wyświetlenia:

wtorek, 15 kwietnia 2014

Tamron- przegląd cukierniczy.

(Przedświąteczny przegląd fajoskich, nieprodukowanych Tamronów autofokus)
Reklamówka rocznik 2002
Do jakiej firmy motoryzacyjnej porównałbym Tamrona? Hmmm. Do Opla. Tak. To dobre porównanie. Firma, która robiła produkty sytuujące się w samym środku środka. Raczej popularna, choć niekochana miłością namiętną. Mało fajerwerków. Ale coś się zdarzało. Ostatnio robi całkiem fajne modele...
Tamron to też jeden z Third Party, który sprężył się w końcówce lat 80-tych i kłujnął szpileczką swoich inżynierów, żeby zaprojektowali obiektywy autofokus. Wcześniej rzecz jasna były obiektywy manualne- dość znane szerokim rzeszom, a najbardziej znane z pięknego, uniwersalnego mocowania Adaptall. Ten pomysł pozwalał zmieniać mocowania bagnetowe obiektywu z Canona na Nikona i znów na Pentaksa, nie trzeba było sprzedawać szkła razem z aparatem, jeśli miałeś ochotę na zmianę systemu. Całkiem rozsądna propozycja dla amatorów, a i zawodowcom się zdarza. Najbardziej krzyczącym przykładem jest Jarosław Brzeziński, autor książki „Canon EOS System”, który sprzedał wszystko co miał i z wyznawcy canonizmu został nikonowcem.

Nie będę od Adama Opla, ani tym bardziej od Ewy opisywał całej historii modeli manualnych, jak kto ma ochotę, oraz dysponuje znajomością języka japońskiego (bo Google Translator nie przykładał się do nauki) to może zajrzeć na stronę:

Tamron nie wstydzi się swojej historii jak Sigma, ale nie wstydzi się przed swoimi rodakami. Japońska ksenofobia, doprawdy. Ale nie narzekajmy.

Tamron był od wielu lat średniakiem. Nie projektował zbyt wiele wystrzałowych obiektywów, ale celował w mainstrim (chyba można już spolszczać?), co jak wiadomo jest mało spektakularne, ale dochodowe. Trzymał się zwykle blisko średeniej półki, a gdy nastały czasy AF, chwycił się jej kurczowo. Główną domeną Tamrona stały się długozakresowe tzw. spacerzoomy, a potem dłuuuugozakresowe spacerzoomy, a potem dłuuuuuuuuuuuuugozakresowe spacerzoomy. Do dzisiaj trwa wyścig- która firma osiągnie większy zakres. Na razie jest 16-300 dla Tamrona i 18-250 dla Sigmy.

Na początku lat 90-tych i 28-200 robiło spore wrażenie. Taki obiektyw do wszystkiego. Niektórzy mówią także że do niczego. Ale dla amatorów wakacyjnych był w sam raz. Na tym Tamron kosił główną kasę, oraz na dublowaniu optyki firmowej First Party, ale sprzedawanej taniej. 

Nieee, ta półka niezbyt interesuje Fotodinozę. Jeśli was interesuje- uczcie się japońskiego.

Od czasów autofokusowych Tamron produkował serię obiektywów SP, znaczit Super Performance. To były szkła mające zachęcić profesjonalistów. Nigdy nie było zbyt wiele modeli owego SP- zazwyczaj 4- 5. W porównaniu do szerokiej gamy Sigmy, obejmującej armadę teleobiektywów wyglądało to skromnie. Ale w odróżnieniu od sigmowskiej armady pancerników Musashi i Yamato, Tamrony nie toną podczas współpracy z żadnym Canonem- można je do dziś bezproblemowo użytkować z cyfrówkami.

Wyjmijmy po kolei najciekawsze rodzynki z tego ciasta.

Nigdy nie widziałem na własne oczy SP AF 90/2,5 Macro. To szkło stworzono w 1990 na bazie znanego manualnego modelu. Tamron chwalił się, całkiem słusznie, że jest to obiektyw makro i portretowy w jednym. Makro było przyzwoite- skala odwzorowania 1:2. Niestety nie wiem czy był dobrej jakości. Ale chętnie bym się dowiedział. Po dwóch latach zakończono produkcję ale dwa lata później wypuszczono nową wersję. Definitywnie zakończono karierę 90/2,5 w roku 1996, kiedy ukazał się znany i bardzo ceniony do dziś Tamron SP AF 90/2,8 Macro, w którym jasność poświęcono na ołtarzu właściwości makro- teraz dawał odwzorowanie 1:1 (Czyli 1 cm guza w terenie równa się 1 cm guza na mapie- Tytus de Zoo).



Dalej leci SP AF 300/ 2,8 LD (IF) z roku 1990, z mocowaniem do Pentaxa i Minolty- bardzo rzadkie, potężne szkło, wagi 2,25 kg. Potem w kolejnych latach dołączyły następne mocowania. Trzykrotnie go modernizowano, unowocześniając jego wygląd, ale nie zmieniając mechaniki. Być może także poprawiano powłoki przeciwodblaskowe. Skończono produkcję w 2005 roku. Jestem dumny i blady, bo miałem taki obiektyw w rękach, w wersji II-giej. Działo się to w roku 2003, w Fotojokerze, w którym ten obiektyw ówcześnie był sprzedawany za 1 zł, o ile kupiło się Minoltę 7D (tak, była taka firma). Miałem plan żeby kupić ten kuszący zestaw i sprzedać Minoltę, ale zdrefiłem, czego do dziś troszkę żałuję. Tamron 300/2,8 był co prawda nieco miękki od pełnego otworu, ale już nigdy nie będzie w tej cenie. Od tamtego czasu nie widziałem go już nigdy więcej. Pa Tamronie.


35-105/2,8 1992- To przykład wielkich ambicji Tamrona. Pierwszy ( i ostatni) 3-krotny zoom ze światłem f/2,8. 17 elementów w 14 grupach, potężny instrument, dobrze oceniany, ale niezbyt popularny- dość drogi i mający zakres szerokokątny nieco mniejszy niż firmowe profesjonalne zoomy standardowe. Minimalna odległość ostrzenia to potężny 1 m, co dosyć ograniczało zastosowania tego obiektywu.
Nowa, poszerzona wersja 28-105/2,8 z roku 1997 była przykładem (podobno) pięknej katastrofy. Podobno, bo póki Fotodinoza nie założy bagnetu na broń, tfu (znowu ta putinowska wojna krymska), póki nie założy obiektywu na bagnet – póty nie będzie wydawać wyroków skazujących. Pierwszy (i ostatni) 3,75- krotny zoom ze światłem 2,8. Nigdy żadna firma wcześniej ani później nie zrobiła takiej krotności zooma o tej profesjonalnej jasności. Jak się okazuje- nie bez powodu. Tamron poszedł na całość. Widać w tym ruchu całą zawziętość kogoś opętanego ideą zrobienia wyjątkowego obiektywu. Godne podziwu. Otóż wsadzono w ten obiektyw całą amunicję jaka była dostępna. Uwaga: cztery soczewki asferyczne i trzy soczewki o niskiej dyspersji(15 elementów w 13 grupach). Nie było chyba na rynku podobnej konstrukcji. Najbardziej skomplikowane ówczesne szkło Canona- 28-300/3,5-5,6 L miało zaledwie dwie asferyczne i 3 niskodyspersyjne soczewki.
Musiało to kosztować fortunę w produkcji.
Obiektyw według recenzji użytkownikow był dobry. Ale dobry- to nie wystarczyło profesjonalistom. Uznawano go za przyzwoite szkło, ale ganiono za potężny ciężar (ważył rzeczywiście dużo- 880 gramów) zdjęcia z żółtym zafarbem, słabą odporność na odblaski światła i bardzo wolny autofokus, jak ktoś napisał- był to „niezbyt sportowy obiektyw”- tego akurat profesjonaliści nie zniosą.
Dla amatorów był jednakże zbyt drogi, (kosztował w Polsce po przecenach 2600,- zł w roku 2003). Produkcję zakończono w 2004 roku.

70-210/2,8 LD (1992)- sprzedawano go w Polsce bardzo krótko. Niestety poległ w walce z Sigmą i Tokiną, które były hitami. Sigma miała cichutki napęd HSM, a Tokina renomę producenta wysokiej klasy. Tamron zaś miał renomę producenta najtańszych obiektywów sprzedawanych w popularnym Fotojokerze jako zestawy z amatorskimi aparatami. A do tego w połowie lat 2000 Tamron przez pewien czas w ogóle nie miał w Polsce dystrybutora, co też wpłynęło na nikłą popularnosć tego szkła.

Zrobimy tu małą dygresję, opuszczając tamronowską wysoką półkę i zeskakując na niższą- w roku 1994 wypuszczono obiektyw 24-70/3,3- 5,6 Aspherical. Nie byłby godny wzmianki gdyby nie był pierwszym na świecie obiektywem autofokus o tej ogniskowej. Nie pomyslałbym!

W 1994 roku wyprodukowano bardzo ciekawy obiektywik, o którym możemy powiedzieć dwa słowa- to 20-40/ 2,7-3,5 Aspherical IF, rzadko spotykane i mało docenione szkło.
Ma w ogóle dzisiaj niespotykane ogniskowe. Produkowano tylko dwa obiektywy o tej ogniskowej- naszego Tamrona i Sigmę 20-40/2,8 EX DG, pozostałe albo miały inny, krótszy zasięg, albo były ciemniejsze. Ten zakres- 20-40mm siedzi okrakiem między superszerokim kątem, a krótkim obiektywem standardowym. Nie dość że daje duże możliwości w aparatach pełnoklatkowych to jeszcze całkiem sprawnie działa na APS-C. Bardzo uniwersalne narzędzie. Do tego Tamron był jednym z dwóch istniejących ówcześnie zoomów jaśniejszych niż f/2,8. Jaśniejszych, na parametrach w folderach reklamowych, dodajmy- żaden aparat nie jest w stanie wyświetlić wartości przesłony f/2,7, ale i tak ciekawie. 
Z doświadczeń własnych powiem że sprawuje się na pełnej klatce filmowej i cyfrowej bardzo dobrze, za wyjątkiem odporności na odblaski- jest bardzo podatny na słońce w kadrze. Zamieścimy swego czasu test tego obiektywu.
Wyprodukowano dwie serie tego szkła i zakończono produkcję w 2005 roku


SP AF 14/2,8 Aspherical IF 1999-2007
Superszeroki stałoogniskowiec. Nie zdobył nigdy takiej popularnosci jak Sigma o tych samych parametrach. Sigma pobiła go cichym i szybkim silnikiem HSM i mniejszą podatnością na odblaski. Dzisiaj rzadko spotykany obiektyw.
Tutaj wnikliwy test 14-tki na Pentaxie, nizbyt dobrze wypadł:


Znowu zeskoczymy na niższą półkę tamronowskiej oferty:
W 2002 roku wypuszczono przyjemny 19-35/3,5-4,5, superszeroki i w miarę jasny obiektyw przeznaczony dla
zaawansowanych. Ten obiektyw to ciekawostka- nie był projektem Tamrona, tylko, o ile się nie mylę- Cosiny, która produkowała go dla wielu innych firm- myślę że jest to obiektyw sprzedawany pod największą ilością marek w historii. Wymieniam z pamięci:
Cosina, Tokina, Soligor, Voigtlander, Phoenix, Quantaray, Tamron a ostatnio jako Promaster. Jednym słowem ten sam obiektyw sprzedawali czterej najwięksi konkurenci z Third Party, w tym Sigma (Quantaray to była marka Sigmy na USA)- tylko w różnych okresach i nieco zmienionych wersjach.
Tamron wypuścił mocniej różniącą się wersję tego szkła, dostosowaną stylistycznie do ówczesnej gamy swoich produktów i zmienioną mechanicznie- pozostałe odmiany były podobne do siebie, na ogół z wytłoczonym, stylizowanym „AF” na pierścieniu zoomowania, pamiętającym jeszcze zamierzchłe czasy gdy autofokus stanowił novum.


















Był to zatem taki trojaczek z Kolina (Peugeot, Citroen, Toyota), tylko dwadzieścia lat wcześniej.



Spis bakalii zakończymy na najnowszym rodzynku:
SP AF 17-35/ 2,8-4 Di (2003-2008).
Wszyscy chwalili ten obiektyw, należący do nowej (do dziś aktualnej) generacji dostosowanej do współpracy z cyfrówkami. Miał bardzo dobry zakres ogniskowych, bardzo dobrą, choć zmienną, jasność i cenę konkurencyjną w stosunku do obiektywów firmowych.
Nie mam szczerego pojęcia dlaczego zakończono jego produkcję. To znaczy wiem, ale nie powiem. No dobra- powiem. Rzecz jest historycznie- rynkowo ciekawa. Prawdopodobnie był owocem ślepej uliczki marketingowej- obiektywów mających sprzedawać się zarówno jako superszerokokątne do analogowych aparatów jak i krótkie standardowe dla raczkującyh cyfrówek APS-C. (Jak wiemy matryca cyfrowa jest mniejsza niż klatka filmu i daje mniejsze kąty widzenia przy tej samej ogniskowej). Aparatów z matrycą wielkości klatki filmu 35x24mm czyli Full Frame- ówcześnie nie było zbyt wiele i żaden z nich nie kosztował mniej niż przyzwoity samochód osobowy.

Projektowana uliczka jednakoż skończyła się gwałtownie z prostego powodu- sprzedaż cyfrówek APS-C poszybowała w górę, a sprzedaż apartów na film zanurkowała jak bombowiec nurkujący. Obiektyw mający służyć jako superszerokokątny do filmówek- przestał mieć rację bytu. Jako szkło dla cyfrówej APS-C był jedynie zbyt krótką namiastką standardowych ogniskowych, a tu już konkurencja (Sigma) wypuszczała obiektywy o ogniskowych specjalnie przeznaczonych tylko do cyfrówek z mała klatką (18-50/2,8 DG). Zarząd Tamrona krzyknął do inżynierów- Stop! Projektujemy coś podobnego jak Sigma, to się sprzeda! I mieli rację (Tamron 17-50/2,8 Di II).
Tymczasem, po kilku latach ślepa uliczka dostała nowe przebicie do głównej arterii- aparaty z dużą matrycą Full Frame- staniały. (Jeźlikto hce po rady- najstarsze używane Canony 5D dochodzą do 1800 złotych), a ich właściciele wydaliby chętnie kasę na dobry i niezadrogi obiektyw superszerokokątny,, nadający się na dużą klatkę, którym był Tamron 17-35/2,8-4. Niestety już go nie produkują.
http://www.tamron.co.jp/data/af-lens/a05.html
Powinni wznowić produkcję, moim zdaniem.
Za ten pomysł, bardzo proszę, drogi Tamronie,o zatrudnienie mnie na jakimś nieeksponowanym stanowisku testowym. Już ja wam doradzę!

Fabrykant
z www.fabrykaslubow.pl

P.S. Kto zainteresowany podobnym tematem u Sigmy, proszony jest o kliknięcie odpowiedniej etykiety pod artykułem (np. "obiektywy-historia")- i zaraz zostanie tam cudownym sposobem przeniesion.

P.S. II W poniedziałek lany, jednak we wtorek- przetestujemy pewnego Samuraja bez miecza. Zostańcie Państwo z nami (cytat).

sobota, 12 kwietnia 2014

Meczu Brak- Cartier Bresson ponownie.

Henri Cartier-Bresson „Mecz baseballa, Milwaukee, Wisconsin USA 1957”

Już łapałem za wieczne pióro, żeby napisać o Eliotcie Erwittcie, już wystukiwałem na klawiszach walizkowego Remingtona esej o Georghiju Pinkassovie. Ale nie.
Ten Henryk Cartier-Bresson miał po prostu skłonności do zdjęć idealnych. Kocham Pana, panie Henryku.
Nie mogłem przejść obojętnie, zważywszy na lekko ironiczny wydźwięk tej fotografii, oraz jego archaiczną motoryzacyjność i motoryzacyjną archaiczność.
Zdjęcie ma supergraficzną, prostą i piękną kompozycję. Myślę że nawet nie trzeba rysować na nim kolorowych kreseczek żeby to dostrzec.
To zdjęcie jest tak skomponowane że odpowiada na wszystkie pytania na temat.
A skąd ci ludzie się wzięli?
Z parkingu.
A czym przyjechali?
A tymi samochodami
A potem?
Potem przyszli drogą.
A kiedy to było?
W latach 50-tych, widać po samochodach.
A teraz co oglądają?
Tytuł: Mecz bejsbola, Milwaukee, Wisconsin, USA.

Przetoczyła się między mną, a współwłaścicielką Fabryki Ślubów dyskusja: Czy ludzie idący ulicą w tle są niezbędni do tego kadru. Bo może bez nich zdjęcie byłoby czystsze kompozycyjnie- same linie i płaszczyzny. Zobaczmy zatem:


Według mnie zdjęcie traci. Traci na opowieści, choć może zyskuje na niedosłowności. Ale kompozycyjnie też jest pozbawione ważnego mocnego punktu. Poza tym bez idących ludzi nie uświadomimy sobie że samochodów jest taka masa, że trzeba pół kilometra dojść piechotą do celu.

Nie ma tylko na zdjęciu meczu bejsbola. Ale dzięki Bressonowi dowiedzieliśmy się coś o stosunkach społecznych, rozrywkach i zamożności w USA lat 50-tych. Jednym bystrym spojrzeniem.

Fabrykant

P.S.
Wcześniejsze analizy klasycznej fotografii Bressona znajdziecie klikając na etykietę "notka o klasycznym zdjęciu" pod artykułem

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Canon D60- Wiek niewinności


Nie powiem że jestem debiutantem. Troszkę już zdjęć postrzelałem. Jako dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty, miałem w łapakach dość dużo aparatów własnego, canonowskiego systemu. Włóczyłem się za młodu, tfu, w młodszej części młodości, po komisach i sklepach fotograficznych, które dzisiaj już od dawna nie egzystują i oglądałem różne cuda.(Co robią tu bryczesy Wuja Eugeniusza, skoro ostatni koń na którym jeździł Wuj Eugeniusz zmarł bezpotomnie trzydzieści lat temu?!- cytat) Z gruba obejrzałem prawie wszystkie modele Canonów wyprodukowane po 1987 roku, może z wyjątkiem analogowych jedynek, bo ich w tych komisach nie było. Dość wcześnie, jak na Polskę, dorobiłem się też cyfrówki, zaczynaliśmy od Canona 10D, potem były następne modele.

Nie spotkałem się jednak nigdy z wcześniejszymi niż 10D cyfrówkami, bo były to niebosiężne luksusy. A przecież pierwszy cyfrowy EOS Canona powstał już w roku 1995. Był to EOS DCS 3 o matrycy zawierającej 1,3 miliona pikseli, potrafiący zrobić aż 189 zdjęć. A potem trzeba było opróżniać wewnętrzny twardy dysk.

Ale już 6 miesięcy później ukazał się następca EOS DCS 1, miał już przyzwoite 6 milionów pikseli, niestety miało to pewną wadę- na wyjmowanym dysku można było zapisać 53 zdjęcia. A potem trzeba było go opróżnić. Była też druga wada. Aparat kosztował, uwaga podaję: 25.000 brytyjskich funciaków, a każdy z królową Elżbietą na awersie.

Następny sprzęcior z 1998 roku staniał niesamowicie- kosztował zaledwie 11 tysięcy funtów (69.000 zł), miał 2 miliony pikseli, nazywał się EOS D2000 i wyglądał już, jak wypisz wymaluj zwykły Canon 1n z założonym power boosterem. Można nim było zrobić 160 zdjęć. A potem trzeba było itd. Ten model widziałem ci ja raz w życiu na Allegro, znaczy przynajmniej jeden jest w Polsce.

O ile można się zorientować na Japonię wypuszczono ten model także z matrycą 6 megapikselową, pod nazwą D6000. Miał powalający zakres ISO: 80-200.
Wszystkie powyższe modele powstały w ścisłej współpracy ze świętej pamięci Kodakiem. No i na co ci przyszło Kodaku?

Następne modele Canon produkował już samotnie. 
Zdaje się że zabrali się sami za produkcję matryc i nie potrzebowali już Kodaka
 Kolejnym cyfrowym aparatem był EOS D30, 3,2 megapikseli. Rok 2000. Z grubsza był to pierwszy najnormalniejszy cyfrowy aparat, całkiem podobny do naszych lustrzanek, zapisujący wreszcie zdjęcia na kartach pamięci Compact Flash, a nawet używający tych samych baterii co o wiele lat późniejszy EOS 40D. Tylko cena była niezbyt dzisiejsza- kosztował on 12.500 zł, a był zaledwie aparatem dla zaawansowanego amatora, z migawką dającą minimalny czas 1/4000 sekundy.

No i nareszcie w roku 2002 pojawił się EOS D60. Tak jak właśnie pojawił się w życiu Fotodinozy, w zeszłym tygodniu na Allegro.

Czytać o aparacie w dostępnych źródłach pisanych to coś zupełnie innego niż trzymać go w rękach. Myślałem że żaden Canon EOS mnie już nie zdziwi, ale się myliłem.

UŻYTEK WŁASNY (cytat z dzieciństwa- skądż?)
Od czasów 10D z roku 2003, starałem się być na bieżąco z nowymi modelami. Pamiętam do dziś piękne pancerne wrażenie jakie sprawiał 10D- chłodny, ciężki metalowy korpus, wydający zamiast suchego trzasku cichutkie mlaśnięcie migawki. Wcielenie solidności, po prostu. Mniej więcej podobnie było w następnych modelach aż do 50D i byłem przekonany że tak było od zawsze.
Pomyłka.
D60 jest owszem a) wielki, b)bardzo ciężki , ale też c) całkowicie plastikowy!
Aparat ma lekko rozdęte rozmiary, jest pierwszym Canonem nieco za dużym do moich rąk, nieco grubaśnym, czego może nie widać na zdjęciach, bo jest też lekko obły.

To co najbardziej przypomina w pierwszym wrażeniu to Canona 650, pierwszego EOS'a w historii. Też był duży, ciężki, plastikowy i trochę inny niż dzisiejsze.
http://fotodinoza.blogspot.com/2014/01/eos-650-pradziadek-spozniony-test-tylko.html


Na samym wstępie rzucają się w oczy pewne zastanawiające detale:

Aparat, przeznaczony dla zaawansowanego amatora wyposażono w trzypolowy autofokus. Heloł! Drogi Canonie, jest rok 2002!

Przecież od roku 1992 stosowano 5-cio polowy autofokus w półprofesjonalnym modelu EOS 5!

Przecież od 1999 roku stosowano 7-mio polowy autofokus w Canonie 300, przeznaczonym dla amatora!

Ten sam 7 mio czujnikowy system wprowadzono do amatorskiego Canona EOS 300v w roku w którym ujrzał świat nasz trzyczujnikowy D60!

Moja imaginacja podsuwa mi obraz inżyniera z działu elektroniki cyfrowej i matryc, który siedząc w barze po godzinach, na przymusowym socjalizowaniu się z firmą przy piwie ryżowym, mówi do gościa z działu migawek i luster- Toshiro, daj mi coś prostego, coś co nie będzie robić problemów. No i dobrze żeby to nie zabierało za dużo miejsca. Tu dołącza się Asaki z działu marketingu- tak, Toshiro daj mu cokolwiek, ludzie i tak sikną jak zobaczą cyfrówkę z mocowaniem EOS, kupią to, a my wreszcie upłynnimy te stosy migawek z 50e, które leżą w magazynach od czasu jak dyrektor Hayamura przeinwestował i popełnił seppuku.

Inną bardzo zastanawiającą cechą jest BRAK, Paranormalny brak parararararara (cytat) trybu autofokusa zwanego AI Focus gdy używamy zaawansowanych funkcji fotografowania P,Av, Tv lub M. Jest, owszem, na niego miejsce na wyświetlaczu, ale samego trybu wtedy nie ma. Można zmieniać wyłącznie One Shot (ostrzenie pojedyncze na nieruchomy cel) i AI Servo (ostrzenie ciągłe na ruchomy obiekt). Tryb AI Focus pozwalał aparatowi przełączać automatycznie pomiędzy tymi trybami. Była to funkcja dostępna u Canona w dowolnym trybie P,Av,Tv,M od roku 1990! Tutaj takiej możliwości NIE MA. Heloł! Canonie!

Wpakowano mu więc autofokus z jakiegoś starszego modelu, zapewne żeby uprościć projektowanie elektroniki. Z tego samego powodu dano jakiś sprawdzony algorytm do sterowania obiektywami. I tu okazuje się ze D60 jest ostatnią cyfrówką chcącą działać bezproblemowo ze WSZYSTKIMI starymi Sigmami
Znowu heloł! Canonie! Nie pamiętasz, że już od 1995 roku zacząłeś projektować aparaty tak żeby najstarsze obiektywy Sigmy nie mogły z nimi współpracować? Już Canon EOS 50e gryzł się z najstarszymi, metalowymi Sigmami.
A Canon EOS D60 nie!
I dlatego kupiliśmy to muzeum.

To przykład jednej z największych deprecjacji w historii elektroniki. Aparaty cyfrowe. Naszego starego 10D sprzedaliśmy rok temu za 1/10 kwoty zakupu. Ale D60 został teraz kupiony za, uwaga uwaga- za 0,02 swojej pierwotnej ceny. Dwie setne.
Nic dziwnego. Jako nowy kosztował 12.500zł i to było dwanaście lat temu.
Za te 2% pierwotnej wartości otrzymujemy całkiem całkiem normalny aparat, idealnie przyjazny dla każdego, kto strzelał już zdjęcia Canonami- wszystko na swoim miejscu (no może prócz włącznika), menu starego typu, ale takie było we wszystkich cyfrówkach przez trzy następne generacje, aż do 30D. Reszta się zgadza. Ciężki, całkiem solidny, nie sprawiający specjalnych problemów.

Szybkość seryjna 3 klatki na sekundę też jest całkiem porządna- da się zrobić 8 klatek z tą prędkością, potem D60 musi trochę odpocząć i strzela po 1 klatce na sekundę, w międzyczasie opróżniając bufor.

WIEK NIEWINNOŚCI

W niektórych cechach jest wzruszająco wręcz nieporadny. Cyfra to była jednak niezła rewolucja dla projektantów. Oto przykłady- zmiana wartości ISO jest ukryta w menu i nie ma swojego guziczka na obudowie. Dzisiaj nawet najgłupszy kompakt ma taki przycisk, lub opcje na ekranie. Pominięcie go przy projektowaniu mogło się zdarzyć tylko tym, którzy dotąd projektowali tylko aparaty na film, w którym zmiana ISO była czymś nieistotnym.
Na szczęście zorientowali się i wymyślili ratunek- D60 ma programowalny przycisk Set, w środku tylnego kółeczka- i można go zamienić (m. in) w sterowanie czułością, co natychmiast zrobiłem.

Japońscy inżynierowie byli także niezwykle ostrożni w pozwalaniu fotografującemu na własne majstrowanie przy zdjęciach i ustawieniach obrazu. Ustawienia kontrastu, nasycenia i ostrości? No dobra, ale tylko o jeden kroczek do góry lub na dół. Ustawienia jasności monitora? Owszem, są dwa ustawienia- normalne i jasne. Powiększanie zrobionego zdjęcia? Tak tylko 3 krotne. Tylko i nic innego. Języki obsługi? Nooo, dobra- cztery.
Canon D60 2002
Canon 40D 2007
W jednym tylko inżynierka od matryc była zgodna z inżynierką od tradycyjnych aparatów, to widać- dajmy dużo funkcji indywidualnych (Custom Functions). To wyszło D60-tce bardzo na dobre- aparat jest bardzo przyjemnie ustawialny jeśli chodzi o funkcjonalność samego fotografowania- ma 15 takich ustawień. Wybranie skoku nastawienia przysłon co 1/2 lub 1/3 stopnia- proszę bardzo, blokada podniesionego lustra – jest, błysk lampy na otwarcie/ zamknięcie migawki- do wyboru.

A tak wygląda ładowarka do akumulatorów dzisiejsza (z lewej) i ta sprzed 15 lat.


CO JEST PONIŻEJ DZISIEJSZYCH STANDARDÓW?

Ekran tylny, wielkości 1,8 cala- widać że zdjęcie zostało zrobione, ale jakie jest, czy ostre, czy nieprześwietlone- nie wiadomo. Dowiesz się w domu. (Tak samo było w 10D)

W tym kontekście zupełnie nieistotnie jest już to że trzeba poczekać ze 2 sekundy zanim zdjęcie się wyświetli na ekraniku. Na ekraniczku. Za to gdy włożymy do D60 zapełnioną kartę z 40D można napotkać taki komunikat:

I już zupełnie nie widać że na zdjęciu jest sfotografowany wąsaty Kurt Scheller.

D60-tka nie jest dla nerwowych. Włącza się w czasie jakichś 3 sekund, w tym czasie Para Młoda pokonuje dystans 4-ch metrów, premier Donald Tusk około 6 metrów, a samochód Formuły 1 jakieś 800 metrów. Jeżeli właśnie w nich celowaliście, to macie przerąbane- zdjęcie życia jest stracone.

Nasz Canon nie jest czułym stworzeniem. Mocne czułości to nie dla niego. Daje niezbyt potężny zakres ISO- od 100 do 1000. Wobec dzisiejszych kryteriów- strasznie mikro. Nie ma co się równać do jakiejkolwiek aktualnej lustrzanki. Ale jak na tamte czasy- całkiem nieźle. Pamiętam używanego przez nas równolatka- Olympusa Camedia E20P- jego maksymalne ISO to było 320. Comedia, normalnie.

JAK TAM Z JAKOŚCIĄ ZDJĘĆ?
Aparat naświetla z tendencją do prześwietlenia o ok. 1,5 działki, lekkie rozregulowanie systemu pomiaru światła to rzecz normalna, wg mojego doświadczenia- można go oddać do serwisu, ale można też lecieć na nastawionym niedoświetleniu.

Przy ISO 100 i 200 zdjęcia są gładkie jak pupka niemowlaka, co było bardzo chwalone w czasach powstania aparatu. Na ISO 400 widać już, jak się przyjrzeć drobny szum, pomijalny w zdjęciach ze światłem dziennym, na ISO 800 szum widać w ciemnych partiach zdjęcia, na maksymalnym ISO 1000 szum jest wyraźny, można go porównać do szumu na ISO 1600 w Canonie 40D. Poziom całkiem dobry.


ISO od lewej: 100/ 200/ 400/ 800/ 1000

Widać że nie potrafiono poradzić sobie inżyniersko z szumem na wysokich czułościach- poprzednik (Canon D30) oferował ISO 1600, ale miał o połowę mniej pikseli- tutaj zwiększono pikselaż, ale ograniczono możliwości wyczulenia.

Ma się to też nijak do możliwości lustrzanek pełnoklatkowych, zwłaszcza dzisiejszych.

Wszystko to z powodu jednego powodu. Otóż w swoim Canonie masz posiadaczu procesor, jaki wsadzano zapewne także w drukarki, skanery i telefaksy. A może nawet w co bardziej zaawansowane wiertarki i suszarki do włosów. Był to zwykły, ogólnego zastosowania procesor, tutaj zaprzężony do zaprzęgu obróbki obrazu. Dopiero od następnego modelu EOS 10D zaczęto stosować tzw. DIGIC, czyli procesor przeznaczony stricte do aparatów cyfrowych Canona.
(Swoją drogą jak te firmy ładnie nazywają swoje procesory, normalnie jak na filmach sajens fikszyn. Ale i tak nie dorównają nazwom kolorów dawanych przez przemysł farbiarski, można haiku pisać np.: Tajemnica Gejszy, to Poranne Kakao po Kawie z Przyjacielem (Dulux))

WSPÓŁPRACA Z PEŁNOLETNIMI SIGMAMI

Git! Yes! Działa!


Sigma AF 28/1,8 Asp. 1/4000 f/5,0, poprawiane

Ale w jednym miejscu nie do końca. Ja już nic z tego nie rozumiem. Kosmos Sigmy i Canona jest (jak u Lema) Łaciaty. Otóż z Sigmą 28/1,8 przysłonę można przymknąć, ale aparat błędnie mierzy światło!

Dlaczego??????!!!!
Ten model obiektywu, nie jest wcale najstarszy wśród mojej kolekcji, pochodzi z drugiej serii obiektywów Sigmy. Jest za to najjaśniejszy z dostępnych mi Sigm.

I o co tu chodzi?????

Wizja zrobienia habilitacji na współpracy starych Sigm i Canona oddala się. Głębia nie do zbadania.

Trzeba robić zdjęcia w trybie M, ustawiając samemu parametry przesłony i czasu. W innych trybach aparat prześwietla z Sigmą 28/1,8 sromotnie, chyba że światła jest mało i ciemne warunki.
Zatem możemy rozróżnić jeszcze jedną odmianę Canona, oprócz tych wspomnianych w poprzednim felietonie:
-aparat który współpracuje w pełni z każdą Sigmą, za wyjątkiem pomiaru światła z niektórymi starymi Sigmami.
Sigma AF 18/3,5 1/40sek. f/22 (bez poprawek)

Sigma AF 50/2,8 Macro 1/200sek. f/3,5 poprawiane
Sigma AF 50/2,8 Macro 1/3200sek. f/3,2 poprawiane

Za to z pozostałymi obiektywami lat 23 i lat 25 wymiata.
O to właśnie chodziło.
Tego byśmy sobie życzyli.
I tego byśmy Wam życzyli, tylko dość trudno kupić taki aparat. Nie sprzedało ich się zbyt dużo.

W każdym bądź razie otwiera to nowe możliwości pisania artykułów na Fotodinozie i tego trzeba oczekiwać.

Oczekujcie.

Fabrykant
P.S.
Kto ma ochotę na super wnikliwy test D60 w obcym języku to jest tutaj:
Kto ma ochotę na porównanie D60 z roku 2002 z aktualnie produkowanym 70D (2013)  to zamieszczam krótkie i suche szokujące (albo i nie) dane:
                           D60                       70D

Rozdzielczość:             6,3 Mpx                   20 Mpx

Czułość ISO                100-1000                  100-25600

Punkty autofokusa          3                         19

Zakres działania AF        +0,5- 18 EV               -0,5- 18 EV

Czujnik pomiaru światła    35 stref                  63 strefy

Ekran tylny                1,8 cala                  3 calowy,
                           114 tys pikseli           dotykowy
                                                     odchylany
                                                     1.040 tys piks.

Szybkość zdjęć seryjnych   3/ sek                    7/ sek
                           do 8 zdjęć jpg            do 65 zdjęć jpg

Języki obsługi menu        4                         25

Massa                      780g na goło              675 g bez bat.


P.S.II Podziękowania dla forumowicza FlatEric z Canon-Board za zwrócenie uwagi na błąd w artykule.







czwartek, 3 kwietnia 2014

Yes, yes, yes! We can.

Jak sam tytuł wskazuje, dzisiaj na Fotodinozie zajmiemy się POLITYKĄ. Ale nie polityką Obamy (choć Obama care. I miejmy nadzieję że care też troszeczkę nad Europą Środkową) tylko polityką Fotodinozy. Dzisiejszy artykuł będzie zatem o niczym. Nie: „pierwszy na świecie test żadnego obiektywu” (http://fotodinoza.blogspot.com/2014/03/pierwszy-na-swiecie-test-zadnego.html), tylko pierwszy na Fotodinozie tekst o niczym.

Doszło znowuż do tego, że Fotodinoza dokonała zakupu niekontrolowanego. Coś tak się w nas kumuluje, kumuluje i nagle zakup. Było to możliwe tylko dlatego, że sprzedało się nadmiarowy sprzęt fotograficzny w postaci uszkodzonego Canona 35-70, zbilansowało się budżet, popłaciło podatki i poplatki (cz.), dołożyło pewną kwotę i oto jest ów zakup. Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy (Marylin Monroe).

To znaczy zakup jest na razie formalny. Zakup w transporcie, panie kochany, koło się urwało, cli się na cle, podwykonawca się opóźnia, pieniądze przeleję jak mi klient przeleje, no skąd ja wezmę, panie.
Poczekamy. Jak przyjdzie to będzie.


A będzie to jeden z dwóch istniejących modeli cyfrowych Canonów, jakie współpracują z wiekowymi Sigmami! Istnieje coś takiego. To znaczy podobno istnieje. Sprawdzimy.


Firma Canon, wraz z firmą Sigma na przełomie lat '90- '00 zapewniły nieustające rozrywkowe emocje swoim użytkownikom. Otóż ci użytkownicy mają do wyboru nieskończone wręcz konfiguracje:
-aparat analogowy współpracujący z każdą Sigmą
-aparat analogowy współpracujący z prawie każdą starą Sigmą
-aparat analogowy nie współpracujący z żadną starą Sigmą, chyba że na maksymalnie otwartej przesłonie.
-aparat analogowy nie współpracujący z żadną starą Sigmą w ogóle.
-aparat cyfrowy współpracujący z prawie każdą Sigmą
-aparat cyfrowy nie współpracujący z żadną starą Sigmą, chyba że na maksymalnie otwartej przesłonie.


O rany jaki wybór! Przyznacie, Drodzy Czytelnicy, że w ten labirynt koniunkcji można się zagłębić do cna. Co też zamierza czynić Fotodinoza, a potem zrobimy habilitację i otworzymy kilka przewodów doktorskich. Howgh.


Powiemy Wam też szeptem, w całkowitej tajemnicy, że stare Sigmy do Canonów są w związku z tym bardzo tanie, i jeżeli ktoś nie boi się trudności w użytkowaniu to może zostać wariatem takim jak Fotodinoza (znowu się włączył ten przebrzydły pluralis majestatis). Wystarczy kupić sobie odpowiedni aparat (np. analogowy), który też notabene jest, nie wiedzieć dlaczego, śmiesznie tani.


Jest tak tani, że troszkę przesadziliśmy z szałem zakupowym i nasza szafa przypomina nieco malusi sklep fotograficzny. Dodajmy że jest to sklep z końcówki lat 90-tych, zawierający różne szroty (bezwypadkowy, jedyny taki na Allegro, dla konesera, zobacz- cytat). To skojarzenie przywiodło nam na myśl, że trzeba trochę posprzedawać, zwłaszcza że zdarzają się już podwójne egzemplarze w kolekcji, a jeśli liczyć klony to potrójne. O te klony: http://fotodinoza.blogspot.com/2014/03/my-oba-to-jedna-osoba.html

Te sprzedaże dadzą nam fundusze na dalsze ciekawe zakupy, których dokonamy, jako się rzekło, nie dla siebie, tylko dla Was, Drodzy Czytelnicy, dla IDEI. No może też trochę dla Marylin Monroe.


Są pewne marzenia.
Są pewne potrzeby.
Człowieka.




A ono czeka. Czy człowiek zboczy?




Zboczy.




No bo jeszcze w życiu nie posiadaliśmy aparatu Canon EOS z cyferką 1, jakiegokolwiek. To chyba znaczy że nie możemy poczuć się prawdziwym profesjonalistą, skoro Canon tylko dla profesjonalistów przewidział taką cyferkę. Ostatnio na Allegro był na przykład Canon RS za 80 złotych, ówczesny najszybszy aparat na świecie i już palec drżał nam nad klawiszem „kup teraz”, ale jednak omsknął się. Czyż zasługujemy na to miano? Naszym hasłem przecież pełny półprofesjonalizm.


I dlatego kupiliśmy coś, co umożliwi nam znowu wysunięcie się na czoło światowej testerki- cyfrówkę, dzięki której zrobimy testy starych Sigm, na innych przesłonach niż w pełni otwarte. Tego jeszcze nie było. Ale będzie, o ile tylko współpraca Canona D60 ze starymi Sigmami to nie plotka.


Damy wam znać. My.




Fabrykant


P.S. Fotodinoza zyskała ostatnio szerokie uznanie wśród Filipa Appela, człowieka wielce twórczego- muzyka (http://www.arciv-ev-noise.net/), webmastera i bloggera( http://microust.wordpress.com/ ). Pochwały z tych ust są dla mnie bardzo cenne, jednakże, przyznam, także nieco Przytłaczające. Otóż napisał On, że wpisy na Fotodinozie są regularne. To straszne. Chciałbym z góry przeprosić jeżeli nie utrzymam tego standardu- na pisaniu testów schodzi bardzo dużo czasu (np. na wywoływanie i skanowanie filmów- może dlatego te aparaty są takie tanie). A ja jestem jednak człowiekiem wierzącym. Wierzę w życie pozainternetowe. Tak czy siak- dziękuję Filipie.

czwartek, 27 marca 2014

Esencja z ziemniaka. Martin Kollar

Martin Kollar

Gdzie my właściwie żyjemy? Kim my właściwie jesteśmy?
Fotografia, o dziwo, także potrafi zadawać takie pytania. Nie każdy fotograf potrafi je zadawać, ale Martin Kollar potrafi.

Robi to z ironią, wierny tradycji czeskiej i czechosłowackiej fotografii, która jak rzadko która łączy tradycję Eliota Erwitta, specjalisty od ironicznych zdjęć, z prześmiewczo- wyrozumiałym spojrzeniem szeregowca Szwejka. Pokazuje rzeczywistość taką jaka ona niby jest, ale jakby troszkę weselej. Przykładem niech tu będzie Viktor Kolař (nazwisko podobne, ale starszy)- genialny wprost, przyjazny obserwator absurdu wizualnego. O nim też kiedyś napiszę, jego zdjęcia wzbudzają u mnie często paroksyzmy śmiechu. 
Viktor Kolař, Ostrava 1989

Viktor Kolař, Ostrava 1992
Jego zdjęcia można zobaczyć tutaj: www.viktorkolar.com



Wracajmy jednak do Martina Kollara.

Martin Kollar jest Czechosłowakiem, jest przede wszystkim operatorem filmowym, a także rejestratorem otaczającego nas świata. Jego dorobek, sądząc po stronie internetowej www.martinkollar.com nie jest zbyt potężny, ale jeden z jego projektów, zatytułowany „Nic szczególnego”, jest według mnie nie tylko oryginalny na tle ironicznych czeskich fotografów, ale też epokowy.
Martin Kollar
Otóż fotografowi udało się uchwycić nieuchwytną, wszechogarniającą Nicość, jaka przenika na wskroś nas wszystkich, i to uchwycić tak żeby było trochę śmiesznie.

Co widzimy na jego zdjęciach? Widzimy to co znamy, o ile jesteśmy Mitteleuropejczykami. Widzimy trochę bałaganu, trochę wiejskiej kultury, widzimy trochę niedoróbek, sprzeczności i trochę podróbek zachodniego blichtru, widzimy rudery, ale nie „Tradizzioni Ruderi Anticci”, tylko nasze, swojskie rudery, bez specjalnych przymiotników.
Możemy tam znaleźć licznych Cytrynów i Gumiaków, nie tylko z branży motoryzacyjnej, ale rzec by można- wszechbranżowych. (https://www.facebook.com/CytrynGumiak)

Zwykle, u innych, niezbyt ugładzona i niezbyt grzeczna Europa Środkowo Wschodnia jest przedstawiana za pomocą spojrzenia krytycznego, lub też spojrzenia reżysera horroru- na ponuro na buro i na poważnie. Z naciskiem na egzotykę, na epatowanie syfem, na obraz znacznie bardziej czarny niż biały. Sam czasami tak ją rejestruję.

Martin Kollar konstruuje obraz od innej strony- jest prześmiewczy, ale wyrozumiały. Opowiada nam raczej dowcipy, ale nie leci ad personam. Mówi- my wszyscy z Nicości, ale tu zawsze tak było i nie przeszkadza to w życiu. A czasami nawet pomaga- niepotrzebne nam Lazurowe Wybrzeże- wystarczy rów melioracyjny.
Martin Kollar

Sam o tematyce swoich zdjęć mówił tak: „ (…) Tu nie ma nic szczególnego. Wszystko jest w jakiś sposób średnie.(...) Ja zaś jestem obserwatorem. Nie wtrącam się w życie ludzi. Pracuję w sytuacjach publicznych, robię to samo co moi bohaterowie. (...) Przygotowuję projekt o zwykłych ludziach, żyjących w zwykłym miejscu. Nie interesują mnie ciekawostki, ani skrajności.” (Tu kokieteria nieco- przypis Fabrykant). Moje zdjęcia na pewno nie są smutne, może niekiedy śmieszą, ponieważ jestem wesołym człowiekiem. Pragnę by fotografie coś mówiły, żeby wywoływały jakieś wrażenie na tych, którzy je oglądają. Chcę by ludzie pomyśleli chwilę o sobie. Dla niektórych być może takie podejście będzie cynizmem, ale ktoś inny powie że to po prostu nudne.”

Inne zdjęcia z albumu "Nic specjalnego" można obejrzeć tutaj:
http://www.martinkollar.com/nothing-special

To jest moje ulubione zdjęcie Kollara. To jest moje ulubione zdjęcie z naszej części świata. Czuję się z tą częścią tożsamy. Jestem jak ten człowiek, z głową zanurzoną w studzienkę kanalizacyjną przy rowerze Ukraina (lub obiektywie Tokina), a za mną biegnie nieco spanikowana kura. A może to kogut jest?

Martin Kollar

Fabrykant
z www.fabrykaslubow.pl


Źródła podane w tekście, oraz "Pozytyw" nr 1/2005

P.S.:

Polecam moje oryginalne kryminały z klimatyczną Łodzią w tle:
 
"Tramwaj Tanfaniego" dziejący się w czasach świetności przemysłowej Łodzi w roku 1905. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami - zabójstwem Juliusza Kunitzera, twórcy łódzkich tramwajów. Książka nagrodzona Exlibrisem Biblioteki im. Piłsudskiego za najlepszą powieść o Łodzi w 2021 roku.
Reżyser Władysław Pasikowski o "Tramwaju Tanfaniego":
"Wciągające. Rewolucja upadła, ale rewolucjoniści zostali... W Łodzi w zamachach giną zamożni fabrykanci. Kto stoi za tymi zbrodniami? Frapująca intryga i pełnokrwiści bohaterowie, ale prawdziwą bohaterką jest Łódź pod koniec 1905 roku. Jedno z najbarwniejszych i najbardziej oryginalnych miast tamtych czasów. To nie kino, to autentyczny fotoplastikon z epoki... Ja nie mogłem oderwać oczu od okularu. Polecam!"

"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia wysyłkowo tutaj: LINK

"Złoty peugeot" to niebanalny kryminał motoryzacyjny z Łodzi epoki wczesnego Gierka. Tajemnicza zbrodnia, nieudolna milicja, zakulisowe przepychanki z władzą PRL a po drugie kawałek historii polskiej motoryzacji i łódzkiej architektury oczami (i rękami) pewnego mechanika z ulicy Wschodniej, który chcąc nie chcąc musi zabrać się za dociekanie, dlaczego ktoś musiał zginąć i kto go zabił. Są wciągające tajemnice, splątane wątki, brawurowe pościgi samochodowe, jest wiele charakterystycznych postaci budujących mikrospołeczność powieści. W warstwie trzeciej książka jest nasycona aluzjami do literatury popularnej z czasów PRL a wynajdowanie tych i innych smaczków z Niziurskiego czy Nienackiego jest dodatkową rozrywką. 

Do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Deluks" - wielowątkowy kryminał dziejący się w roku 1976 składa się z kilku warstw, począwszy od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Książka tym razem aluzyjnie nawiązuje do tzw. kryminału milicyjnego, jednak dekonstruuje ten schemat, inaczej rozkłada racje i ironizuje z klimatów PRL. W świat dawnej Łodzi pomaga czytelnikowi przenieść się zespół pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy. Akcja zawiązuje się wokół warsztatu samochodowego, poniekąd kontynuując klimat "Złotego Peugeota", jednak cała opowieść jest autonomiczną fabułą. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Wariatka ze Spornej" - napisana wspólnie z Tomaszem Włodkowskim -Światowej sławy reżyser usiłuje skończyć swoje ostatnie filmowe dzieło niekonwencjonalnymi metodami. Równolegle ginie jego wieloletni współpracownik i asystent.
Młoda policjantka, niedawno przybyła do Łodzi ma poprowadzić śledztwo, które będzie wymagało od niej szczególnego zaangażowania, cierpliwości, uwagi i... erudycji.
Tytułowa ulica Sporna zdaje się trwać w niezmiennym od stu lat stanie, ale to tylko pozory. Miasto dookoła przekształca się w bólach, jest rok 2003, Polska ma zaraz wejść do Unii Europejskiej, ale niechciany bagaż PRL jest wciąż obecny, również w policji. Kto i dlaczego zabił? Co ma wspólnego wielka sztuka i małe morderstwo? 

"Wariatka ze Spornej do kupienia wysyłkowo TUTAJ