wyświetlenia:

środa, 21 marca 2018

Poza Magnum. Bogdan Dziworski „f/5,6”




Wszystko przez Cartier- Bressona. Niech go cholera! Wszystko przez to, że Bresson miał oprócz fotografii spore doświadczenia z filmem. W 1936 współreżyserował „Życie należy do nas” („La vie est à nous”), film pod egidą Komunistycznej Partii Francji, później „Hiszpania będzie żyć” o wojnie domowej. Gdyby nie to, pewnie dwadzieścia lat później doradziłby Bogdanowi Dziworskiemu żeby zajął się koniecznie fotografią i, jako jedyny Polak, wstąpił do agencji Magnum.
A tak – napisał mu, że film to też jest świetne medium. Bogdan Dziworski został filmowcem dokumentalistą. I nie żałuje.
Ja żałuję.
Nie widziałem na oczy powyższych filmów Cartier- Bressona. Ale za to widziałem wystawę świetnych zdjęć Bogdana Dziworskiego w łódzkim Muzeum Kinematografii.

Dawno się tyle nie nauśmiechałem do siebie. Na wszystkich tych zdjęciach – Człowiek. Przez duże „C”. Pan fotograf ma wspaniały talent do łapania interakcji międzyludzkich jak motyli w siatkę. A przy tym głaszcze ich z czułością, patrzy na ludzi z sentymentem. Bardzo to bresonowskie, bardzo humanistyczne, pięknie złapane w momencie decydującym. Miłe jest też to, że widać na zdjęciach Dziworskiego taką starą fajną Polskę, której już nie ma, pomimo że wielu nadal ją pamięta.

Co by tu nie mówić – za komuny byłem jednak młodszy.
Krzysztof Gol

Pięknie zanurzyć się nie tylko w świetne zdjęcia, ale i w przeszły czas lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Ze zdjęć Dziworskiego bije taki nieistniejący, przeszły sznyt. Trudno to określić. Na tych fotografiach są, oprócz złapanych momentów kluczowych, także pewne nieistniejące typy, nieistniejące dzisiaj międzyludzkie sytuacje. Zapytany autor mówi o tym tak:
Kiedy patrzę na te fotografie, to nawet jeśli zdjęcie jest niedoskonałe, "robią" je te gęby, te fryzury, te kostiumy. Już w tym jest poezja. Ja nawet starałem się teraz zrobić podobne rzeczy, ale nie wyszło już tak dobrze. Wie pani, kiedyś była inna atmosfera. Jak dawniej szła orkiestra dęta przez dzielnicę, to dla wszystkich było to wydarzenie, wszyscy gromadzili się wokół i to przeżywali. Dziś orkiestra między występami disco polo a plenerowymi koncertami już tak nie działa, jesteśmy zblazowani. Ludzie nawet inaczej się poruszają niż kiedyś, wszystko jest takie wystudiowane, gibają się, naśladując obrazki z teledysków. Dawniej tego nie było, życie biegło wolniej, więcej jakiejś refleksyjności, zadumy w tym było.

Na fotografiach Dziworskiego widać często emocje, interakcje, tu spotykają się tęskniące spojrzenia i wymowne gesty, które rozumiemy bez słów, jak na niemym filmie rysunkowym. Zauważam, że często brakuje tego w dzisiejszym popularnym nurcie streetfoto, gdzie nacisk położony jest na kadr, dziwność, zaskoczenie, a naturalnych odruchów i obserwacji ludzi jest niewiele. Niewiele jest, mimo wszystko, wyczulenia na człowieka.





Myślę, że będzie z tym coraz gorzej. W czasach fotografowanych przez Bogdana Dziworskiego można było co najwyżej po mordzie zarobić, za podglądanie obiektywem postronnych przechodniów. Jak mówi sam fotograf - parę razy po mordzie dostał. Warto było! Dzisiaj niestety, obicie fizjonomii nie będzie najgorszym, co spotka wścibskiego reportera. Grozi mu coś znacznie, znacznie gorszego – proces, za naruszenie tych czy innych praw. Policja, sądy, adwokaci, grzywny, paragrafy, togi i łańcuchy z orłem białym. Palec odruchowo cofa się ze spustu migawki...

poniedziałek, 12 marca 2018

Co nas kręci, co nas podnieca.




Na ławeczce

Na początku podobały mi się wszystkie kobiety: grube, chude, starsze, młodsze, blondynki, brunetki. Potem zacząłem trochę przebierać- raczej młodsze, raczej blondynki niż brunetki, a najlepiej szatynki, szczupłe, ale nie kościste. Jeszcze później zacząłem gustować w przyćmionych lampkach, cichej muzyce, cienkiej bieliźnie i dwóch kieliszkach dobrego wina na stoliku. Myślałem, że mi się smak coraz bardziej sublimuje, a to były początki impotencji…
                     Wisława Szymborska, z serii Podsłuchańce.


A mnie podnieca kafelek od pieca.
Kiedyś podniecało mnie wszystko. Teraz zauważam sublimację. Kiedyś dyszałem na widok dowolnego nowego obiektywu. Teraz poznałem swe gusta do głębi i już wreszcie ustaliłem kryteria wewnętrznego rankingu. Kryteria podniety są następujące:
-to co jasne
-to co szerokie
-to co tanie.
Jak wiadomo wszystkie te kryteria razem są nie do pogodzenia, tak jak samochód dobry, ładny i tani. Trzeba kupić trzy.
A jak już dwa naraz kryteria są spełnione, to już w ogóle ekstaza. Udręka i ekstaza.

Na szczęście i o dziwo wybór w każdej z tych dziedzin się poprawia. Nawet w tej ostatniej, znaczy się taniości. Nie zapomnieli jeszcze producenci o tych najmniej podnieconych, bo mniej zamożnych. Ostatnio pisało się o takim tanim sprzęcie, w postaci Yongnuo 100/2 – LINK. Nie był ci on super, ale też nie był do niczego. Był pośrodku. Za to tani.
Taniość jest rzeczą względną. Dla niektórych tanio, to będzie 5,5 tysiąca za nową Sigmę 14-24/2,8– na przykład dla Foto-Nieobiektywnego. Ja wiem, że to cholernie zaawansowane szkło i że tańsze niż mniej więcej odpowiadające mu sprzęty innych marek. No, ale jakoś tak mi się to drogo widzi. Nie poradzę. Może i dobra cena, ale wysoka. Ja jednak w zaostrzaniu swoich kryteriów doszedłem do ekstremum. Ma być bardzo jasno, ma być bardzo szeroko i ma być bardzo tanio. Ma być podniecająco.

No to teraz o czym myślą kobiety? O czym mówią faceci? O czym szumią wierzby? W kryterium jasności oczywiście o Sigmach, bo Sigma ostatnio bardzo dba o to, żeby być w czołówce wyścigu. Żeby wyprzedzać lewym pasem. Po pierwsze więc primo obiektyw 105mm ze światłem 1,4. No niby nie jest to takie super ekstremum, Nikon ma podobny Canon ma 85/1,4, ale jednak. Sigma jest o pięć milimetrów dłuższa od Nikona, piętnaście dwadzieścia milimetrów dłuższa od Canona i nie ma stabilizacji (którą ma Canon). No i do tego ma coś, co dla obiektywów jest jak potężny spoiler na Subaru Imprezie - mocowanie statywowe. W tej dziedzinie jest najprawdopodobniej najkrótszym teleobiektywem w którym takie coś zastosowano. Brak stabilizacji oznacza też jedno – ma szansę być tańsza niż konkurenci. Patrz – punkt trzeci podniet.


Następny obiektyw łączy aż dwie cechy z tych podniecających. Jest superjasny i superszeroki. To Sigma 14/1,8. W dziedzinie szerokości dość blisko ekstremum, w dziedzinie jasności – ekstremum niepobite. Nigdy nie było tak jasnego obiektywu o takiej ogniskowej. Bije on na głowę wszystko co było do tej pory. Ekstremalnie szerokie szkło, które daje małą głębię ostrości – to jest jednak coś. Trzeba kiedyś tego popróbować.

poniedziałek, 5 marca 2018

Trabant powrócił!



Zakłady przemysłu motoryzacyjnego VEB Sachsenring Automobilwerke w Zwickau produkowały z duroplastu samochód marki Trabant od lat 50-tych do 90-tych.

Pewien cyklista z Zwickau
Na swej damce chyżo pomykał.
Pod pretekstem przejażdżki na ramie
Robił dziecko kolejnej damie,
Po czym kłaniał się i szybko znikał.

(Bronisław Maj)



Duroplast to polimerowe tworzywo sztuczne, niepalne i o dużej wytrzymałości na zgniatanie i zginanie. Dzięki temu, że było tanie w produkcji Niemiecka Republika Demokratyczna była, o dziwo, najbardziej zmotoryzowanym krajem Demokracji Ludowej – na 1 samochód przypadały tylko 4 osoby (w 1989 roku). Zważywszy, że Trabant był czteroosobowy, całe NRD mogło wsiąść do swoich samochodów i po upadku Muru Berlińskiego popędzić na spotkanie z kapitalizmem w RFN- ie.
Trabant jest jednym z przykładów, że sensowne użycie tworzyw sztucznych może być impulsem do rozwoju.




Tymczasem mamy rok 2018-ty. Wszystko dziś jest wypasione, drogie, multiinterfejsowe, błyszczące metalem, luksusowe i podłączone do internetu. Także aparaty fotograficzne. Enerdowski Trabant jest na tym tle gównianym pudełeczkiem, w którym jedyne co podnieca, to sentyment do starzyzny. To, zdaje się, dzisiaj słabo się sprzedaje. Jak coś nie wygląda na drogie i nowe, to znaczy że należy wyrzucić to natychmiast do śmietnika, wziąć kredyt na dwadzieścia lat i kupić nowe.
Wydawałoby się, że Trabanty nie mają dziś racji bytu.


Ale chyba nie do końca. Przynajmniej nie w dziedzinie sprzętu fotograficznego.
Tutaj ścierają się różne trendy – spadek zainteresowania fotografią jako medium służącym estetyce i wiedzy, wzrost zainteresowania fotografią jako czczą rozrywką i rejestratorem głupot, oraz związany z tym spadek zainteresowania poważniejszym sprzętem fotograficznym (przy powszechności smartfonów) i wzrost cen tegoż zaawansowanego sprzętu. Od kilku lat aparaty typu lustrzanka lekko drożeją, podobnie obiektywy fotograficzne. Bezlusterkowce, stanowiące nikły procent sprzedaży także trzymają cenę, pomimo tego że nowością ich już nazwać nie można.
Większość producentów takich zaawansowanych sprzętów stanowią firmy japońskie. Sprawdziłem sobie kurs jena z ostatnich dwóch lat, i wiecie co? Ten jen od półtora roku cały czas tanieje. Niestety sprzęty fotograficzne nie bardzo. Kolejne generacje albo są droższe od poprzedników, albo przynajmniej nie tańsze. Producenci motywują te ceny coraz większym wypasem i zaawansowaniem sprzętu, pomimo tego że żadnej rewolucji nie widać, co najwyżej dokładanie kolejnego wodotrysku do buchającej fontanny. Mi się wydaje że to tworzy pewne zaklęte koło. Popyt spada, producenci podnoszą ceny żeby sobie to rekompensować, no to popyt spada dalej itd. Tak to intuicyjnie, a nie rozumem i wiedzą wyczuwam.
No i zdaje się, że mój ulubiony Canon też to wyczuł, albo wyrozumował ze swej tajemnej wiedzy. Dość że wrócił do korzeni, jakie był je miał jeszcze w połowie lat dwutysięcznych i jeszcze wcześniej.
No i fajnie. Lubimy korzenie.

wtorek, 27 lutego 2018

Co kupić oprócz obiektywu kitowego? Yongnuo 100 f/2 test review.

Canon 5D + Yongnuo 100mmm @ f/2,2


No i co ma zrobić ten biedny użytkownik cyfrowego aparatu z kitowym, podstawowym obiektywem? Użytkownik amator, który nie wie co dalej?
No jasne że powinien kupić sobie jakiś fajny obiektyw!
Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy, jak wiadomo.
Wybory są ciężkie, z jednej podstawowej przyczyny- bo drogo. Fotografia to droga zabawa, zwłaszcza jeśli nastawiamy się na nowe sprzęty. Można na to wydać wszystkie oszczędności, bo to podniecające jest. Na ogół trzeba się jednak ograniczać, mierzyć siły na zamiary i rozsądnym być w życiu.
Jakiż to nierozsądnie rozkoszny zakup podsuwa nam rozsądek? Noooo… jest wiele możliwości (cytat). Można sprzedać nerkę, zastawić mieszkanie, wziąć kredyt, zmienić pracę (też cytat). Ale kto tego niechętny- musi kombinować.


Rozsądek mówi, żeby celować w jak największą wydajność z wydanej forsy. Mało wydać z dużym efektem. Do niedawna jeszcze wszyscy radzili następujące kierunki- najtańszy teleobiektyw, najtańszy szeroki kąt, albo najtańszy stałoogniskowy. I są to niezłe opcje, bo zmieniają fotografowi punkty widzenia (zmieniając ogniskowe), albo możliwości strzelania w półmroku.
W większości systemów najtańszym stałoogniskowym i jasnym sprzętem jest jasna 50-tka. Jakie ona da przewagi? Można będzie fotografować bez lampy w czterokrotnie słabszym świetle, można będzie uzyskać bardzo małą głębię ostrości (znaczy się oczy portretowanego ostre, a uszki już rozmyte- mówiąc obrazowo- przydaje się zwłaszcza jak brudne), można będzie, przymykając przesłonę uzyskać ostrzejsze zdjęcia niż z obiektywu kitowego.

Większość doradców doradzała niezdecydowanym amatorom właśnie taką 50-tkę. I ja też ją doradzałem. Nie kłamałem. Sam mam.
Niemniej 50-tka ma jedną wadę główną, choć to jest cecha, a nie wada- dubluje ogniskowe obiektywu standardowego, sprzedawanego w zestawie wraz z aparatem. Uzupełnia go co prawda nieźle, bo tam gdzie on jest najsłabszy jakością i ciemny, to stałoogniskowiec akurat jasny i ostrzejszy. Ale czy na pewno na to należy wydać nasze kilka, ciężko uciułanych stówek?

Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie czego mu potrzeba do szczęśliwego żywota i lepszych zdjęć. Niemniej jeżeli kto chciał poczuć dotknięcia absolutu i posmakować wyraźnej różnicy w porównaniu z tym co ma, to na ogół musiał sięgnąć głębiej po dodatkowe bilety Narodowego Banku Polskiego. Cierpieli zwłaszcza miłośnicy portretów, dla których odpowiednio jasne, porządne jakościowo szkła kosztowały między 1,5 a 2 tysiące owych biletów.
Kosztowały. Bo już, o dziwo, nie kosztują.

Jak wiecie jestem miłośnikiem różnych wynalazków, zwłaszcza tych, które nie demolują budżetu- lubię sprawiać sobie zajechane na śmierć stare Sigmy, które nie działają na wszystkich przesłonach z Canonem, albo inne tego typu rzeczy. Dla amatora jednak, taki zakup jest raczej mało komfortowy, bo chodzi o to żeby mu się fotografowało łatwiej, a nie trudniej, na czym mi akurat nie do końca zależy. Druga rzecz to ewentualność wtopienia w coś używanego, co wiele osób nie zachwyca. I nie dziwię się.
Na tym tle zaistniały ostatnio obiektywy, które teoretycznie rozwiązują wszystkie powyższe problemy:
-kosztują kilkaset złotych, a nie dwa tysie
-używanie ich daje dramatyczną różnicę in plus, wobec obiektywu kitowego
- są stałoogniskowcem i krótkim teleobiektywem w jednym (najlepsza rzecz do portretu, z założenia)
-oraz mają gwarancję, fakturę VAT, instrukcję i pudełko. Bo są nowe.
A imię ich Yongnuo.



Ciekawość mnie zżerała i nie mogłem sobie odmówić zgłębienia tematu. No bo jakieś wady też muszą mieć, prawdaż? Nie ma darmowych obiadów (cytat), już nie mówiąc o deserach.
Niektórzy mówią, że ich wadą jest kraj produkcji. Machina to nadzwyczajna, niestety made in China (rymuje się i po polsku i po angielsku). Ci niektórzy powinni jednak spojrzeć na to co jest napisane drobnym drukiem na ich własnych prześwietnych obiektywach. Z grubsza prawie wszystko co fotograficzne jest produkowane w Chinach. Liczy się głównie kto projektował i jak się do tego przyłożył. Chińczycy ostatnio bardzo idą do przodu w dziedzinie inżynierki, wystarczy wspomnieć Huawei i Lenovo, może znacie takie firmy. Yongnuo nie jest aż takim brandem, ale czemu nie dać mu szansy? Ja chętnie dam.

Yongnuo YN 100mm + Canon 5D


piątek, 23 lutego 2018

Konserwa ze Społem


Zaraz, zaraz! Kto powiedział, że człowiek musi się rozwijać, z żywymi naprzód iść, nie ze zdechłymi? Co to za mus jest w ogóle?! A nie można sobie siedzieć cichutko w swojej niszy, nie wychylać się i ino kontemplować? W przeszłość patrzeć? Można. Kto bogatemu zabroni? Kto biednemu zabroni udawać bogatego? Ja tak lubię sobie usiąść i pokontemplować czasy minione. Konserwa ze mnie straszna. Ale otwarta, otwarta…
Albo się człowiek sam kształtuje, albo to jego kształtują, nie wiadomo – już filozofowie antyczni łamali sobie nad tym głowy. Mnie jakoś tak skręciło w stronę fotografii i nie wiem, czemu to zawdzięczam. Może zdjęcia Cartier-Bressona wisiały nad mą kołyską, tuż obok zdjęć Jamesa Bonda przy Astonie Martinie DB5? Taką przebodli mnie ojczyzną i na władzę nie poradzę. Jak wiadomo: nasiąka, nasiąka, nasiąka, nasiąka- a potem trąci.
Jakoś mi te czarno-białe zdjęcia sprzed pięćdziesięciu lat zapadły w pamięć i na studiowaniu sław z Agencji Magnum spędzam najmilsze chwile. Najmilsze pieniądze wydaje mi się na ich na albumy. Gdzie tam przyszłość jakaś niezbadana, jak tu taka piękna przeszłość czeka na eksplorację i kontemplację. I właściwie dlaczego ja tak to Magnum kocham?
W latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku przeciętny fotograf gazetowy, fotoreporter z ambicjami czy też mający się za artystę fotografik miał zwykle następujący tryb działania. Redaktor naczelny czasopisma wzywał go do siebie i mówił „Panie Heniu, pojedziesz pan tam i tam, bo chciałbym mieć na okładkę zdjęcie Berbera na koniu. I w ogóle egzotyka dobrze się sprzedaje, a my mamy umowę z biurem Cooka podpisaną – jedziesz pan, strzelasz zdjęcia. Tu jest zaliczka pięćdziesiąt franków (reichsmarek, złotych). Tylko nie przepij pan”. Fotoreporter jechał, tułał się po świecie, taszcząc swój skrzynkowy wielkoformatowiec lub ewentualnie Leikę, biedował razem z Berberami, wkradał się w ich łaski, strzelał portrety, głodował na pustyni, haszysz palił. Następnie dostarczał do redakcji swoje fotografie, otrzymywał za nie (lub nie) zapłatę. Ze swoimi zdjęciami żegnał się na dobre. Nie tylko z negatywem. Również z prawami autorskimi. Wszystko to redakcja gazetowa zabierała sobie na zawsze i mogła zrobić co tylko chciała – obciąć Berberowi nogi albo wstawić w fotomontażu Mussoliniego rozmawiającego z Berberem za plecami Hitlera. Nie zawsze tak to działało, ale często.
Potem nadeszła II wojna i fotoreporterzy co innego mieli na głowie. Wszyscy mieli co innego na głowie. W czasie II wojny niektórzy wcieleni do wojsk fotografowie zrobili na służbie swoje epokowe zdjęcia. I ponieważ zrobili je na służbie, to teraz ku zaskoczeniu wszystkich należą one do domeny publicznej, bo wojskowe archiwa po latach chętnie udostępniły swoje zasoby – tak stało się ze zdjęciem Victora Jorgenssena pocałunku w dniu zwycięstwa (V-Day) strzelonym w Nowym Jorku.

piątek, 16 lutego 2018

Centrum feudalizmu. Liptovský Ján.


A może lepsze są Alpy pod Tatrami?
Może i lepsze, ale co to tam za Tatry! Takie niskie!
No bo to Nizkie Tatry.



Znowu się coś tam kliknęło na buking com. Cokolwiek, byle blisko, bez żadnych dodatkowych intencji, byle było miło i niedrogo. Klik i coś tam się zarezerwowało. Potem trzeba było dojechać. Nie tak daleko nawet. Dojechało się po nocy, poszło spać. A rano...
Ratunku! To jest jakieś niewiarygodne miejsce.
Nieoczywiste, ale jednak niewiarygodne.
Wieś, ale taka jakiej w Polsce nie widziałem. Nazywa się Jan Liptowski, tfu... Liptovský Ján.



Ja już kiedyś pisałem, że dla egzotyki to nie trzeba daleko jeździć. Zaskoczenia czekają już za rogiem. Tylko są warunki – nie należy oczekiwać od wszystkiego splendoru Pałacu Buckingham, oraz trzeba się uważnie wpatrywać. Trenuję uważne wpatrywanie, zwłaszcza przez wizjer aparatu. Węszę ślady przeszłości jako ten ogar polski.
Bo ja strasznie lubię wszystkie przeszłe rzeczy, różne zaszłości i anachronizmy. Nie wiem skąd mi się to bierze, ale jak widzę jakąś starą ruderę, to od razu mi się lepiej robi. Czasem wystarczy mi popatrzeć na swój samochód.

Samochód dojechał, tak jak zawsze dojeżdżał. Mówiłem, że co stare to dobre.




Liptowski Jan, u wejścia do Jańskiej Doliny, region Liptów, okręg Liptowski Mikulasz, kraj Żyliński, Słowacja. Miejsce w samym środku niczego. „Na brzegach starych map pisali: dalej mieszkają już tylko smoki”.


Maleńka wieś, na pierwszy rzut oka taka jakie wszystkie na Słowacji, trochę starych domeczków, trochę nowych, strumyk płynie z wolna, rozsiewa śniegi luty, góry dookoła. Ale już z mojego z okna widzę pierwszy... hm..., jakby to stało w Polsce, to by się nazywało, jak bum cyk dana, „kasztel”, a tutaj się nazywa „kuria”, pierwsze quasi - warowne coś. Potem idą dwory. Dworzyszcza. Wśród wiejskich domków stoją sobie wielkie dworskie rezydencje. Jest ich tu siedemnaście. W większości renesansowych! We wsi, którą przeszedłem spacerkiem w dwadzieścia minut! Sporo w stanie „tradizzioni ruderi anticchi”, niektóre świeżutko odrestaurowane i odbiglowane, część, o, proszę bardzo- na sprzedaż.








poniedziałek, 12 lutego 2018

Kate (thriller).

By Deon Maritz (Flickr) [CC BY-SA 2.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons.


Ty jesteś taka moja mała Kate Moss
Chude masz ręce, chude nogi a oczy
Oczywiście głębokie, że hej hej hej.
Chude modelki ciągle w modzie są
Ciągle na głodzie chodzą, mało śpią.
Ty jesteś taka moja mała Kate Moss
Kochanie, wytrzyj nos...
              Organek „Kate Moss”




Kate obudziła się jeszcze przed świtem. Niejasne uczucie mówiło że coś jest inaczej niż zwykle. Uniosła głowę z pościeli wielkiego łóżka i rozejrzała się po białych ścianach sypialni. Na jednej z nich czerwieniał w milczeniu wściekle kontrastowy Warhol, promieniejący kolorem nawet w półmroku przedświtu. Kate, przymrużyła oczy i prześlizgnęła się wzrokiem po obrazie. Kieliszek niedopitego wina, rozrzucone w lekkim nieładzie ubrania, białe szpilki pod fotelem. Chwilkę wsłuchiwała się w ciemność za oknami, ale szum miasta był ledwie dostrzegalny. Wielka, samotna, obła lampa milczała na suficie. Zza drzwi garderoby sączyła się słaba poświata. Ach, to to. Zapomniała zgasić tam światło. Mrużąc oczy żeby się nie rozbudzić, wysunęła swe szczupłe ciało spod prześcieradła. Biały dywan miło i miękko dotykał jej stóp. Uchyliła drzwi od szafy, gdzie wielkimi stertami leżały jedne na drugich pudła z butami, przesunęła nogą pod ścianę srebrną torbę od Hermesa, potem machinalnie podniosła czerwone czółenko, które spadło z półki i wcisnęła je obok nierozpakowanego, czarno żółtego pudła z aparatem. Nie miała dotąd czasu żeby do niego zajrzeć od świąt. Może się kiedyś przyda. Kliknęła przełącznik i domknęła drzwi i wróciła do łóżka. Gdy zasypiała ponownie, Londyn powoli otwierał oczy.

Słońce przebijało się przez zasłony. Kate usiadła na łóżku i przeciągnęła się. Mmmm, przyjemnie. 
Musiała być już dziesiąta. Na razie nie sprawdzała godziny. Zrzucając prześcieradło na podłogę ruszyła do łazienki, gdzie jasne światło odbijające się od bieli i kontrast antracytowej ściany rozbudzał ją do reszty. Weszła za wielką szybę i odkręciła krany.

Wycierała się grubym ręcznikiem, który powodował przyjemne mrowienie. Zerknęła w lustro- nie jest źle, nawet bez makijażu… W tym momencie przypomniała sobie że nie wzięła z garderoby ubrań. Naga, z ręcznikiem na włosach wróciła do sypialni. Mijając łóżko, jakiś mocny czerwony kształt przyciągnął jej wzrok.

Róża na stoliku nocnym.

Skręciła gwałtownie. Przecież jej tu wczoraj nie przyniosła?! No chyba że nie pamiętała… Pochyliła się nad stolikiem. Niepokój uderzył falą gorąca. Do łodyżki przymocowany był bilecik:

Tak rzadko o mnie myślisz. Tęsknię. Nie mogę bez Ciebie żyć.”

Kate aż zatkało ze zdziwienia. Nie dotykając róży usiadła na łóżku oniemiała. O co tu chodzi? Krople wody kapały z włosów na biały dywan. Ktoś tu był?! Ona sama przecież nie przyniosła tej róży wczoraj w nocy. Była pewna. Prawie.
Zamyśliła się i spróbowała przypomnieć sobie wydarzenia poprzedniego wieczoru, ale nie do końca mogła być pewna swoich wspomnień. Prawdę powiedziawszy nawet nie pamiętała jak otwierała drzwi. W każdym razie wróciła sama. Tak. Tego swojego odbicia w lustrze kiedy winda wiozła ją wczoraj z parkingu na górę mogła być pewna. Pożegnała się z Jamiem pod domem. Odjechał taksówką. Skąd zatem ta róża? Może włożył ją do kieszeni jej płaszcza, a ona go wyjęła? Pamiętała by przecież. Chyba.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Bezpieczeństwo czyha



Bezpieczeństwo jest dzisiaj odmieniane przez wszystkie przypadki. Mianownik, dopełniacz, celownik. Jest na celowniku wszystkich. O bezpieczeństwo! - wołają wszyscy w wołaczu.
Reklama Lexusa w telewizji – wielkimi wołami krzyczy, jako pierwsze, słowo „bezpieczeństwo!”, pomimo że samochód pędzi po krawędzi. I to po zaśnieżonej. Aż boję się otworzyć lodówkę żeby to bezpieczeństwo na mnie z zamrażalnika nie wyskoczyło. Wszyscy muszą być bezpieczni i pozabezpieczani, wszystko akuratne, zgodne z prawem i na pewno nie szaleńczo swobodne, tylko utrzymane w rygorze, systemie i przepisach.

Nasze dzieci już nie chodzą po drzewach. To na pewno dobrze robi drzewom, ale raczej nie dzieciom.

Nasi znajomi już nie piszą kontrowersyjnych wpisów na Facebooku. A jak piszą – to ryzykują. Nawet ci co nie piszą kontrowersyjnie – też ryzykują. Kilka tygodni temu motoryzacyjna strona facebookowa Złomnik, o strasznie starych i nic nie wartych zardzewiałych gratach zniknęła nagle z eteru. Ja Oka, ja Oka, Grab Jeden zgłoś się! Niestety nic nie pomogło. Strona ta miała 44 tysiące fanów i tylko to ją uratowało – fani zaczęli pisać odwoławcze pytania do Facebooka i Złomnik został przywrócony.

Dlaczego został usunięty – nie wiadomo. Nie pisał nic złego, gołych bab tam nie było, jeżeli ktoś był tam postponowany – to co najwyżej producenci nowych samochodów, jako sprzedawcy złudzeń o prestiżu opakowanych w złote papierki. Może za dużo pisał o czarnych pedałach. Sprzęgła, hamulca i gazu. A może to donos jakiejś Mazdy czy BMW, choć wierzyć się nie chce.

Kto go usunął – też nie wiadomo. Nie ma osoby która jest Facebookiem, albo byłaby chętna go reprezentować. Można tylko słać maile na anonimowy adres firmowy. Nie jest to mail Marka Zuckerberga. Przypuszczalnie to automatyczne algorytmy, boż dwóch miliardów facebookowiczów żadna armia ludzi nie jest w stanie skontrolować. Automatic for the people.

Zatem bądźmy gotowi, że w ramach bezpieczeństwa zostaniemy zabezpieczeni na amen poprzez likwidację.

Dwóch moich znajomych w ostatnim miesiącu zostało przez Facebooka zbanowanych na kilka dni. Jeden za zamieszczenie Mikołaja/ Śnieżynki w postaci baby z gołym cyckiem (jednym), a drugi za przytoczenie dowcipu, w którym mężczyźni rozpoznają tylko trzy kolory. Albo nagle ci wszyscy znajomi tacy się wulgarni i obrazoburczy stali, albo to Facebook zaostrzył kryteria i przykręcił kurek. Wszystko wskazuje jednak na to drugie – właśnie w Niemczech weszło w życie tzw. prawo „NetzDG” (zacytuję to słowo całkowicie bez zrozumienia, bo nie znam niemieckiego, przypomina ono słynnego „kapitana statku żeglugi rzecznej na dunaju”: Netzwerkdurchsetzungsgesetz). Prawo to daje możliwość obciążenia Facebooka czy inne medium społecznościowe kwotą 50 milionów euro za zezwalanie na mowę nienawiści, lub publikowanie fałszywych faktów. Media te mają 24 godziny na usunięcie niepoprawnych politycznie wpisów. Zrozumiałe zatem, że starają się być gorliwe. Na stronach niemieckiego ministerstwa sprawiedliwości wisi formularz w którym każdy może zgłosić przypadki kryminalnych wypowiedzi.

Zastanawiam się... Czy ja już kiedyś o tym nie słyszałem??? Kiedy to mogło być?
Już wiem!, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym.


Złomnik, ze swoją rzeszą wielbicieli miał niejaką siłę przebicia, znacznie gorzej ma człek prywatny z dwustoma (powiedzmy) facebookowymi znajomkami. Oni po pierwsze nie zauważą w ogóle waszego zniknięcia, zanurzeni w podsuwane przez portal kotki, pieski, kawy ze starbunia i polityczne nawalanki. Czy wy zauważylibyście przymusowe zniknięcie jednego z waszych znajomych? Był człowiek – nie ma człowieka. Pewnie odpoczywa od internetu.


Żeby wydobyć się, tak jak Złomnik z facebookowych kazamatów, zawinionych lub pomyłkowych, musielibyście choćby zmobilizować do protestu wszystkich swoich społecznościowych znajomych. Myślicie że to możliwe? A macie do nich wszystkich numery telefonów, albo chociaż maile?

piątek, 26 stycznia 2018

Meksykańska walizka.



Tym razem krótki niecenzuralny niecenzurowany felieton gościnny legendarnego Wója Fotodinozy. Wój Lech Trzęsowski, filmowiec (był operatorem Kieślowskiego), fotograf zamiłowany i zawodowy, a przy tym kombatant - przemycił na Zachód (do Radia Wolna Europa) jedyny film z tzw. "Wypadków Grudniowych 1970", który nakręcił był na wybrzeżu jako operator telewizji. Przy okazji zdecydował się na dodzisiejszą emigrację i został redaktorem RWE. Mam nadzieję że kiedyś jeszcze napisze jakąś autobiografię. Tym razem o znalezisku z hiszpańskiej wojny domowej:

Fabrykant był niedawno fotografując w zapadłej Hiszpanii ale nie odkrył, tak jak ja, "Meksykańskiej Walizki" . Z negatywami Roberta Capy oraz jego damy serca Gerdy Taro (jak wielu Żydów wybrała sobie udane nazwisko, pasujące zarówno do rzeki portugalskiej jak i włoskiej Taro, którą mijam wiele razy udając się do prowincji La Specja). Oboje fotografowali hiszpańską wojnę domową (1936-39) - ale czy po właściwej stronie? Historia im wybaczyła bo zginęli marnie a nawet bohatersko, choć przy(wy)padkowo.

4500 negatywów! Uważanych za zaginione w owej wojnie. A w zeszłym roku wystawione w hiszpańskiej Kordobie w ramach Biennale Fotograficznego. Organizatorzy chcą te historyczne zbiory udostępnić szerszej publiczności:

The Mexican Suitcase is available for tour. If you are interested in hosting the exhibition at your museum, or to reserve a slot on a tour, please contact us at travelingexhibitions@icp.org or 212.857.9738.

Exhibition Specs
Content: 100 contact sheets, 70 framed photographs, 60 periodicals, 2 films

Approximate running length: 300 feet/90 metrów

Jeśli dobrze pamiętam do Fabrykant ma do dyspozycji te 90 metrów bieżących - jak nie na Julianowie to na Mazurach. Więc niech coś wystawnie zaaranżuje. Nie może być wszak gorszy niż węgierskie bratanki, które w roku 2016 wystawiły tę "Hiszpańską Walizkę" w Budapeszcie na specjalnej Exhibition.



Ale ad rem czyli do spółki (nie mylić ze spółkowaniem) Gerda - Capa.
Taro wzięła sobie za bardzo do serca maksymę swego abszytfikanta Capy - "Jeśli twe zdjęcia nie są wystarczająco dobre to znaczy nie byłaś wystarczająco blisko do fotografowanego motywu" - zbliżyła się do przyjaznego czołgu a ten ją przejechał, na plasterek, jak w "Skórze" Curzio Malapartego. A gdyby słuchała uważnie Capy, to powinna się zająć czymś bardzo bliskim , np. foto- endoskopią (np. przewodu pokarmowego) - dużo bezpieczniejsze niż fotoreporterstwo na wojnie domowej. Gerda, jak to kobieta, bardziej ulegała dyktatom mody - fotografowała Leicą, nie nadającą się do endoskopowej fotografii z bliska a nawet wewnątrz. Co można zobaczyć przez ten głupi wizjerek klasycznej Leici? Nawet paralaksy nie wyrówna (ważnej do fotografii z bliska) a już na pewno nie pokaże nadjeżdżającego czołgu. Jej mistrz i kochanek Capa zdecydował się na nowocześniejszego bo lustrzanego Contaxa 2, którego nawet ja miałem w rękach (nie mówiąc o sowieckiej FEDowej podróbce/plagiacie, którą też fotografowałem za /bardzo/ młodu.) Używałem też tego samego filmu negatywowego "Isopan F" , może nawet przedatowanego po tych wszystkich wojnach.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Niezbadane są uroki łódzkie.





Niezbadane są uroki łódzkie.

Ostatnio, jak wiecie, latam po śródmieściu z aparatem analogowym, a po opłotkach Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej - z cyfrowym. Ale to ciągle mało, ciągle mało!

Przeszedłem się ostatnio trasą mglistych wspomnień sprzed kilku lat, kiedy to na przykład przechodziłem sobie koło jakiejś bramy lub podwórka i zapamiętałem że jest tam, dajmy na to, fabryczka ze schodami na elewacji, albo jakieś fajne drewniane komórki, albo ładne barierki od balkonów z zarwanym podestem. Zapamiętałem i tyle z tego mam. Myślałem że teraz połapię te wszystkie rzeczy, jakby to był znów 2007 rok, albo okolice.
Ale nie. Jest 2017.
Jadę na Curie- Skłodowskiej, niedaleko Kościoła Środowisk Twórczych (do którego nigdy nie zajrzałem, bo jestem mało twórczy, raczej odtwórczy. Po-twornie po-tworzę. Cytat). Zapamiętałem tam mikro fabryczkę, manufakturkę ze stalowymi, przeciwpożarowymi schodami, całą z pociemniałej cegły, po prawej stronie od kościoła. Może ocalały tam te schody jeszcze, coraz rzadsze na elewacjach łódzkich? Gdzie tam, panie kochany! Jakie schody! Nawet fabryczki nie ma- puste pole za stodołą. Chłop zaprawia. Ale dżez. Pole gruzu, a obok nowy apartamentowiec.


Z włosem zjeżonym od obaw i rozwianym jesiennym wiatrem pędem lecimy na Tuwima, naprzeciw świeżo odnowionej i odbiglowanej EC1- do starych familoków z cegły. Tam na podwórku stoją najbardziej wypasione drewniane komórki jakie widziałem w mieście Juliana poety. Ufff! W ostatniej chwili! Jeszcze stoją, ale daje im jakiś rok- dwa. Już się częściowo zawaliły. Niech konserwator zabytków ma je w swojej opiece! Może i ma, ale co z tego.
Krzysztof Gradowski nakręcił tu pierwszą scenę „ Akademii pana Kleksa”, Adaś Niezgódka siedział na tych komórkowych schodach (znaczy się grający go Sławomir Wronka, który dzisiaj jest – tadam! - znanym fizykiem). Pamiętam że w kinie, jako dziecięciu z Julianowa, anturaż tej sceny wydawał się jakąś kompletną egzotyką, myślałem że to w innym kraju jest nakręcone, albo co najmniej w innym mieście.







Niedaleko na Dowborczyków także dogorywa jeden lokal z epoki. Pałac z frontu? Jest. Fabryka z tyłu? Jeszcze jest. Reklama nowych biurowców? Jest. Znaczy - będzie nowe. W ostatnich chwilach łapiemy stare. Fabryka Meyerhoffa/ Triebe/ braci Zapp/ Bolesława Kotkowskiego, za socjalizmu - Łódzkie Zakłady Graficzne.

Łódź, piątek 26 grudnia 1926 roku.

Wczoraj o godzinie 6.30 nad miastem naszym ukazała się 
krwawa łuna pożaru
Jednocześnie z różnych dzielnic miasta odezwały się trąbki straży ogniowej spieszącej na pożar, który wybuchł w przędzalni braci Zapp, przy ulicy Juljusza nr 18.
W chwili gdy przybywamy na miejsce pożaru, znajduje się już tam kilkanaście oddziałów straży.
Obszerny gmach fabryczny, znajdujący się w podwórku posesji
ogarnięty jest całkowicie płomieniami.
Pozostały zeń tylko mury, objęte ognistemi językami i okna z wygiętemi kratami. Sufity wszystkich hal fabrycznych zawaliły się. Pożar rozszerzył się z gwałtowną szybkością.
(...) Uratowany został zupełnie
pałacyk właścicieli fabryki
gdyż wiatr dął w przeciwną stronę.
(...)
Straty spowodowane pożarem są ogromne. Jak nas informują przekraczają one 
ćwierć miljona dolarów.
Fabryka była ubezpieczona na mniejszą sumę, niż wyniosły straty spowodowane pożarem.
Jak się dowiadujemy fabryka zatrudniała ponad 400 robotników i czynna była na dwie zmiany.
Jeden z jej właścicieli jest od dłuższego czasu nieobecny i bawi w Berlinie.
      Ilustrowana Republika, wydanie poranne.





Pędzimy dalej zobaczyć co ocalało. Pamięta kto sławny klub „Fabryka”?
Pamięta kto.
Władysław Pasikowski na pewno pamięta, bo tam przesiadywał. „Fabryka” istniała od 1994-go do 2006-go w dawnej przedwojennej wytwórni wódek i likierów „Bachus” Henryka Hercberga (wiem z internetu, nie myślcie że znam każdą fabryczkę w każdym kącie miasta. Chociaż znam takich, co znają). Wchodziło się do „Fabryki” przez podwórza od bramy na Piotrkowskiej 80. Ale nie tylko.
Otóż owa wytwórnia wódek i likierów stała w samym środku kwartału pomiędzy ulicami Sienkiewicza, Piotrkowską, Moniuszki i Tuwima. Jeszcze do niedawna był to najprawdopodobniej największy kwartał zabudowy w Europie! Mniej więcej 300 na 280 metrów ścisłej kamienicznej i fabrycznej zabudowy. Dostęp do budynków wewnątrz zapewniały tylko bramy kamienic i labirynt połączonych podwórek. Niedawno miasto zaczęło przebudowę tego kuriozalnego acz unikatowego terenu, dokonało kilku wyburzeń i dobudowało sięgacz od strony Tuwima.A za niedługo przebiją ulicę w poprzek tego kwartału i z urbanistycznego rekordu wielkości- nici! Lećmy pędem tam robić zdjęcia!