wyświetlenia:

poniedziałek, 6 listopada 2017

Pionier versus pionier




Biedny Henry Fox Talbot. Przegrał z francuskim syndykatem zmowy i własnymi pomysłami na życie. Może i wygrał zza grobu, ale jaka to pociecha? Czy Państwo Szanowni też chcieliby wygrać zza grobu?

Wygrałem zza grobu 2:0!

Co mu tam w tym grobie z tego, że na jego metodzie robi się dziś sentymentalne kokosy. Co mu tam po wieczności, wobec doczesnej klęski. A może nie? Może jednak uśmiecha się pod wąsem?

Nie miał wąsów ani brody, i być może dlatego się spod nich nie uśmiechał.
Kiedy jesteś piękny i młody nie nie nie zapuszczaj wąsów ani brody (cytat).

Nie zaznał biedy, a nawet wręcz przeciwnie- pochodził z warstwy uprzywilejowanej. Jak zresztą wszyscy pionierzy fotografii. Kto walczył o życie- mógł się zajmować co najwyżej malarstwem albo grafiką (Van Gogh i inne liczne przykłady). Dopiero ten kto syty i beztroski mógł się zajmować tak niepotrzebną rzeczą jak fotografia. Fox Talbot zresztą fotografię miał dopiero na tylnym miejscu priorytetów- za matematyką, botaniką, archeologią i lingwistyką i chemią. Zwłaszcza że to on wynalazł fotografię i przed nim jej po prostu nie było na świecie. Co? Że to nie on tylko Daguerre?
No właśnie.

Ukończył Cambridge, pracę magisterską pisał w Paryżu pod okiem Francoisa Arago, a potem zajmował się matematyką i fizyką wysyłając swoje prace do Royal Society. Z fizyki już niedaleko do optyki, a tęż powiązał z eksperymentami chemicznymi. Pierwszym kamieniem węgielnym była solarigrafia. „Photogenic drawing” jak nazwał rzecz sam twórca.

Ja sam byłem solarigrafistą w wieku lat sześciu! Pamiętam to dokładnie jakby było dzisiaj- nogi krzeseł made by Spółdzielnia „Ład” przytrzymują rozłożony przez Mamę na zielonej wykładzinie papier światłoczuły (było coś takiego za komuny, nie wiem gdzie dostępne i po co- muszę popytać) na którym kładę listki, spodek, modelik Fiata 127 i gumowego Misia Fozzie, a za piętnaście minut papier ciemnieje zostawiając pod przedmiotami jasne plamy konturów. Coś pięknego! Szkoda że tak mało trwałe- kontury znikają wkrótce pod wpływem światła.

Fox Talbot wymyślił właśnie sposób ich utrwalania.
Podczas swojej podróży poślubnej do Włoch w 1833 roku wpadł na pomysł rejestrowania obrazów z camera obscura i ich utrwalania. Podczas tych działań, eksperymentując z najróżniejszymi związkami światłoczułymi srebra i utrwalając je tiosiarczanem sodu Talbot stworzył pierwszy na świecie negatyw.
To jest jednak coś, prawda?
Negatywem fotografia stała przez następne sto pięćdziesiąt lat, aż do epoki cyfrówek, kiedy to podniecają się nim już tylko wariaci (to ja, to ja!)
Z negatywu pan William Henry potrafił uzyskiwać obraz pozytywowy, jednym słowem pierwszy raz w historii powielać obraz fotograficzny. Całość tego procesu nazwał on „kalotypią”, dzisiaj używaną równolegle z „talbotypią”

Zainspirowany swoimi postępami Talbot rozkładał po całym swym rodzinnym pałacu małe aparaty typu camera obscura z soczewką, w których godzinami naświetlał się papier fotograficzny, nasycony wcześniej chlorkiem sodu i azotanem srebra. Rodzina nazywała te pudełka "pułapkami na myszy", bo można się było o nie potknąć w każdym pokoju.


Fot. William Henry Fox Talbot, 1835, domena publiczna.


Talbot miał miał wiele naukowych koników jak wiemy, i po pierwszych próbach na kilka lat odłożył nieco na bok sprawy swojego utrwalania światła. Do czasu gdy w 1839 roku dowiedział się niespodziewanie że Louis Daguerre w Paryżu ogłosił się pionierem fotografii. 




Louis Jacques Daguerre

Fox Talbot przysiadł natychmiast fałdów, żeby także opracować naukowo i patentowo swoją technikę, zwłaszcza że była całkowicie różna od dagerotypii i innymi środkami chemicznymi uzyskiwana.
Dagerotypy były jednostkowym obrazem pozytywowym, uzyskiwanym na metalowej płytce, podczas gdy talbotypia posługiwała się papierem i dawała możliwość wielokrotnego powielania. Dagerotypia stwarzała fotografie krócej naświetlane i ostrzejsze, a talbotypia bardziej miękkie i wymagające początkowo bardzo długiego wystawiania na światło. Te wszystkie rzeczy dawały XIX wiecznemu odbiorcy powód do preferowania metody Daguerre’a. Z perspektywy ostatnich stu pięćdziesięciu lat rozwoju możemy dopiero dostrzec że talbotypia była właśnie tym lepszym sposobem- jednostkowość obrazu fotograficznego załatwia się dzisiaj zamaszystym autografem wziętego artysty nabazgranym w prawym dolnym rogu, podczas gdy możliwość wielokrotnego odbijania zdjęć wydaje się bezcenna.

Fot. William Henry Fox Talbot, ok 1845, domena publiczna.
Bulevard du Temple, Fot. Louis Jacques Daguerre, 1838, domena publiczna.
Fot. William Henry Fox Talbot, 1844, domena publiczna.
Fot. Louis Jacques Daguerre, 1837, domena publiczna

W tym samym roku zostały zatem ogłoszone równolegle dwie metody fotografowania. Francuska i angielska.

 Fox Talbot ogłosił swoją, pisząc elaborat do Royal Society, zaprezentowany gremium przez Michaela Faradaya. Tymczasem Daguerre został ogłoszony pionierem we Francuskiej Akademii nauk przez tegoż samego Francoisa Arago, u którego Fox Talbot pisał swą pracę magisterską. Nastąpiło tu zupełnie różne podejście do wynalazku – Daguerre przez Akademię upublicznił światu za friko wyniki swoich badań, podczas gdy William Fox Talbot postanowił opatentować swój wynalazek i udzielać na niego licencji. To podejście spowodowało tak różny odbiór obu technik, że (przynajmniej w naszej części świata) Fox Talbot został niemal zupełnie zapomniany, podczas gdy Daguerre jest uznawany za głównego ojca fotografii, no może z małą pomocą przyjaciela Niciphora Niepce’a.
Rząd francuski rzucił się do promowania dzieła Daguerre’a i wygłaszania z emfazą słów o jego pionierskiej roli. Prasa całego świata podchwyciła to, bo wynalazek fotografii cieszył się wielkim zainteresowaniem. Nawet prasa brytyjska. Dagerotypia stała się wszędzie poza Wielką Brytanią, na którą Daguerre nie dał zgody freeware’owej, techniką powszechnie dostępną, podczas gdy kalotypia/talbotypia wymagała wszędzie opłat licencyjnych. Od razu widać, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, że pecunia non olet, że światem rządzi pieniądz i że… Nie no, dość tych głupich przysłów.
Inna zupełnie sprawa to kwestia artystycznej jakości fotografii, którą uprawiali obaj panowie. Może należałoby zrobić kiedyś bitwę pionierów? Temat na osobny wpis. Już sobie go wyobrażam. Tu Fox Talbot lutuje z lewej starą miotłą i poprawia prawym sierpowym stogiem siana! Na to Daguerre prawym prostym Bulwarem de Temple i łup go w słup martwą naturą z atelier!
Talbot wyruszył szybko promować swoją technikę we Francji, ale było już za późno – nie stała się ona powszechna, choć zyskała wąski krąg wyznawców, między innymi Gustave Le Greya. Wyznawcy ci ponieśli wynalazek Talbota w przyszłość, doskonaląc ten proces. Popularność zyskał dopiero po przeniesieniu na inne media – klisze fotograficzne (szklane płytki) i błony filmowe – nadal na zasadzie negatyw-pozytyw, ale z zastosowaniem już innej chemii. Tradycyjnie, tj. zgodnie z patentem Talbota, był wykorzystywany do lat 20. Potem zanikł.
Talbot po przegranych procesach o pierwszeństwo i o wykorzystanie jego prac do stworzenia późniejszej tzw „metody kolodionowej” zniechęcił się do fotografii. Nakłady poniesione na eksperymenty i ochronę patentową nigdy się nie zwróciły, wynalazca żądał na samym początku zbyt wiele za licencję, w czasie gdy użytkowanie metody Daguerre’a było darmowe i rozpowszechniało się coraz bardziej. Potem Fox Talbot obniżał stawki, jednak nic już za jego życia nie spopularyzowało kalotypii. Wynalazca zabrał się więc za inne dziedziny naukowe – może i dobrze, bo zawdzięczamy mu między innymi odczytanie sumeryjskiego pisma klinowego z Niniwy i kilka twierdzeń matematycznych.
Czyli klęska czy zwycięstwo, panie mecenasie? Zwycięstwo idei negatywu. To, co wymyślił William Henry Fox Talbot, okazało się być znacznie bardziej ponadczasowe niż sądzono. I zwycięstwo jeszcze jedno – ostatnimi laty talbotypia znowu zyskuje zwolenników i wyznawców jako sztuka uprawiana dla przyjemności! Co prawda tylko wśród wariatów, ale zawsze. Czyżby 2:1 zza grobu?
Fabrykant
P.S. Polecam Państwu mój klimatyczny kryminał: 

"Deluks" - dziejący się w roku 1976 złożyłem z kilku warstw, począwszy od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Aluzyjnie nawiązałem do tzw. kryminału milicyjnego, jednak zdekonstruowałm ten schemat, inaczej rozłożyłem racje i nieco poironizowałem z klimatów PRL. W świat dawnej Łodzi pomaga czytelnikowi przenieść się zespół moich pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy. Są także ówczesne konflikty polsko-żydowsko-niemieckie i pościgi samochodowe. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do nabycia wysyłkowo - TUTAJ 

Źródła i źródełka:




piątek, 3 listopada 2017

Euforia przed depresją.




No więc tak. Nastąpiły najróżniejsze zmiany w życiu blogerskim, bo trudno jest nazwać je zawodowym, skoro to wszystko dla Sławy tylko, a nie dla Kasy. Sławka, siadaj no tu z boku i siedź cicho.
Otóż proszę Państwa zostałem niespodziewanie i jednocześnie mecenasem, animatorem i kuratorem kultury. A niedługo zostanę z pewnością kustoszem i koneserem. Koniecznie muszę kupić sobie fajkę i muszkę, bo bez tego ani rusz. Jak to tak kuratorować bez faji?
Tak naprawdę to zostałem felietonistą na portalu SNG Kultura.
SNG Kultura jest młoda, świeża i żądna wrażeń. Niby to raczkuje, ale podobnież idzie jak burza w dziedzinie klikalności kontentu i ukontentowania ogólnego. W sumie to miło że ktoś jeszcze zajmuje się kulturą i dobrze że będę mógł dołożyć do tego jakąś cegiełkę. Co prawda moja cegiełka trąci raczej pop-kulturą, no ale cóż.

Mój szczęśliwy numer to podobno osiem
więc osiem razy proszę nie wysyłaj mi zaproszeń
na zamknięte imprezy, gdzie każdy jest ktosiem
bo ja jestem nikto, a pokłosiem
mojego nawijania ma być tylko twój nastrój
a nie podpisanie kontraktów siedemnastu
więc lepiej zbastuj
jeśli chcesz pastować świat, sam sobie go pastuj
(...)
Ja jestem od bruku, szaławiła - nicpoń
Pablo się przejmuje, Pavo mówi: nic to
Ja jestem od brudu ulic specjalistą
Pablo tu nadaje, Pavo pali ognisko
do którego będziemy dorzucać razem
to co nas dzieli, kiedy biorę majka tym razem
łapserdak, huncwot, łata - brat
mówi: nadstaw ucha, to będzie nasz pakt
          Pablo Pavo „Na nowo”

No i co teraz będzie?
Ano jest nieźle, a będzie jeszcze nieźlej- mam nadzieję że to oznacza, że będzie więcej do czytania. Fotodinoza się nie zmienia za bardzo, co najwyżej zostanie czymś w rodzaju hubu, zupełnie jak Centralny Port Lotniczy, w którym będę gromadził wszystkie pisane teksty- te z SNG Kultura będą tu prezentowane jako początki wpisów z podlinkowaniem do przeczytania całości. Czy na SNG będzie tak samo fajnie jak na Fotodinozie? Tego nie wiem, ale mam nadzieję- nie wszystko tam wolno, bo to nie moje. Nie wolno na przykład zamieszczać kradzionych zdjęć w celu recenzowania i analizowania. Tutaj też nie wolno. Ale można, w ramach tak zwanego „prawa cytatu”.

Ciekawe czy na SNG Kultura wolno używać słów uznawanych za niekulturalne? Muszę spróbować.

piątek, 27 października 2017

Zderzenie szekspirowskie. "Rybka zwana Wandą" - znacie, to posłuchajcie (recenzja)



Staroć. Ramota. Ciekawe czy tak pomyśli wielu z czytających tego blogaska. Wszyscy już to widzieli i wyrobili sobie zdanie- pomyślą. Może i widzieli. Może i pomyślą, ale czemu to niby nie mógłbym zająć się klasyką? Hę? Nie wolno? Nie wolno, ale można. Zwłaszcza, że to klasyka dla której ZAWSZE usiądę przed telewizorem, jeżeli tylko leci w telewizji. To chyba o czymś świadczy? Tylko o czym? Może o tym, że to jedna z ulubionych moich komedii? Może. Nie będę zaprzeczał.


Ta komedia jest kilkuwarstwowa. Mimo tego że nie jest to film wyintelektualizowany, to z pewnością nie jest filmem dla głąbów. Mamy w "Rybce zwanej Wandą" kilkuwarstwowe zderzenie różnych rzeczy, że nikt nie zaprzeczy. Mamy też, troszkę między wierszami ujętą, autoanalizę narodową Anglików. Mamy też angielski humor klasyczny, skrzyżowany lekko z humorem anarchistycznym w stylu Monty Pythona, boż to przecież ich dzieło. Mamy wielopiętrowe oszukiwanie. Wszyscy oszukują wszystkich, dla większych lub mniejszych korzyści.

To wszystko jest świeże i aktualne jak, nie przymierzając, Szekspir.
Jednak zderzenia wychodzą w "Rybce" na plan pierwszy. Zderzenia charakterów. Dopiero ostatnio zauważyłem, że jedyną postacią mającą jeden tylko konflikt z pozostałymi bohaterami jest Ken- wielbiciel zwierząt, nieśmiały jąkała. Pozostali bohaterowie mają takie konflikty z KAŻDYM z pozostałych. Przykładem adwokat Archie Leach, grany przez Johna Cleese'a. Nie dość że jest manipulowany przez tytułową oszustkę Wandę, jest obijany rondlem po głowie przez jej kochanka, ma sprzeczne dążenia niż aresztowany George, którego ma bronić, to jeszcze żona go nienawidzi, a on nienawidzi jej.

Archie Leach jest tu właściwie kluczową postacią, wstawioną w uwierające zbyt ciasne ramy społeczne. Dopiero spotkanie wyluzowanej oszustki jest dla niego katalizatorem działania.


Brytyjskie społeczeństwo, poddane licznym konwenansom, usztywnione licznymi manierami jest w "Rybce" na ostrzu krytyki. Następuje tu kolejne zderzenie- z obcą kulturą, przede wszystkim amerykańską kulturą bezceremonialności, którą reprezentuje Otto, szybciej strzelający niż myślący, a przy tym potrafiący manipulować bliźnimi, między innymi wykorzystujący doskonale wspomniane brytyjskie konwenanse. Za rolę Otta, głąba, a przy tym manipulatora pierwszej wody należy się Kevinowi Kline jakaś nagroda. Nawet ją dostał- Oskara za rolę drugoplanową. Ta rola jest wręcz brawurowa. Wierzymy w tę komiksową postać bez zastrzeżeń.

Mimo wszystko krytyka brytyjskiej sztywności nie idzie aż tak daleko, by owo tradycyjne lordowskie spionizowanie i flegmatyczność całkowicie zdezawuować. Cóż by bowiem zostało z brytyjskiej kultury codziennej bez tego spionizowania? Niewiele, niewiele- widzimy to tam, dokąd dolatują samoloty Ryanaira z żądnymi uchlania się na umór brytyjskimi proletariuszami. (Proletariusze wszystkich krajów- łączcie się -cytat).
Poza tym kto, bez brytyjskiej flegmy i stoicyzmu dawałby przykłady bohaterskiego zachowania się w czasie wojennego bombardowania Londynu. Nie wiadomo co nas jeszcze czeka, drodzy Brytyjczycy, lepiej się nie odflegmatyzowujcie.


"Rybka zwana Wandą" daje"w niemal każdej scenie dowody, że podręczna, codzienna psychologia była konikiem scenarzysty - wszyscy są tu manipulowani w przewidywaniu ich stereotypowych zachowań. Chcąc zdominować Kena Otto udaje przed nim homoseksualistę- załatwia tym dwie pieczenie na jednym ogniu- Ken trzyma się od niego z daleka, a przy tym Otto odsuwa od siebie podejrzenia, że jest kochankiem Wandy. Chcąc zdominować nikomu nieznanego prawnika Wanda udaje oszołomienie jego osobą, dostarczając mu dokładnie tego za czym tęskni i sprawia że ten mięknie jak wosk.

Do czasu, co prawda. Do czasu, gdy to on pozna ją dokładniej i wtedy sam zorientuje się jak manipulować (np. domyśli się którędy Wanda ucieknie z sądu i zdoła ją schwytać by zrealizować swój plan.)
Psychologia codzienna, nieco komediowo przerysowana stanowi clou humoru "Rybki zwanej Wandą". A wraz z nią gafy, wpadki, przejęzyczenia pokazujące jak działa nasza podświadomość, za nic mająca usztywniające konwenanse.

Ten film bardzo dopracowuje psychologię postaci. Podglądamy co robią zanim przywdzieją swoje oszukańcze maski i jak przygotowują się do ról. Wszyscy tam wszystko udają, lecz właściwie tylko tytułowej Wandzie przynosi to realne sukcesy i uchodzi na sucho.

John Cleese, faktyczny twórca filmu- współreżyser, scenarzysta, główna rola- miał zawsze ciągotki w stronę podręcznej psychologii, widoczne już w Montym Pythonie i w "Hotelu Zacisze", gdzie brylował jako znerwicowany Basil Fawlty. Napisał bodaj nawet książkę o psychologii.

Kolejnym zderzeniem filmu jest zderzenie klasy wyższo- średniej z klasą przestępczą. Gdzie ę-ą brytyjskich posiadaczy musi się zderzać z brutalno podstępnymi środkami działania złodziei.

Galeria stworzonych i zderzanych przez twórców filmu postaci jest istnym panopticum. Czuć w tym fantastycznego ducha Pythonów. Żaden Amerykanin nie wymyśliłby podobnej menażerii nieprzystających do siebie bohaterów, a przy tym jednak kipiących wewnętrzną chemią. Niekiedy chemią miłosno nienawistną, zaprawioną elementami podziwu.
George- szef szajki, dandys i (można sądzić) dorobkiewicz. Jego pomocnik Ken miotany pomiędzy tkliwością i romantyzmem a morderczym zadaniem, do tego nie potrafiący wyksztusić z siebie słowa, Otto- zabójca- sprytny idiota, cytujący Nietschego do podbudowania swojej wartości, sędzia Leach- rozrywany pomiędzy oficjalną praworządnością, a chęciom wyzwolenia się z kajdan i tytułowa Wanda, w której to roli Jamie Lee Curtis roztacza maksymalny poziom swego uroku, żeby manipulować wszystkimi dookoła. Wanda może dzięki temu startować w konkursie na najbardziej uroczą kobietę- potwora świata.

Cleese w tym filmie wymyślił wręcz pomnikowo genialne komediowe sytuacje. W "Rybce zwanej Wandą" wypaliło wszystko. Precyzyjny scenariusz, wyraziste postacie, doskonała wprost gra aktorska i humor na poziomie zaawansowanym. A do tego wiwisekcja psychologogiczna damsko- męska, brytolsko- amerykańska i międzyklasowo- społeczna. Ten film nie dość że oglądam z przyjemnością po raz dziesiąty, to jeszcze sceny z niego wryły mi się w pamięć na zawsze.

Szczególnie sceny orgazmu Wandy.

Zachęciłem do obejrzenia, prawda?

Fabrykant.
 
P.S. Polecam Państwu mój klimatyczny kryminał: 

"Deluks" - dziejący się w roku 1976 złożyłem z kilku warstw, począwszy od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Aluzyjnie nawiązałem do tzw. kryminału milicyjnego, jednak zdekonstruowałm ten schemat, inaczej rozłożyłem racje i nieco poironizowałem z klimatów PRL. W świat dawnej Łodzi pomaga czytelnikowi przenieść się zespół moich pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy. Są także ówczesne konflikty polsko-żydowsko-niemieckie i pościgi samochodowe. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do nabycia wysyłkowo - TUTAJ 

 


piątek, 20 października 2017

Projekt Okrążenia Łodzi vol. 0. Dworzec Łódź Karolew. Co?! Nie ma takiej stacji!!!



Czy wolno tak opisać stację widmo, panie doktorze?
Wolno. Wolność jest.

No więc, zgodnie z tytułem, nie ma takiej stacji. Ale że nie ma, to nie znaczy że jej nigdy nie było. Pociągi ŁKA przejeżdżają mimo, nie zatrzymując się, nikt już nie pamięta, oprócz najstarszych pamiętliwców.

No więc jest plan, żeby szybko pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa i zatrzymać pociąg ŁKA tuż za przejazdem kolejowym na Wróblewskiego. Albo jest inny plan, żeby rowerem podjechać ze stacji Łódź Kaliska. Bo blisko. Na tyle blisko, że kolei nie opłacało się utrzymywać dworca Karolew. No to teraz utrzymuje się sam jak może.



Dworzec, eklektyczny i ceglany został zbudowany w 1903 roku za czasów niezbyt miłościwie nam panującego cara Mikołaja. Znaczy się- za zaborów. Było to rok po wybudowaniu linii kaliskiej. Nie mialem o tym pojęcia, że dworzec Karolew, razem ze stacją Chojny służyły za miejsca przeładunku towarów jadących do Rosji na inne tory. Otóż kolej warszawsko- wiedeńską, oraz odnogę tejże linii sięgającą od północy z Koluszek do Łodzi Fabrycznej zbudowano w rozstawie europejskim- 1435mm, czyli 4 stopy i 8,5 cala. W tym rozstawie zbudowano też łącznik między Łodzią Widzew a Kaliską. Natomiast główne tory kolei kaliskiej, budowane za czasów Rosjan miały rozstaw torów wedle imperialno- carskiej modły, czyli 5 stóp. Na Karolewie z jednej strony dworca biegły tory węższe, z drugiej szersze i tutaj dokonywano przeładunku na wagony mające zawieźć towar w głąb Rosji.
Karolew był zatem ważnym kluczem spinającym linie transportowe z Łodzi. Okazały budynek świadczy o tym doskonale. Jednak przed I Wojną Światową leżał tak naprawdę na strasznym zadupiu, po prostu na wsi i funkcjonował dzięki ruchowi towarowemu. Pierwsza wojna przyniosła Karolewowi pierwszy kryzys- po ciężkich bojach Łódź zdobyli Niemcy i strumień towarów do Rosji, zarówno po stronie producentów jak i odbiorców nagle całkowicie wysechł.
Po wojnie, w dwudziestoleciu wolnej Polski dworzec Karolew nie wykorzystywał już nawet dziesiątej części dawnego potencjału. Łódź nie zbudowała jeszcze żadnych blokowisk na wsi Retkinia, a pobliska Politechnika Łódzka miała się pojawić dopiero w 1945 roku. Przewymiarowany dworzec służył niezbyt licznym pasażerom do lat 70-tych, kiedy to kolej zdecydowała o jego zamknięciu. Zatem od tamtej pory stoi pusty, nie licząc najpierw legalnych, a od lat 2000-ch nielegalnych lokatorów. Ci ostatni spowodowali mały pożar, który sprawił, że budynek zamknięto na amen.



Dla wcześniejszych, legalnych lokatorów, którzy mieszkali w dworcu 5 metrów od głównej łódzkiej magistrali kolejowej zrobiono jeden wyjątek od reguł. Od reguł miejskich. Mianowicie dróżkę, która biegła między torami, łącząc dworzec ze światem zewnętrznym za pomocą kolejowego przejazdu przyporządkowano do ulicy Wróblewskiego i nadano Karolewowi numer 33. Powoduje to, że ulica Wróblewskiego na dzisiejszych mapach a) krzyżuje się sama ze sobą, i to na przejeździe kolejowym(!!!), b) biegnie na zachód, na wschód i na północ jednocześnie.
Takie rzeczy tylko na Karolewie.



Potem, po erze pożaru były plany wyburzenia dworca, czemu zapobiegli społecznicy i miejski konserwator zabytków.
Dość dziwne jest to, że nie został wykorzystany w trakcie organizowania obwodnicy Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej - aczkolwiek, oceniając na szybko- byłaby to spora inwestycja. Ruch pociągów na tej linii jest intensywny, należałoby zbudować przejścia podziemne, nie mówiąc już o renowacji samego budynku. Do tego dworzec Łódź Kaliska jest zupełnie niedaleko. Nie jest pewne czy by się to opłacało.
Z drugiej strony co zrobić z Karolewem- nie wiadomo. Gdybyż jeszcze nie stał on w środku kłębowiska torów. No ale stoi.
Można zatem zwiedzić z zewnątrz, póki się nie zawali.
Uwaga uwaga- po lewej jednoosobowy BUNKIER przeciwlotniczy na dworcu Karolew, o ile się nie mylę to jeszcze z czasów I wojny światowej.




Na dawnej stacji Karolew stoi też jedna z nielicznych w mieście kolejowych wież ciśnień, dzięki którym tankowano parowozy. Ta jest zrujnowana co nieco i nie ceglana, tylko żelbetowa, co datuje ją raczej na XX wiek niż na XIX-ty. Niemniej łatwo dostępna na "wyspie" między nieużywanymi torami. Poleciałem na Karolew z miarką, sprawdzać czy gdzieś nie zawieruszyły się tam tory szersze o 15 cm, rosyjskiej prowiniencji. O tych 15 centymetrach są różne dowcipy mniej i bardziej sprośne.

piątek, 13 października 2017

Marna dola selektora. Stykówki agencji Magnum.

Muhammad Ali, fot. Thomas Hoepker 1966.

Ktoś kto zrobił w życiu sto tysięcy przeciętnych zdjęć, ale wśród nich trzy genialne, może być uznany za genialnego fotografa. Wystarczy żeby umiał wybrać te właściwe do upublicznienia.

Przeglądając foty na Magnum Photography, dla przyjemności żeglując sobie po oceanie zdjęć różnych, zacząłem zastanawiać się jak wielką rolę pełni działalność edytorska w życiu fotografa. I nie chodzi mi tu o edycję w sensie przemysłowego odchudzania i wygładzania modelek w Photoshopie, a o prosty wybór zdjęć przeznaczanych do ujawnienia światu, zrobiony przez ich autora.

Prawie każdy świadomy esteta, którym ma być w założeniu fotograf, dokonuje selekcji materiału. Od XIX wieku trafiło do kosza niezmierzone morze różnych zdjęć, a inne, znacznie mniejsze morze, takie Morze Bałtyckie, trafiło na salony. Oceniając te proporcje można dojść do wniosku, że rola selekcjonera jest właściwie równie ważna jak rola pana od robienia zdjęć, szczególnie gdy te dwie role gra jedna i ta sama osoba.

Marna dola selektora - pana od płyt,
Nikt na niego nigdy nie patrzy, każdy słucha bit.
Marna dola selektora - pana od płyt,
Mało kto ceni jego robotę, każdy czeka na hit.

Taki nawijacz na przykład nie będzie miał biedy,
Stoi na scenie, a dziewczyny wtedy
Kredyt biorą z jego oczu i głosu,
Będą go potem spłacać w każdy możliwy sposób

On bierze majka i jest już spakowany,
Piękny jak bajka uderza dalej w tany.
Popija drinki i czeka na money
Uwielbiany, ukochany, pożądany, narąbany
Jest rozpieszczany!

Marna dola selektora - pana od płyt,
Nikt na niego nigdy nie patrzy, każdy słucha bit.
Marna dola selektora - pana od płyt,
Mało kto ceni jego robotę, każdy czeka na hit.

A selekta nieboga dźwiga winyli pięć ton,
Wypije piwko za dużo, zniszczy gramofon.
Ma robotę do rana, a rano biedaczek ma zgon,
Od przygięcia nad dj-ką wieczny ma skłon.

Laski nie piszczą, kiedy na scenę wchodzi,
Nie rozpoznają go ludzie młodzi.
Sypia za dnia, nie widzi słońca,
Przerąbana taka selektora robota.

              Pablopavo "Marna dola selektora"

Co ciekawe aspekt wyboru dobrego spośród zrobionych zdjęć jest raczej w edukacji fotograficznej zupełnie pomijany. Duży nacisk kładzie się na to JAK dobre zdjęcie zrobić, jak kadrować, komponować, jak naświetlać, natomiast selekcja zdjęć oparta na tych zasadach jest zamilczana i temat nigdy nie poruszany. Nauczyciele fotografii chcą wychować samych geniuszy, którzy nie wyrzucają do kosza żadnych zdjęć. To oczywiście pokłosie czasów filmów i fotografii analogowej. Na pierwszy rzut oka- nie przystające do epoki słitfoci, selfików i bezkosztowości zapisywania obrazów jako ciągu jednynek i zer.

A przecież chciałoby się, żeby niektórzy ludzie powstrzymali się od upubliczniania niektórych swoich dzieł.

piątek, 6 października 2017

Napięcie wzrosło. Wielkie powroty zombies.



Człowiek człowiekowi wilkiem
A zombie zombie zombie.
               (Cytat)


Oni zawsze wracają. Człowiek już myślał że umarli bez reszty, odeszli i zniknęli z tego świata. Ale nie, oni niespodziewanie z grobu wstają, zamiast w proch się obrócić. Co jest do cholery?!

Kasa misiu, kasa.




Pierwsza była Yashica.
Nie, tfu… oczywiście że nie była pierwsza. Już niejedni wcześniej zmartwychwstawali. Ale ona rzuciła się w oczy w ostatnim czasie. Zasłużony ten niegdyś producent aparatów Contax i świetnych obiektywów, przed którym rzesze fotografów klęczały niegdyś z zachwytem wypuścił w odmęty internetu najpierw tajemniczy filmik, na którym tajemnicza japońska piękność tajemniczo coś fotografowała starym aparatem Yashica. Ciekawość sięgnęła Zenita, tfu… zenitu sięgnęła. Wszystkim tradycjonalistom zadrżały łapki i ślinka pociekła. To ci dopiero- powrót po latach!





Yashica powstała w 1949 roku. Najpierw wsławiła się swoimi aparatami i optyką, a w latach 70-tych zawarła sojusz z Zeissem, z którym produkowała do spółki aparaty z optyką tego ostatniego. Zeiss zły nie jest i legenda jakości rozeszła się szeroko. Działo się to pięknie aż do późnych lat 80-tych, kiedy to Yashikę przejęła Kyocera, a później sama została przejęta przez Minoltę.
Yashika największe rynkowe problemy miała wcześniej właśnie z Minoltą, producentem podobnej wielkości, który podgryzał ją jak tylko się dało. Pierwsze co zdecydowała Minolta po przejęciu Yashiki to oczywiście wstrzymanie produkcji Contaxów, żeby nie było wewnętrznej konkurencji.
Tak z nieba na ziemię zlądował w Jeleniej (cytat). Nimb jakości jednak pozostał i unosił się w eterze.

Sama Minolta, jak wiemy również została zjedzona przez Konicę, a następnie sprzedała dział fotograficzny do Sony. Sony zwycięża wszystkich. Nawet Jamesa Bonda.

Mijały lata, dużo wody upłynęło w instalacjach chłodzących elektrowni Fukushima. A tu nagle japońska piękność na filmiku z Yashiką w ręku. Zapowiedziano tajemniczą elektryzującą nowość. 

Napięcie wzrosło.

A potem ogłoszono że będą to obiektywiki przyczepiane do smartfona.

Noszzzzz… .

Napięcie opadło.


W TAKIM opakowaniu z TAKIM aparatem narysowanym na froncie sprzedawana jest soczewka do smartfona.

środa, 27 września 2017

Czy fotografia ma narodowość. I czy narodowość ma fotografię?

Pytanie tytułowe puknęło mnie lekko w tył głowy podczas zgłębiania zdjęć jednego z ciekawszych konkursów jaki sobie wyszukałem w czeluściach internetu. Już o nim pisałem kiedyś na Twarzoksiągu Fotodinozy (Facebooku znaczy- LINK). Ten konkurs to Eastreet- LINK, w październiku odbędzie się jego czwarta edycja, z siedzibą i wystawami w Lublinie. Gdybym tylko miał czas popędziłbym do Lublina na te wystawy, czego i Wam życzę.
Konkurs fotografii ulicznej Europy Wschodniej.


fot: Dima Talkin. Moskwa. Czy to nie kwintesencja streetfoterki?

Streetfoto jest to w ogóle dziedzina fotografii wymagająca pewnej uwagi. Wymyka się toto z wszelkich określeń, jak tylko spuścić z oczu. Zaraz zwiewa gdzieś na bok i robi jakieś niesformatowane i niegrzeczne rzeczy. Nie wiadomo naprawdę dokładnie co to jest.

Na swój prywatny użytek ukuwam aktualnie taką definicję- streetfoto to fotografia która szuka wartości w rzeczach KOMPLETNIE NIEWAŻNYCH. I tym głównie różni się od fotoreportażu czy portretu. Jest to przekopywanie szarej codzienności w poszukiwaniu chwilowych diamentów.

fot: Ksenya Tsykunova, Mariupol.

Fotografia streetowa jest także z założenia Niepoważna.
Czasem są to zwyczajne śmichy- chichy, a w przypadkach wysublimowanych i szczytowych udaje się osiągnąć coś w rodzaju jednozdaniowej wiwisekcji społeczeństwa. Lub też psychologicznej analizy. Lub też czegoś, co daje do myślenia i zapada w pamięć.

Bawiąc- uczyć, ucząc- bawić. Śmiech dla samego śmiechu to tylko niepotrzebna strata chichotów.
            A'tomek (Papcio Chmiel)

poniedziałek, 25 września 2017

Ranking książek przeczytanych (styczeń- wrzesień 2017).

Stanisław Lem w swojej bibliotece. 1970r. Zdjęcie z archiwum pisarza.

1. Dziś nikt nic nie czyta.
2. Jeśli czyta- nic nie rozumie.
3. Jeśli rozumie- natychmiast zapomina.
                  Prawo Lema

To ja właśnie- żeby nie zapomnieć, bo pamięć już nie ta.

Ranking nie po kolei. Ale za to mniej więcej po kolei czytania.
Skala sześciogwiazdkowa.


"Wspinaczka" Anatolij Bukriejew ****
Największą atrakcję będzie ta książka stanowić dla wcześniejszych czytelników "Wszystko za Everest" Johna Krakauera, bo jest z nią polemiką, ale i inni dowiedzą się wiele o komercyjnych wyprawach w Himalaje i tragicznych skutkach tej komercji. 


"Mock" Marek Krajewski, między *** a ****
Z jednej strony mamy wszystko to, dla czego czyta się serię Krajewskiego- początek wieku we Wrocławiu i mroczny anturaż. Występują osobiście nawet znani architekci. Jednak rozwiązanie intrygi kryminalnej- zawodzi.


"Innowatorzy" Walther Isaacson ****
Historia powstania naszego dzisiejszego środowiska naturalnego. A konkretnie komputera i internetu. Od A (Ady, hrabiny Lovelace, 1843) do W (Wikipedii,2001). Pouczające, jak to wszystko było skomplikowane, poplątane, a czasem przypadkowe. Psychologia także odgegrała dużą rolę.


"Życie to jednak strata jest" Andrzej Stasiuk w rozmowie z Dorotą Wodecką ****
Stasiuk jest fajny i umie gadać. Ogóły o życiu i być może nieco autokreacji, ale dla mnie bardzo przyjemne. Może trochę za bardzo ten wywiad łagodny.


"Przepis na rower" Robert Penn ****
Każdy kto lubi jeździć na rowerze powinien przeczytać tę książkę. Dużo o historii i olbrzymim wpływie socjologicznym roweru, napisane bardzo luźnym i osobistym tonem.


"Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu" Anna Bikont, Joanna Szczęsna ****

poniedziałek, 18 września 2017

Los Menelos w Al Andalus vol. 2 (Rozmówki hiszpańskie)

Nie da się kupić herbaty. Ni cholery. W żadnym supermakecie. Współfabrykantka znalazła wreszcie jedną sztukę w Lidlu, na regale z napisem „Kuchnia orientalna”.

Montefrio

Trafiliśmy w fantastyczne miejsce. Wyobraźcie sobie takie zadupie, które ma swoje własne zadupie. To zadupie ma jeszcze jedno własne. I my tam mieszkamy.
Ciężko było w ogóle skręcić z autostrady, a jak już się skręciło, to potem w ciągu godziny jazdy przez oliwkowe wzgórza spotkaliśmy trzy auta. A na samym końcu było Montefrio.
Montefrio nie zaznaczono w żadnym z naszych dwóch przewodników. Turystycznie nie specjalnie istnieje. A jest to jedno z bardziej fotogenicznych miasteczek jakie oglądałem w Hiszpanii.
Wokoło góry i wzgórza w kolorze czerwonawego piasku, na których rośnie miliard drzew oliwkowych. Wróć. W którym rośnie sto miliardów drzew oliwkowych. Pusto.








Montefrio

To daje troszkę obrazu jak duża jest Hiszpania. 504 tys kilometrów kwadratowych, przy ludności 48 milionów. No turyści w to nie są wliczeni, ale turyści rozkładają się głównie na wybrzeżu. I głównie na ręcznikach się rozkładają. Te dane dają 96 osób na kilometr kwadratowy. Do tego Hiszpanie mają sporo dużych miast - taki Madryt ma 3,5 miliona ludzi. Poza nimi zaludnienie jest spore tylko na północy i wybrzeżach.



Andaluzja tak naprawdę jest rolnicza, górzysta i pusta. Wszystkie Mercedesy AMG, torby od Gucciego, kasyna i Dziani Wąsacze zostają w okolicach Marbelli, nad morzem, a tu proste życie w białych chatkach na pustkowiu,rozweselane czasami sangrią.
Teraz Polska (cytat)- 312 tysięcy kilometrów kwadratowych i 123 osoby na kilometr. Do tego raczej prawie o żądnym kawałku naszego kraju nie da się powiedzieć że to pustkowie. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć- domki i sioła. Tak to już jest u McDonalda (cytat) i dlatego środek Hiszpanii nie musi dużo robić, żeby wywrzeć na mnie egzotyczne wrażenie.
Jednak robi.