wyświetlenia:

sobota, 17 stycznia 2015

The Poland of Power. Mark Power


Mark Power, www.magnumphotos.com, 2005 Kraków

Tak sobie raz postanowiłem, bo postanowienia noworoczne to ważna rzecz. Postanowiłem więc obejrzeć wszystkie zdjęcia agencji Magnum, które zostały zrobione w Polsce. Wszystkie. Ciekawiło mnie to, bo, wyobraźcie sobie uwielbiam agencję Magnum i , jeśli tego nie wiedzieliście- mieszkam w Polsce.

Myślałem że tam, hej ho, cóż tam parę zdjęć. Ale nie jest ich parę. Agencja Magnum istnieje od 1947 roku. A Polska istnieje, z małymi przerwami, od niepamiętnych czasów. Pomnożyć jedno przez drugie i uzyskujemy olbrzymią górę zdjęć, wszystkie dobre:




Pierwsze najstarsze zdjęcie jakie Magnum oznaczyło "Poland" zrobione jest w 1931 roku przez założyciela agencji, szacownego Cartier Bressona.

Szóste najstarsze zdjęcie jakie Magnum oznaczyło jako "Poland", zrobione jest w 1931 i niestety strzelone było niewątpliwie na Węgrzech. Nie wiem co zrozumieli z niego edytorzy, że oznaczyli je jako polskie, ale przynajmniej ja nic nie rozumiem z napisów na nim zamieszczonych. Albo Cartier Bresson coś pokićkał w negatywach, albo ktoś w Magnum nie umie czytać po węgiersku.



Zadziwiająco wielu znanych, naprawdę znanych fotografów zrobiło zdjęcia w naszym kraju. Byli wśród nich i Raymond Depardon i Josef Koudelka (autor wstrząsających zdjęć z końca Praskiej Wiosny) i Eliott Erwitt i Rene Burri i Georgij Pinkhasov i Francisco Scianna (jakże polskie nazwisko!) i nawet znany prześmiewca Martin Parr (ten ostatni nawet jedno z Łodzi w 2002 roku) i oczywiście Robert Capa, ze zdjęciami zburzonej Warszawy.



Ale było cymbalistów wielu (cytat), ale żaden nie śmiał nawet pałeczek w rękę brać przy jednym jedynym. Wśród 2861 zdjęć agencji Magnum dotyczących Polski aż 723 są jego autorstwa. Jedna czwarta.


Mark Power, www.magnumphotos.com, 2007 Łomża

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2004 Zakopane


Mark Power, www.magnumphotos.com, 2008 Świebodzin

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2009 Kraków

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2009 Kraków

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2004 Warszawa- mosty

Mark Power, www.magnumphotos.com, 1989 Pociąg Warszawa- Kraków





Mark Power odwiedzał nasz kraj praktycznie co rok od 1989-go, żeby upolować tu parę zdjęć. Nie. Upolować to złe słowo. Polują turyści na fotki krzywej wieży w Pizie. Ja poluję, jak wyrwę się na wakacje. Ktoś kto kilkanaście lat przyjeżdżał do jednego kraju, przywożąc setki zdjęć jeździł tu, prawdopodobnie, w innym celu. Żeby dostrzec, zrozumieć i utrwalić.



W 2004- 2005 roku Mark Power uczestniczył w dość znanym projekcie pod nazwą "Eurovisions", gdzie reporterzy Magnum zostali wysłani do wszystkich nowych krajów, przystępujących właśnie do Unii Europejskiej. Power kontynuował później swoją pracę w Polsce i bywał u nas wielokrotnie, ze zdjęć powstałych w ciągu następnych sześciu lat powstał album "The Sound of two Songs". Autor pisze o nim tak:

"W subiektywnej ocenie pracy należy podkreślić , że "Sound of two Songs" nie zamierza być faktyczną relacją czym jest współczesna Polska, a nawet, jak ona naprawdę wygląda. Byłoby to w oczywisty sposób niemożliwe, bez względu na to, ile czasu spędziłem tutaj lub ile zdjęć zrobiłem . Mimo tego, trzymam się przekonania, że ta ​​seria zdjęć będzie w przyszłości ważnym dokumentem historycznym tego fascynującego okresu w dziejach Polski."
Mark Power, www.magnumphotos.com, 2004 Radom

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2007 Bydgoszcz- wizualizacja przebudowy
Mark Power, www.magnumphotos.com, 2007 Siemiatycze
Mark Power, www.magnumphotos.com, 2004 Chorzów

Mark Power znęca się nad naszym krajem tylko troszkę, chociaż mógłby jeszcze bardziej. Jako fotoreporter śledzi wszelkie przejawy absurdu, które łatwo spotkać w Polsce, sklejonej z nowoczesności i przaśności.

Pokazuje potworny nadmiar reklam, brzydotę podmiejskiego pejzażu, krzyczące kontrasty pomiędzy kipiącą przyrodą, a wulgarnymi reliktami upadłego komunizmu. Wymarłe fabryki, opustoszałe przestrzenie. Nicość. Degrengolady przeróżne. Standard.



Power ma ironiczne spojrzenie, na ludzi i świat, ale jednak wyraźnie i wyjątkowo fascynuje go religijność w powszednim i odświętnym polskim wydaniu, pięknie fotografowana od 1989 roku po 2012- kalwarie i kościoły i spowiedzi. Także reakcja Polski na śmierć Papieża.

Mark Power, www.magnumphotos.com, 1990 Kalwaria Zebrzydowska

Mark Power, www.magnumphotos.com, 1990 Jasna Góra
Mark Power, www.magnumphotos.com, 1990 Kalwaria Zebrzydowska- pasja
Mark Power, www.magnumphotos.com, 2005 Warszawa- śmierć Jana Pawła II

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2005 Warszawa- śmierć Jana Pawła II

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2005 Warszwa- ciąg zniczy w hołdzie zmarłemu Papieżowi

Zastanawiam się czy jest jakaś rzecz wspólna, która łączy zdjęcia z naszej ojczyzny, zrobione przez Power'a. Nie ma zbyt wielu takich rzeczy. Obraz jaki się z nich wyjawia to, dla mnie- kraj w przebudowie. Dużo tymczasowości, przeszłości, ale też zachłyśnięcie nowościami. Bigos. Ale pełen życia. W sumie- prawda. 
Żeby jakkolwiek określić, na potrzeby tego wpisu, jakie zdjęcia robi  Power, wyciągnąć esencję z 723 jego zdjęć, zacząłem je segregować. Wyszło mi coś takiego:

Zatrzymuje Powera chaos polskiej przestrzeni, ale jednak portretuje też malownicze pejzaże, urocze rzeczki Ściany Wschodniej. W Łodzi z roku 2005 zainteresował go dziki bałagan urbanistyczny, a nawet architektoniczny (tu liczę na wyjątkowe zainteresowanie łódzkich architektów sfotografowanym obiektem), ale też nastrojowa panorama miasta, dla której musiał wleźć na dachy przy Piotrkowskiej.

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2005 Łódź


Mark Power, www.magnumphotos.com, 2005 Łódź

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2005 Łódź
Mark Power, www.magnumphotos.com, 2005 Łódź


Zima i zimowe landszafty też są jego konikiem. Śnieg przykrywa, jak wiadomo, rzeczy niechciane i ujednolica krajobrazy, upraszczając je do najważniejszych akcentów, co Power wykorzystuje, robiąc malownicze i melancholijne zdjęcia. Zima go wyraźnie pociąga, być może jako Brytyjczyk niewiele takich zim zaznał.

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2004 Krzyżówka

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2004 Wielkie Oczy

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2005 Warszawa

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2005 Warszawa

Według mnie, tak w ogólnym ogóle Mark Power przejawia swoje największe talenty w fotografowaniu przemysłu, szeroko pojętego. U nas strzela fascynujące i piękne zdjęcia upadłej Stoczni Gdańskiej, umarłym kopalniom na Śląsku, ale też pochyla się nad detalem produkcyjnym Huty Katowice. Jego (nadal w mojej opinii) opus magnum, albo, oprócz Polski- secundum magnam, jest reportaż "Airbus A380", o tym jak się buduje wielki samolot, począwszy od pierwszej łopaty wbitej w grunt pod budowę fabryki, aż po podniebną prezentację największego pasażerskiego samolotu świata:


Mark Power, www.magnumphotos.com, 2004 Gdańsk

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2004 Gdańsk

Mark Power, www.magnumphotos.com, Gdańsk

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2006 Kielce

Wracając do nas- znajduję jeden rys, w zdjęciach z Polski, które Mark Power zrobił. To rura. A do czego jest dana rura? Dana rura jest do niczego. Zasila. Zasila jak jakiś zasilacz. Power musiał wcześniej spotkać mało rur w życiu, bo jest na nie czuły. Robił rury w różnych latach. Na wschód od Polski miałby jeszcze lepsze używanie, ale i tu dokonał wiele. Można z tego stworzyć minialbum- "Rura w polskim krajobrazie":

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2004 Bytom

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2005 Nikiszowiec

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2006 Kraków

Mark Power, www.magnumphotos.com, 2008 Częstochowa


Pan Mark zrobił ostatnie zdjęcia w Polsce w 2012 roku- to seria mszy kościelnych z różnych kościołów Krakowa i zdjęcia otworów z kasetek na datki, głównie wiekowych kasetek. Wydane w albumie pod tytułem "Mass".

Mark Power mówi o tym tak:

" Te otwory na datki pokazałem jako kontrapunkt do piękna i uroczystej świetności wnętrz . Istnieje wiele dyskusji w Polsce na temat władzy i bogactwa Kościoła , być może najbardziej dzieje się to w Krakowie , a to było coś, co chciałem zbadać i do tego właśnie nawiązać . Ale to, co zaczęło się jako tyrady przeciwko katolicyzmowi szybko zwróciło się w stronę mojej zazdrości dla namacalnego poczucia wspólnoty jak i w stronę przekonania, że widziałem coś , zrozumiałem, ale po prostu nie jestem w stanie tego osiągnąć " .



Zadziwiająco to szczere. Mało który twórca przyznałby się do takiej zmiany nastawienia...

Tutaj do kupienia album Mass:


Tutaj album "Sound of Two Songs":
http://www.markpower.co.uk/The-Sound-of-Two-Songs-Book
 

Od tamtego czasu nie bywał u nas, a przynajmniej nie po to żeby strzelać zdjęcia.

Trochę się pewnie Polska pozmieniała od tamtej pory.

Panie Marku, zapraszamy!



Fabrykant

P.S.:

Polecam moje oryginalne kryminały z klimatyczną Łodzią w tle:
 
"Tramwaj Tanfaniego" dziejący się w czasach świetności przemysłowej Łodzi w roku 1905. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami - zabójstwem Juliusza Kunitzera, twórcy łódzkich tramwajów. Książka nagrodzona Exlibrisem Biblioteki im. Piłsudskiego za najlepszą powieść o Łodzi w 2021 roku.
Reżyser Władysław Pasikowski o "Tramwaju Tanfaniego":
"Wciągające. Rewolucja upadła, ale rewolucjoniści zostali... W Łodzi w zamachach giną zamożni fabrykanci. Kto stoi za tymi zbrodniami? Frapująca intryga i pełnokrwiści bohaterowie, ale prawdziwą bohaterką jest Łódź pod koniec 1905 roku. Jedno z najbarwniejszych i najbardziej oryginalnych miast tamtych czasów. To nie kino, to autentyczny fotoplastikon z epoki... Ja nie mogłem oderwać oczu od okularu. Polecam!"

"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia wysyłkowo tutaj: LINK

"Złoty peugeot" to niebanalny kryminał motoryzacyjny z Łodzi epoki wczesnego Gierka. Tajemnicza zbrodnia, nieudolna milicja, zakulisowe przepychanki z władzą PRL a po drugie kawałek historii polskiej motoryzacji i łódzkiej architektury oczami (i rękami) pewnego mechanika z ulicy Wschodniej, który chcąc nie chcąc musi zabrać się za dociekanie, dlaczego ktoś musiał zginąć i kto go zabił. Są wciągające tajemnice, splątane wątki, brawurowe pościgi samochodowe, jest wiele charakterystycznych postaci budujących mikrospołeczność powieści. W warstwie trzeciej książka jest nasycona aluzjami do literatury popularnej z czasów PRL a wynajdowanie tych i innych smaczków z Niziurskiego czy Nienackiego jest dodatkową rozrywką. 

Do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Deluks" - wielowątkowy kryminał dziejący się w roku 1976 składa się z kilku warstw, począwszy od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Książka tym razem aluzyjnie nawiązuje do tzw. kryminału milicyjnego, jednak dekonstruuje ten schemat, inaczej rozkłada racje i ironizuje z klimatów PRL. W świat dawnej Łodzi pomaga czytelnikowi przenieść się zespół pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy. Akcja zawiązuje się wokół warsztatu samochodowego, poniekąd kontynuując klimat "Złotego Peugeota", jednak cała opowieść jest autonomiczną fabułą. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Wariatka ze Spornej" - napisana wspólnie z Tomaszem Włodkowskim -Światowej sławy reżyser usiłuje skończyć swoje ostatnie filmowe dzieło niekonwencjonalnymi metodami. Równolegle ginie jego wieloletni współpracownik i asystent.
Młoda policjantka, niedawno przybyła do Łodzi ma poprowadzić śledztwo, które będzie wymagało od niej szczególnego zaangażowania, cierpliwości, uwagi i... erudycji.
Tytułowa ulica Sporna zdaje się trwać w niezmiennym od stu lat stanie, ale to tylko pozory. Miasto dookoła przekształca się w bólach, jest rok 2003, Polska ma zaraz wejść do Unii Europejskiej, ale niechciany bagaż PRL jest wciąż obecny, również w policji. Kto i dlaczego zabił? Co ma wspólnego wielka sztuka i małe morderstwo? 

"Wariatka ze Spornej do kupienia wysyłkowo TUTAJ 

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Buntownik z wyrobu- Canon EF-M



Dziwny, Najdziwniejszy. Przedziwny. I do tego nie ten! Canon EF-M



Co za kuriozum! Co za paradoks!

Długo musiałem się zastanawiać- co też musicie sobie wyobrazić, żeby zrozumieć sens tego aparatu. Spróbujmy: musicie sobie wyobrazić samochód, z którego wyjęto silnik i podłączono dyszel z orczykami do zapięcia pary koni, albo na przykład współczesne żelazko pozbawione elektroniki, za to wyposażone w otwór do wsuwania metalowej duszy rozgrzewanej na ogniu, albo na przykład samolot, który został pozbawiony skrzydeł, za to wyposażono go w migacze i światła stop, żeby z powodzeniem można było jeździć nim po drogach, albo na przykład lodówkę pozbawioną kompresora chłodzącego, żeby można było używać jej jako szafki... a nie to już było- tutaj.

Coś w tym rodzaju trzeba sobie wyobrazić.

Nie wiem co wyobrazili sobie inżynierowie Canona. W każdym bądź razie ich rewolucyjny projekt nie zrobił kariery. Ha, ciekawe dlaczego?



O tym aparacie znajdziecie mało co w internecie. Został przykryty! Został totalnie zasłonięty zupełnie czym innym o tej samej nazwie! EF-M to nazwa nowego mocowania canonowskiego dla aparatów bezlusterkowych, wypuszczonego w 2012 roku.



W roku 1986 wszedł na rynek nowy system Canona- EOS, zrewolucjonizował fotografię za sprawą całkowicie elektronicznego połączenia między obiektywem i aparatem, oraz wbudowaniem silnika autofokusa w obiektywy. Zerwano całkowicie z dotychczasowym dorobkiem Canona w fotografii manualnej- poprzedni system obiektywów- FD był całkowicie niekompatybilny z nowym EOS. Na początku wszyscy konkurenci nieco wydziwiali na te rozwiązania, ale dzisiaj wszyscy zastosowali już ten schemat w swoich systemach. Pomimo pozorów ciągłości systemu lustrzanek, nawet u Nikona nie za bardzo stare aparaty chcą działać dziś z nowymi obiektywami. W każdym razie działanie Nikonów z Nikkorami jest obwarowane setką zastrzeżeń. Tak czy siak- dawni użytkownicy manualni zostali odcięci od źródełka kompatybilności.



U Canona, zresztą, w 1987r nastąpił lekki bunt starych użytkowników manuali FD- wielu porzuciło macierzystą firmę na rzecz Nikona, w proteście przeciwko systemowi EOS.



Być może w 1991 roku postanowiono zachęcić ich do jakiegoś powrotu, czy co? Czy jakieś inne genialne korporacyjne pomysły przyświecały temu projektowi? Niech mnie oświeci ktoś kto ma wiedzę. W każdym razie stworzono- uwaga- model kompatybilny z mocowaniem EF/EOS, ale Całkowicie Pozbawiony Możliwości Automatycznego Ostrzenia.

Co za wiekopomne posunięcie! Wzięli swój najnowszy system i pozbawili go największej zalety, w nadziei, że skuszą tym wielbicieli tradycyjnej, ręcznej fotografii.



To mniej więcej, jakby Apple, przerabiało swoje I-pady na tabliczki magnetyczne z rysikiem. To jakby z Toyoty Prius wyjmować elektryczny silnik, w nadziei że tylko z benzynowym skuszą się na to auto tradycjonaliści. I obniżać cenę o 10%. A przy okazji nadal produkować standardowe I-pady i Toyoty Prius.



Dobra, więcej poetycznych porównań, a la Jeremy Clarkson nie będzie.



Otóż mamy przed sobą Canona EF-M, który nie ma w nazwie „EOS”, choć pasują do niego te same obiektywy EF. Nie ma „EOS”, boż oznaczało to autofokusowy „Electro- Optical System”, a tu autofokusa ani ani.

Zaprojektowano go na bazie podstawowego Canona 1000 (Jarosław Brzeziński w książce „System Canon EOS” pisze że na 1000F, ale 1000F miał wbudowaną lampę) ,kształtem jednak odbiega on wyraźnie od pierwowzoru. Ma ten sam system przesuwu filmu, plastikowe mocowanie bagnetowe i ten sam system wizjera.

Tutaj wielu skrzywi się zapewne- EOS 1000 był najtańszym ówcześnie aparatem Canona. Jakiż on tam mógł mieć wizjer do ostrzenia manualnego! Ale, drodzy Państwo, jesteście na Fotodinozie, heloł- to nie są lata 201X, to nawet nie są lata 2000-czne, to sam początek lat 90-tych, gdzie księgowi jeszcze nie wsiedli na karki inżynierom- EOS 1000 miał prawdziwy szklany pryzmat pentagonalny (pentaprism), a nie dzisiejszy, tańszy o połowę układ luster (pentamirror). Różnica w jasności jest znacząca. Do tego należy wziąć pod uwagę, że to przecież aparat „pełnoklatkowy”, zatem jego wizjer ma bliżej raczej do 5D/ 6D niż do dzisiejszych modeli „trzycyfrowych”.

Do tego wyposażono go w specjalną matówkę z mikrorastrem i podziałem połówkowym (klinem), która wybitnie usprawnia celowanie ręczne. Nie jest tak dobra, zasmucę Was, jak w Canonie F1, którego oglądałem w Foto Larsonie, ale w Canonie F1 jest tak dobra, jakby patrzeć na kadr w ogóle nieuzbrojonym wzrokiem. Poza tym Canon F1 kosztował w swej epoce tyle co małe auto, a nasz EF-M był przeznaczony dla amatora. W każdym razie EF-M jest całkiem niezły pod względem wizjera. Jest tak niezły, że niektórzy mają pomysły, żeby przeszczepiać jego matówkę innym modelom:
http://photonotes.org/articles/split-circle-screen/



Manualizacja jakiej dokonano w EF-M, przybrała zaskakujące formy. Jest to jedyny aparat z mocowaniem obiektywów EF bez wyświetlacza ciekłokrystalicznego na zewnątrz. A co za tym idzie- jedyny z mechanicznym licznikiem zdjęć w małym okienku, bo we wszystkich innych Canonach EOS/EF ta liczba jest podawana na wyświetlaczu.

Jest to także najbardziej niekompatybilny aparat z mocowaniem EF, jaki Canon wyprodukował. Współpracowała z nim tylko jedna jedyna lampa błyskowa (!) Speedlite 200M, przeznaczona wyłącznie do tego aparatu. Żadne inne „systemowe” lampy nie będą z nim działać (sprawdzone), ale w razie czego można używać lamp uniwersalnych innych producentów, najlepiej tych z własnym pomiarem światła. Jako (chyba) jedyny Canon EF ma sanki do lampy błyskowej z jednym tylko pinem komunikacyjnym, oprócz centralnego.



Hm. Niekompatybilny aparat manualny współpracujący wyłącznie z obiektywami o mocowaniu przeznaczonym do autofokusa. To brzmi dumnie. To recepta na przebój, normalnie.



Dumnie brzmią też parametry osiągów tego aparatu- migawka do 1/1000 sekundy, szybkostrzelność: 1 klatka na sekundę, czas synchronizacji z lampą: 1/60 sek.

Canon EF-M

Wszystko to sprawiło, że w książce „System Canon EOS” Jarosław Brzeziński napisał następujące słowa:



„Jest to model Canona, o którym należy od razu zapomnieć”



Hola, hola! Panie Jarosławie- zakrzyknę- słonie mają dobrą pamięć (cytat) i nie zapominają tak łatwo. Fotodinoza nie zapomni.

Bo nie jest tak, jak się wszystkim wydaje.



No owszem- słaby, no owszem- dziwny, no owszem- bez sensu. ALE...



Ale będący jednym z najlogiczniej obsługiwanych aparatów manualnych jakie miałem w rękach. Genialny w swojej prostocie. I nie ma takiego drugiego!!!



Niektórzy mówią (cytat), że stworzono go nie na potrzeby i wymogi rynku, tylko na potrzeby i zamówienie szkół fotografii. To może być prawda. Ale też może być nieprawda. Nieistotnie. Skupmy się na obsłudze.

Obsluhoval jsem anglickeho krale (cytat, z pamięci)

Całe sterowanie Canonem EF-M jest proste jak drut. Niewiele jest tego sterowania.

EF-M nie ma w ogóle pokrętła pod palcem wskazującym przy spuście, czym odróżnia się od większości lustrzanek Canona. 
 
Z lewej- EF-M, z prawej EOS 100/ Elan
Na górze korpusu znajdują się dwa łopatologiczne koła nastaw. Z prawej- koło przesłon, z lewej- koło czasów migawki.
Canon EF-M

Na każdym z nich, oprócz wartości uszeregowanych zgodnie z logiką, jest także pozycja „A” , oznaczająca automatyczne ustawianie wartości przez aparat. Czyli- jak manual to manual- sami ustawiamy za pomocą kręcenia wartość przesłony i czasu, wspomagani przez światłomierz w wizjerze. Jak chcemy manipulować tylko przesłonami- kółko czasów ustawiamy na „A” i mamy tryb priorytetu przesłon. Jak komu zależy na czasie (a komu nie zależy w dzisiejszych czasach?)- kółko przesłon ustawiamy na „A” i aparat przechodzi w tryb priorytetu czasu, którym manewrujemy kółkiem po lewej, a EF-M dobiera całą resztę. Chcemy pełną automatykę naświetlenia? Oba kółeczka na „A” i jest co trzeba.

Prawe kółeczko służy też do włączania/ wyłączania aparatu, oraz ustawiania innej czułości filmu niż jest załadowany, a na lewym znajduje się także symbol piorunka, który tą razą nie oznacza ACe,piorun, DeCe, a czas synchronizacji z lampą.

Możemy także ustawić zadane prześwietlenie i niedoświetlenie. Jak to możliwe bez kółeczka pod palcem wskazującym, jakim w prawie wszystkich EOS'ach ustawia się przyciemnianie/ rozjaśnianie ekspozycji? Za pomocą przycisku „Exp. Comp.” i dwóch przycisków pod kciukiem zwiększających i zmniejszających wartości.
Canon EF-M

Przyciski te służą jeszcze po jednej funkcji każdy- pamięci pomiaru światła (działa tylko w trakcie naciskania przycisku, inaczej niż w dzisiejszych aparatach), oraz samowyzwalacz (gdy naciśniemy ten przycisk razem ze spustem migawki).

Koniec sterowania.

Wszystko to razem da się obsługiwać na wyczucie, na ślepo, nie odrywając oka od wizjera, czego o większości aparatów nie da się powiedzieć.

To sterowanie jest tak łopatologicznie przejrzyste, że skuma to każdy adept fotografii, choćby chodził do szkoły pod górkę. Nie ma żadnych pierścieni na obiektywie, żadnych wyświetlaczy ciekło, stało i lekkopółśredniokrystalicznych- tylko dwa pokrętła od dwóch najważniejszych parametrów. Automatic for the people (cytat).

Czy jest na rynku coś co ma podobne sterowanie?

Całkiem to przypomina jeden aparat, który miałem w rękach i opisywałem, mianowicie Nikona Df, też stworzonego w filozofii retro. Tylko tenże Nikon miał tych pokręteł z pięć i jeszcze, jak by nam się zachciało- pierścień przesłon na obiektywie.

Nie za bardzo można znaleźć jakiś inny aparat, zwłaszcza dzisiejszy, który ma sterowanie takie jak EF-M. Gdy jakiś system wywodzi się z klasyki- jak Nikon, Leika, Hasselblad- sterowanie przesłoną też odbywa się klasycznie- pierścieniem obiektywu. Jeżeli systemy stworzono jako elektroniczne od zarania- jak Canon EOS czy Sony- Minolta Alpha- Dynax to mają one zazwyczaj kółko trybów (P,A,S,M) i jakieś uniwersalne pokrętła sterowania, czyli bez wyświetlaczy pokazujących CO właściwie zmieniamy nie da się z nimi żyć.

Ponieważ EF-M jest czymś przeciwnym ewolucji, czymś w rodzaju kroku wstecz od autofokusa do manuala- jego filozofia mogła być całkowicie inna. I tak całe sterowanie obiektywem umożliwia elektronika (bo to EOS/EF), zatem sterowanie przesłoną może być umieszczone tylko na aparacie, w sposób tak obrazowy jak nigdzie indziej.

Należy tu wspomnieć, że Canon EF-M nie był jedynym wariatem w świecie autofokusa- miał w swojej epoce bezpośredniego konkurenta- Nikona 601-M. Razem poszli na dno, trzymając się za ręce.

To retro jednak wcale nie było takie złe, a jak mu się bliżej przyjrzeć- fajne. Jako aparat analogowy nie zrobiło kariery, ale chętnie miałbym takie retro jako cyfrówkę.

Czym musiałby być dzisiaj EF-M, żeby zrobić karierę w dzisiejszych czasach?

Po pierwsze, myślę, że mógłby z powodzeniem mieć jednak autofokus (bo się da go przecież wyłączyć), przy zachowanej unikalnej filozofii sterowania. Po pierwsze nie mamy armat (cytat). Z autofokusem zrobiłby karierę nawet w latach swego powstania- matówka z rastrem i klinem, oraz pokrętła czas+ przesłona zapewniłyby mu klientów, bo był po prostu inny niż wszystko dookoła, a przy tym logiczny i wygodny.

Po drugie- gdyby został nawet manualnym aparatem, ale byłby aparatem cyfrowym- byłby najgenialniejszym urządzeniem do uczenia młodych adeptów i głąbiatych fotografów wszystkich zasad rządzących fotograficznym medium. EF-M ma po prostu to, co najważniejsze i w bardzo przejrzystej formie.

Przypomina tutaj czyste i jasne działanie Canona EOS 650, o którym pisałem tutaj. Ten też był prostakiem, a zrobił karierę że hej. Było to, co prawda parę lat wcześniej.



Wiele osób chciałoby mieć taką logiczną prostotę na co dzień. Może któraś z firm to zauważy. Powstają już Nikony Df, Leiki i Olympusy OM-D, nawiązujące do lat 60-tych, może Canon też zrobi swoje retro, nawiązujące do roku 1991-go... To też dość dawno było.

Canonie- znowu musisz się brać do roboty!


Fabrykant
dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty

Źródła:

Jarosław Brzeziński "System Canon EOS"