wyświetlenia:

poniedziałek, 27 listopada 2017

Elettrica italiana vol. 1




Są trzy rodzaje wtyczek elektrycznych. Ale to jeszcze nic, zupełnie nic. Bo jest pięć rodzajów gniazdek. Nasza standardowa wtyczka od zasilacza komputerowego nie pasuje do następujących gniazdek- potrójnego cienkiego, potrójnego grubego, potrójnego mieszanego obu rodzajów. Pasuje wyłącznie do potrójnego łączonego z podwójnym. Takie gniazdko, sztuk jeden, znajduje się wyłącznie na blacie w kuchni w dalekiej odległości od stołu. Czytelnicy wybaczą zatem że będę siorbał i mlaskał podczas pisania, oraz czasami jęczał z niewygodnej pozycji. Kak nada ljubit kawo w takoj pozycji?- cytat.
To wszystko elettrica italiana.

Włochy nasuwają tutaj więcej pytań niż odpowiedzi.
Pierwsze pytanie- kim jest właścicielka domu w którym mieszkamy, a której nie widzieliśmy na oczy, za wyjątkiem kontaktu mailowego i telefonicznego? Dom jest wielki i uroczy, przerobiony z, mniej więcej, XVIII wiecznej wiejskiej chałupy, otacza go gigantyczny ogród. Natomiast w środku- książki.
Właściwie można by przyjechać tutaj nie na wywczasy tylko jak do biblioteki. Co prawda wszystko po włosku, ale co tam że po włosku, jak wśród ksiąg wszelakich większość to książki o historii i współczesności architektury, wzornictwa przemysłowego i albumy o sztuce. 
Najbardziej upodobałem sobie trzytomowe dzieło: „Storia del disegno industriale 1750- 1990”. Po prostu orgia dla oczu, Bauhaus, bracia Thonet, Raymond Loewy, który w USA zaprojektował po prostu Wszystko (lokomotywy, samochody, butelkę Coli i zupę Heinza), McIntosh, wspaniały (i nieznany mi z secesji) Peter Behrens, Philipe Starck i Giorgio Giugiaro. Jest też „MoMa highlights” (zdjęcia!) o najlepszych wystawianych w Museum Of Modern Art dziełach sztuki od jego zarania, a także inna książka „Objects of Design from The MoMa”, albumy Taschena o współczesnych architektach europejskich, japońskich i kalifornijskich, projektowaniu, liternictwie, „Storia del architectura di XX seccolo”, oczy latają po półkach, nie wiadomo za co złapać.



Jest też „Perestroyka” Mikchail Gorbaciov („ciov”- bo to po włosku)
Odwiesiłem na kołku przywiezioną biografię Tonego Halika i rzuciłem się oglądać to wszystko, bo z czytaniem po włosku słabo.
Albumy o Lecce i Salento, ich historii i architekturze występują tu w ilościach hurtowych. Bo my na Salento jesteśmy. Nie napisałem jeszcze?
Nie napisałem, podniecony biblioteką.

Salento, obcasik buta znaczy się.



Co do naszej gospodyni to wystarczyło pięć minut riserczu w internecie żeby się dowiedzieć że jest architektem i zajmuje się konserwacją zabytków. Znaczy się- z branży.

Salento to trochę takie inne Włochy. Inne niż inne. Troszkę, można powiedzieć po pierwszych wrażeniach- surowe, nie do samego końca łacińskie. Dość powiedzieć że podstawową formą budowlaną na południu tej prowincji jest coś w rodzaju egipskiej mastaby z piaskowca. Do tego pomiędzy Bari a Brindisi- domki krasnoludków z kamienia, czyli „trulli”, (w liczbie pojedynczej- „trullo”), wzór eksploatowany od prehistorii po czasy dzisiejsze, kiedy to chwalą się nimi turystycznie i budują nowe, udawane, z żelbetonu.





Białe kamienne murki stawiane dosłownie Wszędzie na każdym polu i miedzy oraz obramowujące niemal każdą drogę- także nie kojarzą się z Włochami, tylko jakby z Irlandią, Szkocją i Normanami. Wszystkie te murki postawiono bez ani kawałka zaprawy- są budowane „na styk”. To tradycja, od czasów kiedy to potężne mury chroniły tutejszych tubylców przed Rzymianami. Bo to wcale nie Rzymianie byli tu tubylcami.


Tubylcami byli niejacy Messapiowie, którzy zasiedlili półwysep Salento dwa tysiące lat przed Chrystusem. Skąd oni byli, ci Messapiowie? Nie wiadomo. Przypuszcza się, że mniej więcej z terenów dzisiejszej Albanii. Nie wiadomo też zbyt wiele o nich- przeszkodą są nie tylko duża odległość czasowa, ale także zupełna odmienność języka (używali alfabetu greckiego, ale gramatykę i składnię mieli odmienną od wszystkich, słabo rozpoznaną), oraz to że Rzymianie jak ich podbili, to już na dobre. Kultura się zglajszachtowała i zrzymianiła pozostawiając tylko niektóre tradycje budowlane i rolnicze, nazwy miejscowości, oraz dialekt salentyński.





piątek, 17 listopada 2017

Nareszcie coś!


Dosyć często na crowfundingu zbierają pieniądze na rzeczy zupełnie nikomu niepotrzebne, marne, albo takie którymi jestem zawiedziony. Liczni wynalazcy wynajdują coś w nadziei że publika sfinansuje. Czasami są to takie wynalazki, jakich dokonywali uczeni radzieccy. Na przykład uczony radziecki Łomonosow wynalazł elektryczną maszynkę do golenia. Na śmietniku ambasady amerykańskiej.
Dotyczy to także, a nawet zwłaszcza fotografii. Nie raz już uznane firmy szukały społecznego finansowania na projekty jakichś swoich nowych obiektywów. Co jest chłopaki? Przeinwestowaliście? Stoicie na krawędzi upadku, że kaski na nowy projekt nie starcza? Internauci z dobrawoli mają go zasponsorować?
Z innej strony pewne pomysły poparłbym całym sercem i mocą, ale nic z tego- dotyczy to przede wszystkim cyfrowej ścianki tylnej do starych aparatów analogowych, albo cyfrowej wkładki wsuwanej w miejsce filmu. Od piętnastu lat projektują takie wkładki, projektują, kikstartują i krołfundują, kasę zbierają i nic. Ani ani. Czyżby problem nierozwiązywalny? Ciężko stwierdzić. Już kiedyś było do tego blisko, ale firma Silicon Film zbankrutowała na kilka tygodni przed premierą swojego produktu. Już się o tym kiedyś pisało- TUTAJ.
Zostają marzenia i oczekiwanie.
Produkty fotograficzne na jakie ich twórcy zbierają kasę czasem są nieco żenujące- np. słabo działaja, albo zupełnie banalne, np. kolejny model aparatu do samodzielnego składania.
Kiedy pojawił się projekt Reflex, również nie brałem go na poważnie. Nie skusiło mnie nawet określenie "aparat modułowy". Wszystkie dotychczasowe pomysły na aparat składany z modułowych kawałków albo były dość dziwne i niepraktyczne, albo powalająco drogie i raczej do filmowania, jak np. słynny aparat/ kamera RED za jedyne 65.790,- złotych polskich.
Tymczasem na Kickstarterze pojawił się już jakiś czas temu pomysł modułowego aparatu analogowego. Modułowość jest tym razem opracowana tak jak trzeba i do tego pierwszy raz przy takim projekcie ktoś wymyślił coś, co rozwiązuje kilka problemów sprzętowych naraz. Faktor "chcę to" bucha gejzerem z tego Reflexa- LINK.


Jakie problemy ma przeciętny dzisiejszy użytkownik aparatu analogowego? Po pierwsze- ten sam problem co zawsze- załadowany na stałe film, o niezmiennej czułości. Ja tu panie chcę zdjęcia robić, wiosna wystrzela kolorami, kwiaty kwitną, ptaszki śpiewają, a tu w aparacie założony film czarno- biały. Albo- jesień idzie, mgły snują się na łąkami (wymawiać z akcentem kresowym), półmrok cały dzień, a tu w aparacie pozostały jeszcze z wakacji film 100 ISO. I co wystrzelać go na zmarnowanie i założyć nowy o wyższej czułości? Nie wiadomo. Znaczy się- wiadomo że nie.
Oczywiście są możliwości przypominające karczowanie dżungli za pomocą nożyczek do paznokci- w postaci wymuszenia zwinięcia pozostałego filmu, w nadziei, a nawet w bulu i nadzieji, że się go założy kiedyś z powrotem i przy zakrytym obiektywie naciskając spust przewinie do pierwszej nienaświetlonej klatki żeby go dokończyć. Ale ludzie nie lubią takich rzeczy.

Ludzie najbardziej nie lubią
różnych rzeczy
    Krzysztof Gol

Problem ów został już raz rozwiązany, w późnych latach 80-tych, kiedy to stworzono nowy system filmów i aparatów zwany Advanced Photo System (APS), z elektronicznym odczytem, pozwalający automatycznie cofnąć film do kasetki, a potem równie automatycznie przewinąć go do pierwszej wolnej klatki- już się o nim nie raz pisało- LINK. Ba nie tylko pisało, ale i używało- LINK. System APS ma tylko jedną wadę. Zdechł był. Nie produkują już filmów do niego.
Jest to pewna przeszkoda.

Drugim problemem, przynajmniej dla mnie istotnym, jest pamięć. Pamięć dobra, ale krótka. Moja własna. Gdy strzelam foty na analogu, zwłaszcza z myślą zamieszczenia ich na Fotodinozie prawie ZAWSZE zapominam przy jakich parametrach czasu i przesłony były one robione. Chodzenie z aparatem, kartką papieru i długopisem przekracza moją cierpliwość i dokumentnie psuje przyjemność strzelania fotek. Zawracanie gitary. Ludzie najbardziej nie lubią różnych rzeczy.

Trzecim problemem jaki niektórych nurtuje, jest możliwość używania obiektywów różnych systemów na tym samym aparacie. Na to są już od dawna sposoby w postaci redukcji zakładanych na bagnet aparatu- ostatnio jeszcze bardziej popularne, w czasach bezlusterkowców i ich niezbyt rozbudowanych firmowych baterii obiektywowych. Nie wszystko idzie jednak tak pięknie jakby się chciało.

piątek, 10 listopada 2017

Volvox. Kosmos w ciapki.




Zdaje się jakoby fotografia analogowa nie oferowała już w dzisiejszych czasach szczególnych atrakcji, oprócz chęci wyróżnienia się, hipsterskiego szpanowania, lub też prywatnego powrotu do przeszłości. Każda z tych motywacji jest niszowa, nawet pomimo tego, że hipsteria rozlewa się na wszystkie dziedziny życia szeroką falą, (nawet jeśli nie uprawiają jej hipsterzy).

To z dobrobytu.

Ego! Ego! Ego!

Zajęcia i pretensje do świata osiągają różne szczyty rafinacji, wcześniej niespotykane. Ludzie na przykład mają dość turystów i chcą zabronić uprawiania turystyki w swoim mieście- w Barcelonie są tacy. Turyści im są po prostu niepotrzebni- tylko przeszkadzają, włóczą się, zdjęcia robią, achy i ochy wydają z siebie na każdym kroku. No nie do zniesienia to jest. Barcelonę trzeba zamknąć.

To z dobrobytu i braku wojen to wszystko.

Na takich trza ino Małotsetunga, panie! Ino Małotsetunga! (cytat).

U nas jeszcze nie dochodzi do tego stopnia rafinacji, ale powoli społeczna rafineria sublimuje kolejne frakcje. Nie zanosi się na to że będzie lepiej. Gorzej będzie. Znaczy będzie gorzej, dlatego że będzie lepiej. Ale czy na pewno?
Na pewno.

Dobra, złaźmy z tego wysokiego konia. Podajcie mi moje ego!

Z dnia na dzień żeby wzrok przywykł
Uczę moje dni zmiany perspektywy
Bo wciąż wąsko widzą, mimo tylu przynęt
A tak trudno zwiększyć im horyzont choćby o centymetr
Z dnia na dzień żeby wzrok przywykł
Uczę moje dni zmiany perspektywy
I każdemu z nich co tak pilnie oka strzeże
Mówię: patrz trochę szerzej, patrz trochę szerzej.

Nie jest tak źle! A nawet jest nieźle.Ruszyła maszyna po szynach! Znowu odzyskaliśmy widzenie! Obiektyw Sigma 14/3,5, nieznany nikomu prawie oprócz Fotodinozy, udało się uratować! Kilka wpisów temu relacjonowałem tragedię Zgniecenia Obiektywu Przez Ryanair- LINK, kiedy wydawało się że rozczłonkowany instrument trzeba będzie spisać na straty. Otóż wręcz przeciwnie-odzyskał on świetność po naprawie i to taką świetność, jakiej nie miał przedtem.
Po prawdzie- w ogóle nie trzeba było go naprawiać- wystarczyło go po prostu skręcić! Rozkręcił się, biedaczek, zdarza się to w najlepszej rodzinie. Trzeba było też podłączyć naderwaną taśmę wielościeżkową do miejsca mocowania.
Nie dość, że wrócił do żywych, to wreszcie sprawnie działa autofokus! To znaczy stan adekwatny do wieku- jak piszą sprzedawcy young i oldtimerów. Działa wolno, ale działa bez przerw w dostawie.
Wielka radość w domu Gucia!
Na inaugurację drugiego życia 14-tki postanowiłem trzepnąć trochę zdjęć, w miarę możliwości prowokujących.


Fotografia analogowa jak się napisało- nie wydaje się oferować dzisiaj wielkich atrakcji oprócz sentymentu. Ale pod jednym względem nie jest ona czczą igraszką- nadal świetnie uczy cierpliwości , przewidywalności i oczekiwania nieoczekiwanego.







poniedziałek, 6 listopada 2017

Pionier versus pionier




Biedny Henry Fox Talbot. Przegrał z francuskim syndykatem zmowy i własnymi pomysłami na życie. Może i wygrał zza grobu, ale jaka to pociecha? Czy Państwo Szanowni też chcieliby wygrać zza grobu?

Wygrałem zza grobu 2:0!

Co mu tam w tym grobie z tego, że na jego metodzie robi się dziś sentymentalne kokosy. Co mu tam po wieczności, wobec doczesnej klęski. A może nie? Może jednak uśmiecha się pod wąsem?

Nie miał wąsów ani brody, i być może dlatego się spod nich nie uśmiechał.
Kiedy jesteś piękny i młody nie nie nie zapuszczaj wąsów ani brody (cytat).

Nie zaznał biedy, a nawet wręcz przeciwnie- pochodził z warstwy uprzywilejowanej. Jak zresztą wszyscy pionierzy fotografii. Kto walczył o życie- mógł się zajmować co najwyżej malarstwem albo grafiką (Van Gogh i inne liczne przykłady). Dopiero ten kto syty i beztroski mógł się zajmować tak niepotrzebną rzeczą jak fotografia. Fox Talbot zresztą fotografię miał dopiero na tylnym miejscu priorytetów- za matematyką, botaniką, archeologią i lingwistyką i chemią. Zwłaszcza że to on wynalazł fotografię i przed nim jej po prostu nie było na świecie. Co? Że to nie on tylko Daguerre?
No właśnie.

Ukończył Cambridge, pracę magisterską pisał w Paryżu pod okiem Francoisa Arago, a potem zajmował się matematyką i fizyką wysyłając swoje prace do Royal Society. Z fizyki już niedaleko do optyki, a tęż powiązał z eksperymentami chemicznymi. Pierwszym kamieniem węgielnym była solarigrafia. „Photogenic drawing” jak nazwał rzecz sam twórca.

Ja sam byłem solarigrafistą w wieku lat sześciu! Pamiętam to dokładnie jakby było dzisiaj- nogi krzeseł made by Spółdzielnia „Ład” przytrzymują rozłożony przez Mamę na zielonej wykładzinie papier światłoczuły (było coś takiego za komuny, nie wiem gdzie dostępne i po co- muszę popytać) na którym kładę listki, spodek, modelik Fiata 127 i gumowego Misia Fozzie, a za piętnaście minut papier ciemnieje zostawiając pod przedmiotami jasne plamy konturów. Coś pięknego! Szkoda że tak mało trwałe- kontury znikają wkrótce pod wpływem światła.

Fox Talbot wymyślił właśnie sposób ich utrwalania.
Podczas swojej podróży poślubnej do Włoch w 1833 roku wpadł na pomysł rejestrowania obrazów z camera obscura i ich utrwalania. Podczas tych działań, eksperymentując z najróżniejszymi związkami światłoczułymi srebra i utrwalając je tiosiarczanem sodu Talbot stworzył pierwszy na świecie negatyw.
To jest jednak coś, prawda?
Negatywem fotografia stała przez następne sto pięćdziesiąt lat, aż do epoki cyfrówek, kiedy to podniecają się nim już tylko wariaci (to ja, to ja!)
Z negatywu pan William Henry potrafił uzyskiwać obraz pozytywowy, jednym słowem pierwszy raz w historii powielać obraz fotograficzny. Całość tego procesu nazwał on „kalotypią”, dzisiaj używaną równolegle z „talbotypią”

Zainspirowany swoimi postępami Talbot rozkładał po całym swym rodzinnym pałacu małe aparaty typu camera obscura z soczewką, w których godzinami naświetlał się papier fotograficzny, nasycony wcześniej chlorkiem sodu i azotanem srebra. Rodzina nazywała te pudełka "pułapkami na myszy", bo można się było o nie potknąć w każdym pokoju.


Fot. William Henry Fox Talbot, 1835, domena publiczna.


Talbot miał miał wiele naukowych koników jak wiemy, i po pierwszych próbach na kilka lat odłożył nieco na bok sprawy swojego utrwalania światła. Do czasu gdy w 1839 roku dowiedział się niespodziewanie że Louis Daguerre w Paryżu ogłosił się pionierem fotografii. 




Louis Jacques Daguerre

Fox Talbot przysiadł natychmiast fałdów, żeby także opracować naukowo i patentowo swoją technikę, zwłaszcza że była całkowicie różna od dagerotypii i innymi środkami chemicznymi uzyskiwana.
Dagerotypy były jednostkowym obrazem pozytywowym, uzyskiwanym na metalowej płytce, podczas gdy talbotypia posługiwała się papierem i dawała możliwość wielokrotnego powielania. Dagerotypia stwarzała fotografie krócej naświetlane i ostrzejsze, a talbotypia bardziej miękkie i wymagające początkowo bardzo długiego wystawiania na światło. Te wszystkie rzeczy dawały XIX wiecznemu odbiorcy powód do preferowania metody Daguerre’a. Z perspektywy ostatnich stu pięćdziesięciu lat rozwoju możemy dopiero dostrzec że talbotypia była właśnie tym lepszym sposobem- jednostkowość obrazu fotograficznego załatwia się dzisiaj zamaszystym autografem wziętego artysty nabazgranym w prawym dolnym rogu, podczas gdy możliwość wielokrotnego odbijania zdjęć wydaje się bezcenna.

Fot. William Henry Fox Talbot, ok 1845, domena publiczna.
Bulevard du Temple, Fot. Louis Jacques Daguerre, 1838, domena publiczna.
Fot. William Henry Fox Talbot, 1844, domena publiczna.
Fot. Louis Jacques Daguerre, 1837, domena publiczna

W tym samym roku zostały zatem ogłoszone równolegle dwie metody fotografowania. Francuska i angielska.

 Fox Talbot ogłosił swoją, pisząc elaborat do Royal Society, zaprezentowany gremium przez Michaela Faradaya. Tymczasem Daguerre został ogłoszony pionierem we Francuskiej Akademii nauk przez tegoż samego Francoisa Arago, u którego Fox Talbot pisał swą pracę magisterską. Nastąpiło tu zupełnie różne podejście do wynalazku – Daguerre przez Akademię upublicznił światu za friko wyniki swoich badań, podczas gdy William Fox Talbot postanowił opatentować swój wynalazek i udzielać na niego licencji. To podejście spowodowało tak różny odbiór obu technik, że (przynajmniej w naszej części świata) Fox Talbot został niemal zupełnie zapomniany, podczas gdy Daguerre jest uznawany za głównego ojca fotografii, no może z małą pomocą przyjaciela Niciphora Niepce’a.
Rząd francuski rzucił się do promowania dzieła Daguerre’a i wygłaszania z emfazą słów o jego pionierskiej roli. Prasa całego świata podchwyciła to, bo wynalazek fotografii cieszył się wielkim zainteresowaniem. Nawet prasa brytyjska. Dagerotypia stała się wszędzie poza Wielką Brytanią, na którą Daguerre nie dał zgody freeware’owej, techniką powszechnie dostępną, podczas gdy kalotypia/talbotypia wymagała wszędzie opłat licencyjnych. Od razu widać, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, że pecunia non olet, że światem rządzi pieniądz i że… Nie no, dość tych głupich przysłów.
Inna zupełnie sprawa to kwestia artystycznej jakości fotografii, którą uprawiali obaj panowie. Może należałoby zrobić kiedyś bitwę pionierów? Temat na osobny wpis. Już sobie go wyobrażam. Tu Fox Talbot lutuje z lewej starą miotłą i poprawia prawym sierpowym stogiem siana! Na to Daguerre prawym prostym Bulwarem de Temple i łup go w słup martwą naturą z atelier!
Talbot wyruszył szybko promować swoją technikę we Francji, ale było już za późno – nie stała się ona powszechna, choć zyskała wąski krąg wyznawców, między innymi Gustave Le Greya. Wyznawcy ci ponieśli wynalazek Talbota w przyszłość, doskonaląc ten proces. Popularność zyskał dopiero po przeniesieniu na inne media – klisze fotograficzne (szklane płytki) i błony filmowe – nadal na zasadzie negatyw-pozytyw, ale z zastosowaniem już innej chemii. Tradycyjnie, tj. zgodnie z patentem Talbota, był wykorzystywany do lat 20. Potem zanikł.
Talbot po przegranych procesach o pierwszeństwo i o wykorzystanie jego prac do stworzenia późniejszej tzw „metody kolodionowej” zniechęcił się do fotografii. Nakłady poniesione na eksperymenty i ochronę patentową nigdy się nie zwróciły, wynalazca żądał na samym początku zbyt wiele za licencję, w czasie gdy użytkowanie metody Daguerre’a było darmowe i rozpowszechniało się coraz bardziej. Potem Fox Talbot obniżał stawki, jednak nic już za jego życia nie spopularyzowało kalotypii. Wynalazca zabrał się więc za inne dziedziny naukowe – może i dobrze, bo zawdzięczamy mu między innymi odczytanie sumeryjskiego pisma klinowego z Niniwy i kilka twierdzeń matematycznych.
Czyli klęska czy zwycięstwo, panie mecenasie? Zwycięstwo idei negatywu. To, co wymyślił William Henry Fox Talbot, okazało się być znacznie bardziej ponadczasowe niż sądzono. I zwycięstwo jeszcze jedno – ostatnimi laty talbotypia znowu zyskuje zwolenników i wyznawców jako sztuka uprawiana dla przyjemności! Co prawda tylko wśród wariatów, ale zawsze. Czyżby 2:1 zza grobu?
Fabrykant
P.S. Polecam Państwu mój klimatyczny kryminał: 

"Deluks" - dziejący się w roku 1976 złożyłem z kilku warstw, począwszy od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Aluzyjnie nawiązałem do tzw. kryminału milicyjnego, jednak zdekonstruowałm ten schemat, inaczej rozłożyłem racje i nieco poironizowałem z klimatów PRL. W świat dawnej Łodzi pomaga czytelnikowi przenieść się zespół moich pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy. Są także ówczesne konflikty polsko-żydowsko-niemieckie i pościgi samochodowe. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do nabycia wysyłkowo - TUTAJ 

Źródła i źródełka:




piątek, 3 listopada 2017

Euforia przed depresją.




No więc tak. Nastąpiły najróżniejsze zmiany w życiu blogerskim, bo trudno jest nazwać je zawodowym, skoro to wszystko dla Sławy tylko, a nie dla Kasy. Sławka, siadaj no tu z boku i siedź cicho.
Otóż proszę Państwa zostałem niespodziewanie i jednocześnie mecenasem, animatorem i kuratorem kultury. A niedługo zostanę z pewnością kustoszem i koneserem. Koniecznie muszę kupić sobie fajkę i muszkę, bo bez tego ani rusz. Jak to tak kuratorować bez faji?
Tak naprawdę to zostałem felietonistą na portalu SNG Kultura.
SNG Kultura jest młoda, świeża i żądna wrażeń. Niby to raczkuje, ale podobnież idzie jak burza w dziedzinie klikalności kontentu i ukontentowania ogólnego. W sumie to miło że ktoś jeszcze zajmuje się kulturą i dobrze że będę mógł dołożyć do tego jakąś cegiełkę. Co prawda moja cegiełka trąci raczej pop-kulturą, no ale cóż.

Mój szczęśliwy numer to podobno osiem
więc osiem razy proszę nie wysyłaj mi zaproszeń
na zamknięte imprezy, gdzie każdy jest ktosiem
bo ja jestem nikto, a pokłosiem
mojego nawijania ma być tylko twój nastrój
a nie podpisanie kontraktów siedemnastu
więc lepiej zbastuj
jeśli chcesz pastować świat, sam sobie go pastuj
(...)
Ja jestem od bruku, szaławiła - nicpoń
Pablo się przejmuje, Pavo mówi: nic to
Ja jestem od brudu ulic specjalistą
Pablo tu nadaje, Pavo pali ognisko
do którego będziemy dorzucać razem
to co nas dzieli, kiedy biorę majka tym razem
łapserdak, huncwot, łata - brat
mówi: nadstaw ucha, to będzie nasz pakt
          Pablo Pavo „Na nowo”

No i co teraz będzie?
Ano jest nieźle, a będzie jeszcze nieźlej- mam nadzieję że to oznacza, że będzie więcej do czytania. Fotodinoza się nie zmienia za bardzo, co najwyżej zostanie czymś w rodzaju hubu, zupełnie jak Centralny Port Lotniczy, w którym będę gromadził wszystkie pisane teksty- te z SNG Kultura będą tu prezentowane jako początki wpisów z podlinkowaniem do przeczytania całości. Czy na SNG będzie tak samo fajnie jak na Fotodinozie? Tego nie wiem, ale mam nadzieję- nie wszystko tam wolno, bo to nie moje. Nie wolno na przykład zamieszczać kradzionych zdjęć w celu recenzowania i analizowania. Tutaj też nie wolno. Ale można, w ramach tak zwanego „prawa cytatu”.

Ciekawe czy na SNG Kultura wolno używać słów uznawanych za niekulturalne? Muszę spróbować.

piątek, 27 października 2017

Zderzenie szekspirowskie. "Rybka zwana Wandą" - znacie, to posłuchajcie (recenzja)



Staroć. Ramota. Ciekawe czy tak pomyśli wielu z czytających tego blogaska. Wszyscy już to widzieli i wyrobili sobie zdanie- pomyślą. Może i widzieli. Może i pomyślą, ale czemu to niby nie mógłbym zająć się klasyką? Hę? Nie wolno? Nie wolno, ale można. Zwłaszcza, że to klasyka dla której ZAWSZE usiądę przed telewizorem, jeżeli tylko leci w telewizji. To chyba o czymś świadczy? Tylko o czym? Może o tym, że to jedna z ulubionych moich komedii? Może. Nie będę zaprzeczał.


Ta komedia jest kilkuwarstwowa. Mimo tego że nie jest to film wyintelektualizowany, to z pewnością nie jest filmem dla głąbów. Mamy w "Rybce zwanej Wandą" kilkuwarstwowe zderzenie różnych rzeczy, że nikt nie zaprzeczy. Mamy też, troszkę między wierszami ujętą, autoanalizę narodową Anglików. Mamy też angielski humor klasyczny, skrzyżowany lekko z humorem anarchistycznym w stylu Monty Pythona, boż to przecież ich dzieło. Mamy wielopiętrowe oszukiwanie. Wszyscy oszukują wszystkich, dla większych lub mniejszych korzyści.

To wszystko jest świeże i aktualne jak, nie przymierzając, Szekspir.
Jednak zderzenia wychodzą w "Rybce" na plan pierwszy. Zderzenia charakterów. Dopiero ostatnio zauważyłem, że jedyną postacią mającą jeden tylko konflikt z pozostałymi bohaterami jest Ken- wielbiciel zwierząt, nieśmiały jąkała. Pozostali bohaterowie mają takie konflikty z KAŻDYM z pozostałych. Przykładem adwokat Archie Leach, grany przez Johna Cleese'a. Nie dość że jest manipulowany przez tytułową oszustkę Wandę, jest obijany rondlem po głowie przez jej kochanka, ma sprzeczne dążenia niż aresztowany George, którego ma bronić, to jeszcze żona go nienawidzi, a on nienawidzi jej.

Archie Leach jest tu właściwie kluczową postacią, wstawioną w uwierające zbyt ciasne ramy społeczne. Dopiero spotkanie wyluzowanej oszustki jest dla niego katalizatorem działania.


Brytyjskie społeczeństwo, poddane licznym konwenansom, usztywnione licznymi manierami jest w "Rybce" na ostrzu krytyki. Następuje tu kolejne zderzenie- z obcą kulturą, przede wszystkim amerykańską kulturą bezceremonialności, którą reprezentuje Otto, szybciej strzelający niż myślący, a przy tym potrafiący manipulować bliźnimi, między innymi wykorzystujący doskonale wspomniane brytyjskie konwenanse. Za rolę Otta, głąba, a przy tym manipulatora pierwszej wody należy się Kevinowi Kline jakaś nagroda. Nawet ją dostał- Oskara za rolę drugoplanową. Ta rola jest wręcz brawurowa. Wierzymy w tę komiksową postać bez zastrzeżeń.

Mimo wszystko krytyka brytyjskiej sztywności nie idzie aż tak daleko, by owo tradycyjne lordowskie spionizowanie i flegmatyczność całkowicie zdezawuować. Cóż by bowiem zostało z brytyjskiej kultury codziennej bez tego spionizowania? Niewiele, niewiele- widzimy to tam, dokąd dolatują samoloty Ryanaira z żądnymi uchlania się na umór brytyjskimi proletariuszami. (Proletariusze wszystkich krajów- łączcie się -cytat).
Poza tym kto, bez brytyjskiej flegmy i stoicyzmu dawałby przykłady bohaterskiego zachowania się w czasie wojennego bombardowania Londynu. Nie wiadomo co nas jeszcze czeka, drodzy Brytyjczycy, lepiej się nie odflegmatyzowujcie.


"Rybka zwana Wandą" daje"w niemal każdej scenie dowody, że podręczna, codzienna psychologia była konikiem scenarzysty - wszyscy są tu manipulowani w przewidywaniu ich stereotypowych zachowań. Chcąc zdominować Kena Otto udaje przed nim homoseksualistę- załatwia tym dwie pieczenie na jednym ogniu- Ken trzyma się od niego z daleka, a przy tym Otto odsuwa od siebie podejrzenia, że jest kochankiem Wandy. Chcąc zdominować nikomu nieznanego prawnika Wanda udaje oszołomienie jego osobą, dostarczając mu dokładnie tego za czym tęskni i sprawia że ten mięknie jak wosk.

Do czasu, co prawda. Do czasu, gdy to on pozna ją dokładniej i wtedy sam zorientuje się jak manipulować (np. domyśli się którędy Wanda ucieknie z sądu i zdoła ją schwytać by zrealizować swój plan.)
Psychologia codzienna, nieco komediowo przerysowana stanowi clou humoru "Rybki zwanej Wandą". A wraz z nią gafy, wpadki, przejęzyczenia pokazujące jak działa nasza podświadomość, za nic mająca usztywniające konwenanse.

Ten film bardzo dopracowuje psychologię postaci. Podglądamy co robią zanim przywdzieją swoje oszukańcze maski i jak przygotowują się do ról. Wszyscy tam wszystko udają, lecz właściwie tylko tytułowej Wandzie przynosi to realne sukcesy i uchodzi na sucho.

John Cleese, faktyczny twórca filmu- współreżyser, scenarzysta, główna rola- miał zawsze ciągotki w stronę podręcznej psychologii, widoczne już w Montym Pythonie i w "Hotelu Zacisze", gdzie brylował jako znerwicowany Basil Fawlty. Napisał bodaj nawet książkę o psychologii.

Kolejnym zderzeniem filmu jest zderzenie klasy wyższo- średniej z klasą przestępczą. Gdzie ę-ą brytyjskich posiadaczy musi się zderzać z brutalno podstępnymi środkami działania złodziei.

Galeria stworzonych i zderzanych przez twórców filmu postaci jest istnym panopticum. Czuć w tym fantastycznego ducha Pythonów. Żaden Amerykanin nie wymyśliłby podobnej menażerii nieprzystających do siebie bohaterów, a przy tym jednak kipiących wewnętrzną chemią. Niekiedy chemią miłosno nienawistną, zaprawioną elementami podziwu.
George- szef szajki, dandys i (można sądzić) dorobkiewicz. Jego pomocnik Ken miotany pomiędzy tkliwością i romantyzmem a morderczym zadaniem, do tego nie potrafiący wyksztusić z siebie słowa, Otto- zabójca- sprytny idiota, cytujący Nietschego do podbudowania swojej wartości, sędzia Leach- rozrywany pomiędzy oficjalną praworządnością, a chęciom wyzwolenia się z kajdan i tytułowa Wanda, w której to roli Jamie Lee Curtis roztacza maksymalny poziom swego uroku, żeby manipulować wszystkimi dookoła. Wanda może dzięki temu startować w konkursie na najbardziej uroczą kobietę- potwora świata.

Cleese w tym filmie wymyślił wręcz pomnikowo genialne komediowe sytuacje. W "Rybce zwanej Wandą" wypaliło wszystko. Precyzyjny scenariusz, wyraziste postacie, doskonała wprost gra aktorska i humor na poziomie zaawansowanym. A do tego wiwisekcja psychologogiczna damsko- męska, brytolsko- amerykańska i międzyklasowo- społeczna. Ten film nie dość że oglądam z przyjemnością po raz dziesiąty, to jeszcze sceny z niego wryły mi się w pamięć na zawsze.

Szczególnie sceny orgazmu Wandy.

Zachęciłem do obejrzenia, prawda?

Fabrykant.
 
P.S. Polecam Państwu mój klimatyczny kryminał: 

"Deluks" - dziejący się w roku 1976 złożyłem z kilku warstw, począwszy od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Aluzyjnie nawiązałem do tzw. kryminału milicyjnego, jednak zdekonstruowałm ten schemat, inaczej rozłożyłem racje i nieco poironizowałem z klimatów PRL. W świat dawnej Łodzi pomaga czytelnikowi przenieść się zespół moich pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy. Są także ówczesne konflikty polsko-żydowsko-niemieckie i pościgi samochodowe. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do nabycia wysyłkowo - TUTAJ 

 


piątek, 20 października 2017

Projekt Okrążenia Łodzi vol. 0. Dworzec Łódź Karolew. Co?! Nie ma takiej stacji!!!



Czy wolno tak opisać stację widmo, panie doktorze?
Wolno. Wolność jest.

No więc, zgodnie z tytułem, nie ma takiej stacji. Ale że nie ma, to nie znaczy że jej nigdy nie było. Pociągi ŁKA przejeżdżają mimo, nie zatrzymując się, nikt już nie pamięta, oprócz najstarszych pamiętliwców.

No więc jest plan, żeby szybko pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa i zatrzymać pociąg ŁKA tuż za przejazdem kolejowym na Wróblewskiego. Albo jest inny plan, żeby rowerem podjechać ze stacji Łódź Kaliska. Bo blisko. Na tyle blisko, że kolei nie opłacało się utrzymywać dworca Karolew. No to teraz utrzymuje się sam jak może.



Dworzec, eklektyczny i ceglany został zbudowany w 1903 roku za czasów niezbyt miłościwie nam panującego cara Mikołaja. Znaczy się- za zaborów. Było to rok po wybudowaniu linii kaliskiej. Nie mialem o tym pojęcia, że dworzec Karolew, razem ze stacją Chojny służyły za miejsca przeładunku towarów jadących do Rosji na inne tory. Otóż kolej warszawsko- wiedeńską, oraz odnogę tejże linii sięgającą od północy z Koluszek do Łodzi Fabrycznej zbudowano w rozstawie europejskim- 1435mm, czyli 4 stopy i 8,5 cala. W tym rozstawie zbudowano też łącznik między Łodzią Widzew a Kaliską. Natomiast główne tory kolei kaliskiej, budowane za czasów Rosjan miały rozstaw torów wedle imperialno- carskiej modły, czyli 5 stóp. Na Karolewie z jednej strony dworca biegły tory węższe, z drugiej szersze i tutaj dokonywano przeładunku na wagony mające zawieźć towar w głąb Rosji.
Karolew był zatem ważnym kluczem spinającym linie transportowe z Łodzi. Okazały budynek świadczy o tym doskonale. Jednak przed I Wojną Światową leżał tak naprawdę na strasznym zadupiu, po prostu na wsi i funkcjonował dzięki ruchowi towarowemu. Pierwsza wojna przyniosła Karolewowi pierwszy kryzys- po ciężkich bojach Łódź zdobyli Niemcy i strumień towarów do Rosji, zarówno po stronie producentów jak i odbiorców nagle całkowicie wysechł.
Po wojnie, w dwudziestoleciu wolnej Polski dworzec Karolew nie wykorzystywał już nawet dziesiątej części dawnego potencjału. Łódź nie zbudowała jeszcze żadnych blokowisk na wsi Retkinia, a pobliska Politechnika Łódzka miała się pojawić dopiero w 1945 roku. Przewymiarowany dworzec służył niezbyt licznym pasażerom do lat 70-tych, kiedy to kolej zdecydowała o jego zamknięciu. Zatem od tamtej pory stoi pusty, nie licząc najpierw legalnych, a od lat 2000-ch nielegalnych lokatorów. Ci ostatni spowodowali mały pożar, który sprawił, że budynek zamknięto na amen.



Dla wcześniejszych, legalnych lokatorów, którzy mieszkali w dworcu 5 metrów od głównej łódzkiej magistrali kolejowej zrobiono jeden wyjątek od reguł. Od reguł miejskich. Mianowicie dróżkę, która biegła między torami, łącząc dworzec ze światem zewnętrznym za pomocą kolejowego przejazdu przyporządkowano do ulicy Wróblewskiego i nadano Karolewowi numer 33. Powoduje to, że ulica Wróblewskiego na dzisiejszych mapach a) krzyżuje się sama ze sobą, i to na przejeździe kolejowym(!!!), b) biegnie na zachód, na wschód i na północ jednocześnie.
Takie rzeczy tylko na Karolewie.



Potem, po erze pożaru były plany wyburzenia dworca, czemu zapobiegli społecznicy i miejski konserwator zabytków.
Dość dziwne jest to, że nie został wykorzystany w trakcie organizowania obwodnicy Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej - aczkolwiek, oceniając na szybko- byłaby to spora inwestycja. Ruch pociągów na tej linii jest intensywny, należałoby zbudować przejścia podziemne, nie mówiąc już o renowacji samego budynku. Do tego dworzec Łódź Kaliska jest zupełnie niedaleko. Nie jest pewne czy by się to opłacało.
Z drugiej strony co zrobić z Karolewem- nie wiadomo. Gdybyż jeszcze nie stał on w środku kłębowiska torów. No ale stoi.
Można zatem zwiedzić z zewnątrz, póki się nie zawali.
Uwaga uwaga- po lewej jednoosobowy BUNKIER przeciwlotniczy na dworcu Karolew, o ile się nie mylę to jeszcze z czasów I wojny światowej.




Na dawnej stacji Karolew stoi też jedna z nielicznych w mieście kolejowych wież ciśnień, dzięki którym tankowano parowozy. Ta jest zrujnowana co nieco i nie ceglana, tylko żelbetowa, co datuje ją raczej na XX wiek niż na XIX-ty. Niemniej łatwo dostępna na "wyspie" między nieużywanymi torami. Poleciałem na Karolew z miarką, sprawdzać czy gdzieś nie zawieruszyły się tam tory szersze o 15 cm, rosyjskiej prowiniencji. O tych 15 centymetrach są różne dowcipy mniej i bardziej sprośne.

piątek, 13 października 2017

Marna dola selektora. Stykówki agencji Magnum.

Muhammad Ali, fot. Thomas Hoepker 1966.

Ktoś kto zrobił w życiu sto tysięcy przeciętnych zdjęć, ale wśród nich trzy genialne, może być uznany za genialnego fotografa. Wystarczy żeby umiał wybrać te właściwe do upublicznienia.

Przeglądając foty na Magnum Photography, dla przyjemności żeglując sobie po oceanie zdjęć różnych, zacząłem zastanawiać się jak wielką rolę pełni działalność edytorska w życiu fotografa. I nie chodzi mi tu o edycję w sensie przemysłowego odchudzania i wygładzania modelek w Photoshopie, a o prosty wybór zdjęć przeznaczanych do ujawnienia światu, zrobiony przez ich autora.

Prawie każdy świadomy esteta, którym ma być w założeniu fotograf, dokonuje selekcji materiału. Od XIX wieku trafiło do kosza niezmierzone morze różnych zdjęć, a inne, znacznie mniejsze morze, takie Morze Bałtyckie, trafiło na salony. Oceniając te proporcje można dojść do wniosku, że rola selekcjonera jest właściwie równie ważna jak rola pana od robienia zdjęć, szczególnie gdy te dwie role gra jedna i ta sama osoba.

Marna dola selektora - pana od płyt,
Nikt na niego nigdy nie patrzy, każdy słucha bit.
Marna dola selektora - pana od płyt,
Mało kto ceni jego robotę, każdy czeka na hit.

Taki nawijacz na przykład nie będzie miał biedy,
Stoi na scenie, a dziewczyny wtedy
Kredyt biorą z jego oczu i głosu,
Będą go potem spłacać w każdy możliwy sposób

On bierze majka i jest już spakowany,
Piękny jak bajka uderza dalej w tany.
Popija drinki i czeka na money
Uwielbiany, ukochany, pożądany, narąbany
Jest rozpieszczany!

Marna dola selektora - pana od płyt,
Nikt na niego nigdy nie patrzy, każdy słucha bit.
Marna dola selektora - pana od płyt,
Mało kto ceni jego robotę, każdy czeka na hit.

A selekta nieboga dźwiga winyli pięć ton,
Wypije piwko za dużo, zniszczy gramofon.
Ma robotę do rana, a rano biedaczek ma zgon,
Od przygięcia nad dj-ką wieczny ma skłon.

Laski nie piszczą, kiedy na scenę wchodzi,
Nie rozpoznają go ludzie młodzi.
Sypia za dnia, nie widzi słońca,
Przerąbana taka selektora robota.

              Pablopavo "Marna dola selektora"

Co ciekawe aspekt wyboru dobrego spośród zrobionych zdjęć jest raczej w edukacji fotograficznej zupełnie pomijany. Duży nacisk kładzie się na to JAK dobre zdjęcie zrobić, jak kadrować, komponować, jak naświetlać, natomiast selekcja zdjęć oparta na tych zasadach jest zamilczana i temat nigdy nie poruszany. Nauczyciele fotografii chcą wychować samych geniuszy, którzy nie wyrzucają do kosza żadnych zdjęć. To oczywiście pokłosie czasów filmów i fotografii analogowej. Na pierwszy rzut oka- nie przystające do epoki słitfoci, selfików i bezkosztowości zapisywania obrazów jako ciągu jednynek i zer.

A przecież chciałoby się, żeby niektórzy ludzie powstrzymali się od upubliczniania niektórych swoich dzieł.