wyświetlenia:

środa, 18 marca 2015

Listy do J.


Pisanie bloga to zajęcie choć atrakcyjne- także wielce ryzykowne. Prawie jak stąpanie po krawędzi przepaści. Czyhają pułapki, niebezpieczeństwa czają się wszędzie.

Tematy. Śliskie tematy. Lenistwo. Brak czasu. Komentujący (na szczęście na Fotodinozie mało komentują). Wypalenie twórcze. Tworzenie wypaleńcze. Huśtawka nastrojów.



No w sumie to o życiu to samo można powiedzieć.



W zeszłym tygodniu Google Blogger ostrzegł mnie że "Niektóre treści erotyczne nie będą mogły być publikowane" No nie. Jeszcze i to! Na każdym kroku kłody pod nogi twórcy. Ja tu pod fotograficzno- erotycznym wzmożeniem, a tu panie tego, zabraniają.



Ponieważ za chwilę zabronią, trzeba się spieszyć z tym erotyzmem. Spieszmy się pisać wpisy, zanim Google zabroni, następny wpis trzeba napisać erotyczny do granic wytrzymałości. Nie wiem czy to zniesiecie, drodzy Czytelnicy. Zastanowię się nad tym.



Tymczasem z wydarzeń dnia codziennego na Fotodinozie. Dzieje się. Globalizacja Fotodinozy osiągnęła szczyt. W języku polisz- inglisz napisaliśmy listy mailowe do firm Tamron, Cosina i Samyang, co było dużym osiągnięciem, bo np. firma Tamron nie posiada maila, firma Samyang posiada, ale nie działa, a firma Cosina zastrzega następująco: "Please note that we might not reply to personal inquiries".

Wszystko powyższe napisałem całkiem serio, mimo wydźwięku kabaretowego są to fakty autentyczne.



Do Tamrona napisałem z intencją znalezienia maleńkiego trybiku do naszego 20-40/2,7- 3,5, którego nie dało się dorobić, o czym się już wpisywało na Fotodinozie- tutaj. Chodziło mi jedynie o podanie jakiegokolwiek innego modelu obiektywu, z którego można by taki trybik wyciągnąć traktując jako dawcę organów.

No niestety. Tamron ma podane na stronie mnóstwo kontaktów do dystrybutorów z całego świata, ale nie posiada maila do siedziby w Japonii. Co mi po dystrybutorze? Już z jednym dystrybutorem w Polsce gadałem trzy razy przez telefon i wysłałem trzy maile, co było stratą czasu (choć samym naprawom serwisowym nie mam nic do zarzucenia). Chciałbym trafić na kogoś kompetentnego, kto może pomóc, choćby powiedzieć- nie ma żadnych szans chłopie, wyrzuć ten złom do kosza i kup coś nowego.

Niestety Tamron Japonia nie posiada maili, tylko numery telefonów. Być może mógłbym nawet zadzwonić do Japonii za X złotych+ VAT, ale jak ja im przez telefon prześlę zdjęcia mojego trybiku? Hę?


No i potem przeszukując fora w beznadziejnym poszukiwaniu maila do Japonii nasunął się mail do Tamron USA.INC. Miał przyjemny wydźwięk: custserv@... A ja przecież customer jestem. No i przecież Amerykanie są znani z bardzo dobrej obsługi klienta, a jeśli ktoś tego nie wiedział- niech przeczyta "Ameryka po kawałku" Marka Wałkuskiego.

No i nie zawiodłem się- bardzo miły pan z Commack,NY, po tamtej stronie kuli ziemskiej, w czasie kiedy ja smacznie spałem na naszej stronie kuli ziemskiej, odpisał na maila i obiecał pomóc jakkolwiek. Uff.

A dwa dni później przyszedł mail że mają potrzebną mi część z używanego obiektywu! Hurra! Jedyny problem z przesłaniem trybiku na drugi koniec świata, mam nadzieję że zostanie rozwiązany, że wszystkie trybiki w światowej maszynie pocztowej zadziałają. Opiszę Wam wszystko, jak tylko historia się zakończy.

Dzięki ci Tamronie USA!!!



Dalej Cosina. Ta sama polityka- adresy mailowe dystrybutorów, adres do firmy w Japonii wyłącznie dla chętnych na zostanie dealerem. Oj, zostałbym dealerem, choć na razie jestem zerem. Nic to. Napisało się na dealerski adres pytania dotyczące historii opisanego już Dwunastoraczka 19-35. Mógłby ktoś w końcu rozjaśnić panujący w internecie mrok niewiedzy! Wyobraźcie to sobie- obiektyw sprzedawany przez 10 lat we wszystkich krajach świata, znany i ceniony nie ma nigdzie opisanej porządnie historii, nikt nie stwierdził do tej pory z całą pewnością kto go zaprojektował, kto go produkował i do którego roku. A producent (rzekomy) nie odpowie, bo "proszę zauważyć, ze możemy nie odpowiadać na pytania osobiste (osobowe?)" Co to, kurde ma znaczyć?

Zadałem moje pytania historyczno- fotograficzne i teraz zobaczymy czy były osobiste, czy nie...





W rozpaczy przetłumaczyłem googlem japońską stronę Cosiny (na angielski, bo tłumacz Google japońsko - polski zna nasz język tylko z widzenia przez głuchy telefon w ciemnych okularach po zmroku), gdzie spośród japońskich krzaczków znalazł się nawet formularz kontaktowy. Ma on jednak następujący podpis: "This email form is for Japanese Domestic Market only. We might not reply to any incoming emails from Overseas. If you have some questions on our products, please contact a distributor in your country, or retail store nearby"

Mhm, sklep detaliczny za rogiem odpowie na moje historyczne pytania, akurat! Zapytaj ekspedienta, ekspedient prawdę ci powie.




Skłania mnie to znowu do myśli o napisaniu jednak do Cosina USA.



No i ja też postanowiłem napisać sobie dopisek do swojego adresu e-mailowego:

"Nadawco! Przemyśl sprawę czy nie jesteś aby zza morza. Jeśli jesteś zza morza- spadaj na drzewo, bo psem poszczuję (mam trzy psy i jeden adres mailowy). Nadawcy zza morza proszeni są o pisanie na Berydyczów (obwód żytomirski, Ukraina)"



No i Samyang. To już nie Japonia. To Korea. Południowa, południowa oczywiście. Nie mogę wam zdradzić po co pisałem do Samyanga, bo nie będzie (dla znawców) niespodzianki z wpisów szykowanych za pewien czas. Też z pytaniami historycznym pukałem do koreańskich bram.



Zapukał bym z ochotą do samych rajskich bram
Żeby zapytać o to, czy piwo mają tam.
                          (cytat)

Strona Samyanga promieni się cała polityką miłości: "Samyang Optics is always wide open to our customers." "Setting customer satisfaction as our number one priority". Są adresy mailowe! Wysyłam.

Działa jeden- do marketingu. Trzy wcześniejsze- do działu rozwoju i badań i do działu sprzedaży obiektywów wracają niedostarczone do nadawcy. No ale przynajmniej marketing działa.

Przeczytali z pewnością mój mail.

Skąd wiem?

Stąd:

Tak że gdybyście przeglądali Fotodinozę- uważajcie. Zostałem Wielkim Bratem. Śledzę wszelkie myślozbrodnie.


Jestem bardzo ciekawy czy odpowiedzą. Moje pytania nie były tak całkiem wygodne dla Samyang Optics. Poczekam do końca tygodnia na wieści z drugiego końca świata. Ten wpis będzie taką dyskretną presją na Samyanga. Dajcie mi punkt oparcia na wpisie, a podniosę Ziemię.



Fabrykant











sobota, 14 marca 2015

Nadar. Szok poznawczy.

Nadar
To ja doznałem szoku poznawczego. Nie pan Nadar.

On był sprawcą, a ja Nadar nie wychodzę z tego szoku. Musiałem jakoś mało się przykładać do książek o historii fotografii, bo pana Nadara nie znałem bliżej do tej pory. Albo był on wymieniany w tych książkach zdawkowo, bo zapewne książki pisane przez lewicowych intelektualistów, a on rasowy kapitalista i biznesmen był, albo ja nie doczytałem.



Ten pan wyróżnia się na tle innych prekursorów fotograficznego rzemiosła. Błyszczy niczym dyjament i wyróżnia się. Nie wiem przypadkiem czy dziś nie nazywałoby się to ADHD. Kiedyś, w jego czasach w każdym razie nazywano to awanturnictwem.

Przeczytałem kilka zaległych biogramów pana Nadara i z każdego biogramu można dowiedzieć się nowych ciekawych rzeczy, a oczy otwierają się szeroko.



Po pierwsze nie dość że był on jeden, to jeszcze w trzech osobach! Ojciec, syn i brat (nieświęty).



Po drugie- był francuskim szpiegiem w Polskich Legionach w roku 1848 (!!!).



Po trzecie pionierował pan Nadar w co najmniej trzech aspektach fotografii. Nie! W czterech. Jak się dobrze zastanowić- to w pięciu.



Nie wiem od czego zacząć- jestem przytłoczony.



Może od biografii, Sama biografia wystarczy.



Prawdziwe nazwisko to Gaspard-Félix Tournachon, urodzony w 1820 roku.

Miał zostać lekarzem, ale nie wyszło. Wcześnie musiał zacząć sobie sam radzić i robił to doskonale. Jako młodzieniec nastoletni został na początek rysownikiem i szybko zdobywającym uznanie karykaturzystą, pisał też artykuły do gazet. Miał szczęście trafić w odpowiedni czas i miejsce i zaprzyjaźnić się z właściwymi osobami- np. Charlesem Baudleaire'm.



W wieku 19 lat (!) założył własne czasopismo"Livre d'Or", do którego pisali między innymi Balzac i Dumas. To daje pewien pogląd o rozmachu i energii jakie cechowały Tournachona. Ten człowiek, wydaje się miał niespożyte siły i chęci działania. Dzięki czasopismu zdobył szeroką sławę, nadal będąc głównie dziennikarzem i rysownikiem, o fotografii nie ma tu jeszcze nawet słówka. Fotografia z resztą w tym czasie ledwie była w projektach panów Niepce'a i Daguerre'a, bo mowa o latach 40-tych XiX wieku.

W czasach swojego redaktorowania w "Livre d'Or" Nadar zostaje Nadarem, przyjmując swój przydomek za podpis.

W 1848-mym następuje ów ciekawy związek Nadara z Polską, a raczej polskimi dążeniami do niepodległości. Tournachon wstępuje w Paryżu do Legionów Polskich, mających iść na Prusy i wyzwalać Polskę z zaborów. Wstępuje, uwaga uwaga, pod nazwiskiem Nadarsky. Hm. James Bond też w Licence to Kill używa polskiego paszportu na nazwisko Jerzy Bondon...

Nadar jako francuski Bond zostaje szybko wzięty do niewoli i równie szybko z niej uwolniony- wraca do Francji po dwóch miesiącach, ale znów wkrótce wyjeżdża jako szpieg do Prus.



Po powrocie poznaje nowo powstałe techniki fotograficzne i zostaje przez nie do cna pochłonięty. Był jednym z pierwszych beneficjentów wynalezienia fotografii, żądnym działań, jakich nikt jeszcze przed nim nie podjął, żądnym odkrywać i eksploatować nowe jej możliwości. Ten pan posunął myślenie o fotografii o lata naprzód, był, wydaje mi się większym wizjonerem i odkrywcą w tej dziedzinie, niż wielu innych z jego epoki.



Jego podejście do tego medium, jest wg mnie niesłychanie wręcz nowoczesne- Nadar nie tylko chce tylko używać fotografii jako środka wyrazu, on chce eksploatować wszystkie jej możliwości, eksperymentować. Wymyślać nowe zastosowania jej tam, gdzie się tylko da. patrzeć na fotografię co dzień świeżym okiem.



To w sumie jest jak credo każdego ambitnego fotografa. Nadar był tu bliższy wszystkim późniejszym epokom, niż swojej własnej, która licznie ustawiała w atelier "żywe obrazy" na wzór dawnych dzieł malarzy.



Tournachon otwiera w Paryżu swoje atelier- portretowe. Jest znaną osobą, powiedzielibyśmy dziś- celebrytą, obracającym się wśród elity francuskich intelektualistów. I oni właśnie stanowią jego klientelę, przyczyniając się do wiekopomnej chwały jego fotografii. Pozują mu do portretów między innymi (alfabetycznie): Honore Balzac,przyjaciel Nadara- Baudelaire, Sarah Bernhardt , Berlioz, Liszt, Maupassant, Nerval, Offenbach, Rossini, George Sand, Wagner...

Charles Baudlaire foto: Nadar
Claude Monet 1901, foto: Nadar


Dziwnym trafem Nadar i jego portrety pojawiają się w mojej jaźni  od zupełnie innej strony. Nieinternetowej.

Czytam właśnie genialną książkę- Andrzeja Bobkowskiego "Szkice piórkiem". Czytam ją powolutku, z przerwami, żeby na dłużej starczyła. To napisany niezwykle potoczystym, ironicznym językiem dziennik z Paryża lat okupacji od klęski Francji w 1940, aż do wyzwolenia przez Amerykanów w 1944-tym. Jest to najwyższa ekstraklasa polskiej literatury, wchodzi jak masełko. Bobkowski przekazuje wydarzenia z dnia codziennego (wiele kuriozów na styku niemiecko- francuskim), analizuje postawy Francuzów i Polaków i Niemców, filtruje je przez swoją niewiarygodną erudycję, wiedzę historyczną i językową (niemiecki, francuski, angielski, łacina i greka- perfect), a przy tym wielką fantazję i łakomstwo "na życie". To literatura intelektualna, ale i zmysłowa, obrazowa. Bardzo współczesna w stylistyce i celna w opiniach. Dużo by o niej pisać, ale mimochodem natknąłem się w niej na pewien aktualny dla tego wpisu akapit. Środek wojny, w Paryżu jest okupacja, ale prawie jakoby jej nie było, stan zawieszenia w próżni.



"16.8.1942

(...)

Ciekawa wystawa w Muse Cognac-Jay. Oryginalne fotografie z czasów II Cesarstwa (..) mnóstwo fotografii osób znanych i sławnych z teatru i literatury. Świetne dagerotypy Balzaca, Teofila Gaultier (...). A dalej wszystkie tancerki i śpiewaczki Opery Paryskiej. Fotografie malarzy i ich modelek, fotografie tych pikantnych aktoreczek z bulwarowych teatrzyków i tinglów- tanglów, za którymi szaleli nasi pradziadowie i dziadkowie. Te kokieteryjne desabile, gorsety, czarne pończochy, biusty przewalające się nad fiszbinami jak fala przez falochron portowy i inne uroki tych czasów. Stary i satyrowaty Alexandre Dumas z młodą, uroczą i naprawdę smaczną loretką. Krynoliny. Cały szereg portretów tak pięknych, że żaden z nowoczesnych fotografów nie potrafiłby czegoś takiego zrobić. Ówczesna fotografia w dziedzinie portretu stała na pewno wyżej niż dzisiejsza. Wskutek wydoskonalenia materiału, "wyostrzenia" soczewek, płyt, filmów i papierów straciła te przejścia między światłem a cieniem, które tak doskonale płyną w fotografii XIX wieku. Dziś wszystko jest rąbane- jak cała nasza epoka. Jaką śliczną modelkę miał Corot. Cóż za wspaniała głowa ten Michelet. Szkoda, że popisał tyle bzdur. Renan, obydwaj Goncourtowie, Flaubert, Gautier, George Sand. Pełno wspomnień, każda twarz specjalnej wartości teraz. Można uciec do nich i zaszyć się w kącie któregoś Balzaca, można schronić się w spiżowym dzwonie prozy Flauberta i nie słyszeć tego gęgania, tego kłamliwego pastwienia się nad zdrowym rozsądkiem, które może przyprawić o obłęd.(...)."



Można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że sporą część fotografii jakie oglądał Bobkowski- to prace Nadara. O, na przykład ten Michelet i ci bracia Goncourt:


Jules Michelet- historyk, filozof, foto: Nadar
Edmund i Jules Goncourt, wydawcy, fundatorzy nagrody literackiej, foto: Nadar

Nadar został pionierem w dziedzinie niewymuszonego, naturalnego portretu. Niektórzy mówią o portretach psychologicznych. Na tle epoki- jego portrety były wybitne- nie miały żadnego anturażu, nie miały żadnych dekoracji wymalowanych tandetnie w tle, nie miały żadnego wymuszonego ułożenia. Normalnie tak jakby pan Nadar- Tournachon wziął do ręki dzisiejszego Canona 5 DsR i strzelił parę naturalnych fotek w swoim pokoju.

Sarah Bernard- aktorka, foto: Nadar.


Trochę tak musiało być. Nadar, dzięki swoim koneksjom z pewnością znał wszystkich swoich sławnych modeli, co dawało mu znakomitą możliwość uchwycenia ich w naturalnych, niewymuszonych pozach i wyjątkowy handicap wobec innych fotografów. To byli jego znajomi, którzy mogli być przy nim sobą, odrzucić niepotrzebne pozy i formy.



Nadar jako pierwszy skupiał się na człowieku. Na samym człowieku i na niczym innym.



Te portrety unieśmiertelniły jego prace na wieczność- z całą pewnością po wsze czasy będą drukowane na tyłach książek Dumasa, poezjach Baudelaira, płytach Liszta i Berlioza, w artykułach o nagrodzie Goncourtów i w biografiach George Sand. Są obecne niemal w każdym biogramie w Wikipedii. Były najlepsze w swojej epoce- i jako najlepsze- przetrwały.

George Sand- pisarka, foto; Nadar

Trochę się trzeba nie zgodzić z Andrzejem Bobkowskim- ich doskonała jakość wynika z powyższego zjednoczenia fotografa z modelami, z dobrego oka i rzemiosła Nadara, ale także z wielkiego formatu używanego do ich zrobienia, który w latach Bobkowskiego odchodził powoli do lamusa na rzecz filmu małoobrazkowego. Kolejna rzecz to powszechność fotografii w latach 40-tych, która wtedy była już używana we wszystkich mediach- gazetach, plakatach, a zatem wszędzie- co wpływało na jej odbiór przez pisarza. Masowość techniki fotograficznej musiała doprowadzić do ogólnego spadku średniej, pod względem jakości jak i talentu fotografujących.



Nadar używał w swoim atelier wyłącznie światła dziennego. Musimy spojrzeć na to z podziwem, domyślając się czegoś w rodzaju przeszklonej ściany lub dachu, a także zauważyć- jak Bobkowski miękki światłocień rozproszonego światła, można sądzić że realizowany jakimiś zasłonami, bo zapewne portrety robił w każdą pogodę, a nie czekał jak niebo pokryją chmury.

Natomiast pewne jest że pracował wyłącznie za dnia. Po zmroku zapewne musiało go zajmować bogate życie towarzyskie.



To mogłoby wyglądać na koniec artykułu o Nadarze- Tournachonie. Ale nie- to dopiero jedna trzecia. Jedna trzecia! Piszemy o człowieku niespożytej energii.



Fotografia zajmowała go w połowie. W drugiej połowie zajmowało go życie towarzyskie. W trzeciej połowie zajmowało go baloniarstwo.

Raczkujące w jego czasach podróże balonowe. Nadar zagłębił się w tę dziedzinę, łącząc jako pierwszy swoje dwie pasje. Jest autorem pierwszych zdjęć lotniczych świata. W 1858 sfotografował Paryż w pobliżu Łuku Triumfalnego! 
Foto: Nadar


Wkrótce zainwestował pieniądze we własny balon, nazwany "Geant", licząc na znaczne zyski z jego użytkowania i wykorzystywania do celów fotograficzno- turystycznych. Niestety balon uległ katastrofie, w której mocno ucierpiała żona Nadara, tak że przedsięwzięcie zakończyło się fiaskiem i utopieniem pieniędzy.

Nie zakończyło to entuzjazmu Nadara do baloniarstwa. Ani trochę. W 1870 gdy wybuchła wojna francusko- pruska to właśnie on zainteresował generałów wykorzystaniem balonów do celów wojskowych- szpiegowania wroga z powietrza, kreślenia map i przenoszenia poczty, a nawet przesyłania ludzi poza linie oblężeń. Nie dość tego! Wraz z innymi entuzjastami i przedsiębiorcami zorganizował w Paryżu podczas wojny manufakturę produkującą balony wojskowe. Była to, uwaga uwaga, pierwsza na świecie produkcja masowa statków powietrznych.

Nieźle!



Przeskoczyłem nieco w przód, żeby dać obraz działań pana Turnachona na wszelkich niwach, ale powrócę jeszcze do lat 50-tych XiX wieku, gdy pojawiło się więcej Nadarów niż tylko jeden.



Było ich trzech, w każdym z nich inna krew (fałsz). Ale jeden przyświecał im cel (cytat).

Nadar opiekował się od dzieciństwa swoim bratem, finansował jego edukację i pomógł także zostać fotografem. Przez pewien czas pracowali wspólnie, potem rozdzielili się- każdy otworzył swoje atelier. Brat, Adrien nie przestał używać wspólnego przezwiska "Nadar", które stało się marką znaną w całej Francji, co doprowadziło do konfliktu i procesu, który Tournachon wygrał. Parę lat później Nadar zaczął pracować z synem Paulem, a w końcu zostawił mu interes- Paul Tournachon także używał pseudonimu ojca.



W 1861 Nadar zglosił patent. Był to epokowy wynalazek fotografii przy sztucznym oświetleniu- spalanej magnezji.

Nadar nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystał swojego pomysłu w wyjątkowy sposób. To było u niego niezwykle nowoczesne, po prostu nie chce się wierzyć że był to człowiek swoich czasów.

Awanturnik.



Uzyskał pozwolenie i w latach 1861- 1865 sfotografował jako pierwszy podziemne lochy Paryża. Bo Paryż ma ich trochę.

Katakumby- pochodzą z czasów rzymskich, były kamieniołomami, a od XVIII wieku stały się grobowcem dla miasta. Mają długość ponad 50-ciu kilometrów korytarzy. Na polecenie króla Ludwika XVI ze względów sanitarnych znoszono tu zwłoki z istniejących cmentarzy i kościołów przeludnionego Paryża. Złożono w katakumbach kości wielu znanych osób- Dantona, Robespierre'a, Perraulta, La Fontaine'a, Rabelais'ego, a także architekta Jules Hardouin-Mansart'a, od którego mamy dziś poddasza z mansardą.

Catacombes, photo by Nadar
Catacombes, photo by Nadar

Podziemia z jednej strony pozostawały zapomnianym kątem miasta, w którym toczyło się ukryte życie nizin społecznych- grabarzy, włóczęgów i bezdomnych. Z drugiej strony fascynowały i inspirowały wielu paryżan- Wiktor Hugo umieścił tu akcję "Nędzników" W czasach Nadara wzmogło się zainteresowanie Katakumbami jako obiektem zainteresowania wymagającym odkrycia.



Dygresja:

Widzę pewne dalekie analogie ze mną, naiwnym, z dzieciństwa. Tak to było troszeczkę ze mną i odkrywaniem własnego miasta. Jako dziecko coś wiedziałem o istnieniu łódzkich fabryk, a nawet często obok Zakładów im. Marchlewskiego, ex Poznańskiego przechodziłem/ przejeżdżałem. Jedno z wcześniejszych wizualizacji wspomnieniowych to pyłki bawełny z fabryki, zasnuwające niemal mgłą całą ulicę Ogrodową, gdy idę z Babcią do tramwaju. Potem się rosło i rosło, chociaż mądrzało niewiele. Ale dopiero na studiach (!) odkryłem że istnieją zapuszczone imperia Scheiblerów i Grohmanów, o których nie miałem pojęcia. Po prostu mieszkało się w jednej części miasta, spokojnie się chodziło do szkoły (Bałuty i Chojny to naród spokojny) i druga połowa Łodzi była terra incognita. Po cóż niby miałem tam jeździć w podstawówce? Z resztą fabryki nie były wtedy modne, ani trochę i stanowiły raczej problem niż dumę- najpierw jako komunistyczne molochy, potem jako upadające zakłady, potem jako niszczejące rudery. Dopiero teraz latają tam w podniecie liczni fotografowie.

Koniec dygresji.



Nadar wykorzystał swój nowy wynalazek- magnezję do oświetlania ciemności w Katakumbach, a potem paryskich kanałach. Nie myślcie że odbywało się to tak jak dzisiaj- pstryk i światło, idziemy dalej. Czas naświetlania zdjęć wynosił 18 minut, wymagało to kunsztu i poświęcenia.

Catacombes, photo by Nadar
Catacombes, photo by Nadar

Nadar pisał o tym w autobiografii:

"Próbowałem zmiękczyć światło (magnezjowe- Fotodinoza) przez umieszczenie mlecznego szkła pomiędzy obiektywem (chyba źródłem światła (?)- Fotodinoza) a modelem, co nie dało mi zbyt wiele; potem zaaranżowałem to bardziej praktycznie poprzez białe odbłyśniki, a wreszcie podwójny zestaw dużych luster odbijający jasne światło w zacienione miejsca. Doszedłem w końcu do czasu naświetlenia jaki powinienem stosować i wreszcie mogłem używać czułości klisz z jakich korzystałem na codzień w studio."



Pewnie dziwicie się jak w ciągu 20 minut naświetlania zostały uchwycone nieruchome postaci na zdjęciach katakumb? Nie ma co się dziwić- to manekiny.



Efektem był album ze zdjęciami "Paris souterrain" i liczne pocztówki, który spopularyzowały ciemne zakamarki Paryża. Można je zwiedzać po dziś dzień.

Nadar uchwycił je jeszcze "sauté", bez turystycznych udogodnień, te przedziwne zaułki, pełne minionej śmierci. Śmierci wziętej w nawias.



To mogłoby wyglądać na koniec artykułu o Nadarze- Tournachonie. Ale nie- to dopiero trzy czwarte.



W 1886 roku Nadar wraz z synem przeprowadza wywiad z chemikiem, Eugène’em Chevreul'em i wykonuje fotografie podczas tego wywiadu. Taki klasyczny fotoreportaż, jaki można obejrzeć w każdym dzisiejszym tygodniku, w każdym dzisiejszym wywiadzie internetowym, w każdej gazecie. Nikt wcześniej, przed Tournachon'ami tego nie wymyślił. Nadar (x2) był znów pierwszy! Co za gość!

Chevreul w rozmowie z Nadarem. Foto: Paul Nadar


W 1894 Nadar zostawia synowi swoje atelier i w wieku 74 lat zaczyna nowy interes fotograficzny w Marsylii, gdzie zdobywa od nowa sławę i chwałę. Na wystawie światowej w Paryżu w 1900 syn organizuje mu wystawę retrospektywną

Wraca do Paryża na dobre w 1904. Pozostaje tu do śmierci w 1910 roku.



Dopiero śmierć Nadara, w wieku 90 lat, na rok przed wybuchem pierwszej wojny stanowi dobre zakończenie naszego artykułu. Pomimo odległości czasowej, jaka dzieli go od nas, możemy dziś poznać go z każdej strony- w 1865 zrobił sobie autoportret ze wszystkich stron! Pomysł godny dzisiejszego twórczego gimnazjalisty, a nie szacownej postaci XIX wiecznej.





Cały on...
 
Fabrykant - Marcin Andrzejewski

z www.fabrykaslubow.pl

P.S.
 
Polecam moje oryginalne kryminały z klimatyczną Łodzią w tle:
 
"Tramwaj Tanfaniego" dziejący się w czasach świetności przemysłowej Łodzi w roku 1905. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami - zabójstwem Juliusza Kunitzera, twórcy łódzkich tramwajów. Książka nagrodzona Exlibrisem Biblioteki im. Piłsudskiego za najlepszą powieść o Łodzi w 2021 roku.
Reżyser Władysław Pasikowski o "Tramwaju Tanfaniego":
"Wciągające. Rewolucja upadła, ale rewolucjoniści zostali... W Łodzi w zamachach giną zamożni fabrykanci. Kto stoi za tymi zbrodniami? Frapująca intryga i pełnokrwiści bohaterowie, ale prawdziwą bohaterką jest Łódź pod koniec 1905 roku. Jedno z najbarwniejszych i najbardziej oryginalnych miast tamtych czasów. To nie kino, to autentyczny fotoplastikon z epoki... Ja nie mogłem oderwać oczu od okularu. Polecam!"

"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia wysyłkowo tutaj: LINK

"Złoty peugeot" to niebanalny kryminał motoryzacyjny z Łodzi epoki wczesnego Gierka. Tajemnicza zbrodnia, nieudolna milicja, zakulisowe przepychanki z władzą PRL a po drugie kawałek historii polskiej motoryzacji i łódzkiej architektury oczami (i rękami) pewnego mechanika z ulicy Wschodniej, który chcąc nie chcąc musi zabrać się za dociekanie, dlaczego ktoś musiał zginąć i kto go zabił. Są wciągające tajemnice, splątane wątki, brawurowe pościgi samochodowe, jest wiele charakterystycznych postaci budujących mikrospołeczność powieści. W warstwie trzeciej książka jest nasycona aluzjami do literatury popularnej z czasów PRL a wynajdowanie tych i innych smaczków z Niziurskiego czy Nienackiego jest dodatkową rozrywką. 

Do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Deluks" - wielowątkowy kryminał dziejący się w roku 1976 składa się z kilku warstw, począwszy od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Książka tym razem aluzyjnie nawiązuje do tzw. kryminału milicyjnego, jednak dekonstruując go, zupełnie inaczej rozkładając racje i demitologizując klimaty PRL. W świat dawnej Łodzi pomaga czytelnikowi przenieść się uniwersum pełnokrwistych bohaterów pierwszo- i drugoplanowych oraz realia i rekwizyty z epoki. Akcja zawiązująca się wokół warsztatu samochodowego, poniekąd kontynuacja klimatu "Złotego Peugeota", jednak cała opowieść jest autonomiczną fabułą. Będziecie zaskoczeni.

"Deluks" do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Wariatka ze Spornej" - napisana wspólnie z Tomaszem Włodkowskim -  Światowej sławy reżyser usiłuje skończyć swoje ostatnie filmowe dzieło niekonwencjonalnymi metodami. Równolegle ginie jego wieloletni współpracownik i asystent.
Młoda policjantka, niedawno przybyła do Łodzi ma poprowadzić śledztwo, które będzie wymagało od niej szczególnego zaangażowania, cierpliwości, uwagi i... erudycji.
Tytułowa ulica Sporna zdaje się trwać w niezmiennym od stu lat stanie, ale to tylko pozory. Miasto dookoła przekształca się w bólach, rok 2003, Polska ma zaraz wejść do Unii Europejskiej, ale niechciany bagaż PRL jest nadal obecny, również w policji. Kto i dlaczego zabił? Co ma wspólnego wielka sztuka i małe morderstwo? 

"Wariatka ze Spornej do kupienia wysyłkowo TUTAJ 



Źródła artykułu:

http://fr.wikipedia.org/wiki/Nadar
https://www.szerokikadr.pl/poradnik/pionierzy-fotografii-nadar-nieustraszony-fotograf-ktory-latal-balonem



wtorek, 10 marca 2015

Nie trojaczek z Kolina, tylko Dwunastoraczek z Cosina.




Właściwie, to powinni sprzedawać tylko jeden model samochodu. Chyba się wszyscy zgodzą, prawda? Nic by to nie szkodziło światu, gdyby wszyscy musieli jeździć takim samym autem. Po co komu te różnice. Byłby to na przykład Volkswagen Golf, produkowany przez wszystkich producentów globu, pod różnymi markami- nazywałby się raz Ferrari, raz Renault, a raz Wołga. Czy by to komu przeszkadzało? Chyba niewiele, a jakie oszczędności projektowe i materiałowe! Jakie oszczędności w naprawach, serwisowaniu, sprzedaży! Idziecie na przykład do sklepu i prosicie o pompę paliwa. Nie musicie podawać żadnych roczników, modeli, VIN-ów. Pompa jest jedna, bo wszyscy mają takie same! Co za oszczędność czasu i przestrzeni (o czasoprzestrzeni celnie napisał Krzysiek Gol- tutaj). Czy to nie piękne?



To nie jest nowa idea. Już wielu producentów uważało podobnie i to parędziesiąt lat temu. Już wielu producentów zastosowało schemat dążący do tego ideału. W branży motoryzacyjnej o niego najłatwiej, czasem jest o tym głośno, a czasem robi się po cichu przemarkowanie produktu i sprzedaje na innych rynkach pod inną nazwą. A czasem na tych samych rynkach. Czasem jest to sensowne, a czasem jest to strzał w stopę producenta. Na naszym rynku są sprzedawane identyczne (niemal) auta, które są jednocześnie Renault i Mercedesem, a nawet Dacią, oraz inne będące jednocześnie Toyotą i Fiatem. No i fajnie. Od razu widać, że te firmy nie różnią się niczym, oprócz znaczka i naszego o nich wyobrażenia.

Renault, Dacia, Renault ze zmienionym przodem. Ten sam silnik we wszystkich autach.


Tu jest o tym wpis na Złomniku:




Tymczasem jednak nie o samochodach tu będzie. Heloł, tu portal o fotografii, o obiektywach starych i nikomu nie potrzebnych. Ale nie tak starych jak u innych.



Będzie o obiektywie, który pobił wszystkie rekordy badge engineering (przemarkowywania), we wszystkich dziedzinach gospodarki światowej ever. Howgh.



Przy okazji przelecimy się po historii fotografii i sprzętu.



Próbowałem sam rozplątać ten motek nazw, kilka z nich już zniknęło z rynku i nie pojawiło się więcej, a kilka z nich istnieje na drugim końcu świata. Niestety nie da się dowiedzieć o tym wszystkiego. Można się dowiedzieć troszeczkę, a reszta- to będą spekulacje.



Rzecz cała z przemarkowaniem i sprzedażą tego samego, jako coś zupełnie innego w dziedzinie fototgrafii wydaje się być tradycją, sięgającą jeszcze lat 50-tych i 60-tych. To była pierwsza fala rebrandingu.

Druga fala, znacznie solidniejsza, ale mniej ciekawa, jest teraz, kiedy można sobie zamówić kontener czegokolwiek elektronicznego z Chin, z dowolnym napisem na obudowie. Jeśli nie wiedzieliście- to jest sprawą banalną zamówić trzysta tysięcy sztuk aparatów kompaktowych pod nazwą Gosia Digital, albo Gapczo Stevens Professional. Tak dzieje się przede wszystkim z lampami błyskowymi. Druga fala jest związana z rozwojem taniego przemysłu w Azji, oraz z tym, że wiele znanych niegdyś fotografom marek zdechło i było/ jest tanio na sprzedaż np. Nissin i Exakta.

Wróćmy do pierwszej fali. Myślę, że pierwsza fala pojawiła się wraz z rozwojem lustrzanek w latch 50-tych i przystąpieniem do tego rozwoju producentów Japońskich. Jak pisał Marcin Górko fotoreporterzy europejscy i amerykańscy odwiedzający Japonię przy okazji konfliktu w Korei nagle zauważyli że obiektywy Nikkor nie są wcale gorsze niż ich własne Leiki, Zeissy i Contaxy, a Japończycy nie ustępują Niemcom w dziedzinie optyki. Są za to tańsi. David Douglas Duncan, reporter wojenny "Life'u" kupił dla siebie wszystko co produkował Nikon i zawiózł do USA, przyczyniając się do rozpropagowania firmy. Wkrótce "Life" zamówił dla swoich reporterów zestawy u Nikona.

(O D.D.Duncanie będzie jeszcze pewnie na Fotodinozie)

Japończycy zaczęli być znani w pewnych kręgach, jednak Japonia nie miała dobrej marki w tamtych latach. Uznawani byli za zręcznych kopistów, produkujących "japońskie jednorazówki" jak mawiano o ich wyrobach samochodowych. W fotografii mieli jednak najlepszy towar za małe pieniądze. Być może to skłoniło największych sprzedawców i dystrybutorów sprzętu w USA do wprowadzania na rynek różnych japońskich produktów pod własnymi markami. Robiły tak np. Ritz Camera ("America's Camera Store Since 1918", niestety już upadły), oraz kaliforniski producent optyki Vivitar (Ponder&Best).

Marki te przechodziły później z rąk do rąk, co dodatkowo wzmaga zamieszanie.

Stąd zdaje się cała historia z licznymi nazwami.



Tak działo się za czasów fotografii manualnej i nie przerwało się, gdy na świat przyszedł autofokus.

Ekstremumem badge engineeringu został niespodziewanie skromny, autofokusowy Trabant fotografii. Był to Trabant, ale bardzo zdolny.



Wychodził pod następującymi 12-toma nazwami:



Cosina, Exakta, Phoenix, Promaster, Quantaray, Soligor, Tamron, Tokina, Vitacon, Vivitar, Voightländer, Walimex



Wszystkie te nazwy dotyczyły obiektywu AF 19-35/3,5-4,5. Wszystkie dane na niebie ziemi i w internecie wskazują, że produkowała go Cosina.

Z wikipedii- foto by Przemysław

Cosina jest marką mało dzisiaj w Polsce znaną- nie sprzedaje już w ogóle produktów pod własną nazwą. Ale w dwóch słowach można powiedzieć o niej wszystko- produkuje obiektywy dla firm Nikon, oraz Zeiss, dla tej ostatniej bodajże wszystkie obiektywy z bagnetem Sony A i E oznaczone logiem Zeissa. Są to rekomendacje nie wymagające komentarza. Dzisiaj Cosina skupiła się na optyce manualnej z najwyższej półki, sprzedaje ja także pod własną marką Voightländer, niedgyś niemiecką, bardzo cenioną i nietanią.



W latach 80-tych i 90-tych było inaczej- Cosina zaczęła produkcję obiektywów z mocowaniami innych producentów i na ogół były to obiektywy budżetowe.

Bardzo pomogło w rozwoju rozpoczęcie produkcji szklanych soczewek asferycznych . A jeszcze bardziej pomogło rozpoczęcie produkcji hybrydowych plastikowo- szklanych soczewek asferycznych.

Asferyczne, to takie, których powierzchnia nie jest wycinkiem wypukłej sfery, czy cylindra, ale ma także wklęsłości przy brzegach- polepsza to jakość obrazu i zmniejsza wady chromatyczne, daje możliwość skorygowania geometrii obrazu. Jest to wynalazek znany od XVII wieku, ale trudny do uzyskania w produkcji przemysłowej- wymaga mozolnego szlifowania soczewek pod różnymi kątami. Pomysł na soczewkę hybrydową, gdzie na szkło nanosi się odpowiednio profilowaną polimerową powierzchnię pozwolił potanić soczewki asferyczne i zastosować je w tanich obiektywach.



19-35/3,5-4,5 został wyprodukowany najprawdopodobniej tuż po rozpoczęciu produkcji asferycznych hybryd, w okolicach 1996 roku.

Cosina na swojej stronie internetowej zdążyła już zapomnieć że go produkowała, z resztą taki tani obiektyw, to dla niej dzisiaj despekt. Przeskoczyła na wysoką półkę swoimi Voightländerami.

Ponieważ nie można w żaden sposób ustalić kiedy zaczęto produkcję 19-35, doszedłem do tego metodą Sherlocka Holmesa przeczesując roczniki Popular Photography. Najwcześniejsza wzmianka o tym obiektywie to marzec 1996, gdzie jest określany jako nowość. Znalazłem też test tegoż obiektywu jako Vivitara, w numerze z tego samego roku.



Vivitar to marka znana za oceanem- pod tą nazwą kryły się pierwotnie obiektywy firmy Ponder&Best powstałej w 1938 roku, a założonej przez dwóch niemieckich emigrantów w Kaliforni. W latach 70-tych cała firma zmieniła nazwę na Vivitar i zaczęła współpracę z japońskimi producentami optycznymi, Tokiną Kironem i Cosiną, która produkowała dla Vivitara nie tylko obiektywy, ale i lustrzanki. Vivitar prowadził umiejętnie marketing i wyważał ceny, zyskując całkiem sporą sławę, przede wszystkim w rodzimym USA.

W latch 70-tych wypromowali serię obiektywów manualnych "Vivitar Series 1", cenioną za dobry stosunek cen do jakości. Potem w "Series 1" pojawiły się także obiektywy autofocus, między innymi nasz AF 19-35/3,5-4,5.

 Sądząc po ilości dostępnych dzisiaj egzemplarzy- pod marką Vivitar wyprodukowano i sprzedano największą (może największą po "Cosinie") liczbę naszego obiektywu (spekulacja Fotodinozy).

Po śmierci obu założycieli Vivitara firma przejęta przez członków jej zarządu, powoli wycofywała się ze sprzedaży obiektywów autofokus. Najprawdopodobniej ostatnie autofokusy wypuściła w 2006 roku. Prawa do nazwy Vivitar przejęła firma Sakar International, która od 2008 roku niespodziewanie przywróciła do życia słynną "Vivitar Series 1" nazywając tak zrebrandowane obiektywy Samyanga. No ale nie ma to już nic wspólnego z Cosiną, z Japonią, ani z 19-35 AF.



Za to Exakta ciuteczkę ma. Exakta to nazwa baaardzo zasłużona dla fotografii, w ogóle nie japońska. Jej zasłużoność została maksymalnie rozmieniona z grubych na drobne, a potem przepita pod płotem. Taki los.

Exakta to marka, jak łatwo się domyślić- germańska, niegdysiejsza własność firmy Ilhaage Kamerawerk z Drezna, rocznik, uwaga uwaga- 1912. Była to firma, która uwaga uwaga- w 1933 roku rozpoczęła produkcję pierwszej na świecie lustrzanki jednoobiektywowej! My wszyscy lustrzankowcy z niej- jednym słowem! Pierwsze aparaty stosowały dużą kliszę, o szerokości 46mm i były stosunkowo potężne i nieporęczne. W związku z tym- krach, bum bang, tadam!- firma Ilhaage w roku 1936 wypuściła pierwszą na świecie lustrzankę na film małoobrazkowy 36mm! My wszyscy w ogóle z niej- jednym słowem. Wszyscy, nawet moja Mama strzelająca analogowym kompaktem.

To ci dopiero!

Do wynalazków Exakty należy także pierwsze na świecie gniazdo lampy błyskowej wyzwalanej spustem migawki, oraz pierwsza na świecie dźwignia do przewijania filmu.

Pierwsza lustrzanka 36mm nazywała się Kine-Exakta, miała bagnet na gwint i wraz z akcesoriami była pierwszym prawdziwym systemem fotograficznym, do którego rzesze producentów z Niemieckiej Rzeszy produkowały liczne obiektywy, pryzmaty i dodatki.

Jak wiemy Exakta była z Drezna, i jak wiemy Drezno po II Wojnie należało do NRD. Exakta została wcielona do koncernu Pentacon/ Praktica i produkowała aparaty do lat 70-tych, potem zniknęła z rynku, choć nie z pamięci.

Tymczasem w Niemczech Zachodnich powstała w latach 60-tych druga Exakta, produkowana przez Ilhaage West, firmę nie mającą żadnych związków z drezdeńskim oddziałem. Zachodnią Exaktę przeniesiono w 1970 roku do Japonii, nawiązując bliską kooperację ze znaną nam firmą Cosina. I tu historie powoli się splatają.

Niestety japońskie modele aparatów nie sprzedawały się najlepiej. Zaczęły się kłopoty Ilhaage West, która w końcu odsprzedała prawa do nazwy.

Nazwa jak wiemy była zasłużona- każdy chciałby ją mieć. No więc mieli ją po kolei wszyscy, niestety bez dobrych pomysłów co z nią zrobić. Najpierw Szwajcarzy od roku 1984. Ich pomysłem było to o czym jest ten artykuł- brandowanie nazwą Exakta obiektywów innych producentów. Trwało to ładnych parę lat.

W okolicach początku lat 2000-ych w nieistniejącym już komisie na ul. Narutowicza w Łodzi natknąłem się na obiektyw do Canona EOS o nazwie Exakta. Exakta kojarzyła mi się z NRD i byłem szczerze zdziwiony, że wschodni Niemcy produkują cokolwiek do japońskiej lustrzanki.

Obiektyw działał z aparatem tylko w środku sklepu, a na zewnątrz, na ulicy- zawieszał się. Nie wiedziałem dlaczego. Teraz już wiem- bo był zrebrandowaną Sigmą, która nie współpracowała z cyfrowym 10D inaczej niż na pełnym otworze przesłony.

W 1995 roku prawa do nazwy przeszły na niemiecką hurtownię pod nazwą Exakta Foto GmBH z Berlina. W roku 2001 Exaktę, przejął znany z optyki Schneider- Kreuznach. Nie słychać o Exakcie dzisiaj. Jedyne informacje o Ilhaage i Exakcie można znaleźć na stronach z koncówką ".org"- klubów wielbicieli staroci.

Na Exaktę machnięto ręką w pózniejszych latach 90-tych. Za zrebrandowanymi obiektywami tej marki ciągnie się nie za dobra opinia. No i z pierwszymi lustrzankami świata ma to już naprawdę mało wspólnego.



Dalej polecimy nazwy naszego obiektywu alfabetycznie. Phoenix. Niewiele można się dowiedzieć o Phoenixie, oprócz tego, że był dystrybutorem obiektywów japońskich i koreańskiego Samyanga na USA. Był i się zmył. Trochę reklam tej firmy przewija się w Popular Photography z lat 90-tych. Phoenix zniknął z rynku w okolicach 2008 roku.

Dzisiaj można znaleźć w internecie Phoenix Imaging , która zajmuje się techniką obrazowania cyfrowego. Sądząc po stronie internetowej to jakaś firma- krzak, nie wiem czy ma coś wspólnego ze starym Phoenixem.



Promaster, to podobny do powyższego projekt- rebrandowane obiektywy i akcesoria fotograficzne na rynek amerykański, szerokiej gamy producentów- byli tam i Tamron i Sigma i Cosina. Sprzedawali swoje AF 19-35 w wersji najprawdopodobniej produkowanej przez Tamrona- z identycznym wyglądem, a nawet identyczną czcionką jaką opisano tamronowski obiektyw.

 Promaster istnieje do dziś, ale współpraca z Japończykami co do obiektywów urwała się w okolicach 2011 roku z jednym wyjątkiem- telekonwertera, dość podobnego do dawnej konstrukcji Kenko/Cosina. Oprócz tego sprzedają mydło i powidło dla fotografów. Nie ma obiektywów- tracimy zainteresowanie.

http://promaster.com/



Dalej mamy Quantaray AF 19-35/3,5-4,5. To była marka stworzona przez wspomnianą sieć sklepów Ritz Camera (since 1918). Na Quantaraya (tak jak i na Exaktę) muszą uważać ci co mają Canony. To w większosci Sigmy, analogiczne do modeli macierzystych, zatem stare modele sprawiają te same problemy z cyfrowymi Canonami jak i sigmowskie oryginały- pracują tylko na w pełni otwartej przesłonie, w innym wypadku wyrzucają "Error". Nie dotyczy to co prawda modelu 19-35/3,5-4,5, bo jak wiemy produkowała go dla wszystkich zainteresowanych Cosina.

Ritz Camera powstała z rodzinnego studia fotograficznego założonego w Atlantic City, New Jersey, gdzie w latach 20-tych była najpopularniejszym zakładem fotografii, obsługującym lokalny rynek. W 1936 otworzono filię- fotolab w Waszyngtonie. W latach 2000-ch firma posiadała już ponad 300 sklepów. Niestetyż w okolicach 2009 roku Ritz Camera zaczęła tracić płynność finansową i w 2012 roku została przejęta przez firmę C&A Marketing. Sklepy Ritz Camera są aktualnie wyprzedawane różnym podmiotom, choć marka nadal istnieje.



Dalej leci Soligor. Też jakoś mało japoński z nazwy. I słusznie. Była to marka obiektywów i akcesoriów stworzona przez American Allied Impex Corporation z USA w 1956 roku. Jak widzimy- wszyscy mieli ochotę sprzedawać jakieś importy pod swoją marką. AIC. Corporation działała na globalną skalę- współpraca z Japończykami była ścisła, firma miała wpływ na produkcję, zamawianą głównie u Tokiny i Tamrona, później Cosiny. W 1968 założono pod skrzydłami Amerykanów firmę A.I.C. Phototechnik GmbH w Stuttgarcie, która w 1993 roku zmieniła nazwę na Soligor, tak jak nazywały się markowane przez nią wyroby. W czasach manualnych Soligor był znany z obiektywów zaprojektowanych u Tokiny i produkowanych przez Tamrona- z wymiennym mocowaniem bagnetowym T4. Można było zmienić tył obiektywu i założyć go do Nikona, Canona, Pentaxa czy Olympusa- jak kto chciał.

Cały ten sojusz amerykańsko- niemiecko- japoński współpracował , czy też dogadywał się jeszcze z Vivitarem, czyli wspomnianą firmą Ponder&Best (obydwie firmy używały tego samego mocowania T4) Zapewne dogadywał się po niemiecku. Wszystko w rodzinie.

Póki Cosina produkowała obiektywy na rebranding- wszystko jakoś działało. Jednak w 2006 zakończono produkcję 19-35/3,5-4,5 i innych szkieł tego typu.

W 2011 Soligor rozpoczął proces upadłościowy. Prawa do marki przejął turecki Polat Fotoğrafçılık, a siedzibę Soligora w Leinfelden pani Demet Solmaz.



Model 19-35 był szczytowym momentem tych międzynarodowych interesów, kiedy wszyscy się dogadali i wszyscy na tym zarabiali. Ale- spekuluję- zdaje się że japońskim niezależnym firmom powoli przestało się to opłacać. W latach 90-tych marka Japonii w optyce i elektronice była już szeroko znana- bądź co bądź to Japończycy wdrożyli do produkcji autofokus pchając postęp do przodu. Tymczasem europejscy producenci powoli pchali postęp do tyłu- dzisiejsza przewaga Azjii nad Europą jest pod tym względem dramatyczna. Jedna Leica się broni, a reszta to jakieś niszowce.

Dlatego zapewne Cosinie wygodniej współpracować z potentatem Nikonem i produkować własne metalowe supersolidne Voightlaendery, niż wypuszczać plastikową masówkę dla firm spod kalifornijskiego krzaka.


O Tamronie napisało się już osobny i osobisty artykuł tutaj. Nie będziemy się powtarzać.

Powiemy tylko że obiektyw Tamron 19-35/3,5-4,5, podobnie jak analogiczna konstrukcja Tokiny nie była tym samym obiektywem co pozostałe- nie wiadomo do końca ile miała wspólnego z pozostałymi bliźniaczkami- najprawdopodobniej konstrukcja optyczna była taka sama, natomiast przeprojektowano mechanikę- obydwa (Tokina i Tamron) miały wewnętrzne ogniskowanie, czyli nie zmieniały długości podczas zoomowania (inaczej niż inne wersje), wyglądały solidniej, a Tokina była znacznie cięższa niż pozostałe- 390 versus 300 gram, co oznacza wyraźnie solidniejszą konstrukcję. Niektórzy mówią (jak o Stigu), że Tokina 19-35 była produktem samej Tokiny.
Dobry artykuł o zewnętrznych różnicach Tokiny i Vivitara: http://jonbradbury.com/2010/07/tokina-vs-vivitar/

Ponieważ różne źródła internetowe spekulują co chwila co innego na ten temat, a ostatnio wysyłam bezustannie jakieś bezsensowne historyczne pytania do Japonii- zdaje się że skuszę się jeszcze raz na list mailowy do Tokiny i Cosiny w sprawie ich obiektywu. Gdyby cokolwiek odpisali- dam wam znak w komentarzach do wpisu. Nie liczcie niestety, ze będzie to szybko.



Tokina- to jak u Złomnika- temat na osobny wpis. Firma aktywna, solidna i znana. Nie produkuje olbrzymiej gamy obiektywów, ale w większości są to obiektywy ciekawe i na ogół solidnie wykonane. Być może ta sława skłoniła Tokinę do wzmocnienia solidności obiektywu 19-35. Tokina Istnieje od lat 60-tych. Tworzy konsorcjum Tokina/ Hoya/ Kenko- obiektywy/ znane filtry optyczne/ znane konwertery, a teraz jest ściślej związana także z Pentaxem



Vitacon- to marka singapurskiej firmy Photo& Consumer Investments Pte, współpracującej z Cosiną, jako dystrybutor na Azję i Oceanię. Sprzedaje/ sprzedawała jej obiektywy także jako Vitacor'y. Na stronie internetowej można się zapoznać z ich ofertą. Jako aktualne są tam podane wszystkie obiektywy Cosiny, o ile internet nie kłamie- nie produkowane już od ośmiu lat. Można się cofnąć w czasie, jakby kto chciał:




Teraz przygotujcie się na niezły hit. Lepiej usiądźcie, trzymając w ręku skromny plastikowy obiektyw Voightländer 19-35/3,5-4,5 AF.

Otóż Voightländer. Jest to najstarsza istniejąca firma optyczna świata!!! Rok założenia 1756! Wiedeń. Dzięki bogu, po Wiedniu raptem kilka lat wcześniej hulał jeszcze Wolfgang Amadeusz Mozart! A cesarzowa Maria Teresa właśnie wypowiadała wojnę Prusom. Czy czujecie wzrastający ciężar plastikowego obiektywu?

Poczujecie jeszcze bardziej, jak się dowiecie, że Voightländer był pierwszym producentem metalowych aparatów systemu Daguerre'a w 1841 roku

Poczujecie jeszcze bardziej, jak się dowiecie, że Voightlander wyprodukował pierwszy zoom dla fotografii małoobrazkowej- (36-82/2,8 Zoomar) w roku 1960.

Było to już za zarządu firmy Zeiss, która kupiła prawa do marki w 1956 roku. Wkrótce obie połączyły się w jedno ciało Zeiss/Voightlander, ale w roku 1970 odsprzedano prawa do nazwy znanej firmie Rollei. Niestety tenże zbankrutował w 1982. Nazwa trafiła w końcu do firmy Ringfoto (1997).

Tymczasem od 1999 roku Cosina produkuje świetne obiektywy pod tą właśnie marką, użyczoną od Ringfoto. Nie tylko obiektywy z resztą- także aparaty dalmierzowe Voightländer Bessa i lustrzanki. Wszystko to solidne, manualne i starej szkoły.

Voightländer zatem, mimo że starzec zgrzybiały- ma się znacznie lepiej niż pozostałe matuzalemy i jakoś dożył XXI wieku.



Pozostała jeszcze nazwa, brzmiąca jak ze Stadionu Dziesięciolecia roku 1989- Walimex.


Walimex jest marką ciekawej i prężnie działającej do dziś niemieckiej firmy Walser, mającej siedzibę na zamku w Gelwerbering (bodajże rodowym zamku właściciela), która zajmuje się akcesoriami fotograficznymi. Założona w 1998 roku załapała się jeszcze na obiektywy Cosiny, a kiedy przestano je produkować- przelała swoje zainteresowanie na koreańskiego manualnego Samyanga. Obiektywów Walimex 19-35/3,5-4,5 nie mogło być chyba zbyt wiele, bo nie natrafiłem na zdjęcie takiegoż szkła z wyraźnym napisem "Walimex" na obudowie, lub choćby na dekielku. No ale skoro niemiecki Chip.de zamieszcza go w spisie, to musimy liczyć (jak zawsze) na niemiecką solidność:




Tak oto toczyły się wszechświatowe losy obiektywu, który był jednocześnie Mercedesem i Dacią swoich czasów. A tak naprawdę był to Trabant z silnikiem Polo. Nazywają go na wszystkich anglojęzycznych forach świata "Plastic Fantastic".

Zakończono jego produkcję w 2006 roku, tak samo jak innych obiektywów AF Cosiny, które sprzedawano pod większością z nazw wyżej wymienionych. Minęło akurat 10 lat od początków produkcji 19-35/3,5-4,5 AF- być może wygasły jakieś prawa, czy licencje.



19-35/3,5-4,5 rozmnożył się po całym świecie, tak że pomimo paru lat jakie minęły od jego zniknięcia z rynku- nadal jest dość łatwo dostępny. Wystarczy tylko przypomnieć sobie jedna z jego dwunastu nazw i wpisać w wyszukiwarkę portali aukcyjnych.



Podobno dobry. Pogłoski mówią że dobry. A Fotodinoza też niedługo (za jakiś ściśle nieokreślony czas) powie czy dobry, czy niedobry, jak tylko sprawdzimy- czy aby nie jest mdły (cytat).



Nie macie wyjścia- musicie pozostać nastrojeni na nasze wszechświatowe fale





Fabrykant

to nie trzynasta nazwa 19-35, tylko dyrektor kreatywny Fotodinozy walnięty o sprzęty.



P.S. Wysłałem maila do Cosiny w sprawie wersji ich obiektywu (Tokina!), oraz lat produkcji. Zobaczymy czy odpowiedzą.

TEST TEGO OBIEKTYWU ZOSTAŁ NA FOTODINOZIE DOKONANY - LINK




Źródła i źródełka (część już wymieniona w tekście):



Marcin Górko- "System Nikon"

Źródło podstawowe- doskonały spis wszystkich (?) obiektywów do Canona EOS:

http://technoclopedia-canon-eos.com/