wyświetlenia:

piątek, 12 września 2014

Pożegnanie z Sojusznikiem



Przedostatni Mohikanin często zabija ostatniego Mohikanina, żeby nim zostać.

St. J. Lec



Ostatni papieros skazańca. Ostatnie tango w Paryżu. Ostatnich gryzą psy. Ostatni będą pierwszymi. Czasem coś się ostatecznie kończy.



Na dnie szafy znalazłem rolkę. Kodak ProFoto 400BW. Nieprodukowany od 5-ciu czy 6-ciu lat. To ostatnia rolka.



Nie mogę pozować na konesera, który w zaciszu domowej ciemni traci noce na ręczne wywołanie filmu i zastanawia się za dnia nad parametrami naświetlenia odbitek za pomocą powiększalnika. To dawno temu było, ale minęło, jak sen jaki złoty.

Mogę co najwyżej pozować w innych dziedzinach, ale jeśli chodzi o zdjęcia na filmie, to lesersko oddaję je do wywołania i skanowania do laboratorium. I dlatego pokochałem Profoto 400BW szczerym i prostym uczuciem. Bo to film do procesu automatycznego- C41.



W najlepszym okresie kosztował 10 zł.



Zastanawiające, że sam proces C- 41 jest jednym z epokowych wynalazków Kodaka z roku 1935-go, razem z filmem Kodachrome. Od 1935 roku aktualnym do dzisiaj, a nawet do ostatniego istniejącego w niewiadomej przyszłości filmu, póki będzie potrzeba jego wywołania. Już nikt nie wymyśli nic w tej dziedzinie. To już martwy język. Jak łacina.



Ten Kodak to wymyślił właściwie wszystko, co kojarzy się z popularną, tradycyjną fotografią- w 1888 roku stworzył doskonały w swej prostocie wynalazek- giętki i trwały podkład dla emulsji światłoczułej, pozwalający produkować filmy w rolkach, zamiast dotychczasowych „suchych kaset”, proste aparaty dla każdego- Brownie (zaprojektowane przez Franka.A. Brownella w 1900 r)

Pierwszy Brownie 1900 r.
Brownie z 1935



(Wszystkie modele: http://www.brownie.camera/). Do tego genialny system wywołania. „Ty naciśnij przycisk, my zrobimy resztę”. Wysyłało się naświetlony film w aparacie do producenta, a otrzymywało gotowe odbitki i aparat załadowany na nowo.



„Podstawą systemu Kodaka jest oddzielenie w fotografowaniu tego, co może zrobić każdy, od tego, co może zrobić tylko ekspert (...). Dzięki naszemu aparatowi każdy, kto ma dość inteligencji, aby wycelować i nacisnąć przycisk – mężczyzna, kobieta, dziecko – nie musi korzystać ze specjalnych urządzeń lub posiadać wiedzy fachowej z dziedziny fotografii. Z aparatu można korzystać bez uprzedniego przeszkolenia, bez ciemni i chemikaliów

George Eastman, założyciel Kodaka.



Ten Kodak wymyślił nawet pierwszy aparat cyfrowy, z obrazem zapisywanym na taśmę magnetyczną i odtwarzanym na ekranie telewizora- w roku 1975-tym. Stworzył go Steve Sasson, inżynier Kodaka, aparat miał rozdzielczość 0,01 Mpx.

Aparat i jego twórca
Jednostka odtwarzania zdjęć


Ten Kodak później nawet produkował liczne matryce cyfrowe, które kupowali inni duzi producenci do swoich kompaktów, a także same aparaty cyfrowe.


A mimo tego wszystkiego niemal nie wyzionął ducha. Analizy, które czytałem na ten temat są dość pobieżne, pomimo sporej ilości słów, na przykład ta historia upadku Kodaka:


Z pewnością o wiele za mało energii poświęcano samym aparatom cyfrowym, żaden z kompaktowych Kodaków nie zapisał się jakoś szczególnie w annałach, a lustrzanki produkowano tylko dzięki uprzejmej współpracy Canona i Nikona, a potem Sigmy- były dosłownie przeróbkami analogów tych producentów na cyfrowe warianty. 

Co ciekawe, pierwsze eksperymenty budowano jeszcze na Nikonie F3 (rok 1991) i Nikonie F801s (1992).
 
Z lewej jednostka zapisująca, z prawej cyfrowy F3


Ostatnie (np. DCS PRO SLR/n i SLR/c 2002-2005), najbardziej zaawansowane, pełnoklatkowe lustrzanki Kodaka już w czasie premiery były krytykowane za niejaki anachronizm obsługi, bo sam Canon i Nikon wypuszczały już własne cyfrowe modele.
Z lewej Kodak DCS 620x na bazie Nikona F5 z prawej Nikon D1

Tu w krótkich żołnierskich słowach z półobrotu test Kena Rockwella Kodaka DCS 14n. Tutaj, między wierszami podsumowania, można wyczytać dlaczego Kodak zbankrutował:



Tu masywny test DCS PRO SLR/c:




Z pewnością zbyt wiele energii poświęcono filmom i aparatom APS, które okazały się klęską, tuż u progu rozkwitu ery cyfrowej.

Z pewnością rynek filmów przeżył gwałtowne załamanie, które należało przewidzieć.

Ale jednak zastanawia ta prosta droga od milionera do pucybuta.



Może Kodak był już zbyt duży i nieruchawy. (Jakieś mało ruchawe te wasze człowieki?- cytat), bo był blisko pozycji monopolisty w branży, która przeżyła nagły kataklizm.



Tymczasem filmy, zgodnie z przewidywaniem wszystkich stały się z produktu popularnego dobrem luksusowym. Tylko wariaci je jeszcze kupują. Zresztą, to jasne, zupełnie niedobrze robią ci wariaci, skoro mogą kupić sobie cyfrówkę, a kupują jakiś beznadziejny i niewygodny w użyciu relikt. Trzeba ich skasować na kupę szmalu.



Dlatego Kodak wykasował w okolicach 2008- czy 2009 roku Profoto 400BW za 10 zł.

To może nie był jakiś wyjątkowej jakości film. Może nie przypominał ziarna filmów do klasycznego wywoływania, może nie dawał jakichś wyjątkowych kontrastów. Ale komu to przeszkadzało? Był doskonałym koniem roboczym, dla tych którzy go potrzebowali. Siup rolkę do wywołania, a za chwilę skan, lub stykówki i wkładamy następną rolkę.

Właściwie to strzeliłem na nim wszystkie swoje ulubione zdjęcia ery analogowej. Był fajny i niedrogi.

Kodak Profoto 400BW, Tamron 20-40/2,7-3,5
Kodak Profoto 400BW, Tamron 20-40/2,7-3,5
Kodak Profoto 400BW, Tamron 20-40/2,7-3,5


Teraz proszę państwa już nie ma tak dobrze. Jest luksus. Jest Kodak BW400CN- za 25 złotych rolka. Przedostatni Mohikanin. A, przepraszam. Nie ma już BW400CN. Też już przechodzi do historii:




Ten cały luksus wydatnie przyczynia się do poprawy jakości zdjęć.



Nawet jeżeli jeszcze kupimy BW400CN, to trzy razy zastanowimy się czy nacisnąć spust za tą cenę, a jeszcze zawczasu ze dwa razy poprawimy kadrowanie.



Jedyna nadzieja jest taka, że produkcja kliszy nie jest specjalnie skomplikowana, ani kosztowna i zawsze znajdzie się jakiś Chińczyk, Tajwanin czy Tajwańczyk, ewentualnie Wietnamczyk, który zwietrzy w tym interes. Agfa już sprzedała licencje i pozwala ciąć swoje materiały do zdjęć lotniczych (nadal produkowane, po co?) na cienkie taśmy filmu 35mm, pomimo że sama ich nie produkuje.

Ale film, jako taki, z pewnością nie zniknie, bo jest w nim ta osławiona magia, czar tajemnicy i przyjemność. To nie ściema.



A teraz wkładam do aparatu ostatnią rolkę Profoto, pamiętając o wszystkich jego zasługach. Jakoś będzie trzeba sobie dać bez niego radę.



Salut dla Sojusznika!




Fabrykant

z www.fabrykaslubow.pl

P.S: Efekt strzelenia ostatniej rolki Profoto 400BW jest tutaj:
 http://fotodinoza.blogspot.com/2015/02/konkurs-na-blog-roku-2014.html




poniedziałek, 8 września 2014

Pseudonim Nikoś. Lekki Naciągacz Nikoś. Nikon Df.





Paanie! Kiedyś to było lepiej. Ach ta dzisiejsza młodzież. O czasy, o obyczaje! Jak byłem młody... Dawniej- to się działo! Nie to co dzisiaj. Przed wojną, to było dobrze! Pamiętam, była jesień.



No i dlatego retro jest na fali.



Parcie na retro stało się modne, gdy plastik zastąpił metal, a produkcja masowa wyparła ręczne manufaktury. Wzbudzanie sentymentów do przeszłości bardzo dobrze się sprzedaje, więc wszyscy na to lecą.



Nikon ostatnio pojechał po całości, bo ma po czym jechać, jako najbardziej zasłużona firma fotograficzna Japonii. Dużą część jej dzisiejszych aparatów projektuje notabene Giorgio Gugiaro, ten od Ital Design, Fiata Uno i Punto, Golfa I, oraz Maserati z lampami w kształcie bumerangów. Gugiaro został jednak odstawiony chwilowo na bocznicę (w pobliżu nastawni), a szeroką chochlą zaczerpnięto z tego co już było.

Ponieważ to retro wydawało się niemal idealnie przypominać manualne Nikony, pobiegłem do sklepu zobaczyć to na własne fotodinozowe oczy, pomimo że z manualnymi Nikonami nie mam prawie nic wspólnego. Dużo wspólnego mam za to z manualnym Pentaconem, Prakticą i Zenitem, więc uznałem że ledwo, bo ledwo prześlizguję się nad poprzeczką odpowiedniego doświadczenia.

W końcu Fotodinoza też jest retro, tylko nie-tak-bardzo-retro-jak-wszyscy.



Rzeczywiście! Osiągnięto maksymalną granicę uretrowienia aparatu. Specjalnie wyznaczony, starszy i doświadczony pracownik, pan Musashi Yamato stoi przy linii produkcyjnej Nikona Df i za pomocą specjalnej retrowaczki (ang. retrovatchca) doretrowuje do maksimum każdy egzemplarz. Następnie jest on poddawany specjalnej konroli uretrowienia, gdzie pięciu emerytowanych pracowników Nikona, zatrudnianych na umowę zlecenie, z zawiązanymi oczami maca wyprodukowany egzemplarz i porównuje ze wspomnieniami młodości. Dodatkowo podczas całego procesu produkcyjnego nadawany jest hymn Japonii, i to ten sprzed II Wojny Światowej.

Rzeczywiście, projektanci zrobili co mogli i dopracowali co się dało. Z przodu. Prawie jak Nikon. Z odległości 2-ch metrów ciężko rozpoznać czy posiadacz tego cacka jest prawdziwym hipsterem z manualem na filmy, czy tylko bogolem, który udaje (Nikon Df nie jest tani- o nie!) 
 

Z tyłu, co zrobić- musiał być kompromis- góra aparatu jest jak z lat 60-tych, a dół jak z 2010-ych, z dużym ekranem i przyciskami.



Jednak ogólnie bardzo to ładnie wygląda, przyznaję i doceniam. Stworzyli bardzo dobrą hybrydę nowego ze starym, dopracowaną. Nawet się do funkcjonalności ciężko doczepić, choć trochę można, więc za chwilę się doczepię. Jako znany malkontent i wesoły pesymista.

Czar retro nieco pryska, niestety, gdy weźmie się Nikona Df do ręki. Według mnie jest za lekki! Pamiętam wszystkie manualne aparaty, jako wielce solidną rzecz. Ich mosiężne korpusy były ciężkie i sprawiały wrażenie, że gdy zechcą nam je odebrać, to zawsze pozostaje alternatywa uśmiercenia przeciwnika uderzając kantem korpusu w jego twarzoczaszkę. Nikon Df jakoś nie przekonuje w tej roli. Jest z metalu, ale lekkiego, co mu na dobre nie wychodzi- niemal sprawia to plastikowe wrażenie. A w każdym razie wrażenie pewnej niewiarygodności tego retro. Niekonsekewncji.

Poświęcono tu efekt na rzecz praktyczności, nawet chwalą się tym w folderach- to najlżejsza lustrzanka z pełną klatką u Nikona. Czy warto było się o to starać, akurat w tym modelu?

Druga niekonsekwencja, zupełnie niezrozumiała dla mnie (nikonowego laika) to fakt sprzedawania aparatu à la manualnego z nowiutkim obiektywem bez pierścienia przesłon (typ G). Obiektyw ten został również uretrowiony, a jakże! Retrowaczka dodała mu aluminiowy, srebrny pierścień i trochę złotówek/ euro/ jenów do ceny. To wszystko.

Właśnie przeglądam katalog obiektywów Nikkor. Czego oni tam nie mają! Mają, na przykład AF Nikkora 50/1,8 D, z pięknym pierścieniem przesłon, mają na przykład AF Nikkora 35/2 D „Doskonały model do krajobrazów i portretów plenerowych”, także umożliwiający kręcenie przesłonami. No i dlaczego go nie dają w zestawie, zamiast uretrowionego plastiku? Chyba dlatego że bzyczą głośniej autofokusem, a w dzisiejszych czasach to nie uchodzi.

Aaaaa! Już wiem dlaczego! Żeby można było odróżnić bogola od prawdziwego manualnego hipstera, nawet z przodu!



Notabene, Nikon Df jest (wreszcie!) aparatem, który umożliwia pracę z niemal każdym, KAŻDYM obiektywem Nikkor wyprodukowanym od czasów gdy po Japonii chadzały dinozaury. Nie można używać tylko IX Nikkorów (czy coś Wam mówi symbol IX? Nie wiecie że  Przyszłość zaczęła się wczoraj. Ale się skończyła ?) oraz przerzadkich obiektywów z własnym autofokusem z F3AF. Tak powinno być w każdym banku! Tj. w każdym Nikonie. A nie jest.



Pokręciło się trochę aluminiowymi pokrętłami, wyciętymi w ząbki i ponumerkowanymi jak za dawnych lat. Nikon chwali się tym powrotem do korzeni: „Każde pokrętło nastawia tylko jeden parametr”. No i słusznie. Mam dwa zastrzeżenia- wszystkie kółeczka mają guziczek blokady, który trzeba nacisnąć, żeby móc kręcić. Te w centrum kółeczek są wygodne, ale to w lewym dolnym rogu, do blokowania kółka ISO jest wygodne tylko gdy aparat wisi nam na szyi, albo leży na stole. Gdy trzymamy go prawą ręką w powietrzu, to konieczna byłaby trzecia górna kończyna do pomocy. Japończycy z Nikona już nad tym pracują- niedługo będzie w sprzedaży, odpowiednio stylowa i uretrowiona.


Pokręło ISO ma jeszcze jedną małą wadę- cyferki ledwo się na niej mieszczą, bo najwyższe wartości to ISO 6400 i ISO 12800 (to już pięć cyfr). Wygląda to prawie jak 640012800, i gdyby nie pomocniczy wyświetlacz na górnej pokrywie możnaby nastawić nie to co potrzeba- przeczy to nieco deklaracji Nikona „Ustawienia czułości ISO, czasu otwarcia migawki i wartości kompensacji ekspozycji są cały czas widoczne i łatwo dostępne na górnej części korpusu aparatu (...) wystarczy rzut oka, aby zorientować się w bieżących ustawieniach (...)” Nie wystarczy, bo odróżnić ISO 6400 od 8900 nie sposób, gdy wskaźnik przykrywa cyferki, a wartość jest wyświetlana na górnym ekraniku tylko podczas zmiany.
No i jakie to ISO?

Dodatkowo aktualna czułość ISO nie jest wyświetlana w wizjerze (chyba że jest w menu jakaś opcja włączająca), co jest dość poważnym utrudnieniem.




Df jest właściwie prawie Nikonem D4, skrzyżowanym z retro, z pewnymi analogiami do innych pełnoklatkowych modeli, więc o jakości zdjęć, czy szybkości pracy nie napiszę ani słowa, wystarczy przeczytać któryś z testów- jest z pewnością bardzo dobra.

Bardzo dobry jest też marketing, jaki Nikon rozwija wokół Df: „Jest ucieleśnieniem tradycji i autentyczności. Dla niektórych użytkowników mniejszy korpus, o ostrych kształtach może być wspomnieniem epoki legendarnych lustrzanek analogowych Nikon (...) dla innych będzie to unikalny, zupełnie nowy aparat w klasie jakiej dotąd nie było.” Jak to nie było? Było już w latach 90-tych! Canon 50e, z pokrętłami zamiast przycisków, albo Pentax MZ-5. Czytamy dalej: „ zmysłowa satysfakcja” „wyczuwalnie wyższa klasa”, „wrażenia dotykowe”, „każde pokrętło mechaniczne jest wycięte z litego metalu, a każdy wskaźnik na pokrętle wygrawerowany i pomalowany” He, to nawet umieli w nieświętej pamięci Związku Radzieckim.



Należy jednak odczytywać ten marketing także między wierszami: Tytuł rozdziału: „Nie ma pośpiechu”, czytamy: „bez presji czasu i konkurencji powracam do mojej prawdziwej, kreatywnej natury, wybierając spokojną inspirację, zamiast gorączkowego pośpiechu”

I dalej, już drobniejszym drukiem:

„W przypadku wykonywania szybkich zdjęć, można zrezygnować z użycia elementów sterujących, a aparat Df sam zajmie się kontrolą ekspozycji w trybie automatyki programowej. Z aparatem Df w dłoniach miłośnikom fotografii trudno będzie się jednak oprzeć pokusie sięgnięcia do mechnicznych pokręteł, które inspirują do nadania zdjęciom niepowtarzalnego charakteru.”

Jeszcze nigdy nie znalazło się pokrętło, które zainspirowało mnie do nadania zdjęcim niepowtarzalnego charakteru, no ale może nie jestem marketingowcem.



A teraz tłumaczenie otwartym tekstem by Fotodinoza:

Te wszystkie retro pokrętła są fajne, ale tak naprawdę niezbyt wygodne. Jak będziesz chciał zrobić zdjęcia normalnie, bo długie nastawianie kółeczek i odblokowywanie ich za pomocą przycisków w końcu cię wkurzy, to na szczęście Df uratuje ci tyłek, bo działa także jako automat.

No i słusznie.



Dlatego Fotodinoza podpowiada wahającym się czy kupić Nikona Df za 10.500 zł, czy też pełnoklatkowego Nikona D610 za 6.500. Df to fajny, bajerancki aparat, dobrze zrobiony. Ale lepiej kup D610, i jeśli naprawdę chcesz zasmakować „ powrotu do swojej prawdziwej, kreatywnej natury, wybierając spokojną inspirację, zamiast gorączkowego pośpiechu, bez presji czasu i konkurencji” za zaoszczędzoną kasę kup używanego FM, FE czy cokolwiek Nikona z lat 80-tych i resztę przeznacz na filmy. Zabawa równie dobra. A jak autentycznie!



Fabrykant

z www.fabryksalubow.pl

Podziękowania dla załogi Fotojoker, za umożliwienie sesji.



Żródła: folder reklamowy Nikona Df
Marcin Górko: "Nikon System" 


czwartek, 4 września 2014

Najtańsze Zdjęcie Świata


Najdroższe zdjęcie świata osiągnęło na aukcji w 2011 roku 4.338.500 dolarów. To zdjęcie, zrobione w 1999 roku przez Andreasa Gursky'ego, uznanego fotografa niemieckiego. Wielka odbitka 2,07 x 3,85 m, starannie obrobiona, cyfrowo zedytowana panorama.

The most expensive photo ever. Rhine II. Andreas Gursky, 1999.

BRZEG RENU w okolicy Düsseldorfu. Andreas Gursky 1999.

Gursky jest uznany. Czwarte co do ceny zdjęcie na świecie także należy do niego ("99 cent" 3,3 mln). Starannie wykształcony na Kunstakademie Düsseldorf, próbował fotografii reportażowej i dokumentalnej, później zainteresował się obróbką cyfrową i wyspecjalizował w wielkoformatowych misternie obrobionych zdjęciach. Bardzo umiejętnie używa przetworzonej rzeczywistości do stworzenia czegoś abstrakcyjnego. 

Fotodinoza postanowiła w kontrze (i w pluralis majestatis) stworzyć Najtańsze Zdjęcie Świata. Dokonaliśmy tego wyjątkowym wysiłkiem i najwyższym natężeniem woli. Do zrobienia tego zdjęcia został użyty najtańszy nasz aparat i najmniej kosztowny obiektyw. Użyliśmy także najtańszego środka lokomocji, a właściwie dwóch środków- nogi lewej oraz prawej.

Kadrowanie zostało dokonane z najniższą możliwą do osiągnięcia przez nas starannością, a przycisk spustu był naciskany z maksymalnie leniwą nonszalancją. Obiecujemy.

Wyszło jak wyszło i ten efekt pragnęliśmy uzyskać.
The less expensive photo ever. NER II, by fotodinoza.blogspot.com 2014
BRZEG NERU w okolicy Lutomierska, Marcin Andrzejewsky 2014


Zdjęcie owo jest dostępne wyłącznie w jednej odbitce 20x30 cm, podpisanej przez autora w celu poświadczenia autentyczności. Odbitka została już sprzedana za wartość niecałego funta kłaków, a konkretnie 0,01 ZWR (1 cent Zimbabwe). Nabywca, który pragnie pozostać anonimowy jest gotowy odsprzedać zdjęcie, ale, aby zachować jego słuszny i kontestacyjny nimb, jedynie za NIŻSZĄ cenę. Propozycje można składać w komentarzach do artykułu.

Fabrykant
z www.fabrykaslubow.pl


piątek, 29 sierpnia 2014

Perła designu/ zdechły praszczur. Canon EOS IX






Okazje zdarzają się zawsze.”

Artur „Kunta” Dąbrowski



Jak to człowiekowi niewiele do szczęścia potrzeba!

Konkretnie- 15,65 zł.



Trzy lata temu przymierzałem się do tego aparatu za 110 zł. Ale zrezygnowałem. Niee, to bez sensu- po mi taka droga fanaberia. Dwa lata temu pojawił się na Allegro za 55 zł, ale wysyłka kosztowała 20 zł, zastanawiałem się pół dnia, a wieczorem ktoś go kupił. Trudno. Niech mu służy. Potem wystawiono taki w aukcji od złotówki, z ceną „kup teraz” za 60 zł. Licytowałem za 50,-. Przelicytowali mnie.



Potem zniknęły wszystkie filmy APS na Allegro, a ja napisałem o tym artykuł przekrojowy- o tu: Przyszłość zaczęła się wczoraj. Ale się skończyła



A teraz też była aukcja od złotówki. I ja postawiłem na tego czarnego konia. I czarny koniu przygalopował. Heloł, koniu.



W opisie aukcji: „nie wiem czy działa, nie mam baterii, ani obiektywu żeby sprawdzić czy jest sprawny”. Trochę to odstraszało wszystkich miętkich. Trzeba było mieć mężne serce. Trzeba było być nieustraszonym- jak Fotodinoza. A co tam, jak się bawić, to się bawić- herbatę z cytryną poprosimy.



PERŁY DESIGNU

O rewolucyjnym, dawno przebrzmiałym systemie APS już napisałem. W skrócie- miał to być przebój ułatwiający fotografię analogową, nowy typ filmów, nowy typ zapisu informacji, nowe aparaty. Lata 90-te. Michael Jackson śpiewał „Beat It”, a Wham- „Club Tropicana”, gdy wespół w zespół, by żądz moc móc wzmóc Nikon, Canon, Minolta, Fuji i Kodak odpaliły nowe pomysły na fotografię dla amatorów i entuzjastów. Entuzjaści jednak entuzjazmowali się akurat nowo powstałą fotografią cyfrową i nie podniecili się nowo odświeżonym pomysłem na filmy.

APS trwał w końcówce lat 90-tych równolegle z aparatami tradycyjnymi na film 35mm i równolegle z cyfrówkami. Ale wszyscy wiecie jak się to skończyło.

Długo nie pożył ten APS.



Ale, choć APS już nie żyje, z oryginalnego wzornictwa tamtych aparatów wszystko co tylko można było- zostało designersko zerżnięte.

Moje wcześniejsze odkrycie skopiowania Minolty Vectris S, przez Olympusa E-300 to nie wszystko.



Ale oto i on. Srebrna Strzała, Srebrny Szerszeń, Drimlajner i Pędolino w jednym, odzwyczajony tygrys i zmoczony smok. W skrócie- zmok. (To z Lema).

Gdy mam go wreszcie przed oczami, nagły błysk lampy umysłowej rozjaśnia ciemności! Ja już to gdzieś widziałem!!!

No jasne! Sony DSC R1- cały tył cyfrówki Sony jest mocno zerżnięty z Canona EOS IX!

Pionowe kółeczko nastaw, motyw koła, a raczej torusa w korpusie. A to ciekawostka!

Canon EOS IX, 1996



Sony DSC R1, 2005

IX jest inny niż lustrzanki projektowane przed nim, i inny niż te późniejsze. To po prostu udany eksperyment. Nic takiego nie przeszło przez myśl żadnym późniejszym decydentom Canona, a także innym producentom lustrzanek (z wyjątkiem zerżniętego Olympusa). Kierunek dzisiejszego wzornictwa lustrzankowego jest, rzekłbym, całkowicie przeciwny- prym awangardy wiodą raczej modele retro, niż te które chcą łamać canony, tfu kanony. Wystarczy wspomnieć najnowszego Nikona Df, zaprojektowanego z wielką starannością jako niemalże idealna kopia Nikonów F z lat 60-tych.

Z lewej najnowsza nówka (Df), z prawej 18-letni rupieć


Gdyby Canon IX ukazał się dzisiaj jako cyfrówka, to chyba dostałby jakąś Red Dot Award, albo i Jeszcze Lepszą Award. Zewnętrznie jest mały i może stawać w szranki z marketingiem, który reklamuje Canona EOS 100D jako najmniejszą lustrzankę EOS. Pojechałem w tym celu specjalnie do (porządnie zaopatrzonego) sklepu fotograficznego na Narutowicza (www.sklepbeznazwy.com.pl), żeby porównać dwa modele Canonów:

Z lewej zapomniany starzyzna, z prawej nówka świeżonka:



A z tyłu bodyguard na sterydach.

EOS 100D vs EOS IX, z tyłu 5D MkIII
EOS 100D vs EOS IX


Dodajmy- analogowy Canon IX jest cięższy (485 g), niż pełen elektroniki, cyfrowy Canon 100D (407g), natomiast objętościowo licząc po wymiarach- IX jest mniejszy (0,623 dm3) niż 100D (0,735dm3).

Gdyby Tygrys był mniejszy
Od Królika i lżejszy,
I cokolwiek grzeczniejszy,
A zaś Królik silniejszy Od Tygrysa i wyższy,
A znów Tygrys był niższy,
I cokolwiek szczuplejszy,
Wtedy tak by nie brykał Na biednego Królika,
Który jednak jest mniejszy.
(cytat)

Jednak jest mniejszy tylko objętościowo.
 
INSTRUZZIONI MANUALI? CEŁUJTE ME V PRDL.

Wariat, taki jak ja, który kupuje Canona IX w cenie śmieci, bez instrukcji, baterii, czy w ogóle bez czegokolwiek, natyka się na pewien problem. To nie jest ZWYKŁY aparat. Jest troszeczkę jak standardowe EOS'y, ale też TROSZECZKĘ nie jest. Standard filmów APS dorzucił do znanych wszystkim typowych funkcji całą górę nowych możliwości. Zmianę formatów kadrowania, możliwość oznaczania przesłony i czasu z tyłu odbitki, możliwość wyjęcia kasety z filmem przed skończeniem całej i automatycznego załadowania jej z powrotem do pierwszej wolnej klatki.

No, podobno obecną w niektórych modelach EOS APS możliwość nadrukowania na odbitce jednego ze 100 napisów w 12 językach. Coś dla lingwistów. Ciekawe co to za napisy? Miałem nadzieję że uwzględnili potrzeby wszystkich użytkowników i jest wśród nich także „Kiss my ass/ polib mi prdl/ besarme el culo”

Niestety! Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było (cytat). Jak się okazuje- możliwość 12 napisów w 100 językach, czy też odwrotnie, dawał tylko model EOS IX 7/ IX Lite, a nie nasz IX bez cyferki. Co za zawód! Co za strata!

Zawiedzeni brakiem możliwości wykonania napisu na zdjęciu, spreparowaliśmy go sami:




Opisy techniczne obydwu modeli można znaleźć na stronach oficjalnego Canon Camera Museum:

bardziej profi: Canon  EOS IX

bardziej amatorski: Canon  EOS IX 7/ IX Lite (na rynek USA)


Na rynek japoński wypuszczano także IX'a z systemem sterowania atofokusem za pomocą oka, wziętym z Canona 50e, nazywało się to EOS IX E.



Tylko gdzie oni te wszystkie funkcje schowali w aparacie, i jak to znaleźć bez instrukcji?

Z instrukcją jest problem. Wielokrotnie przeprowadzane przeze mnie poszukiwania instrukcji w sieci- nie dały rezultatów. Możliwe, że gdybym na nią trafił, uzyskałbym już odpowiednie nasycenie żądzy posiadania i nie musiałbym kupować sobie aparatu. Ale nie ma. 15,65 zł.

Tylko mi nie mówcie, że właśnie znaleźliście link do pdf instrukcji Canona IX, bo ja też parę znalazłem. Wszystkie, co do jednej, prowadzą do instrukcji modelu Canon IX7, a nie do naszego IX. IX7 był bardziej konwencjonalną, brzydszą, uproszczoną wersją lustrzanki APS dla pstrykaczy, a nasz IX modelem dla ambitnych-ale-tych-co-się-troszeczkę-boją-kupić-normalną-lustrzankę.

Ja tam się żadnego aparatu nie boję, dlatego liczę że dojdę z IX'em do ładu.





PLAN

Plan jest taki:

  1. Obejrzeć go. Sprawdzić czy działa.
  2. Znaleźć film APS. A najlepiej dwa, żeby sobie zamiennie powyjmować i powkładać.
  3. Postrzelać foty- chętnie każdą z napisem „Kiss my ass”, ale jak wiemy to niemożliwe w tym aparacie.
  4. Zeskanować filmy.

Punkt czwarty był w założeniu twórców systemu APS- nieosiągalny. Ale jak u Szwejka- nie wolno, ale można.



W tym wpisie załatwimy punkt pierwszy, na następne punkty trzeba będzie trochę poczekać.



OGLĄD WYGLĄDU OGÓLNEGO

Zaskoczenie nr 1:

Eos IX jest, jak na swój niewielki rozmiar, zaskakująco ciężkim aparatem. 485 gram.

Zaskoczenie nr 2:

To jest aparat z całkowicie metalowym korpusem! Ha! Byłem przekonany, że to srebrny plastik, jak w amatorskich modelach. Jednak! Full Metal Jacket!



Zaskoczenia razem dają następujący efekt: wrażenie wyjątkowej solidności tego malucha. To uroczy, stalowy gadżet.



Podobno firma Bang&Oluffsen, w swoim cieniutkim pilocie do stereo stosowała ołów, żeby dać wrażenie zaskakującej solidności tak filigranowego urządzenia. Tutaj jest podobnie.

Leży toto w ręku nieźle, pomimo mikrego występu na prawą dłoń, jest poręczne i zgrabne, o ile tylko użyjemy lekkiego obiektywu (o tym później). Lampa błyskowa i pryzmat są niemal płaskie, w porównaniu do tradycyjnych lustrzanek i aparat sprawia wrażenie kompaktu z mocowaniem do EOSa.



WYKONANIE PLANU:

Czy działa?

Pierwsze to batery kompartmęt- otwieramy. Ciekawe co tam siedzi?

A to dwie CR123A. Jak w Canonie 500N. Odłamkowym- ładuj! Jest odłamkowy!

Przy okazji zauważamy że poprzedni właściciel IX'a używał statywu. Był ci to ani chybi jakiś profesjonał.


Teraz włączanie. Jakieś 70% Canonów włącza się kółkiem trybów fotografowania. Ale IX do nich nie należy. Ma osobny włącznik. Oznaczenia „L” i „A”. „L” to tradycyjny dla Canona „Lock”. A „A”?

„A”? Yyyyyy... Eee, to chyba od „Active”, czy co? Nie mogli napisać „On”?



Żyje!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Co nie znaczy że robi zdjęcia.

Przestawiamy na tryb Tv, żeby sprawdzić czasy migawki. Oj, migawka nie pochodzi z najniższej półki. Oj nie. Daje czasy 1/4000 sekundy. Musi to być element z dwucyfrowych serii, zapewne 50e.



Oglądamy dalej. Rzuca się w oczy duży chromowany przycisk, ze znaczkiem nieznanym dzisiejszym canonowcom- zmieniający format/ proporcje boków zdjęcia. Naciskamy. Na zewnętrznym ekraniku pojawiają się literki P (panoramic), C (classic), H(high, bodajże). Patrzymy w lipko. Ja cię! W wizjerze wyświetlacz ciekłokrystakliczny na tle obrazu! Chyba pierwszy w serii EOS. Maskuje marginesy dla formatów P i H i punktuje aktywne czujniki autofokusa.


Na górze typowe dla Canona sterowanie zdjęciami seryjnymi i pojedynczymi (Drive), włącznik lampy błyskowej i wyboru punktów autofokusa. Z lewej pokrętło ze sprężynującym, metalowym uszkiem dające dostęp do pokrywy komory dla filmu- bardzo to wygodne i nawiązuje bezpośrednio do starych manualnych aparatów. Classics Noveau.



Z tyłu po lewej kółko wyboru trybów fotografowania, ze wszystkimi znanymi trybami, oraz funkcją „Data”, znaną niegdyś jako element tylnej pokrywy Canonów, dzięki której dało się naświetlić datę na negatywie.



Żeby nastawić datę, albo używać bardziej zaawansowanych ustawień trzeba zajrzeć pod małą pokrywkę na dole, gdzie zgromadzono tajne przyciski dla agentów z licencją 00.



Pierwszy- to wymuszenie zwijania filmu, drugi- tryb autofokusa (ciągły, pojedynczy), trzeci- wielokrotne naświetelenie klatki/ sterowanie niedoświetleniem i prześwietleniem lampy (działa tylko wtedy, gdy lampa jest podniesiona), czwarty- NIE WIEM do czego. Ma oznaczenie symbolem zamka. W cyfrówkach to znak blokowania wykasowania zdjęcia, ale w aparacie analogowym???



Może się dowiemy zerkając do instrukcji Canon IX 7.



Przekopałem się przez instrukcję w pdf ie. Powiem wam że ten cały APS zdechł jeszcze z jednego powodu. To wszystko było zbyt skomplikowane, w porównaniu z prostotą cyfrowych kompaktów. W APSie były dziesiątki możliwości oznaczania zdjęcia napisem, można było ustawić żądaną ilość odbitek każdej klatki, czy też zażądać żeby fotolab naświetlił wszystkie odbitki (albo tylko kilka) z jednakowym, neutralnym ustawieniem- do tego służy właśnie symbol zamka- jednak odbywało się to BEZ WGLĄDU w samo zdjęcie (no, jak to w analogu), a zatem nie było wiadomo czy wszystkie te ustawienia będą dotyczyć UDANEGO zdjęcia. Do tego należało PAMIĘTAĆ by oznaczenia wprowadzić tuż przed, lub tuż po zrobieniu klatki, a żądanie neutralnego naświetlenia na pewno przed wyjęciem filmu z aparatu.

Gdy zagłębiam się w otchłań APS, główna rzecz jaka jest dla mnie ekscytująca to jednak możliwość wyjęcia filmu wpół rolki i zmienienia go na inny (np. bardziej czuły, lub czarno- biały). Reszta może być atrakcją głównie dla podnietliwych gadżeciarzy, no ale piszę to wszystko „na sucho”, nie zrobiwszy w życiu ani klatki filmu APS.

Wszystko przed nami.



Koniec dygresji, wracamy do studia:



Dwa przyciski środkowe służą do ustawienia nadrukowanej na negatyw daty lub godziny, działają w ten sposób, gdy kółko trybów przesuniemy w położenie „Date”.



Pod kciukiem, tradycyjne dla Canonów przyciski sterujące prześwietleniem i niedoświetleniem, oraz pamięć pomiaru światła.


PANIE DOKTORZE, CZY TO DZIAŁA?

Czy oprócz sekretnego życia prądów w korpusie (znowu jak u Lema) nasz Canon IX jest sprawny?

Nie do końca. Prawie działa. Chciałby, ale się powstrzymuje. Nieśmiały.

Od czasu do czasu zrobi zdjęcie. Ale od czau do czasu. A w międzyczasie objawy są następujące:

Z dowolnym obiektywem, lub bez obiektywu migawka otwiera się, lustro zraźnie podnosi się do góry, ale po strzeleniu zdjęcia aparat zawiesza się z lustrem podniesionym do góry i wyświetla symbol rozładowanej baterii. To objawy kropka w kropkę takie, jakie dają nowsze analogowe Canony, gdy założyć do nich stary obiektyw Sigmy i przymknąć przesłonę. Identico.



Moje niefachowe dyletanckie diagnozy, z nikim światłym niekonsultowane:

a) zła komunikacja między aparatem a stykami na bagnecie obiektywu, lub

b) uszkodzone sterowanie lustrem, lub

c) migawka jest jednak uszkodzona, choć na taką nie wygląda.



Zobaczy się. Znaczy Paweł zobaczy, mam nadzieję. (ten Paweł- link). Części do IX są zapewne niedostępne, autoryzowane serwisy zapewne umywają ręce, a jak by mogły, to i nogi. Natomiast liczę, że dawcy części znajdą się w szafie Fotodinozy, lub w najgorszym razie za 30-40 zł na Allegro.



MODYFIKACJA PLANU



1a. Naprawić.



WRAŻENIA

Nie jest to przesadnie skomplikowany aparat. Jest w sam raz. Jako pierwsza lustrzanka APS marki Canon nie poszła w orgię funkcji. Producent wycelował precyzyjnie armatę i wystrzelił IX'a w stronę wyższej półki klientów, potrafiącej fotografować, lub tych którzy mieliby na potrafienie ochotę. Ujmujący wyglądem i materiałami. Za sprawą pełnej ustawialności (autofokusa, trybu ostrzenia), szybkiej migawki i trybu przesuwu zdjęć, dającego niezłe (jak na owe czasy) 2,5 klatki/ sekundę, to bardzo sprawne narzędzie dla osób zaawansowanych i dobre dla ambitnych amatorów do zanurkowania w fotografię. Jedno, czym różni się IX od np. EOS'a 50E to brak możliwości wyboru sposobu pomiaru światła- standardowo jest tylko matrycowy. Żeby skorzystać z punktowego trzeba użyć pamięci pomiaru światła, a żeby dostać od aparatu pomiar centralny- uśredniony trzeba strzelać w trybie M.



EOS IX jest skrojony na wymiar pod małe obiektywy. Jest to bądź co bądź pierwsza lustrzanka Canona z elementem rejestrującym obraz mniejszym niż standard 35mm- dzisiaj takich lustrzanych cyfrówek jest najwięcej, mamy do nich spory wybór niewielkich i lekkich obiektywów na małą klatkę. Wtedy, zapewne też o tym myślano, ale myślał indyk, jak wiadomo.

Z dużym obiektywem ten aparat traci jakąkolwiek ergonomię, bo trzeba trzymać sprzęt za obiektyw i prawą ręką obsługiwać kółko trybów leżące po lewej stronie korpusu. Pod tym względem, trzeba przyznać, lepiej wymyślono współczesne małe cyfrówki, zaczynając od 350D, a kończąc na 100D- mają one większość przycisków sterowania pod prawą ręką, a do tego JAKIKOLWIEK uchwyt pod palce prawej ręki.

EOS IX + 70-200/2,8



Niemniej- w przeliczeniu wydanych pieniędzy do fun'u EOS IX zajmuje poczesne miejsce na liście Fotodinozy. Łaskawie wybaczamy mu to, że nie działa.

Będą następować poszukiwania nienaświetlonego filmu APS, no chyba że ktoś z czytających ma taki w domu? Chętnie kupię. Równolegle, może uda się doprowadzić IX'a do stanu wrzenia, tfu, to Fotodinoza jest w stanie wiecznego wrzenia- do stanu pełnej sprawności. Czego i Panstwu życzymy. 
Zostańcie nastrojeni.



Fabrykant

z www.fabrykaslubow.pl



Podziękowania za umożliwienie sesji zdjęciowej dla www.sklepbeznazwy.com.pl - mały, dobrze zaopatrzony kącik w centrum.