Gotowi jesteśmy zaprzyjaźnić się z
każdym stworem jakiego nosi ziemia. Pamiętacie „Ucieczkę z
Alcatraz”- nawet mysz można pokochać odwzajemnioną miłością.
Nawet w sztucznej inteligencji można się zakochać. A co dopiero w
naturalnej.
Może nawet taki człowiek to do
zaprzyjaźniania się ma niejakie skłonności, skoro darzy
sentymentem nie tylko żywego stwora, który może i ślini się i
pośmierduje od czasu do czasu, ale jednak lubi nas, a przynajmniej
lubi nas jak mu dajemy jeść, nie tylko owego stwora, ale i
przedmioty.
Niekiedy może to być miłość
zupełnie pozbawiona racjonalnych podstaw, jak wiemy miłość jest
ślepa, na przykład miłość do samochodu Syrena 105 (przejawiał
ją mój Dziadek), miłość do siekiery i stosów drewna- ostatni
napisał o niej pewien Szwed w „Porąb i spal” (nie czytałem),
czy miłość kanoniera Jabourka do swej armaty:
I przy armacie stał!
I łado, łado, łado
I przy armacie stał
I wciąż ją ładował!
(troszkę może zniekształciłem
kontekst kanoniera Jabourka, ale cytuję z pamięci).
Chociaż, jak się zastanowić, to
właściwie wcale nie jest to nieracjonalne. Miłość do często
używanego narzędzia, które daje nam chleb, obronę, albo rozrywkę
nie jest nieracjonalna. Lubimy myśleć, że coś nam sprzyja, że
coś nas wspiera. A gdy opanujemy używanie owego narzędzia do
perfekcji może się wydawać, że takie narzędzie działa niejako
samo.
Pamiętam z dzieciństwa górali,
którzy (jak to górale) stawiali więźbę w naszym domu. Pan Stasek
swoją siekierecką ociosał był słup tak że miał głądkość
dosłownie pupki niemowlaka. Siekierecką! I jak tu nie kochać
takiej siekierecki.
„W badaniu brało udział 500
losowo wytypowanych osób. Grupa składała się z 250 kobiet i z 250
mężczyzn. Badania te przeprowadzone były w kwietniu 2011 roku i
wynika z nich, że 83% Polaków biorących udział w ankiecie uważa,
że samochody mają swoją duszę i osobowość. Jak widać 4/5 z nas
wierzy w to, że samochody, którymi jeździmy mogą stać się nam
bardzo bliskie. Z tych samych badań wynika również, że aż 22%
kierowców nadaje imiona swoim autom i traktuje je jak prawdziwego
przyjaciela”
„Zmywarki. Zważywszy, że
Holendrzy mają wyjątkowy stosunek do poobiedniego zmywania tak więc
nowym aparatom w kuchni jakimi były zmywarki szybko nadawano imiona
włąsne, jako, że zmywarka zastąpiła gospodynie i stała się
"domową niewolnicą" o nazwie Truus, Bep, Moeder, Ijzeren
Mien, Henk, Miep, Kees, Turk, Negerslaaf of Palestijn. Czasami także
pralki zwane są imionami żeńskimi.”
(Zapewne Pan o moim słyszał
Scyzoryku, Sławnym na każdym sejmie, targu i
sejmiku). Przysiągłem wyszczerbić go na
Sopliców karkach Zmywarka, szabla, aparat fotograficzny.
No jednak nie nazwałem żadnego
swojego aparatu fotograficznego żadnym przydomkiem. Ale jeśli jakiś
z aparatów byłby tego bliski, to właśnie ten.
Canon EOS Elan / EOS 100
Elan.
Rok 1991.
Canon wypuszcza swoje nowe dzieło
EOS'a 100, zwanego w USA Elan'em. To był pierwszy aparat Canona,
który miał inną nazwę na Stany, a inną na resztę świata. Nie
mam szczerego pojęcia dlaczego. Być może chodziło o prawa
patentowe do numerów i nazw jakimi oznaczano aparaty. Niektórzy
twierdzą, że była to kwestia polityki cenowej na różnych rynkach
i lekkiego zmylenia klientów w tej kwestii (aparaty w USA są do
dziś znacznie tańsze niż w Europie), którzy to klienci nie mogli
w 1991 roku, tak jak Wy teraz sięgnąć do Google i znaleźć w nim
informacje że Canon 100 to to samo co Elan, tylko opierali się
głównie na tym co mówił producent. Trzecia kwestia, jest taka, że
aparaty na rynek USA różniły się od tych na Europę. Detalami,
ale jednak. (o tym trochę dalej).
Wiele osób twierdzi jednakże, że to
tylko korporacyjny marketing.
Podobnie wyglądała sytuacja z
aparatami EOS 500, które w Ameryce nazywały się „Rebel”.
Jak napisał pewien Brytyjczyk w
dyskusji na ten temat:
„Wszystko to wiąże się z
kulturowymi konotacjami słów. W Stanach „buntownik” („rebel”)
od razu sugeruje niezależność, ducha wolności, kogoś kto robi
wszystko na swój własny sposób, kto nie jest związany żadnymi
konwencjami. Jeździsz swoim Harleyem przez świat, wraz ze swoim
aparatem i szukasz prawdy. W Europie „buntownik” to w najlepszym
razie ktoś kto sprawia kłopoty, a w najgorszym razie- terrorysta.”
Nasz pierwszy przejaw canonowskiego
nazewniczego marketingu- EOS 100/ Elan pojawił się na świecie, gdy
linia aparatów EOS była już ładnie poukładana na półeczkach-
profesjonaliści mieli swoją, amatorzy mieli swoją. Canon Elan
celował w tę środkową, najbardziej rozdyskutowaną i gadżeciarską
półkę zaawansowanych amatorów, która dla większości
producentów nie jest najbardziej zyskowna, ale najmocniej tworzy
opinię o firmie i jej produktach.
Canon EOS Elan / EOS 100
W swoim najnowszym dziele Canon odszedł
od filozofii totalnej celowości i prostoty w stronę wyrafinowania i
licznych atrakcji. Zaczęto od dobrego wrażenia- aparat był bardzo
cichy. Uzyskano to za pomocą przeniesienia napędu z silnika za
pomocą neoprenowych pasków- dotychczas stosowano tryby. Różnica
była bardzo wyraźna, zwłaszcza przy powrotnym zwijaniu filmu.
Zajęto się także wyciszeniem lustra. Dodatkowo był to pierwszy
aparat, w którym klatki filmu były odmierzane za pomocą
fotokomórki na podczerwień, a nie trybików zaczepionych o
perforację kliszy- dzięki czemu uniknięto kolejnego hałasu.
Poziom głośności według Canona
obniżył się do 1/4 w porównaniu z konkurencją. Elan/ 100 był
uznawany za najcichszy aparat swoich czasów.
Canon EOS Elan / EOS 100
Lampa jaką zamontowano na pokładzie
EOSa 100- klękajcie narody!
Nie dość że jet to jedna z trzech
najsilniejszych lamp jakie wstawiono kiedykolwiek do aparatu (ex equo
z Canonem 5 i Minoltą 808 si.)- max liczba przewodnia 17, podczas
gdy dzisiejsze nigdy nie przekraczają liczby 13, to jeszcze była to
lampa z zoomem o zakresie 28-80mm. Nigdy już później w aparacie
dla zaawansowanego amatora nie pojawiła się taka lampa, bo też był
to strzał w stopę marketingu- dzięki tej lampie można było
darować sobie zakup tańszych modeli lamp zewnętrznych, bo nie
oferowały one prawie nic ponadto co dawał w cenie EOS100/ Elan i
także miały palnik skierowany na wprost.
Fragment tablicy akcesoriów do Canon EOS Elan / EOS 100. Zaznaczone w kółeczku lampy były dla posiadacza tego aparatu zupełnie zbędne.
Sterowanie maszyną rozwiązano bardzo
elegancko i skutecznie- EOS 100/ Elan dostał w prezencie od
profesjonalnego brata EOSa1 słynne tylne kółko nastawcze, zwane
Quick Control Dial. Wszyscy użytkownicy tego kółka potwierdzą, że
jest to cholernie wygodne rozwiązanie, możliwość kręcenia tym
kółkiem prawym kciukiem, a palcem wskazującym sterowania
kółeczkiem przy spuście migawki właściwie nie ma sobie równych
w innych systemach. Inne firmy mają, owszem także dwa kółeczka,
ale są one zawsze mniej ergonomicznie rozłożone (Quick Control
Dial jest oczywiście opatentowany).
Canon EOS Elan / EOS 100
Quick Control Dial. Canon EOS Elan / EOS 100
Dalsze sterowanie to kółko trybów
pracy, oraz zaledwie cztery przyciski pozwalające na wybór
szybkości robienia zdjęć, działania lampy, pomiaru światła i
sposobu działania autofokusa.
Kółko trybów pracy zawierało jednak
pewne ikonki nieznane w poprzednich modelach. Przede wszystkim CF-
Custom Functions, które w latach 90-tych pełniły rolę
dzisiejszego ekranowego menu- za ich pomocą można było ustawiać
detale funkcjonowania aparatu- błysk na pierwszą lub drugą kurtynę
migawki, ustawianie ISO, wstępne podniesienie lustra, czy też
świecenie lub nieświecenie podświetlacza autofokusa. Funkcje te
ustawiało się manewrując wspomnianymi kółkami sterowniczymi.
Canon EOS Elan / EOS 100
Na kółku nastawczym jest też dziwna
ikonka z kreseczkami. To jest clou programu. Programy.
To był niesamowity gadżet dla
gadżeciarzy, ale też pewna pomoc dla amatorów. Było to na
pierwszy rzut oka niesamowicie wyrafinowane, a okazywało się że
działa. Jak oni to zrobili? Pomysł był znany już od kilku
miesięcy, bo został wprowadzony w Canonie 10 przeznaczonym dla
półprofesjonałów, ale zaimplikowanie go do modelu z półki
zaawansowanych amatorów zrobiło niezły szum.
Canon EOS Elan / EOS 100- książki z kodami i czytniki kodów.
Otóż do Canona 100 można było
dokupić książeczkę z obrazkami- 101 EOS Barcodes, a wraz z nią
czytnik na podczerwień w kształcie pisaka. W książeczce
przedstawiono zdjęcia różnych sytuacji i efektów fotograficznych-
na przykład fajerwerków, zdjęć u cioci na imieninach, kolacji ze
świecami, czy biegnących sportowców. Kto chciał zrobić za pomocą
EOSa Elana podobne zdjęcie ten brał do ręki ów pisak- czytnik i
skanował kod kreskowy umieszczony obok przykładowego zdjęcia.
Następnie należało przyłożyć czytnik do aparatu i ustawić na
kółku nastawczym wspomniany symbol z kreseczkami. Kod był
sczytywany przez aparat i powodował automatyczną zmianę nastaw
przesłony, czasu, trybu autofokusu, lampy, żeby ułatwić zrobienie
zdjęcia według wzorca.Niewiarygodne, że to działało, ale
działało.
Canon EOS Elan / EOS 100 instrukcja obsługi kodów kreskowych.
Gniazdo czytnika podczerwieni na aparacie
W EOSie 100 można było zapisać pięć
kodów ustawień i przy pomocy kółka nastawczego i pokręteł
przywołać w razie potrzeby odpowiednie do potrzeb „presety”.
Gadżet był gadżetem dość
wyrafinowanym w obsłudze i nie przyjął się może w szerokim
zastosowaniu, ale na pewno napędził sprzedaż nowego aparatu.
Książka z przykładowymi zdjęciami i kodami oraz czytnik.
Nigdy nie miałem w ręku wspomnianego
czytnika i książeczki. Rewolucja kodów kreskowych ominęła mnie
bokiem.
Aparat EOS Elan przypłynął ze Stanów
do Teścia (przyszłego), wraz z dwoma obiektywami. Był to rok 1992.
Jeden obiektyw to Sigma 28-200, a drugi to Canon 50/1,8. Ten ostatni,
wraz z aparatem mamy do tej pory. Od czasu do czasu pożyczaliśmy ów
zestaw na wyjazdy czy do prac studenckich, potem przeszedł na
„wieczne wypożyczenie” i stał się filarem naszych działań
zarobkowych.
Czas płynął. Lata mijały.
Konkretnie 24 lata.
Znaczy się żółte tablice Canonowi
się należą już w przyszłym roku.
Tymczasem powstał internet. Tymczasem
powstały fora internetowe grupujące różnych maniaków i wariatów.
Tymczasem powstał sentyment i moda na lata 80- te, 90-te, różne
gadżety, gry komputerowe, stare Amigi i Commodore i ZX Spectrum,
emulatory tych gier pod najnowsze Windowsy, fan kluby różnych
reliktów z lat minionych.
Kody kreskowe z czytnikiem podczerwieni
też trafiły na listę.
Otóż proszę państwa, pewien
zapaleniec dokonał tzw reverse engineeringu i wybadał jaka
kreseczka na kodzie za co odpowiada, po czym stworzył internetową
maszynkę do projektowania kodów! Niestety wydaje się, że dzisiaj
już niestety nie działa, ale można się zorientować co dało się
ustawić za pomocą kodu kreskowego. Właściwie wszystko. O tutaj:
Amerykański EOS Elan różnił się od
europejskiego i azjatyckiego EOS'a 100. Europejska instrukcja obsługi
o tym nie wspominała, a amerykańska zawierała jeden błąd w
opisie. Po pierwsze w Elanie lampa błyskowa nie wyskakiwała w górę
automatycznie- w żadnym, nawet amatorskim programie ( w EOSie 100-
tak)- zamiast tego w wizjerze mrugało przypomnienie o ręcznym
podniesieniu lampy, po drugie w amerykańskim aparacie nie było w
ogóle brzęczyka pikającego po ustawieniu ostrości- w menu funkcji
indywidualnych Elana nadal była zaś funkcja włączająca i
wyłączająca ten brzęczyk, która nie służyła niczemu oprócz
zmylenia klienta (nie było wyjaśnień na ten temat w amerykańskiej
instrukcji). Wszystko to ze względu na lokalne patenty chroniące
owe funkcje, których Canon nie zdecydował się wykupić. Na rynek japoński wypuszczano jeszcze
wersję Canon 100 panorama, która miała specjalne maskownice
wysuwane od góry i od dołu kadru, tworzące zdjęcie w bardziej
poziomych proporcjach, podobnie jak to było w dużo późniejszych
aparatach APS (opisywanych tu)
Jakież to wrażenie nastąpiło gdy
spotkałem się z Elanem po raz pierwszy? Znałem już autofokus z
kontaktu z Minoltą 7000. Canon jednak, już po niedługim czasie
używania sprawiał wrażenie narzędzia idealnego, wchodziło się w
jego używanie jak w masełko, wzmocnione doskonałym wrażeniem jego
cichego dźwięku. To był wspaniały automat, który podobnie jak
modele z niższej półki, które już kiedyśopisywałemprowadził właściciela jak
po sznurku od zupełnie zielonej amatorszczyzny do skomplikowania
trybów PASM, tfu, przepraszam, w Canonie to PavTvM. Wystarczało
troszkę się pointeresować. A kto się interesować nie chciał-
mógł jechać na zielonym prostokącie z jego kółeczka
nastawczego, licząc na inteligencje jego elektroniki i niespotykaną
siłę jego lampy błyskowej.
Canon Elan był
jak piesek- współpracował, był miły i posłuszny, no i zawsze
wierny, lubił wszystkich domowników, zarówno tych mniej jak i
bardziej zaawansowanych. Byliśmy z nim na wszystkich wyjazdach,
zrobiliśmy niewiarygodne ilości zdjęć na ślubach, weselach i
sesjach zdjęciowych- jak pamiętam- na jedną imprezę zużywało
się 7 negatywów (zatem 252 klatki), z czego nieco więcej niż
połowa udawała się ładnie na odbitki. Wydaje mi się to całkiem
niezłym wynikiem, coś jak „Każdy pocisk- jeden Niemiec” w
Powstaniu Warszawskim. Trzeba było oszczędzać amunicję i dobrze
celować, żeby się w tych siedmiu filmach zmieścić.
Można w Elanie
ustawiać właściwie wszystkie potrzebna do fotografowania rzeczy,
tryby pomiaru światła, przesuwu filmu i wyostrzania, nawet jedną z
funkcji indywidualnych, słynną wśród canonowców „Custom
Function nr 5” oddzielić pracę autofokusu od spustu migawki i
przydzielić ją klawiszowi pamięci pomiaru światła pod kciukiem.
Wiele osób bardzo lubiło tę funkcję, dającą możliwość
niezależnego ciągłego ostrzenia lub jego poniechania, osobnego od
naciśnięcia spustu.
Kształt tego
modelu stał się dla mnie archetypem aparatu- z łagodnie wygiętym
grzbietem i prostym uchwytem, który dobrze leży w ręce. Wszystko
to wzięte z najpierwszego deignerskiego aparatu Canona, projektu Luigiego Colaniego.
Aparat, oprócz
niespotykanie dobrej lampy błyskowej, różnił się od dzisiejszych
aparatów z tej półki in plus jeszcze jednym akcesorium- to
światełko wspomagające autofokus. Nie mam szczerego pojęcia
dlaczego zaniechano tej genialnej funkcji w późniejszych modelach,
była to wg mnie głupota korporacji- na korpusie w EOSie Elan/100
jest silna czerwona latareczka, która w razie potrzeby rzuca na
dobre kilka metrów wzorek skośnych kreseczek. Dzięki temu aparat
jest w stanie wyostrzyć na ten wzorek, nawet
w całkowitej i nieprzeniknionej ciemności
czego nie potrafią późniejsze modele.
W
następnych pokoleniach EOSów czerwona latareczka wyleciała z
korpusów, zastąpiona (w intencjach projektantów) wspomagającym
stroboskopowym światłem z lampy błyskowej.
To
nie działało dobrze- zapewniam z autopsji.
Nasz
Elan ostrzył pewniej w ciemnościach niż dwie kolejne generacje
aparatów- EOS 50e i 30, a także pewniej niż cyfrowe 10D i 300D.
Trochę wstyd, Canonie.
Stroboskopowe
błyski następnych modeli działały marnie, a do tego straszliwie
zwracały uwagę na fotografa, który niczym latarnia morska nawalał
stroboskopem przy byle ciemniejszych warunkach światła. Do dzisiaj
stroboskop z lampy został w cyfrowych Canonach. Jedyny plus, że
autofokus się w dzisiejszych czasach zrobił trochę bardziej czuły
i lepiej działa.
Rezygnacja
z czerwonej lampki rzucającej wzorek miała z pewnością na celu
zmuszenie rzeszy użytkowników Canona do zakupu zewnętrznych lamp
błyskowych- każda z nich taki swoją czerwony reflektorek posiada.
Jednak było to rozwiązanie dyskryminujące fotografów, którzy
chcieli wykonywać zdjęcia bez błysku lampy, bo w sporej części
aparatów nie dało się ustawić działania tylko samego
podświetlacza z lampy zewnętrznej, a nie włączać błyskania jej
głównego palnika. Do kitu.
Zmieniło
się to dopiero w bardziej zaawansowanych aparatach cyfrowych, gdzie
daje się oddzielić świecenie podświetlacza od błysku samej lampy
zewnętrznej, wchodząc pracowicie w menu.
W
porównaniu z wbudowanym podświetlaczem z EOSa Elana to jest i tak
jakieś średniowiecze.
Canonie!
Lampka czerwonego podświetlacza w każdym aparacie! Żądamy
lampki!!!
Elan
miał co prawda tylko jeden punkt autofokusa, ale za to był to punkt
krzyżowy (reagujący na linie poziome i pionowe) i jak na swój
czas- bardzo czuły.
W
porównaniu z wszystkimi poprzednikami z półki zaawansowanej Elan/
100 był bardziej pamiętliwy- zapamiętywał ustawienia jakie
zadaliśmy mu w trybie priorytetu przesłony czy czasu nawet po
wyłączeniu aparatu. Same parametry aparatu także były z trochę
wyższej półki- najkrótszy czas migawki to 1/4000 sekundy a
szybkość to 3 klatki na sekundę.
Do
wad aparatu należało kółko nastawcze, blokowane środkowym
przyciskiem, które lubiło ulegać uszkodzeniom, oraz mocowanie
statywowe umieszczone nie w osi obiektywu, które wykluczało Elana/
100 z niektórych prac profesjonalnych. Aparat nie nadawał się oprócz do używania filmów do światła podczerwonego (infrared), ze względu na wspomniany licznik klatek z podczerwonym światłem. Wizjer Canona 100 także nie
należał do największych, dawał około 90% pola widzenia obiektywu
i ustępował tym z konkurencyjnych Nikonów. Dowiedziałem się
ostatnio, że matówka naszego Elana była współwymienna ze
znacznie jaśniejszą matówką opisywanegotu Canona EF-M
(manualnego, z przeznaczeniem do ostrzenia ręcznego), na co wiele
osób się decydowało, rozkręcając swój aparat.
W
dzisiejszych czasach EOS 100 może sprawić dwa kłopoty- pierwszy
jest kłopotem kompatybilności- lampy zewnętrzne „niecanonowskie”
czyli firm trzecich są przystosowane tylko do najnowszego systemu
błysku E-TTL i z naszym Canonem 100 nie chcą błyskać, bo ma on
pierwotny, prostszy system A-TTL. Tak właśnie robi mój Nissin 622,
ale wszystkie lampy Canona powinny z Elanem/ EOSem 100 działać bez
problemów.
Po
drugie aparat należy do tych, w których odbojniki migawki wykonane
są z gąbkopodobnej gumy. Lubi się ona po latach rozpuszczać i
sklejać lamelki migawki dając oleiste ślady- migawka może
przestać działać. Zanim się to stanie można ją w razie czego
czyścić, tu jest instrukcja- na Szanownych Czytelników ryzyko:
http://photonotes.org/articles/oily-shutter/
Niemniej 24 lata
po wyprodukowaniu nasz Elan działa z powodzeniem. Kocham go miłością
ślepą, tą która nie wybiera. Powiem Wam, że to cholernie dobry aparat. Powinienem
właściwie nadać mu jakieś imię, ale firma nadała mu w sumie
całkiem niezłe.
Elan- zapał,
entuzjazm, jak Élan
Vital.
To by się
zgadzało.
Fabrykant
dyrektor
kreatywny walnięty o sprzęty
P.S.:
Polecam moje oryginalne kryminały z klimatyczną Łodzią w tle:
"Tramwaj
Tanfaniego" dziejący się w czasach świetności
przemysłowej Łodzi w roku 1905. Rzecz inspirowana prawdziwymi
wydarzeniami - zabójstwem Juliusza Kunitzera, twórcy łódzkich tramwajów.
Książka nagrodzona Exlibrisem Biblioteki im. Piłsudskiego za najlepszą
powieść o Łodzi w 2021 roku. Kryminał poleca Władysław Pasikowski.
"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia wysyłkowo tutaj: LINK
"Złoty
peugeot" - niebanalny kryminał motoryzacyjny z epoki
wczesnego Gierka. Tajemnicza zbrodnia, nieudolna milicja, zakulisowe
przepychanki z władzą PRL. Skromny mechanik z
ulicy Wschodniej chcąc nie chcąc musi zabrać się za dociekanie,
dlaczego ktoś musiał zginąć i kto go zabił. Są wciągające tajemnice,
splątane wątki, brawurowe pościgi samochodowe. Kryminał zawiera liczne
aluzje do literatury popularnej z czasów PRL szczególnie do książek
Niziurskiego i Nienackiego.
"Deluks" - kryminał dziejący się w roku 1976 złożyłem się z kilku
warstw, od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny
Światowej. Tym razem aluzyjnie nawiązuje do tzw. kryminału milicyjnego, jednak dekonstruuje schemat i
ironizuje z klimatów PRL. Mamy zespół pełnokrwistych
bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy, a
między wierszami ówczesne stosunki polsko-niemiecko-żydowskie. Będziecie
zaskoczeni!
"Wariatka
ze Spornej" - napisana wspólnie z Tomaszem Włodkowskim -Młoda policjantka, niedawno przybyła do
Łodzi ma poprowadzić śledztwo, które będzie wymagało od niej
szczególnego zaangażowania, cierpliwości, uwagi i... erudycji. Tytułowa
ulica Sporna zdaje się trwać w niezmiennym od stu lat stanie, ale to
tylko pozory. Miasto dookoła przekształca się w bólach, jest rok 2003, Polska ma zaraz wejść
do Unii Europejskiej, niechciany bagaż PRL jest wciąż obecny,
również w policji. Kto i dlaczego zabił znanego wykładowcę filmówki? Co ma wspólnego wielka sztuka i
małe morderstwo?
Strzeliłem jak wiecie ostatni tekst o Zofii Chomętowskiej. Risercz, badania, namiętne czytanie artykułów
o niej, różnych wywiadów z archiwalistami, wspomnień i biografii.
Te rzeczy. Doszło do tego, że miałem otwarte naraz dwa komputery
(tu notka do ewentualnych złodziei- najnowszy z moich komputerów ma
osiem lat, a ten drugi, poklejony plastrem, bo serce mu pika jak
klapa u śmietnika- czternaście) i nastąpiło totalne zanurzenie w
latach dwudziestych i trzydziestych, samochody, aparaty, luxtorpedy
do Zakopanego, bombowce Łoś, nowe inwestycje warszawskie, pałace
Kronenberga, pałacyk Michla, Żytnia, Wola, Biuro Odbudowy Stolicy.
Sami wiecie, nie muszę mówić, pięć filmów o tym zrobiłem
(cytat)- szał twórczy jak się patrzy.
No widać tak trzeba. Napisałem.
Odetchnąłem.
I znów kompulsywnie zacząłem włazić
na statystyki odwiedzin. No bo co w końcu, kurczę blade (cytat).
Jakieś hobby trzeba mieć w życiu.
Już kiedyś odwiedzały mnie jakieś
podejrzane persony, ja już tu różnych widziałem w tych
statystykach. Koreańczyków od Samyanga, jakichś gości, którzy
szukali odpowiedzi na „jaki rym do aparat”, jakichś gości,
którzy dawali odpowiedzi na „jaki rym do obiektyw”... a nie,
tfu, wróć- to Wój Lech był.
Jakieś monitorujące netboty ze stron
monitorujących internety też czasem coś tam sprawdzały, nie wiem
tylko co. Czy one kontrolowały moją popularkę, czy też to czy się
dobrze zachowuję?
Dobrze się zachowuję. Dość dobrze.
Ale ostatnio wlazło coś innego.
Gwiazdy
dawno już znikły w pomroce powszechnej i lecieli tak po omacku, aż
naraz statkiem rzuciło, że wszystkie sprzęty, garnki i narzędzia
załomotały, i poczuli, jak lecą gdzieś, i to coraz szybciej;
wreszcie gruchnęło przeraźliwie i statek, dosyć miękko
osiadłszy, znieruchomiał w pochyleniu, jakby się w coś
nieruchomego wbił dziobem. Oni więc do okien, lecz na zewnątrz ćma
zupełna - choć oko wykol; a już łomot słychać, ktoś
niewiadomy, a straszliwej siły, przemocą się do wnętrza dobiera,
że ściany skaczą. Teraz dopiero mniejsze poczuli zaufanie do
rozumnej swojej bezbronności, lecz próżne po niewczasie żale,
więc tylko, aby im klapy nie popsuto siłą, sami ją od środka
odemknęli.
Patrzą
- a w otwór ktoś gębę wsadza, tak wielką, że o
tym, aby mógł cały w ślad za nią wejść - i mowy nie ma; gęba
zaś jest niewymownie przykra, oczyskami cała od góry do dołu,
wzdłuż i w poprzek wysadzana, i ma też jakby nos piłowaty, i
szczęki - nieszczęki, hakowate i stalowe; nie rusza się, cała
szczelnie we framugę wpasowana, i tylko oczy jej złodziejsko latają
na wsze strony, każda zaś ich grupka inną obejmuje część
otoczenia, a wyraz mają taki, jakby szacowały, czy się to wszystko
uczciwie opłaci; nawet ktoś daleko głupszy od konstruktorów
pojąłby, co znaczy to wypatrywanie, bo nadzwyczaj wymowne.
-
Czego? - powiada wreszcie Trurl, tym bezwstydnym łypaniem, dziejącym
się w milczeniu, rozwścieczony. - Czego chcesz, mordo zakazana?! Ja
jestem sam konstruktor Trurl, omnipotencjator ogólny, a to jest mój
przyjaciel Klapaucjusz, też sława i znakomitość, i lecieliśmy
tym naszym statkiem turystycznie, więc proszę natychmiast zabrać
twarz i wyprowadzić nas z tego niejasnego miejsca, pełnego zapewne
nieczystości, i skierować nas w porządną, czystą próżnię,
gdyż w przeciwnym wypadku złożymy zażalenie i rozkręcą cię w
drobny szmelc, ty śmieciarzu - czy słyszysz, co mówię?!
Lecz
ów nic - tylko dalej łypie i jakby coś sobie oblicza. Kalkuluje -
czy jak?
-
Słuchaj no, pokrako rozpałęszona - woła Trurl, już się z niczym
nie licząc, chociaż go Klapaucjusz szturcha dla pomiarkowania - nie
mamy ani złota, ani srebra, ani żadnych klejnotów, więc wypuść
nas stąd zaraz, a przede wszystkim zabierz tę swoją wielką gębę,
bo niewymownie przykra. A ty - zwrócił się do Klapaucjusza - nie
szturchaj mnie dla pomiarkowania, bo mam własny rozum i wiem, jak do
kogo trzeba mówić!
(...)
-
Jeśli gębę zabiorę, to rękę wsadzę - Gębon na to - a mam
sążnistą, cęgowatą i ciężką, że niech Bóg broni! Uwaga -
zaczynam!
I
rzeczywiście: wata, którą przyniósł Klapaucjusz, okazała się
już niepotrzebna, bo gęba znikła, a pojawiło się łapsko,
sękate, stalowe, niechlujne i pazurno - łopaciaste; i zaczyna
grzebać, łamiąc stoły i szafy, i przegrody, aż blachy
zazgrzytały. Trurl i Klapaucjusz uciekają przed łapskiem do stosu
atomowego i co się który palec zbliży, to go z wierzchu bać! bać!
- kociubą. Zgniewał się wreszcie zbójca z dyplomem, znów gębę
wraził we framugę i tak rzecze:
-
Radzę wam dobrze, układajcie się ze mną zaraz, bo jak nie, to
odłożę was na później, na samym dnie mego dołu z zapasami, i
śmieciem przytrzasnę, i kamieniami docisnę, że się nie
podźwigniecie i rdza zeżre was na wylot; już nie takim radę
dawałem; macie wóz lub przewóz!
Trurl
nie chciał nawet myśleć o układach, ale Klapaucjusz nie był od
tego i pyta, czego właściwie dyplomant sobie życzy.
-
Taką mowę lubię - on na to. - Zbieram skarby wiedzy, gdyż takie
jest moje zamiłowanie życiowe, płynące z wyższego wykształcenia
i praktycznego wglądu w istotę rzeczy, zwłaszcza że za zwyczajne
skarby, których zbójcy prostakowie łakną, nic nie można tu
kupić; natomiast wiedza syci głód poznania, wiadomo zaś, że
wszystko, co istnieje, jest informacją; a więc zbieram ją od
wieków i będę to czynił dalej; co prawda nie jestem i od tego,
aby wziąć jakieś złoto lub klejnoty, bo to ładne, cieszy oko i
można powiesić, ale tylko ubocznie, jak się trafi okazja.
Zaznaczam, że za fałszywe prawdy bijam, tak samo jak za fałszywe
kruszce, bo jestem wyrafinowany i łaknę autentyczności!
Otóż ostatnio
wlazło na Fotodinozę coś zupełnie innego. Takie coś:
Sprawdziłem z ciekawości- co to
takiego. Monitoring mediów społecznościowych pod kątem marki.
Każdy kto ma markę, może sobie wykupić abonamencik...
Monitoring marki. Hm.
Jakie to marki mogą się monitorować
w artykule o fotografce międzywojnia?
Buick? No raczej nie sprzedają go w
Polsce.
Lilpop, Rau i Loewenstein? (Wbrew
pozorom to nie żydowscy fabrykanci).
Ministerstwo Komunikacji? Automobilownia?
Po odsiewie na placu boju pozostają
tylko dwa typy: Archeologia Fotografii (ale czy fundacja śledziłaby
komentarze na swój temat na niszowych blogach?), oraz Leica, znaczy
się Ernest Leitz Optische Werke, znaczy się dzisiaj Leica Camera
AG.
Pewnie to jednak Leica, zbój z
dyplomem. Bach, bach go kociubą.
Zatem artykuł , który aktualnie
czytacie powstał z przekory. Co to kurde za inwigilacja? Napisało
się poprzednio dobrze, to trzeba może coś złego napisać?
Dla równowagi.
No, niektóre firmy nie mogą być z
Fotodinozy zadowolone. Taki BASF na przykład, Bayer, albo Agfa. No
ale to już jest ich wina, nie moja. Jak się ktoś zachowuje
grzecznie, to się o nim pisze same pozytywy.
A ostatnio przecież panuje pewien
trynd, wicie, na wyciąganie z szafy różnych kwitów i kartotek,
oraz odkrywanie różnych białych plam historii, co to się okazują
jednak raczej szare. Wpiszemy się w ten trynd.
O Leice zatem. Co tu by złego można
napisać o Leice?
O początkach firmy, z jej wiekopomnym
pomysłem na cięcie taśmy kinowej i wkładaniem jej do aparatów
już się napisało w poprzednim wpisie. Teraz należałoby
prześwietlić środek. W niemieckich firmach najczęściej środek
jest krytyczny, z pewnych względów.
Sęk w tym, że Leitz zachował się
wyjątkowo dobrze, jak na niemiecką firmę rozkwitłą w latach
20-tych i 30-tych.
Ernst Leitz II
Ernst Leitz junior przejął firmę w
Wetzlar po ojcu w 1920 roku. Kierował nią samodzielnie i sam
zadecydował o wyborze małoformatowego dalmierza jako głównego
profilu produkcji. „Wybieram ten. Zaryzykujmy”- miał powiedzieć
inżynierowi Baranackowi. Ryzyko było spore, bo rok był 1924, a
Niemcy wykończone I Wojną Światową dławił kryzys i bieda. W
1923 roku Francja w nacisku na spłacanie przez Niemców reparacji
wojennych zaczęła okupować Zagłębie Ruhry, rząd niemiecki
nakazał obywatelom bierny opór. Francuzi nie przejęli się
zbytnio- zwieziono do fabryk własną siłę roboczą i kierownictwo,
akurat po wojnie bezrobocie we Francji było bardzo duże. Wielką
ilość niemieckich pracowników szurnięto z fabryk, a ci przeszli
na garnuszek pomocy społecznej w wolnej części Niemiec. Rząd
postanowił dodrukować pieniądza, chcąc opóźnić niepokoje
społeczne.
Hiperinflacja tuż przed prezentacją
Leiki sięgała rekordów- po I wojnie w 1919 roku nie było z marką
niemiecką tak źle, za dolara płacono 4,2 marki, w 1922 około 100
marek, ale w styczniu 1923 roku już 10000 marek. W listopadzie był
szczyt- wtedy za dolara płacono 4,2 biliona marek niemieckich
(inflacja- 30 miliardów procent). Wszystko drożało o dwa zera
każdego dnia!
Mężczyzna tapetujący ścianę markami. 1923.
Pracownicy codziennie układali się z
pracodawcami o dniówkę, ale należało ją szybko wydawać, bo
następnego dnia była już niewiele warta.
Niemiecki rynek uratowały reforma
walutowa, która dokonała po pierwsze denominacji w skali 1 bilion
marek za 1 nową rentenmarkę (związaną parytetem z gruntami
posiadanymi przez niemieckie państwo!). A oprócz nowej waluty także
międzynarodowy plan gospodarczy niejakiego Dawesa, a później drugi
plan- Younga, które to plany rozłożyły spłatę reparacji na dużą
ilość rat i długi okres. Przyznawały też Niemcom kredyt w
wysokości 200 mln. dolarów. Francja i Belgia wycofały okupację
Zagłębia Ruhry. Przyniosło to wszystko znaczną ulgę i
stabilizację gospodarki Niemiec, która zaczęła wychodzić na
prostą w 1925 roku. A wraz z nią i Ernst Leitz Optische Werke.
Lajka zaczęła się solidnie
sprzedawać. Nie tylko amatorom, ale i reporterom zawodowym. Jeszcze
przed II wojną jej zalety odkryli Henri Cartier- Bresson i Robert
Capa, ale też Alfred Eisensteadt. Leica była dobrze wykonana,
sprawnie działająca i miała jak na owe czasy wspaniałą optykę.
A do tego była bardzo mała.
(No i znowu się doszperałem (nikłego)
polonicum- twórca optyki leiki Max Berek urodził się w Raciborzu.)
Przez pięć kolejnych lat sprzedaż
aparatu podwajała się każdego roku. W 1935 roku oddział Leitz
Optischewerke produkujący aparaty był najbardziej dochodową
gałęzią jej działalności, dystansując lornetki, dalmierze,
mikroskopy i mechanikę precyzyjną.
A potem nadeszły trochę gorsze czasy.
Dla niektórych. Bo dla innych te czasy okazały się kopalnią
złota.
W 1930 roku NSDAP weszło do
niemieckiego parlamentu, początkowo jako druga, a potem już
pierwsza frakcja Reichstagu. W styczniu 1932 roku NSDAP zorganizowało
spotkanie z grupą 300 niemieckich przemysłowców, zaniepokojonych
ekspansją komunizmu. W
konferencji wzięła udział elita niemieckiego przemysłu .Podczas
spotkania Friedrich
Thyssen, prezes koncernu stalowego Thyssen
AG, powiedział iż: tylko
duch narodowosocjalistyczny i duch jego przywódcy mogą zmienić
losy kraju.
Partii Hitlera zagwarantowano olbrzymie
finansowe wsparcie. IG Farben zaoferowało 82,4 milona marek, a
koncern Krupp 12 milionów. Niemieccy naziści weszli w ścisły
mariaż z niemieckim przemysłem, pozwalający im w rezultacie
skonstruować doskonałą machinę do podboju Europy.
W tym czasie Ernst Leitz junior
zastanawiał się nad przyszłością swojej fabryki. Od 1918 roku
należał do Demokratycznej Parii Niemiec, był radnym miejskim w
Wetzlar i kandydatem na posła z ramienia swojego ugrupowania.
Udzielał się politycznie. Zanim NSDAP doszła do władzy
kilkakrotnie organizował antynazistowskie wiece. Zdawał sobie
sprawę ze swojego słabego położenia- był właścicielem drugiej
największej w Niemczech fabryki wyrobów fotooptycznych, a pierwszej
jeśli chodziło o lornetki i lunety kupowane przez niemiecką armię.
Jego sławne aparaty wykorzystywano masowo do celów propagandowych.
Niedawny przykład Hugo Junkersa,
twórcy zakładów lotniczych, z przekonań socjalisty pacyfisty (!),
którego w 1933 roku za sprawą Hermana Goeringa zmuszono do
znacjonalizowania swoich fabryk, oddania patentów w zarząd
państwowy i zamknięto w areszcie domowym nie napawał zbytnim
optymizmem (zmarł w 1935).
Fabryka Leiki w Wetzlar, zdjęcie z 1940 roku.
Tymczasem w fabryce Leiki w Wetzlar
pracowało wielu Żydów, zarówno jako robotnicy, jak i
inżynierowie. Ernst Leitz miał problem.
Firma Leitz Optische Werke rozrosła
się w tym czasie do wielkiego koncernu, z licznymi
przedstawicielstwami na wszystkich kontynentach- we Francji, Wielkiej
Brytanii, USA, Hong Kongu, na Bliskim Wschodzie. Od 1931 zaczęło po
skrzydłami firmy wychodzić czasopismo „Die Leica”, pierwsze
wcielenie póżniejszego „Leica Fotografie International”,
tłumaczone także na inne języki.
Leitz Optische Werke współpracowała
z rządem niemieckim, jednak jej właściciel od czasu dojścia
Hitlera do władzy zorganizował po cichu firmową pomoc dla
wszystkich pracowników chcących opuścić Niemcy. Działania te
zintensyfikowano po Nocy Kryształowej w 1938 roku. Leitz organizował
dla żydowskich robotników wyjazd i pracę w zagranicznych
placówkach, później także wyposażał ich finansowo i pomagał w
znalezieniu innego zajęcia wydając listy polecające. Dzięki tej
planowej i konsekwentnej działalności uratowano przed obozami
przynajmniej sto osób- udokumentowanych pracowników Leiki, ale
najprawdopodobniej znacznie więcej. Organizacje żydowskie zgłaszały
się do Leitza po pomoc, której ten skrycie udzielał.
Ernst Leitz starał się utrzymać całą
tę akcję w tajemnicy, jego najstarszy syn dowiedział się o niej
dopiero po wojnie.
Firma, pomimo nieprawomyślnego
właściciela rozwijała się jednak w czasie II wojny znakomicie-
jak wiemy miała przedstawicielstwa na całym świecie, a
fotografowie wojskowi i reporterzy wojenni cenili aparaty Leiki nie
tylko w Niemczech. Dobra opinia o jej produktach rozjechała się po
całym globie między innymi wraz z żydowskimi uciekinierami.
Sklep Leica w Tel Avivie, 1942.
W 1942 roku córka Leitza Elsie
Kuhn-Leitz została schwytana na granicy niemiecko-szwajarskiej w
czasie gdy pomagała przekroczyć ją nielegalnie pewnej Żydówce,
pracownicy fabryki w Wetzlar. Elsie została uwięziona na kilka
miesięcy przez Gestapo, a jej ojcu zagrożono obozem
koncentracyjnym. Pod naciskami nazistów i w obawie o życie córki
wstąpił do NSDAP w wieku 71 lat.
W 2007 roku Ernst Leitz II został
pośmiertnie odznaczony przez Ligę Przeciwko Zniesławieniu medalem
„Courage to care” imienia Jana Karskiego.
Firma Leica Camera AG wyszła zatem z
II wojny światowej obronną ręką- dzięki światłemu i porządnemu
właścicielowi jest jedną z nielicznych dużych firm, które
zachowały się przyzwoicie, nie znalazłem też śladów
wykorzystywania robotników przymusowych w fabryce w Wetzlar.
Okres krytyczny prześwietlony. Win nie
stwierdzono.
Po wojnie firma Leitz Optischewerke,
święciła dalsze sukcesy. Tuż po zakończeniu działań zbrojnych
fabryka w Wetzlar w Hesji nie była zbyt mocno uszkodzona i znalazła
się w amerykańskiej strefie okupacyjnej, ale w Niemczech sytuacja
wydawała się niepewna- rosyjskie wojska stały niemal u bram.
Wprowadzono też restrykcje na sprzedaż wielu surowców. Rodzina
Leitz postanowiła o przeniesieniu produkcji i archiwum w miejsce,
które wydawało się dogodniejsze dla biznesu optycznego. Zależało
im szczególnie na szybkim uruchomieniu eksportu. Wybrano kraj Saary,
w owym czasie pod okupacją Francji, tam obowiązywały łagodniejsze
rygory. Tamże powstało sporo aparatów Leiki oznaczonych „Ernst
Leitz Wetzlar Germany, Monté
en Saare”, które są dziś egzemplarzami kolekcjonersko cenionymi.
Firma w 1948 roku
zaprojektowała i opatentowała mocowanie bagnetowe obiektywów zwane
Leica M, stosowane do dzisiaj w kolejnych modelach.
W 1952 roku
otworzono zamorską fabrykę w Midland, Ontario w Kanadzie. Chcąc
zachować wypracowaną jakość z Niemiec wnętrza fabryki
kanadyjskiej skopiowano niemal jeden do jeden z tej z Wetzlar,
identycznie ustawiono miejsca pracy i tak samo zorganizowano kontrolę
jakości.
Bazując na swojej
chwalebnej historii, znanej jakości i optyce godnej pomnika, do
której przyłożyło rękę laboratorium firmy, utworzone w 1949 a
zajmujące się wyłącznie projektowaniem nowych gatunków szkła-
dzięki temu mogły powstać superjasne obiektywy- oto Leica robiła
karierę wśród fotografów na całym świecie. 75% jej aparatów
było i jest do dzisiaj sprzedawane za oceanem. Leica jeszcze przed
wojną zyskała estymę jaką cieszy się dzisiaj Apple- modnego,
designerskiego gadżetu, przedmiotu pożądania. Do czasów
dzisiejszych utrzymała ten nimb. W porównaniu z Apple jednak Leica,
jak wiemy, mogła pochwalić się prawdziwie długą historią i
licznymi związkami z najwybitniejszymi fotografami tego świata,
choćby ze słynną Agencją Magnum.
Wszystko szło
dobrze do 1995 roku. Wtedy nastąpiły zaczątki wydarzeń, którym
Fotodinoza powinna się przyjrzeć bliżej.
W 1995 roku koncern
Matsushita (Panasonic) podpisuje umowę na używanie optyki
niemieckiego projektu pod marką Leica w swoich aparatach
fotograficznych. Wszystkie obiektywy są produkowane w Niemczech,
lecz montowane w Japonii.
Kilka lat później
współpraca zacieśnia się jeszcze bliżej- Leica zaczyna
projektować optykę do wszystkich aparatów, kamer video i
projektorów firmy Panasonic. Powstaje alians mający produkować w
przyszłości aparaty bliźniacze- dla obu marek.
Wszystko to dlatego, że Leica, tak jak Kodak przespała początki cyfrowej rewolucji i musiała związać się z jakimś liderem, żeby nie zniknąć z rynku.
Niedługo potem na
rynku pojawiają się serie aparatów cyfrowych Leica Digilux, V-Lux
i D-Lux, oraz odpowiadające im modele Panasoniców.
Hm.
Panasonic Leicą dla
ubogich?
Bardzo różnie.
Niektóre modele są projektowane przez Panasonica, i mają tylko
designersko zmienione wersje Leiki, inne są opracowane inżyniersko
przez Leicę i jedynie produkowane w fabrykach Panasonica w dwóch
wersjach brandowania (np. Leica Digilux 2).
Od 2006 roku
następuje kolejna rewolucja- własne obiektywy Leiki są produkowane
już nie w Niemczech, tylko w Japonii u Panasonica. Jednak zachowano
pewną technologiczną odrębność: obiektywy przeznaczone do
aparatów Leica są produkowane na niemieckich maszynach i mają
powłoki przeciwodblaskowe według niemieckiego patentu, natomiast te
obiektywy Leiki, które przeznaczono do aparatów Panasonica są
produkowane na liniach technologicznych japońskich i mają powłoki
projektu Panasonica.
Od czasu pojawienia
się bliźniaczych modeli Leica- Panasonic nie ustaje dyskusja
(głównie internetowa) na temat sensu kupowania Leiki.
No bo powiedzmy to
wyraźnie- Leica nigdy nie była tania. A porównywalne, bliźniacze
z japońskimi modele są od półtora do trzech (!) razy droższe.
Troszkę sobie za
nie liczą, prawda?
Też mi się tak
wydaje.
A skoro nie widać
różnicy- to po co przepłacać (cytat).
Do niedawna też
byłem zwolennikiem powyższej sentencji. Ale nie drążyłem tematu.
Ani nawet nie miałem w ręku żadnej Leiki. W pewien sposób był to
aparat poza kręgiem moich zainteresowań, tak jak i-phone pozostaje
poza tym kręgiem. Bardzo dobry sprzęt dla snobów. Bardzo
pragnąłbym pozować na antysnoba.
Niemniej na potrzeby
tego felietonu spróbowałem się nieco rozeznać w opiniach i
testach. Otóż proszę państwa- jest pewien spisek.
Jest bardzo niewiele
solidnych porównań aparatów Leiki z odpowiadającymi im
bliźniakami Panasonica. Żaden z tych producentów nie garnął się
nigdy do wystawiania swoich produktów do porównawczych testów-
pojedyncze prywatne osoby, mające dostęp do obydwu tych sprzętów
(rzadkość- ze względu na różnicę cen- właścicieli Panasoniców
nie stać na kupienie Leiki, właściciele Leiki wolą ich nie
porównywać do tańszych Panasoniców). Osoby te napisały ledwie
kilka zdań na temat różnic pomiędzy aparatami.
Na tym tle bardzo
chlubnie wypada polskie Fotopolis, które porównało bezpośrednio
aparaty Leica V-Lux 1 contra Panasonic DMC- FZ50. Kto zna rynek (ja-
nie za bardzo), ten wie że to czasy zamierzchłe, rok 2006. Modele
sprzed 10-ciu lat.
Co wyszło z tego
porównania? Otóż wyszło, że pomimo niemal identyczności
zewnętrznej modele te dają nieco inne zdjęcia, a na pewno inne
jest ich oprogramowanie do obróbki obrazu. Czy Leica lepsza? No nie
bardzo- w niektórych miejscach lepsza, w niektórych gorsza. Ale to
było 10 lat temu.
Renomowane portale
testowe unikają ewidentnie tematu porównań tych bliźniaków,
pomimo że byłby to temat nośny. Jednak gdyby wyszło na „nie
warto przepłacać” wtedy z pewnością nie dostałyby do testów
następnych modeli Leiki...
Siłą sprawczą
dyskusji na temat wyższości jednej marki nad drugą, są zatem
amatorzy. Niektórzy dociekliwi, jeden z nich zadał bardzo celne
pytanie amerykańskiemu oddziałowi Leiki- czy pliki RAW
(teoretycznie nieobrabiane przez oprogramowanie aparatu) produkowane
przez aparat Leica różnią się od tych z aparatu Panasonic?
Leica odpowiedziała
tak: „Nasze firmowe oprogramowanie aparatu D-Lux 3 jest
projektowane zgodnie z naszymi preferencjami i różni się od
firmware Panasonica Lumix. Jednakże nie posiadamy żadnych
konkretnych danych mogących stwierdzić w jaki sposób jest
rejestrowany plik RAW w aparatach innej firmy”.
He he. Był taki
słynny czeski film „Nikdo nic neví”.
Opowieści z drugiej
ręki internetowej głoszą, że optyka firmy z Wetzlar, zarówno ta
robiona w Niemczech i ta z Japonii jest produkowana według znacznie
wyższych standardów niż optyka Panasonica- tj na polerowanie
każdej soczewki poświęca się znacznie więcej czasu i kontroli, w
porównaniu z produkcją masową japońskiego partnera, w której
soczewki polerowane są grupowo na wspólnej linii fabrycznej.
Według opinii tego
samego komentatora- najprawdopodobniej także cyfrowe matryce dla
Leiki podlegają wyższym standardom jakościowym niż dla
Japończyków, zatem ich jakość jest bardziej powtarzalna.
Właściwie nie
powinno się pytać firmy Leica, czym różnią się jej wyroby od
wyrobów bliźniaka, bo w miarę możliwości odpowiedzą, że-
wszystkim.
Należałoby spytać
Panasonica- ten w miarę możliwości powinien odpowiadać, że
oczywiście- prawie niczym.
Na dobrą sprawę to
ściemnianie i zamącanie szczegółów współpracy działa na
korzyść producentów. Klient jest ciemny jak tabaka w rogu i
przyjmuje na wiarę legendy. Z porównań kilku bliźniaczych modeli
kompaktowych wynika, że ich parametry są identyczne:
Natomiast cena różni
się znacznie. Jeśli biedny i zmylony konsument chciałby się
oprzeć na jakichś solidnych testach np. ze znanego portalu Dpreview
to nie ma na to szans! Leica V-Lux nie ma tam testu, jako wyjątkowy
wyjątek (bo tam są testy prawie wszystkich aparatów znanych
marek).
Lumix FZ1000, jej
odpowiednik owszem ma, i jest tam jego porównanie... do aparatu
Sony.
Na Dpreview nie ma
testu aparatu Leica D-Lux, jako kolejny wyjątek , bliźniak Lumix
Lx100, owszem dostąpił zaszczytu- znowu można sprawdzić jak
wypada z Sony.
„To straszne -
pomyślał Prosiaczek. - Ten Hohoń najpierw udaje głos Puchatka, a
potem mówi głosem Krzysia, i robi to, żeby mnie zmylić". I
już zupełnie zmylony, powiedział prędziutko i piskliwie: - To
jest Pułapka na Misia. Czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to
wszystko znaczy i potem powiem "ho-ho" jeszcze raz! - Co
takiego? - spytał Krzyś. - Pułapka na ho-honie - powiedział
Prosiaczek zachrypniętym ze strachu głosem. - Właśnie ją
zastawiłem i czekam na ho-honia, żeby przyszedł.”
Pułapki na ho-honie
się nie udają. Leiki nie dają się testować razem z Panasonicami.
W samotnych testach
aparatów Leica Camera AG na Optyczne wypadają one bardzo dobrze.
Ciężko je testować porównawczo, bo Leica skupia sporą ilość
swojej energii przede wszystkim na aparatach dalmierzowych- nie są
one ani kompaktami, ani lustrzankami.
Co tu o tym
wszystkim myśleć?
Cena Leiki jest
znacznie wyższa niż konkurencji, jednak nie jest to wszystko takie
proste w ocenie, bo owa cena niesie za sobą, oprócz szlachetnego
nimbu marki także następujące korzyści:
-do każdej Leiki
dodawany jest najnowszy Adobe Photoshop Lightroom ( realna
wartość-kilkaset złotych)
-Leica ma niemal
zawsze ładniejsze wzornictwo i zawsze lepsze materiały- dla estetów
to sprawa istotna.
-Obiektywy wymienne
Leiki są cholernie drogie, jednak niemal nie mają sobie równych.
Łącząc to z
kwestią wymienioną wyżej umów Leiki z Matsushita co do sposobów
produkcji obiektywów- tj. marki Leica na maszynach niemieckich i z
niemiecką powłoką przeciwodblaskową, a Panasonica na japońskich
(nie wiemy tylko czy umowa ta jest do dziś utrzymywana), oraz
kwestią oprogramowania obrabiającego obraz jpg, Fotodinoza
autorytatywnie i w pluralis majestatis stwierdza, że Leica wychodzi
jednak obronną ręką z zarzutów wciskania japońskiego kitu z
czerwoną kropką na obudowie dwa razy drożej.
Stanley Kubrick autoportret za pomocą Leiki
No poza tym każdy
chciałby mieć aparat, którym fotografowali Elvis Presley, Lou
Reed, Grace Kelly, Woody Allen, Lenny Kravitz, Daniel Craig czy Brad
Pitt (Brad ma Leicę na film). No nie licząc już sławnych
fotografów, (Eliot Erwitt, Nick Ut, Steve Mc Curry), których
liczne sławne i znane zdjęcia były zrobione Leicą.
Foto: Robert Capa, atak na Normandię 1944.
Nick Ut, Wietnam. World Press Photo of the year 1972
Foto: Eliot Erwitt
Każdy chciałby
robić takie zdjęcia. Cena nie gra roli.
Leica na pewno w tym
pomoże. Noblesse oblige, jak powiedziała hrabina do swego
szpica Noblessa (cytat).
Najdroższa Leica świata- jedna z pierwszych, sprzedana na aukcji za 1.750.000 $
W całej historii firmy jedną poważną
wpadkę można Leice zarzucić.
Związała się w zeszłym miesiącu
sojuszem strategicznym z Huawei.
No kto, do cholery wpadł na pomysł
wiązania się z chińską firmą, której nazwa brzmi... no brzmi
jak...
No sami wiecie jak brzmi.
Fabrykant - Marcin Andrzejewski
P.S. Z całego aktualnego zakresu aparatów Leica,
ze sklepu koła fortuny, wybieram średnioformatową Leikę S.
Kosztuje 83 tysiące złotych. Najtańszy obiektyw do niej, Elmarit
45/2,8 26 tysięcy. Hm... Nie. Jednak nie. Zmieniam zdanie. Jednak
wcześniej kupię sobie Astona Martina DB 5.
P.S. Długi cytat- Stanisław Lem, Cyberiada, "O tym jak Trurl i Klapaucjusz demona drugiego rodzaju stworzyli, żeby zbójcę Gębona pokonać". A jakby kto nie wiedział skąd tytuł tego wpisu, to tu jest słynna piosneczka z jaką mi się skojarzyło:
P.S.:
Polecam moje oryginalne kryminały z klimatyczną Łodzią w tle:
"Tramwaj
Tanfaniego" dziejący się w czasach świetności
przemysłowej Łodzi w roku 1905. Rzecz inspirowana prawdziwymi
wydarzeniami - zabójstwem Juliusza Kunitzera, twórcy łódzkich tramwajów.
Książka nagrodzona Exlibrisem Biblioteki im. Piłsudskiego za najlepszą
powieść o Łodzi w 2021 roku.
"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia wysyłkowo tutaj: LINK
"Złoty
peugeot" - niebanalny kryminał motoryzacyjny z epoki
wczesnego Gierka. Tajemnicza zbrodnia, nieudolna milicja, zakulisowe
przepychanki z władzą PRL. Skromny mechanik z
ulicy Wschodniej chcąc nie chcąc musi zabrać się za dociekanie,
dlaczego ktoś musiał zginąć i kto go zabił. Są wciągające tajemnice,
splątane wątki, brawurowe pościgi samochodowe. Kryminał zawiera liczne
aluzje do literatury popularnej z czasów PRL szczególnie do książek
Niziurskiego i Nienackiego.
"Deluks" - kryminał dziejący się w roku 1976 złożyłem się z kilku
warstw, od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny
Światowej. Tym razem aluzyjnie nawiązuje do tzw. kryminału milicyjnego, jednak dekonstruuje schemat i
ironizuje z klimatów PRL. Mamy zespół pełnokrwistych
bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy, a
między wierszami ówczesne stosunki polsko-niemiecko-żydowskie. Będziecie
zaskoczeni!
"Wariatka
ze Spornej" - napisana wspólnie z Tomaszem Włodkowskim -Młoda policjantka, niedawno przybyła do
Łodzi ma poprowadzić śledztwo, które będzie wymagało od niej
szczególnego zaangażowania, cierpliwości, uwagi i... erudycji. Tytułowa
ulica Sporna zdaje się trwać w niezmiennym od stu lat stanie, ale to
tylko pozory. Miasto dookoła przekształca się w bólach, jest rok 2003, Polska ma zaraz wejść
do Unii Europejskiej, niechciany bagaż PRL jest wciąż obecny,
również w policji. Kto i dlaczego zabił znanego wykładowcę filmówki? Co ma wspólnego wielka sztuka i
małe morderstwo?