wyświetlenia:

piątek, 26 lipca 2019

Pan Gęsty, Pan Nieznany i Sufrażystki - Horace Nicholls



A może wojny nie były takie złe? 
Zwłaszcza Pierwsza Światowa.

I Wojna pozostaje u nas poza głównym nurtem zainteresowania. Była, ale jakby nie u nas. Zupełnie słusznie, bo Polski wtedy nie było na mapach, jedynie Królestwo Polskie, Carstwo Polskoje, Priwislinskij Kraj, przyklejony do Rosji. Polska prawdziwa i jej odrodzenie były tylko w marzeniach przedwojennych pokoleń. A ponieważ I Wojna Światowa, konflikt mocarstw, pozwoliła wreszcie spełnić te marzenia, została niejako przykryta dążeniami niepodległościowymi i odzyskaniem Rzeczypospolitej. Z innej strony biorąc, z nadchodzącą I Wojną wiązano u nas znaczne NADZIEJE a nie obawy. Konflikt umożliwił odtworzenie w różnych postaciach polskich sił zbrojnych, choćby Legionów Piłsudskiego, czy Armii Hallera. Nastąpiły też liczne odpusty i koncesje polityczne na rzecz Polaków - każdy z krajów zaborczych chciał nas jakoś podkupić, choćby na pokaz.

Pierwsza Wojna, burzliwa na naszych terenach, choć spowodowała wykoszenie 14% ludności Polski i zniszczenie 30% majątku (bo wszystkie armie, zwłaszcza rosyjska, stosowały metodę spalonej ziemi) skończyła się dla nas szczęśliwie - mogliśmy po prostu poczuć się zwycięzcami. Wyniszczonymi, zbiedniałymi, ale zwycięzcami.

Dlatego do dzisiaj nie powstało u nas żadne "Muzeum I Wojny Światowej". Na razie jest tylko pomysł jego budowy w Krakowie.

Na Zachodzie widziano to zupełnie inaczej. Należy tu powiedzieć, że I Wojna po zachodniej stronie Europy była ZNACZNIE większą traumą niż Druga. Oczywiście nie dla Żydów, którzy po nastaniu hitleryzmu najpierw musieli emigrować, a potem byli wywożeni do obozów koncentracyjnych. Sęk w tym, że owe obozy akurat Niemcy postanowili budować tylko w Europie Wschodniej. 
U nas zatem obydwie wojny mają niemal przeciwny status niż np we Francji, Austrii czy Belgii, a nawet w Wielkiej Brytanii. 

Potwierdzają to suche liczby statystyk - w I Wojnie zginęło 3,2 miliona brytyjskich obywateli (wliczając kolonie), w II Wojnie - 450 tysięcy. Francja: w I Wojnie - 6,16 miliona zabitych, w II Wojnie - 600 tysięcy (również doliczając kraje kolonialne). Widać różnicę, prawda?

Tam, na Zachodzie przez kilka lat z kolei, dziesiątki, setki tysięcy młodych facetów ginęły masowo w okopach wojny pozycyjnej, każda rodzina wysłała do tych okopów jakiegoś syna, brata, czy krewnego. Tam Wojna Imperialna była wojną osobistą i dotykającą, okupioną wielkimi, niepotrzebnymi stratami i nie przynoszącą oczekiwanych rezultatów. Rozczarowaniem po prostu. 


Francuski 87 Regiment w okopach pod Verdun, 1916. Autor nieznany.


Nie wszyscy mogli brać udział w Wielkiej Wojnie bezpośrednio, ale wspomagali wysiłek wojenny swojego kraju, zachęcani rządową propagandą. Robili zdjęcia na przykład.

Horace Nicholls, miał w 1914 roku pod pięćdziesiątkę, nie kwalifikował się zatem na front. Wychował się w rodzinie fotograficznej, nauczył się robić zdjęcia od ojca. Pracował w młodości na wyspie Wight i w Yorkshire, potem wyjechał do brytyjskich kolonii - do Południowej Afryki, gdzie został dziennikarzem prasowym w Johanesburgu. Przesyłał stamtąd zdjęcia z Drugiej Wojny Burskiej do czasopisma w Anglii i nabierał doświadczenia. Wkrótce wrócił do macierzy i jako wolny strzelec zajął się fotografią kotletowo - towarzyską i współpracą z The Ilustrated London News, i The Tatler ("an ilustrated journal of society and the drama" istniejącym od 1903 roku do dziś). Fotografował damy i gentelmanów z towarzystwa, rauty dobroczynne, wyścigi konne w Goodwood, relacjonował plotki i spotkania. Pod tym względem Horace Nicholls był jednym z pionierów fotograficznej freelancerki, jednym z pierwszych fotografów, którzy utrzymywali się z tego rodzaju pracy


Lunch na Derby. Fot. Horace Nichols

Derby, stadion główny, 1909. Fot. Horace Nicholls.


W drodze na Derby. Fot. Horace Nicholls


Był fotografem, który zilustrował  książkę pierwszej brytyjskiej automobilistki wyścigowej - Dorothy Lewitt, wydaną w 1909 roku pod tytułem "The woman and the car" i będącą poradnikiem motoryzacyjnym dla kobiet. (jest to, doprawdy, niezły temat na osobny wpis, ale na wpis raczej dla automobilownia.pl)


Dorothy Lewitt demonstruje jak zalać gaźnik. Fot. Horace Nicholls.

Gdy wybuchła I wojna miał 47 lat. Na front poszedł jego syn, a Nicholls prowadził nadal działalność wolnego strzelca gazetowego, zajmując się jednak, z racji czasów, poważniejszymi tematami reporterskimi. W 1917 roku nadeszła wieść o śmierci syna fotografa, być może w bitwach pod Arras i Verdun, bo Brytyjczycy ponosili tam gigantyczne straty. W tym samym czasie Horace W. Nicholls dostał angaż od nowopowstałego Ministerstwa Informacji na oficjalnego fotografa Home Front (zaplecza wojennego). Takich rządowo - wojennych fotografów zaangażowano szesnastu, między innymi George P. Lewisa (a także kobiety Christinę Broom i Olive Edis, może kiedyś napisze się o tych paniach wpis).

Nicholls rzucił się do robót fotograficznych, obrazujących wysiłek wojenny na tyłach. Ministerstwo informacji angażowało wszelkie środki, żeby pobudzić w społeczeństwie maksymalne zaangażowanie, zobrazować dobitniej sens wojny przeciw Niemcom i zwiększyć pobór do wojska. 


Pracownica  ładuje worki na South Metropolitan Gas Works Old Kent Road w Londynie, Fot. Horace Nicholls



I wojna przeorała brytyjskie społeczeństwo, nieco może delikatniej, niż II Wojna w Środkowej i Wschodniej Europie, ale jednak wyraźnie. Wszyscy młodzi mężczyźni zostali wzięci w kamasze i poszli walczyć i ginąć masowo na Kontynencie, szybko zabrakło rąk do pracy w fabrykach broni, w przemyśle i wszelkich dziedzinach gospodarki. 

piątek, 19 lipca 2019

Pierwsza prawdziwa cyfrowa lustrzanka.



Wiecie jak stare są najstarsze aparaty cyfrowe? Strasznie stare.

Są miejsca i są chwile
W których duch historii żyje
Widzę przeszłość i siebie,
Kiedy czasami mijam je
Te wszystkie miejsca zapomniane przez czas
Ale nie ma ich, kiedy nie ma nas.
Te wszystkie miejsca zapomniane przez czas
Jeszcze raz powtarzam, nie ma ich, kiedy nie ma nas.
(...)
Najpierw kasety prawie jak oryginalne, elegancko poprzegrywane,
Prosto z Ameryki, bo nikt nie wiedział co jest grane,
Ruscy i ich wszystkie tanie wynalazki,
Żaden, co do jednego, nie był warty żadnej kaski,
Kartridże od pegasusa niekoniecznie z USA

Prędzej Chiny czy Rosja. Pierwsza wypożyczalnia.
                Junior Stress "Pani Irenko"
          (poezja to to, co przepada w tłumaczeniu)

Kiedy na Stadionie Dziesięciolecia trwał w najlepsze handel pirackimi kasetami magnetofonowymi i filmami wideo ściąganymi z dalszego i bliższego Wschodu, kiedy nikt w Polsce nie marzył nawet o posiadaniu telefonu komórkowego (bo sieć Centertel miała powstać dopiero kilka lat później), kiedy na targowiskach królowały blaszane szczęki i łóżka polowe, z których sprzedawano kiełbasę, proszki do prania, tureckie swetry i spodnie Piramidy, kiedy trwał okrągły stół, a Mazowiecki pokazywał victorię w Sejmie - w tym samym czasie po drugiej stronie oceanu inżynierowie wymyślali coraz nowsze i bardziej zaawansowane aparaty cyfrowe.


Tak. Trzydzieści pięć lat temu produkowano i sprzedawano zaawansowane aparaty cyfrowe.


Co prawda z początku sprzedawano je za bajońskie kwoty i tylko rządowi, albo US Army, ale jednak. Już w 1989 roku powstały jednak pierwsze aparaty komercyjne dla każdego. Dla każdego, kto miał wagon pieniędzy do wydania.

Wszystko zaczęło się od inżyniera Kodaka, pana Stevena Sassona (nie mylić ze znanym designerem Hasselbladtów Sixtenem Sasonem). Był on twórcą pierwszego aparatu cyfrowego, o rozdzielczości 0,01 megapixela, zapisującego czarno-białe zdjęcia na taśmie magnetofonowej. Wyświetlanie odbywało się na ekranie telewizora. Teraz powiem Wam rok w którym się to odbyło, a Wy nie uwierzycie: 1975.


Pierwszy na świecie aparat cyfrowy.

Eksperymenty były prowadzone dalej, przez całe lata 80-te, żeby uzyskać coś bardziej mobilnego i dającego lepsze zdjęcia. 
Świętej pamięci zdechły Kodak miał tu, doprawdy, duże zasługi (Co prawda zmarły nadal trochę żyje).
Powstawały w międzyczasie na świecie prototypy aparatów na bazie techniki wideo, zapisujące sygnał na taśmie magnetycznej w sposób analogowy, ich jakość była jednak znacząco słabsza niż aparatów na film. Gra szła o stworzenie cyfrowej matrycy i aparatu z cyfrowym zapisem, zdolnego dorównać klasycznym.

Jestem zaszczycony, że mailowałem właśnie z projektantem pierwszej lustrzanki cyfrowej świata - James'em McGarvey'em, dzięki któremu zamieszczam tu wszystkie unikalne fotografie. Pochodzą z jego strony internetowej: http://eocamera.jemcgarvey.com .

Electro Optical Camera (1987)


Fot. James McGarvey,http://eocamera.jemcgarvey.com
W 1986 roku Kodak stworzył pierwszą matrycę typu CCD o wielkości 1 Megapiksela. Na razie był to sam tylko rejestrator obrazu. Niedługo później rząd USA zwrócił się do Kodaka z zamówieniem na stworzenie przenośnego aparatu cyfrowego, wyposażonego w ten monochromatyczny (czarno-biały) rejestrator. Stworzono niewielki zespół pracowników w Wydziale Systemów Federalnych Kodaka, który zajął się tym zadaniem - Jim McGarvey był głównym inżynierem projektu.

Wkrótce zbudowano prototyp pierwszej lustrzanki, którą można było wynieść z domu i strzelać zdjęcia, choć ciężko było włożyć ją do kieszeni. No chyba że jesteście kangurem. I to kangurem olbrzymim (Macropus giganteus). 

Aparat, kierując się popularnością marki, oparto na Canonie F-1N , super solidnej profesjonalnej lustrzance manualnej. Do korpusu zamiast seryjnej wymiennej tylnej ścianki dobudowano (całkiem niewielki i płaski) moduł z matrycą. Oprócz niej zawierał także małą termoelektryczną chłodziarkę, mającą za zadanie nie dopuścić do przegrzania matrycy i obniżyć szumy obrazu (które wzrastają w każdym aparacie wraz ze wzrostem temperatury). Żeby określić moment otwarcie migawki aparatu, i zsynchronizować z nią moment rejestracji zdjęcia użyto bardzo prostego sposobu - dodatkowy kabel monitorował pobór prądu z aparatowej baterii i na tej podstawie określał moment otwarcia migawki.

Fot. James McGarvey,http://eocamera.jemcgarvey.com

Na korpusie nie było niemal żadnych elementów obsługi owej cyfrowej ścianki, jeśli nie liczyć trzech diod sygnalizujących status działania. Długi kabel wielościeżkowy łączył aparat z właściwym centrum dowodzenia, w postaci wielkiej czarnej skrzynki, którą należało nosić w plecaku. Zawierała 3,5 calowy komputerowy twardy dysk produkcji Intela i akumulator (ołowiowo kwasowy). Do czarnej skrzynki dodano osobną jednostkę rejestrującą w której zdjęcia były kopiowane na taśmę video 8mm przez rejestrator firmy Exabyte. 

Zrobione przez matrycę zdjęcie 1340 x 1035 pikseli trafiało najpierw do bufora pamięci mogącego pomieścić 6 zdjęć, a potem na twardy dysk mieszczący ich 60 sztuk. Stamtąd było zgrywane na rejestrator Exabyte.

Jednostka sterująca zadokowana na rejestratorze. Fot. James McGarvey,http://eocamera.jemcgarvey.com
Rejestrator był jednocześnie modułem dokującym (pierwszym na świecie dla aparatu cyfrowego) pozwalającym ładować akumulator podczas zrzucania zdjęć. 
Oczywiście owe zdjęcia można było obejrzeć dopiero "w domu" wkładając nagraną taśmę do innego komputerowego czytnika Exabyte - żadnego wyświetlacza fotek na owym sprzęcie wcale nie było. 
Nie stanowiło to przecież większego problemu, ani zgrzytu w czasach fotografii analogowej w której zdjęcia tradycyjnie oglądało się przecież dopiero po wywołaniu filmu.

piątek, 28 czerwca 2019

Ewenementy Gdyni



Czy można nie lubić Gdyni? Czy można nie lubić miasta będącego emanacją tego co najbardziej lubi się w swoim kraju? Emanacją konstruktywnego myślenia, celowego działania, dalekosiężnego planu, dość jednak rzadkiego na platformie Bałtycko - Czarnomorskiej. Ja jakoś nie mogę nie lubić. Niezależnie od tego jak wygląda i czym jest dzisiaj. Zbyt duży sentyment. 
W 1921 roku - senna wioska letniskowa, tysiąc dwustu mieszkańców. W 1934 - największy port na Bałtyku pod względem ilości przeładunku.










Ewenement 1
Ukształtowanie terenu.

"(...) najdogodniejszym miejscem do budowy portu wojennego (jak również w razie potrzeby handlowego) jest Gdynia, a właściwie nizina między Gdynią a Oksywą, położoną w odległości 16 km od Nowego Portu w Gdańsku. Miejscowość ta ma następujące zalety: osłonięta jest przez półwysep Hel nawet od tych wiatrów, od których nie jest wolny Gdańsk, głęboka woda leży blisko od brzegu, a mianowicie linia 6 metrów głębokości w odległości 400 metrów od brzegu, a linia 10 metrów głębokości w odległości od 1300 do 1500 metrów, brzegi są niskie, wzniesione na 1 do 3 metrów nad poziomem morza, jest obfitość wody słodkiej w postaci strumyka "Chylonja", bliskość stacji kolejowej Gdynia (2 km), dobry grunt na rejdzie (...)".

               inż. Tadeusz Wenda, główny projektant Gdyni 

Dla człowieka z niziny mazowieckiej, takiego jak ja, przyzwyczajonego do płaskiego, dość monotonnego krajobrazu (Opisałem rodzynki podłódzkiego krajobrazu tutaj - LINK) Gdynia jest zaskakującym miejscem. Już sam dojazd słynną autostradą Amber Gold One, która przechodzi w obwodnicę Trójmiasta jest jakimś znakiem, ponieważ pod sam koniec obwodnica ta przedziera się przez lesiste wzgórza zanim trafi do Gdyni. Żeby zobaczyć jak leży Gdynia należy wleźć w mapę Googla i włączyć ukształtowanie terenu. Zrobiłem to dla Was:





Dopiero wtedy widać jak na dłoni, że miasto leży jakby w płaskiej delcie rzeki, otoczonej wzgórzami. Nie wiem czy to prawdziwa delta rzeki Redy i Chylonki, czy tylko udawana, ale widać, że nalot poniżej wysokości radaru jest możliwy na Gdynię tylko od strony morza. Rzecz jasna twórcy Gdyni nie wiedzieli o istnieniu radaru, bo go jeszcze wtedy nie wynaleziono. Ale za to sami potrafili wynaleźć piękne otoczone wzgórzami miejsce, dogodne do rozwoju miasta.


Ewenement 2

Wypas projektowy
Rzecz jasna, że Gdynia to zagłębie modernizmu, skoro powstawała zaledwie przez kilkanaście lat w czasach największego rozkwitu moderny. Dworzec Główny, Dom Żeglarza (dzisiaj wydział Nawigacji Akademii Morskiej), Sąd Rejonowy (przy okazji można dostrzec, że współczesny budynek sądu w Łodzi został równo zerżnięty z tego obiektu)- wszystko to ma niesamowitą, elegancką stylówę, jakiś taki nimb szlachetnych proporcji. Większość tych budynków mogłaby być zaprojektowana równie dobrze dzisiaj (patrz - sąd w Łodzi) i nikt by się raczej nie zorientował. Stoi tam setka budynków w których modernizm zmieszano ze stylem klasycznym, albo z dekoracją narodową z ducha, niektóre słabe, sporo dobrych, bardzo dużo świetnych. Jedziemy sobie na przykład, jedziemy, aż tu nagle - buch! Dom Rybaka. Tak mnie ten obiekt wizualnie powalił, zmiażdżył i uwiódł, że zostawiłem samochód krzywo na zakazie i poleciałem go natychmiast fotografować.






Należy tu zauważyć, że Gdynia to nie była taka sobie inwestycja. W ogóle nie była taka sobie. Dość powiedzieć, że prawdopodobnie do tej pory w wolnej Polsce nie przebiliśmy żadną inną inwestycją kosztów budowy Gdyni. Do tego wszystkiego Gdynia była budowana jak nic przedtem, ani potem. Można zaryzykować twierdzenie, że nic takiego już nigdy się nie powtórzy. Otóż po pierwsze Gdynię zbudowano bez żadnych w ogóle analiz. Na czuja ją zbudowano. Na intuicję ministra Kwiatkowskiego i Tadeusza Wendy. Wiedząc, że dzisiejszy gazoport w Szczecinie był analizowany przez kilkanaście lat i o mało co nie poległ na analizach ekologicznych, słuchając o historii Gdyni można się za głowę złapać. Ustawa sejmowa z 1922 roku mówiła expressis verbis, że kredyty na budowę Gdyni będą wstawiane w kolejne budżety krajowe, aż do czasu jej powstania, choćby się waliło i paliło. Wydano z kasy państwowej 240 milionów przedwojennych złotówek, plus 34 miliony prywatnych inwestorów, co odpowiada mniej więcej dzisiejszym 3,8 Mld złotych (gazoport świnoujski kosztował niedawno 1,3 Mld).









Wywłaszczenia pod budowę portu prowadzono metodą mniej więcej rabunkową - tj. najpierw wywłaszczano i burzono budynki, a dopiero potem dawni właściciele mogli wystąpić do sądu o odszkodowanie.
Czy było to wszystko celowe i potrzebne? Owszem było. Przez Gdynię przechodziło tuż przed wojną 46% (wagowo) polskiego handlu zagranicznego.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Japonia - Raj Fotogratyczny. Wywiad z Konradem Jęckiem.

fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl


Pewnego dnia dostałem od kolegi szokujące zdjęcia. To były zdjęcia gratów z Japonii. Przesłał mi je Konrad Jęcek, podróżnik, fotograf, automobilista, informatyk z zawodu, zasłużony dla licznych portali linii lotniczych. Długoletni czytelnik Fotodinozy. Zadzierzgnąłem bliższe więzy z Konradem, który wybierał się do Japonii ponownie i podjął się próby przywiezienia mi jakiegoś szacownego, luksusowego grata. Próba co prawda nie skończyła się sukcesem, ale za to specjalny wysłannik Fotodinozy na Daleki Wschód zwiedził liczne japońskie komisy fotograficzne, a i samą Japonię przewiercił na wskroś. Postanowiłem wypytać go co nieco, w miłych okolicznościach przyrody, wraz z Szanowną Współfabrykantką. Niektóre pytania z wywiadu zadała Współfabrykantka. (My oba to jedna osoba).


fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl

fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl


- Co cię najbardziej zdziwiło w Japonii?
- Niesamowite połączenie supernowoczesności z tradycją. Na przykład to, że się tam prawie nie używa kart kredytowych, tylko wszystko leci gotówką.
- ????
- Ale nie tak jak u nas, tylko wszystko jest zautomatyzowane. Nie tak jak u nas, że banknoty zgniatamy w portfelu i dajemy w sklepie pogniecione. Każdy Japończyk ma specjalny pugilares na banknoty, sztywny i odpowiedniej wielkości. Wszystkie banknoty tam leżą płasko i wyglądają, jakby właśnie wyszły z produkcji. Jest tam pełno automatów do przyjmowania gotówki. Jeżeli nie wydają reszty, to obok zawsze wisi automat do rozmieniania. Wrzucasz banknot i dostajesz odpowiedni bilon. Wrzucasz bilon i wypada rozmieniony. W każdym sklepie zamiast czytnika kart są automaty do wydawania reszty. Kasjerka bierze od ciebie banknot i wkłada w ten automat. W ogóle nie patrzy. Reszta wydaje się automatycznie. W niektórych sklepach odchodzisz od lady z zakupami i dopiero potem wskazują ci automat w którym płacisz samodzielnie. W ogóle tego nie kontrolują. Dość to było egzotyczne.


fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl


 W ogóle obsługa klienta po japońsku, z kilkoma obowiązkowymi ukłonami w twoim kierunku, na które oczywiście powinieneś się odkłonić, była dla mnie dość krępująca z początku. Tutaj kolejka ludzi czeka, ty chcesz jak najszybciej zabrać swoje zakupy z lady, ale nie można, bo się teraz kłaniamy. Kasjerka póki nie skończy twojej obsługi nawet nie spojrzy na kolejnego klienta. Ale wszyscy oczywiście cierpliwie czekają.
Druga rzecz to czystość. Nieskazitelna. W niektórych miejscach jest tam po prostu niewiarygodnie czysto, zwłaszcza w miejscach publicznych. Sam widziałem, jak facet w publicznym kibelku na kolanach czyścił szmatką jakąś nieistniejącą plamkę.
Kolejna sprawa, to różne niezwykle praktyczne funkcjonalne pomysły jakie się spotyka w Japonii. Na przykład taka spłuczka wc. Jest sobie spłuczka, ale nie napełnia się, tak jak u nas, w sposób sekretny rurką do środka, tylko napełnia się górą. Bo na górze spłuczki jest mała umywaleczka, w której możesz sobie ręce umyć, tą samą wodą, która za chwilę będzie już użyta do następnych wiadomych celów.
- W sumie genialne.
- Banalne! Banalnie genialne!

fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl


- To teraz poprosimy o komisach, o komisach! Czy ty już wcześniej wiedziałeś, że coś takiego tam istnieje?

- Nie, to w ogóle przypadek. Kolega był napalony, żeby kupić sobie tanio jakiś aparat kompaktowy z dużym zoomem. Sony Rx, czy coś w podobie, jest tego mnóstwo modeli. Nie chce mu się targać jakiegoś wielkiego sprzętu w plecaku, więc postanowiliśmy, że poszukamy. Zaczęliśmy chodzić, oglądać ceny.
Co chwila odkrywaliśmy coraz większe złomowiska różnych dziwnych rzeczy. Leżały tam na przykład w wielkiej kupie aparaty, które kiedyś były dla nas czymś niewyobrażalnie nieosiągalnym.
- Tak zwane marzenie bizmesmena.
- Marzenie. Tak. Po prostu leżały tam wrzucone do jakiejś sterty czy koszyka.
- Powstaje pytanie - czy to były dobre, sprawne aparaty?


fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl

fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl

- No, tego nie wiadomo. Pewnie były uszkodzone. Podejrzewam, że w tej cenie to można by dziesięć takich kupić i coś by się z tego zmontowało. Co tam się zresztą mogło popsuć? To nie były jakieś super skomplikowane aparaty w typie Canona EOS 1, jakiego dla Ciebie w Japonii szukałem. W takim 50e to podejrzewam dałoby się wszystko prosto wymienić nawet bez specjalnej wiedzy.
(Fakt. Sam wymieniłem temy ręcamy niewprawnemi zamek tylnej klapy w 50e)
To był dla nas szok. Ale przyznam, że nie rozglądałem się jakoś dokładniej za cenami. Rzeczywiście zrobiłem tylko taki pierwszy risercz, wyceniłem swój własny sprzęt według tych cen. Takie ceny wydawało mi się – dość normalne. Ani żeby coś zaraz zastawić, ani żeby coś natychmiast kupić. Ale jak już drugi raz pojechaliśmy do Japonii, to już z takim silniejszym nastawieniem zakupowym i byliśmy w kilku miejscach. Zrobiliśmy rajd dość konkretny. Tych komisów jest tam po prostu bardzo dużo.


fot. Konrad Jęcek www.gunforhire.pl

piątek, 7 czerwca 2019

Fotografia w służbie obalania. Jerzy Kośnik

Fot. Jerzy Kośnik
No i co? Dobrze wam w tej Polsce? 
Mnie dość dobrze, choć pewnie nigdy ideału nie będzie. Ale na pewno wielu jest źle. Zapewne nienajlepiej było tym, którzy wyjechali na emigrację i teraz pracują na saksach. No i teraz siłą rzeczy musi wzrastać w narodzie znajomość języka ukraińskiego.

O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu

Nie po to by łapać słońce.
O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu
Żeby mieć coś na koncie.
O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu
Żeby nie kraść w Biedronce
O, ponad połowa moich ziomów wyjechała z domu
Żeby przywieźć pieniądze
                    Junior Stress
Ale wcześniej przez czterdzieści cztery lata siedzieliśmy tu skiszeni niby radzieckie ogórki w słoiku. Ciśnienie było takie, że wystarczyło otworzyć trzy granice i ostatni gasi światło (cytat). Może wtedy komuna trwałaby do dzisiaj, tyle że sama.
Przeczytawszy ostatnio książkę Antoniego Dudka "Reglamentowana rewolucja", o tym jak odbywał się upadek komuny oglądany przez pryzmat archiwów PZPR i źródeł służb mogłem nabrać przekonania, że trafił nam się fuks na miarę stulecia. Gdyby nie gwałtowne zdechnięcie Związku Radzieckiego, to jeszcze dłuuugo mogliśmy siedzieć pod bagnetami jaruzelskiego wojska i żadne strajki ani drukowanie bibuły by tego nie mogły zmienić. Niniejszym postuluję wystawienie na kaliningradzkiej granicy z Rosją wielkiego pomnika Gorbaczowa. Może na Mierzei Wiślanej? Z naszej strony byłyby postumenty do składania kwiatów i ofiar dziękczynnych, a od strony rosyjskiej - spluwaczki (Znów wszystko mi się z Lemem kojarzy. On już wymyślił takie pomniki na Encji w "Wizji Lokalnej").

Popełniono sporo błędów i wypaczeń podczas zmiany ustroju, nie doproszono w ogóle bardziej wojującej części opozycji do rozmów oddając ster tylko jednej frakcji, nie dociśnięto zdychającej komuny, wtedy kiedy było wiadomo że zdycha i że naród ją w wyborach wykreślił do fundamentów - wielu ma to działanie za zdradę. No, co tu dużo mówić - zmieniono na korzyść PZPR ordynację wyborczą w trakcie wyborów. Nie postawiono tamy uwłaszczaniu się  dawnej władzy na społecznym i państwowym mieniu. To akurat wydaje mi się dziś  absolutnie nie do zrealizowania, wobec braku realnej władzy i siły zdolnej jej się przeciwstawić - a owa kradzież w biały dzień trwała o wiele dłużej niż wielu sądzi, bo jeszcze sprzed ustawy Wilczka w 1988 roku.

Nie zapobieżono dewastacji archiwów partyjnych i kartotek tajnych służb. Symbolem zmian ustroju może zostać zatem równie dobrze ręka wzniesiona w symbol Victorii, jak i papiernia w Konstancinie - Jeziornie, w której na papier toaletowy poszły cztery tony komunistycznych archiwów.

Zgodzono się, wbrew woli społeczeństwa, na kompletnie udawaną zmianę w służbach specjalnych, polegającą głównie na zmianie szyldów, co powoduje, że do dzisiaj mamy tam polukrowany PRL a nawet ludzi z krwią na rękach. W przeciwieństwie do Czechosłowacji i Węgier nie zrobiono też żadnej dekomunizacji we właściwym czasie, dlatego patrząc na dzisiejsze wybory jakoś dziwnie w oczach mieszają się ustroje. Czy to nie przypadkiem szanowny towarzysz pierwszy sekretarz w ostatnich wyborach, czy mnie wzrok myli?


Książka Dudka daje jednak niezły obraz pożaru w burdelu jaki ogarnął PZPR. W niej, dla odmiany, wszystkie frakcje jednocześnie krzyczały dziesięcioma głosami i ciągnęły w panice sukno do siebie, władza Jaruzelskiego topniała jak śnieg w maju, na tyle, że już wybrany jako prezydent nawet nie piuknął w obronie swoich ludzi, siedział cicho i udawał że go nie ma. PZPR kierująca wojskiem i służbami specjalnymi coraz mniej nimi kierowała, krok po kroku oddając pole samowoli. 

Mimo tych zgrzytów i zafałszowań jest ewidentnie poważny plus tej reglamentowanej rewolucji - obyło się bez mordobicia. Ale skoro nie było mordobicia, to też zmiana była nie-taka-jak-by-wielu-chciało. Boż to nie była rewolucja prawdziwa jak ta z 1917., tylko "dogadanie się", jak słusznie zauważył niedawno towarzysz Czarzasty.




piątek, 31 maja 2019

Top 9 najmniejszych aparatów na film 35mm (i najciekawszych)



Mam jeszcze w pamięci ten widok, zatrzymaną w czasie chwilę. Słoneczny dzień, statek wycieczkowy przepływa Tamizą pod Tower Bridge. Żółcieją neogotyckie sterczyny Parlamentu, górą czerwone piętrusy. Na chwilę ogarnia nas cień mostu. Ja, świeży licealista, w pełnym zachwycie podnoszę do oka przyjemnie obły czarny kształt aparatu Lomo i kiedy słońce znów oświetla nas blaskiem celuję przez wizjer w górę. Ponad nami wielkie wieże i łuki mostowych kabli. Naciskam spust i robię dwa genialne (w ówczesnym swoim przekonaniu) zdjęcia.
Niestety nie zamieszczę ich tutaj. Kiedy w domu wywołano już film okazało się że jest całkowicie prześwietlony. Migawka padła. Na mej pierwszej w życiu, samodzielnej wycieczce zagranicznej. 
Ech, jakie zdjęcia były na tym filmie...

No, Lomo LC-A (Łomo ŁK-A) to nie był najbardziej solidny aparat na świecie. Ale był wręcz niesłychanie przyjemny w użytkowaniu i robił naprawdę fajne zdjęcia. Wzornictwo radzieckie (udawane) wspięło się w tym aparacie na wyżyny. Miły, lekko zaokorąglony pudełkowaty kształt i dwie dźwigienki po obu stronach obiektywu załatwiały całą ergonomię.


Ogarnęła mnie nostalgia za maluńkim aparatem na film. Maksymalnym kieszonkowcem. Rozważam, czy sobie czegoś podobnego nie kupić. Po napisaniu artykułu o historii firmy Rollei zacząłem rozmyślać nad mikroskopijnym Rollei 35S. Radzieckie Lomo też jest świetne, ale chyba dość ryzykowne. Ale musiało przecież być więcej takich aparatów?

Było.

Historia fotografii notuje setki małych aparatów, najróżniejszych firm, znanych i nieznanych, z różnymi pomysłami na konstrukcję. Nie miałem z nimi do czynienia do tej pory. Zacząłem to zgłębiać. I oto zestaw, znaleziony zgodnie z kryterium "fajne, chcę to". Ustawienie w rankingu jest bałaganiarskie. Nie znam się, zatem się wypowiem.


Wymagania są takie:

- żeby był jak najmniejszy
- żeby wyglądał ładnie (nie podobają mi się czarne gładkie i okrągławe plastiki aparatów autofokus z lat 90-tych, były z resztą zwykle nienajmniejsze)
- żeby działał na standardowe kasety z filmem
- żeby miał w sobie coś.

Jak stara jest idea włożenia filmu 35mm do jak najmniejszego aparatu? Jak się okazuje - strasznie stara. Tak samo stara jak ów format filmu. Należy przypomnieć, że małoobrazkowy format filmu fotograficznego został wymyślony przez Oskara Baranacka z  Leiki w 1914 roku.

Było więcej mikroskopijnych aparatów u zarania jego kariery, ale też są one teraz rzadkimi rarytasami, a nie funkcjonalnymi, codziennymi narzędziami .
Niemniej, poza konkursem zaczynamy od czegoś wielce wiekowego:

Ensign Midget (1934)





Nie jest to aparat na film 35mm, ale prawie. Oryginalny format nazywał się E10 i był nieco większy niż rozmiar małoobrazkowy (30x40 mm, zamiast 24x36mm). Ale różnica była tak niewielka, że kiedy przestano po II Wojnie produkować odpowiednie filmy do tych aparatów użytkownicy radzili sobie zwijając tradycyjną, znaną nam kliszę 35mm wraz z nieco szerszą rolką papieru i w takim zwoju pakowali ją do Ensign Midget'a. I jakoś to działało.
Ensign powstał w Wielkiej Brytanii w 1934 roku, zaprojektowany przez szwedzkiego inżyniera Magnusa Neilla. Ideą było zbudowanie jak najmniejszego i składającego się w jak najgładsze zewnętrznie pudełko aparatu. W pozycji spoczynkowej miał on rozmiary 90 x 40 x 15 mm. Żeby robić zdjęcia, należało wysunąć do przodu obiektyw na mieszkowym mocowaniu, z tyłu wysunąć do góry ramkę celownika, oraz postawić bardzo ciekawą drugą ramkę celowniczą nad obiektywem. Zatem dysponowało się "muszką i szczerbinką"
Aparat dawał czasy od 1/25 do 1/100 sekundy + czas B (migawka otwarta póki naciskamy spust) i miał obiektyw o jasności f/ 6,3 i nieznanej bliżej ogniskowej. Sterowanie czasem i przesłoną odbywało się dwoma dźwigniami przy obiektywie. Rok później wprowadzono wersję uproszczoną, ze stałą przesłoną, zmiennym wyłącznie czasem migawki i pojedynczą ramką celowniczą.




Aparat zrobił karierę w Anglii, wiele osób użytkowało go do fotografii rodzinnej, sporo archiwalnych zdjęć Wielkiej Brytanii z czasów wojny pochodzi właśnie z tych aparatów. Produkcja Ensignów została wstrzymana w 1940 roku, kiedy to nalot bombowy zniszczył siedzibę firmy. Nigdy jej nie wznowiono.


Olympus Pen / Pen D (1959)




John Nuttall from Hampshire, United Kingdom [CC BY 2.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/2.0)]

Olympus ma doprawdy długą tradycję w produkowaniu niesamowicie praktycznych i niewielkich aparatów. Ojcem i matką wszystkich analogowych Olympusów był pan Maitani Yoshihisa, konstruktor który de facto zbudował markę tego producenta. W 1959 roku zaprojektował Olympusa Pen, bardzo niewielki legendarny aparat - pierwszy japoński sprzęt robiący zdjęcia "połówkowe" tj na tradycyjnym filmie 35mm strzelający fotki 18x24mm zamiast 24x36mm. Dzięki temu na kliszy mamy 72 klatki, a nie 36. Również dzięki temu natywny kadr w tym aparacie to kadr pionowy. Ten fakt umożliwiał także miniaturyzację migawki i obiektywu  Układ poziomy uzyskujemy gdy przekręcimy aparat o 90 stopni. Ówczesna jakość filmów pozwalała na całkiem dobre powiększenia odbitek z tak małej klatki, ale dodatkowym bonusem była świetna jakość obiektywów Olympusa.


Pierwotny, elegancki Olympus Pen
By Ashley Pomeroy - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=46768299


Od niedawna zatrudniony w Olympusie Yoshihisa postawił sobie za cel zbudowanie sprzętu o cenie nie przekraczającej 6000 jenów, czyli za 1/4 ceny najtańszego na ówczesnym japońskim rynku aparatu. Udało się. Szefostwo firmy nie wierzyło w sukces, ale już po pierwszych miesiącach produkcję Pen'a zwiększono do 5000 sztuk miesięcznie!

 Aparat sfotografizował Japonię, w takim samym stopniu jak Fiat 500 zmotoryzował Włochy. Doczekał się wkrótce licznej konkurencji od Minolty i Canona.

Pierwsze Pen-y były małymi aparatami, mniej więcej wielkości mojego Lomo LC-A. Produkowano je w wielu wersjach, między innymi zautomatyzowanej i uproszczonej Pen E -  był to jeden z pierwszych świetnie działających aparatów point'n shoot, w którym użytkownik nie nastawiał właściwie niczego. Ja jednak szedłbym w mych poszukiwaniach w inną stronę - najbardziej pociąga mnie wersja "wzmocniona" Pen D, choć jest większa niż pierwowzór. Albowiem rozmiar poszedł w obiektyw - pierwsze Pen'y miały płaskie obiektywy o jasności f/3,5 i f/2,8, wersja Pen D ma wystający obiektyw 32mm o jasności f/1,9. Wyposażono ją także w selenowy miernik światła, dużo szybszą migawkę o osiągach 1/500. Fantastycznym pomysłem jest jednak sterowanie przesłoną i czasem - odbywało się za pomocą dwóch pierścieni umiejscowionych współosiowo na obiektywie - można było nimi poruszać pojedynczo, lub jednocześnie.





Idea tego aparatu bardzo mi się podoba - prostymi i skutecznymi działaniami inżynierskimi skonstruowano świetnie działającą maszynę, dużo tańszą w użytkowaniu niż konkurencja. 
Olympus chwali się, że sprzedał 17 milionów analogowych modeli Pen, ale wlicza w to również system małych lustrzanek Pen F. Zatem jest to fakt nieco naciągany, tak jak 40 milionów wyprodukowanych egzemplarzy Toyoty Corolli.


Canon Dial 35 (1963)







Jest to aparat dość niesamowity. Canon w 1963 roku postanowił stworzyć własną interpretację mini aparatu strzelającego zdjęcia "półramkowe", czyli w formacie 24x18mm. W projekcie tym przefasonowano znane dotychczas pomysły i wprowadzono kilka rewolucyjnych rozwiązań.