczycy, lepiej się nie odflegmatyzowujcie.


"Rybka zwana Wandą" daje"w niemal każdej scenie dowody, że podręczna, codzienna psychologia była konikiem scenarzysty - wszyscy są tu manipulowani w przewidywaniu ich stereotypowych zachowań. Chcąc zdominować Kena Otto udaje przed nim homoseksualistę- załatwia tym dwie pieczenie na jednym ogniu- Ken trzyma się od niego z daleka, a przy tym Otto odsuwa od siebie podejrzenia, że jest kochankiem Wandy. Chcąc zdominować nikomu nieznanego prawnika Wanda udaje oszołomienie jego osobą, dostarczając mu dokładnie tego za czym tęskni i sprawia że ten mięknie jak wosk.

Do czasu, co prawda. Do czasu, gdy to on pozna ją dokładniej i wtedy sam zorientuje się jak manipulować (np. domyśli się którędy Wanda ucieknie z sądu i zdoła ją schwytać by zrealizować swój plan.)
Psychologia codzienna, nieco komediowo przerysowana stanowi clou humoru "Rybki zwanej Wandą". A wraz z nią gafy, wpadki, przejęzyczenia pokazujące jak działa nasza podświadomość, za nic mająca usztywniające konwenanse.

Ten film bardzo dopracowuje psychologię postaci. Podglądamy co robią zanim przywdzieją swoje oszukańcze maski i jak przygotowują się do ról. Wszyscy tam wszystko udają, lecz właściwie tylko tytułowej Wandzie przynosi to realne sukcesy i uchodzi na sucho.

John Cleese, faktyczny twórca filmu- współreżyser, scenarzysta, główna rola- miał zawsze ciągotki w stronę podręcznej psychologii, widoczne już w Montym Pythonie i w "Hotelu Zacisze", gdzie brylował jako znerwicowany Basil Fawlty. Napisał bodaj nawet książkę o psychologii.

Kolejnym zderzeniem filmu jest zderzenie klasy wyższo- średniej z klasą przestępczą. Gdzie ę-ą brytyjskich posiadaczy musi się zderzać z brutalno podstępnymi środkami działania złodziei.

Galeria stworzonych i zderzanych przez twórców filmu postaci jest istnym panopticum. Czuć w tym fantastycznego ducha Pythonów. Żaden Amerykanin nie wymyśliłby podobnej menażerii nieprzystających do siebie bohaterów, a przy tym jednak kipiących wewnętrzną chemią. Niekiedy chemią miłosno nienawistną, zaprawioną elementami podziwu.
George- szef szajki, dandys i (można sądzić) dorobkiewicz. Jego pomocnik Ken miotany pomiędzy tkliwością i romantyzmem a morderczym zadaniem, do tego nie potrafiący wyksztusić z siebie słowa, Otto- zabójca- sprytny idiota, cytujący Nietschego do podbudowania swojej wartości, sędzia Leach- rozrywany pomiędzy oficjalną praworządnością, a chęciom wyzwolenia się z kajdan i tytułowa Wanda, w której to roli Jamie Lee Curtis roztacza maksymalny poziom swego uroku, żeby manipulować wszystkimi dookoła. Wanda może dzięki temu startować w konkursie na najbardziej uroczą kobietę- potwora świata.

Cleese w tym filmie wymyślił wręcz pomnikowo genialne komediowe sytuacje. W "Rybce zwanej Wandą" wypaliło wszystko. Precyzyjny scenariusz, wyraziste postacie, doskonała wprost gra aktorska i humor na poziomie zaawansowanym. A do tego wiwisekcja psychologogiczna damsko- męska, brytolsko- amerykańska i międzyklasowo- społeczna. Ten film nie dość że oglądam z przyjemnością po raz dziesiąty, to jeszcze sceny z niego wryły mi się w pamięć na zawsze.

Szczególnie sceny orgazmu Wandy.

Zachęciłem do obejrzenia, prawda?

Fabrykant.
 
P.S. Polecam Państwu mój klimatyczny kryminał: 

"Deluks" - dziejący się w roku 1976 złożyłem z kilku warstw, począwszy od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Aluzyjnie nawiązałem do tzw. kryminału milicyjnego, jednak zdekonstruowałm ten schemat, inaczej rozłożyłem racje i nieco poironizowałem z klimatów PRL. W świat dawnej Łodzi pomaga czytelnikowi przenieść się zespół moich pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy. Są także ówczesne konflikty polsko-żydowsko-niemieckie i pościgi samochodowe. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do nabycia wysyłkowo - TUTAJ 

 


piątek, 20 października 2017

Projekt Okrążenia Łodzi vol. 0. Dworzec Łódź Karolew. Co?! Nie ma takiej stacji!!!



Czy wolno tak opisać stację widmo, panie doktorze?
Wolno. Wolność jest.

No więc, zgodnie z tytułem, nie ma takiej stacji. Ale że nie ma, to nie znaczy że jej nigdy nie było. Pociągi ŁKA przejeżdżają mimo, nie zatrzymując się, nikt już nie pamięta, oprócz najstarszych pamiętliwców.

No więc jest plan, żeby szybko pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa i zatrzymać pociąg ŁKA tuż za przejazdem kolejowym na Wróblewskiego. Albo jest inny plan, żeby rowerem podjechać ze stacji Łódź Kaliska. Bo blisko. Na tyle blisko, że kolei nie opłacało się utrzymywać dworca Karolew. No to teraz utrzymuje się sam jak może.



Dworzec, eklektyczny i ceglany został zbudowany w 1903 roku za czasów niezbyt miłościwie nam panującego cara Mikołaja. Znaczy się- za zaborów. Było to rok po wybudowaniu linii kaliskiej. Nie mialem o tym pojęcia, że dworzec Karolew, razem ze stacją Chojny służyły za miejsca przeładunku towarów jadących do Rosji na inne tory. Otóż kolej warszawsko- wiedeńską, oraz odnogę tejże linii sięgającą od północy z Koluszek do Łodzi Fabrycznej zbudowano w rozstawie europejskim- 1435mm, czyli 4 stopy i 8,5 cala. W tym rozstawie zbudowano też łącznik między Łodzią Widzew a Kaliską. Natomiast główne tory kolei kaliskiej, budowane za czasów Rosjan miały rozstaw torów wedle imperialno- carskiej modły, czyli 5 stóp. Na Karolewie z jednej strony dworca biegły tory węższe, z drugiej szersze i tutaj dokonywano przeładunku na wagony mające zawieźć towar w głąb Rosji.
Karolew był zatem ważnym kluczem spinającym linie transportowe z Łodzi. Okazały budynek świadczy o tym doskonale. Jednak przed I Wojną Światową leżał tak naprawdę na strasznym zadupiu, po prostu na wsi i funkcjonował dzięki ruchowi towarowemu. Pierwsza wojna przyniosła Karolewowi pierwszy kryzys- po ciężkich bojach Łódź zdobyli Niemcy i strumień towarów do Rosji, zarówno po stronie producentów jak i odbiorców nagle całkowicie wysechł.
Po wojnie, w dwudziestoleciu wolnej Polski dworzec Karolew nie wykorzystywał już nawet dziesiątej części dawnego potencjału. Łódź nie zbudowała jeszcze żadnych blokowisk na wsi Retkinia, a pobliska Politechnika Łódzka miała się pojawić dopiero w 1945 roku. Przewymiarowany dworzec służył niezbyt licznym pasażerom do lat 70-tych, kiedy to kolej zdecydowała o jego zamknięciu. Zatem od tamtej pory stoi pusty, nie licząc najpierw legalnych, a od lat 2000-ch nielegalnych lokatorów. Ci ostatni spowodowali mały pożar, który sprawił, że budynek zamknięto na amen.



Dla wcześniejszych, legalnych lokatorów, którzy mieszkali w dworcu 5 metrów od głównej łódzkiej magistrali kolejowej zrobiono jeden wyjątek od reguł. Od reguł miejskich. Mianowicie dróżkę, która biegła między torami, łącząc dworzec ze światem zewnętrznym za pomocą kolejowego przejazdu przyporządkowano do ulicy Wróblewskiego i nadano Karolewowi numer 33. Powoduje to, że ulica Wróblewskiego na dzisiejszych mapach a) krzyżuje się sama ze sobą, i to na przejeździe kolejowym(!!!), b) biegnie na zachód, na wschód i na północ jednocześnie.
Takie rzeczy tylko na Karolewie.



Potem, po erze pożaru były plany wyburzenia dworca, czemu zapobiegli społecznicy i miejski konserwator zabytków.
Dość dziwne jest to, że nie został wykorzystany w trakcie organizowania obwodnicy Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej - aczkolwiek, oceniając na szybko- byłaby to spora inwestycja. Ruch pociągów na tej linii jest intensywny, należałoby zbudować przejścia podziemne, nie mówiąc już o renowacji samego budynku. Do tego dworzec Łódź Kaliska jest zupełnie niedaleko. Nie jest pewne czy by się to opłacało.
Z drugiej strony co zrobić z Karolewem- nie wiadomo. Gdybyż jeszcze nie stał on w środku kłębowiska torów. No ale stoi.
Można zatem zwiedzić z zewnątrz, póki się nie zawali.
Uwaga uwaga- po lewej jednoosobowy BUNKIER przeciwlotniczy na dworcu Karolew, o ile się nie mylę to jeszcze z czasów I wojny światowej.




Na dawnej stacji Karolew stoi też jedna z nielicznych w mieście kolejowych wież ciśnień, dzięki którym tankowano parowozy. Ta jest zrujnowana co nieco i nie ceglana, tylko żelbetowa, co datuje ją raczej na XX wiek niż na XIX-ty. Niemniej łatwo dostępna na "wyspie" między nieużywanymi torami. Poleciałem na Karolew z miarką, sprawdzać czy gdzieś nie zawieruszyły się tam tory szersze o 15 cm, rosyjskiej prowiniencji. O tych 15 centymetrach są różne dowcipy mniej i bardziej sprośne.

piątek, 13 października 2017

Marna dola selektora. Stykówki agencji Magnum.

Muhammad Ali, fot. Thomas Hoepker 1966.

Ktoś kto zrobił w życiu sto tysięcy przeciętnych zdjęć, ale wśród nich trzy genialne, może być uznany za genialnego fotografa. Wystarczy żeby umiał wybrać te właściwe do upublicznienia.

Przeglądając foty na Magnum Photography, dla przyjemności żeglując sobie po oceanie zdjęć różnych, zacząłem zastanawiać się jak wielką rolę pełni działalność edytorska w życiu fotografa. I nie chodzi mi tu o edycję w sensie przemysłowego odchudzania i wygładzania modelek w Photoshopie, a o prosty wybór zdjęć przeznaczanych do ujawnienia światu, zrobiony przez ich autora.

Prawie każdy świadomy esteta, którym ma być w założeniu fotograf, dokonuje selekcji materiału. Od XIX wieku trafiło do kosza niezmierzone morze różnych zdjęć, a inne, znacznie mniejsze morze, takie Morze Bałtyckie, trafiło na salony. Oceniając te proporcje można dojść do wniosku, że rola selekcjonera jest właściwie równie ważna jak rola pana od robienia zdjęć, szczególnie gdy te dwie role gra jedna i ta sama osoba.

Marna dola selektora - pana od płyt,
Nikt na niego nigdy nie patrzy, każdy słucha bit.
Marna dola selektora - pana od płyt,
Mało kto ceni jego robotę, każdy czeka na hit.

Taki nawijacz na przykład nie będzie miał biedy,
Stoi na scenie, a dziewczyny wtedy
Kredyt biorą z jego oczu i głosu,
Będą go potem spłacać w każdy możliwy sposób

On bierze majka i jest już spakowany,
Piękny jak bajka uderza dalej w tany.
Popija drinki i czeka na money
Uwielbiany, ukochany, pożądany, narąbany
Jest rozpieszczany!

Marna dola selektora - pana od płyt,
Nikt na niego nigdy nie patrzy, każdy słucha bit.
Marna dola selektora - pana od płyt,
Mało kto ceni jego robotę, każdy czeka na hit.

A selekta nieboga dźwiga winyli pięć ton,
Wypije piwko za dużo, zniszczy gramofon.
Ma robotę do rana, a rano biedaczek ma zgon,
Od przygięcia nad dj-ką wieczny ma skłon.

Laski nie piszczą, kiedy na scenę wchodzi,
Nie rozpoznają go ludzie młodzi.
Sypia za dnia, nie widzi słońca,
Przerąbana taka selektora robota.

              Pablopavo "Marna dola selektora"

Co ciekawe aspekt wyboru dobrego spośród zrobionych zdjęć jest raczej w edukacji fotograficznej zupełnie pomijany. Duży nacisk kładzie się na to JAK dobre zdjęcie zrobić, jak kadrować, komponować, jak naświetlać, natomiast selekcja zdjęć oparta na tych zasadach jest zamilczana i temat nigdy nie poruszany. Nauczyciele fotografii chcą wychować samych geniuszy, którzy nie wyrzucają do kosza żadnych zdjęć. To oczywiście pokłosie czasów filmów i fotografii analogowej. Na pierwszy rzut oka- nie przystające do epoki słitfoci, selfików i bezkosztowości zapisywania obrazów jako ciągu jednynek i zer.

A przecież chciałoby się, żeby niektórzy ludzie powstrzymali się od upubliczniania niektórych swoich dzieł.

piątek, 6 października 2017

Napięcie wzrosło. Wielkie powroty zombies.



Człowiek człowiekowi wilkiem
A zombie zombie zombie.
               (Cytat)


Oni zawsze wracają. Człowiek już myślał że umarli bez reszty, odeszli i zniknęli z tego świata. Ale nie, oni niespodziewanie z grobu wstają, zamiast w proch się obrócić. Co jest do cholery?!

Kasa misiu, kasa.




Pierwsza była Yashica.
Nie, tfu… oczywiście że nie była pierwsza. Już niejedni wcześniej zmartwychwstawali. Ale ona rzuciła się w oczy w ostatnim czasie. Zasłużony ten niegdyś producent aparatów Contax i świetnych obiektywów, przed którym rzesze fotografów klęczały niegdyś z zachwytem wypuścił w odmęty internetu najpierw tajemniczy filmik, na którym tajemnicza japońska piękność tajemniczo coś fotografowała starym aparatem Yashica. Ciekawość sięgnęła Zenita, tfu… zenitu sięgnęła. Wszystkim tradycjonalistom zadrżały łapki i ślinka pociekła. To ci dopiero- powrót po latach!





Yashica powstała w 1949 roku. Najpierw wsławiła się swoimi aparatami i optyką, a w latach 70-tych zawarła sojusz z Zeissem, z którym produkowała do spółki aparaty z optyką tego ostatniego. Zeiss zły nie jest i legenda jakości rozeszła się szeroko. Działo się to pięknie aż do późnych lat 80-tych, kiedy to Yashikę przejęła Kyocera, a później sama została przejęta przez Minoltę.
Yashika największe rynkowe problemy miała wcześniej właśnie z Minoltą, producentem podobnej wielkości, który podgryzał ją jak tylko się dało. Pierwsze co zdecydowała Minolta po przejęciu Yashiki to oczywiście wstrzymanie produkcji Contaxów, żeby nie było wewnętrznej konkurencji.
Tak z nieba na ziemię zlądował w Jeleniej (cytat). Nimb jakości jednak pozostał i unosił się w eterze.

Sama Minolta, jak wiemy również została zjedzona przez Konicę, a następnie sprzedała dział fotograficzny do Sony. Sony zwycięża wszystkich. Nawet Jamesa Bonda.

Mijały lata, dużo wody upłynęło w instalacjach chłodzących elektrowni Fukushima. A tu nagle japońska piękność na filmiku z Yashiką w ręku. Zapowiedziano tajemniczą elektryzującą nowość. 

Napięcie wzrosło.

A potem ogłoszono że będą to obiektywiki przyczepiane do smartfona.

Noszzzzz… .

Napięcie opadło.


W TAKIM opakowaniu z TAKIM aparatem narysowanym na froncie sprzedawana jest soczewka do smartfona.

środa, 27 września 2017

Czy fotografia ma narodowość. I czy narodowość ma fotografię?

Pytanie tytułowe puknęło mnie lekko w tył głowy podczas zgłębiania zdjęć jednego z ciekawszych konkursów jaki sobie wyszukałem w czeluściach internetu. Już o nim pisałem kiedyś na Twarzoksiągu Fotodinozy (Facebooku znaczy- LINK). Ten konkurs to Eastreet- LINK, w październiku odbędzie się jego czwarta edycja, z siedzibą i wystawami w Lublinie. Gdybym tylko miał czas popędziłbym do Lublina na te wystawy, czego i Wam życzę.
Konkurs fotografii ulicznej Europy Wschodniej.


fot: Dima Talkin. Moskwa. Czy to nie kwintesencja streetfoterki?

Streetfoto jest to w ogóle dziedzina fotografii wymagająca pewnej uwagi. Wymyka się toto z wszelkich określeń, jak tylko spuścić z oczu. Zaraz zwiewa gdzieś na bok i robi jakieś niesformatowane i niegrzeczne rzeczy. Nie wiadomo naprawdę dokładnie co to jest.

Na swój prywatny użytek ukuwam aktualnie taką definicję- streetfoto to fotografia która szuka wartości w rzeczach KOMPLETNIE NIEWAŻNYCH. I tym głównie różni się od fotoreportażu czy portretu. Jest to przekopywanie szarej codzienności w poszukiwaniu chwilowych diamentów.

fot: Ksenya Tsykunova, Mariupol.

Fotografia streetowa jest także z założenia Niepoważna.
Czasem są to zwyczajne śmichy- chichy, a w przypadkach wysublimowanych i szczytowych udaje się osiągnąć coś w rodzaju jednozdaniowej wiwisekcji społeczeństwa. Lub też psychologicznej analizy. Lub też czegoś, co daje do myślenia i zapada w pamięć.

Bawiąc- uczyć, ucząc- bawić. Śmiech dla samego śmiechu to tylko niepotrzebna strata chichotów.
            A'tomek (Papcio Chmiel)

poniedziałek, 25 września 2017

Ranking książek przeczytanych (styczeń- wrzesień 2017).

Stanisław Lem w swojej bibliotece. 1970r. Zdjęcie z archiwum pisarza.

1. Dziś nikt nic nie czyta.
2. Jeśli czyta- nic nie rozumie.
3. Jeśli rozumie- natychmiast zapomina.
                  Prawo Lema

To ja właśnie- żeby nie zapomnieć, bo pamięć już nie ta.

Ranking nie po kolei. Ale za to mniej więcej po kolei czytania.
Skala sześciogwiazdkowa.


"Wspinaczka" Anatolij Bukriejew ****
Największą atrakcję będzie ta książka stanowić dla wcześniejszych czytelników "Wszystko za Everest" Johna Krakauera, bo jest z nią polemiką, ale i inni dowiedzą się wiele o komercyjnych wyprawach w Himalaje i tragicznych skutkach tej komercji. 


"Mock" Marek Krajewski, między *** a ****
Z jednej strony mamy wszystko to, dla czego czyta się serię Krajewskiego- początek wieku we Wrocławiu i mroczny anturaż. Występują osobiście nawet znani architekci. Jednak rozwiązanie intrygi kryminalnej- zawodzi.


"Innowatorzy" Walther Isaacson ****
Historia powstania naszego dzisiejszego środowiska naturalnego. A konkretnie komputera i internetu. Od A (Ady, hrabiny Lovelace, 1843) do W (Wikipedii,2001). Pouczające, jak to wszystko było skomplikowane, poplątane, a czasem przypadkowe. Psychologia także odgegrała dużą rolę.


"Życie to jednak strata jest" Andrzej Stasiuk w rozmowie z Dorotą Wodecką ****
Stasiuk jest fajny i umie gadać. Ogóły o życiu i być może nieco autokreacji, ale dla mnie bardzo przyjemne. Może trochę za bardzo ten wywiad łagodny.


"Przepis na rower" Robert Penn ****
Każdy kto lubi jeździć na rowerze powinien przeczytać tę książkę. Dużo o historii i olbrzymim wpływie socjologicznym roweru, napisane bardzo luźnym i osobistym tonem.


"Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu" Anna Bikont, Joanna Szczęsna ****

poniedziałek, 18 września 2017

Los Menelos w Al Andalus vol. 2 (Rozmówki hiszpańskie)

Nie da się kupić herbaty. Ni cholery. W żadnym supermakecie. Współfabrykantka znalazła wreszcie jedną sztukę w Lidlu, na regale z napisem „Kuchnia orientalna”.

Montefrio

Trafiliśmy w fantastyczne miejsce. Wyobraźcie sobie takie zadupie, które ma swoje własne zadupie. To zadupie ma jeszcze jedno własne. I my tam mieszkamy.
Ciężko było w ogóle skręcić z autostrady, a jak już się skręciło, to potem w ciągu godziny jazdy przez oliwkowe wzgórza spotkaliśmy trzy auta. A na samym końcu było Montefrio.
Montefrio nie zaznaczono w żadnym z naszych dwóch przewodników. Turystycznie nie specjalnie istnieje. A jest to jedno z bardziej fotogenicznych miasteczek jakie oglądałem w Hiszpanii.
Wokoło góry i wzgórza w kolorze czerwonawego piasku, na których rośnie miliard drzew oliwkowych. Wróć. W którym rośnie sto miliardów drzew oliwkowych. Pusto.








Montefrio

To daje troszkę obrazu jak duża jest Hiszpania. 504 tys kilometrów kwadratowych, przy ludności 48 milionów. No turyści w to nie są wliczeni, ale turyści rozkładają się głównie na wybrzeżu. I głównie na ręcznikach się rozkładają. Te dane dają 96 osób na kilometr kwadratowy. Do tego Hiszpanie mają sporo dużych miast - taki Madryt ma 3,5 miliona ludzi. Poza nimi zaludnienie jest spore tylko na północy i wybrzeżach.



Andaluzja tak naprawdę jest rolnicza, górzysta i pusta. Wszystkie Mercedesy AMG, torby od Gucciego, kasyna i Dziani Wąsacze zostają w okolicach Marbelli, nad morzem, a tu proste życie w białych chatkach na pustkowiu,rozweselane czasami sangrią.
Teraz Polska (cytat)- 312 tysięcy kilometrów kwadratowych i 123 osoby na kilometr. Do tego raczej prawie o żądnym kawałku naszego kraju nie da się powiedzieć że to pustkowie. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć- domki i sioła. Tak to już jest u McDonalda (cytat) i dlatego środek Hiszpanii nie musi dużo robić, żeby wywrzeć na mnie egzotyczne wrażenie.
Jednak robi.

czwartek, 14 września 2017

Koszta muszą być.

Ronda, Hiszpania.

Człowiek się strasznie przyzwyczaja do starych złomów. Znaczy się człowiek- ja.
Do komórki Nokia 6230i. Do Fiata Punto II. Do roweru Wheeler rocznik 1993 kupionego za 80 złotych, a potem przemontowanego z talentem przez komentatora i sojusznika Fotodinozy Krzysztofa Gol'a (Jestem jednym z nielicznych którzy mają rower przerobiony przez architekta na zamówienie! Juhuuu! Dzięki Krzysiu!). Do różnych obiektywów które słabo działają.

Słabo działają, ale i tak robią robotę. Taką robotę robią, że inne nie dają rady.


Sigma AF 14mm f/3,5


Otóż obiektyw 14 mm marki Sigma, który kupiłem swego czasu w stanie wskazującym na tłuczenie nim po głowie reporterów wojennych podczas ostrzału, im dłużej używany tym większej dostarczał euforii. Euforii estetycznej.
Nagle, zupełnie niespodziewanie zauważyłem, że zrobienie dokumentacji wnętrz jakiegoś budynku to kaszka z mleczkiem. I to zupełnie niezależnie od tego JAKIE te wnętrza są. Mogła to być sławojka w polu, a mógł to być skomplikowany biurowiec, a i tak dało się z tego wyciągnąć dobre zdjęcia. Nie było to oczywiście super proste- nie jest to tilt-shift z korekcją perspektywy, niemniej obiektyw o tak ekstremalnie szerokim polu widzenia daje wspaniałe możliwości w porównaniu z czymkolwiek normalnym.







piątek, 8 września 2017

Los Menelos w Al-Andalus.

Już pisałem że podróże kształcą? A! Pisałem w poprzednim wpisie. Dużo się ostatnio dowiedziałem z podróży.
Przede wszystkim widziałem jak gekkon robi kupę.
Oraz tego że małpa makak jest w stanie w pół sekundy odpiąć naraz dwa suwaki plecaka.

Poznałem ludy południa. Widziałem ich miasta na skałach, ich góry i ich selfies robione z kijka w każdej morskiej zatoczce.

Poznałem też miejsca, od których kompletnie idiotycznie nazywają się Seaty. Nie mogę powiedzieć, że Hiszpanom nie wolno tak nazywać sobie swoich Seatów jak chcą. Wolno oczywiście. Ale samochody te pasują do owych nazw geograficznych jak pięść do nosa. Taki Seat Ronda wygląda przy prawdziwej Rondzie jak psi ogon i zapewniam, że wyglądał tak samo w chwili kiedy był nowy.


Ronda. Ale nie Seat Ronda.

Nie wiem czy wiecie, niejaki Złomnik na facebooku wymyślił akcję trollingu doskonałego. Otóż firma Seat ogłosiła z przytupem międzynarodowy konkurs na nazwę swojego nowego modelu auta. Miała to być nazwa wybrana przez internautów spośród nazw południowych hiszpańskich miasteczek "które kojarzą się z najpiękniejszymi chwilami wakacji". Złomnik zaproponował by wpisać w tę ankietę nadmorski kurort o nazwie Cancelada, co podchwycili jego liczni facebookowi fani, w tym niżej podpisany. Jest tylko jeden haczyk- Cancelada oznacza w języku Frederica Garcii Lorki, oraz Francesca Franco- "skasowany/ skasowana". Ze względu na dużą skalę aktywności fanów "Seata Skasowanego" konkurs został wkrótce zawieszony, a raczej przyblokowano w nim możliwość wpisywania tego słowa. Zupełnie nie wiem dlaczego. Mijaliśmy na autostradzie A7 Canceladę- bardzo ładna, spełniała wszystkie kryteria konkursu.
Dlatego postuluję, by ów nowy, nieznany jeszcze model ochrzcić jednak tym przydomkiem, niezależnie od tego jak się będzie nazywał naprawdę.

Hiszpanie mają zresztą wyjechane na samochody, to wiadomo od dawna. To nie Włosi, żeby się byle żelazem podniecali. W przeciwieństwie do mnie. Każdorazowo wracając górską krętą drogą (właściwie w Andaluzji nie ma innych) wyciskałem z wynajętego Fiata Pandy ostatnie soki, w przekonaniu że jestem co najmniej jakimś Hułanem.
(Hułanem Manuelem Fangio, oczywiście, rocznik 1911 kierowca Formuły 1, Argentyńczyk).
I dlatego też gdy w drodze przez suche górskie pustkowia nagle pojawił się mikrodrogowskazik "Ascari" od razu mi się dobrze skojarzyło. Tor wyścigowy Ascari? Tutaj, na tym pustkowiu?!
No tak, właśnie tu.

Wyczytałem, że to jeden z najładniejszych torów wyścigowych w Europie, z tym że dość trudno dostępny. Stworzył go jednak nie hiszpan, a Holender Klaas Zwart, kierowca wyścigowy i właściciel Ascari Cars. Tor jest dostępny dla tych, którzy mają 150 tys. euro rocznie na wpisowe. Zatem ekskluziw do wybrańców. Nie all inkluziw.
Pod Rondą była tylko drewniana zamknięta brama zagradzająca drogę przez kamieniste pustkowie z plantacjami oliwek. Nie było za bardzo co oglądać. Nie zrobiłem nawet zdjęcia toru Ascari i myślałem zatem że nie mam zdjęcia żadnego toru- logiczne. Ale okazało się, że jakiś tor jednak mamy, chociaż nie ten. O proszę bardzo:

Jakiś tor (na pewno nie Ascari).


Sami Hiszpanie nie fascynują się autami. Ale mają inne zalety.
Na przykład Rondę.


Ronda, widok ze Starego na Nowe Miasto.
Ronda

Kratownictwo w Andaluzji jest niesamowicie rozwinięte. Ronda.

Ronda


Ronda, jak prawie wszystko co stare w Andaluzji- jest arabska z urodzenia. Bo Hiszpanie tez mieli zabory. Trwające od VII do XV wieku. 

sobota, 2 września 2017

Dwa portrety


George Carver, Zdzisław Beksiński

Podróże kształcą. Ale lektury jeszcze bardziej. Nawet te internetowe, a może i szczególnie. Zdjęcia niekiedy same przychodzą do człowieka i coś tam w nim poruszają, troszkę wstrząsają, szturchają, za rękaw ciągną.
To co się zobaczyło nie da się już odzobaczyć, jak wiadomo.

Obydwa te portrety zobaczyłem w lekturach. I jakoś nie mogę ich odzobaczyć do tej pory.
Pierwszy portret to George Washington Carver, zobaczony na Automobilowni w artykule o ekologicznych samochodach sprzed II Wojny – LINK.

Portret pierwszy.

Był ten pan prawdopodobnie pierwszym afroamerykaninem w USA, który zyskał sławę naukową. Zyskał ją także w sensie ogólnym. Ameryka umieszczała jego podobiznę na znaczkach pocztowych i plakatach, a prezydent Roosevelt ufundował mu pośmiertnie pomnik. Co się do tamtej pory czarnym Amerykanom nie zdarzało.
Jest to ciekawe, zwróciwszy uwagę na to, że George Carver urodził się jako niewolnik, a data jego narodzin jest nieznana. Prawdopodobnie to okolice roku 1860-tego. Miał na szczęście ten fart, że wychowywał się wśród porządnych ludzi.

Tydzień po jego przyjściu na świat Georga, jego matkę, siostrę i jego samego porwali z farmy złodzieje niewolników. Prawowity właściciel, niemiecki imigrant Moses Carver, (który zgodnie z tradycją dał swoim czarnoskórym nazwisko- mały George do wieku gimnazjalnego przedstawiał się jako "Carver's George") wynajął tropiciela- łapacza (slave catcher), któremu po kilku dniach udało się znaleźć niestety tylko niemowlę.
Odtąd George wychowywał się tylko z bratem.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Złote medale Fotodinozy. Województwo niderśleszyńskie ciąg dalszy.

Trzy dni niby nic. Niby nic- a cieszy. Natłok wrażeń wylał się na głowę niczym wiadro wody sodowej. Takie rzeczy tylko w województwie niderśleszyńskim.

W pierwszej części nakłuliśmy Dolny Śląsk w kilku miejscach- LINK. Teraz po nakłuciu, gdy mimo tego balon wrażeń nie pęka, a nawet przeciwnie - rośnie nadal, rozdamy złote medale w paru kategoriach.

Na początku myślałem żeby zrobić coś w rodzaju Bitwy Złomów, to znaczy Bitwę Ruder. Niegdysiejszy Złomnik robił takie bitwy znajdując w ogłoszeniach najstraszliwsze złomy.
Gdzież jest niegdysiejszy Snowden? (cytat).
Kto się zatem wczyta- zauważy pewną symetrię w tym wpisie. Symetrię ruder.


Złoty medal za największe zgromadzenie niesamowitych ruder w jednym miejscu. Z podwójną pozłotą zupełnego zapoznania. (w znaczeniu że nikt nie zna).


Dwór w Maciejowcu


Kiedy miniemy zaporę Pilchowicką na Bobrze, z prawdopodobnie najpiękniejszą trasę kolejową w Polsce,


Trasa Jelenia Góra- Lwówek. Przystanek Pilchowice Zapora. Taż widziana w tle.

która to trasa biegnie samym brzegiem zalewu, bez most i bez tunel, zatem kiedy miniemy ową zaporę i trasę i ruszymy na zachód niczym Armia Czerwona- wąska prawie na jeden samochód droga zacznie wspinać się na lesiste wzgórze w Maciejowcu.
Wspina się, wspina, silnik rzęzi ostatkiem sił (cytat), i wśród gąszczy zieleni można nie zauważyć paru zabytków.
Ale jednego nie można zauważyć.
Wygląda jakby go przenieśli z Władcy Pierścieni i wstawili na Dolny Śląsk. Co wrażliwsze estetycznie dusze zakrzykną jakieś nieartykułowane okrzyki. Albo co gorsza niecenzuralne.
Dwór, kurdebalans, renesansowy!

Dwór w Maciejowcu