wyświetlenia:

piątek, 31 maja 2019

Top 9 najmniejszych aparatów na film 35mm (i najciekawszych)



Mam jeszcze w pamięci ten widok, zatrzymaną w czasie chwilę. Słoneczny dzień, statek wycieczkowy przepływa Tamizą pod Tower Bridge. Żółcieją neogotyckie sterczyny Parlamentu, górą czerwone piętrusy. Na chwilę ogarnia nas cień mostu. Ja, świeży licealista, w pełnym zachwycie podnoszę do oka przyjemnie obły czarny kształt aparatu Lomo i kiedy słońce znów oświetla nas blaskiem celuję przez wizjer w górę. Ponad nami wielkie wieże i łuki mostowych kabli. Naciskam spust i robię dwa genialne (w ówczesnym swoim przekonaniu) zdjęcia.
Niestety nie zamieszczę ich tutaj. Kiedy w domu wywołano już film okazało się że jest całkowicie prześwietlony. Migawka padła. Na mej pierwszej w życiu, samodzielnej wycieczce zagranicznej. 
Ech, jakie zdjęcia były na tym filmie...

No, Lomo LC-A (Łomo ŁK-A) to nie był najbardziej solidny aparat na świecie. Ale był wręcz niesłychanie przyjemny w użytkowaniu i robił naprawdę fajne zdjęcia. Wzornictwo radzieckie (udawane) wspięło się w tym aparacie na wyżyny. Miły, lekko zaokorąglony pudełkowaty kształt i dwie dźwigienki po obu stronach obiektywu załatwiały całą ergonomię.


Ogarnęła mnie nostalgia za maluńkim aparatem na film. Maksymalnym kieszonkowcem. Rozważam, czy sobie czegoś podobnego nie kupić. Po napisaniu artykułu o historii firmy Rollei zacząłem rozmyślać nad mikroskopijnym Rollei 35S. Radzieckie Lomo też jest świetne, ale chyba dość ryzykowne. Ale musiało przecież być więcej takich aparatów?

Było.

Historia fotografii notuje setki małych aparatów, najróżniejszych firm, znanych i nieznanych, z różnymi pomysłami na konstrukcję. Nie miałem z nimi do czynienia do tej pory. Zacząłem to zgłębiać. I oto zestaw, znaleziony zgodnie z kryterium "fajne, chcę to". Ustawienie w rankingu jest bałaganiarskie. Nie znam się, zatem się wypowiem.


Wymagania są takie:

- żeby był jak najmniejszy
- żeby wyglądał ładnie (nie podobają mi się czarne gładkie i okrągławe plastiki aparatów autofokus z lat 90-tych, były z resztą zwykle nienajmniejsze)
- żeby działał na standardowe kasety z filmem
- żeby miał w sobie coś.

Jak stara jest idea włożenia filmu 35mm do jak najmniejszego aparatu? Jak się okazuje - strasznie stara. Tak samo stara jak ów format filmu. Należy przypomnieć, że małoobrazkowy format filmu fotograficznego został wymyślony przez Oskara Baranacka z  Leiki w 1914 roku.

Było więcej mikroskopijnych aparatów u zarania jego kariery, ale też są one teraz rzadkimi rarytasami, a nie funkcjonalnymi, codziennymi narzędziami .
Niemniej, poza konkursem zaczynamy od czegoś wielce wiekowego:

Ensign Midget (1934)





Nie jest to aparat na film 35mm, ale prawie. Oryginalny format nazywał się E10 i był nieco większy niż rozmiar małoobrazkowy (30x40 mm, zamiast 24x36mm). Ale różnica była tak niewielka, że kiedy przestano po II Wojnie produkować odpowiednie filmy do tych aparatów użytkownicy radzili sobie zwijając tradycyjną, znaną nam kliszę 35mm wraz z nieco szerszą rolką papieru i w takim zwoju pakowali ją do Ensign Midget'a. I jakoś to działało.
Ensign powstał w Wielkiej Brytanii w 1934 roku, zaprojektowany przez szwedzkiego inżyniera Magnusa Neilla. Ideą było zbudowanie jak najmniejszego i składającego się w jak najgładsze zewnętrznie pudełko aparatu. W pozycji spoczynkowej miał on rozmiary 90 x 40 x 15 mm. Żeby robić zdjęcia, należało wysunąć do przodu obiektyw na mieszkowym mocowaniu, z tyłu wysunąć do góry ramkę celownika, oraz postawić bardzo ciekawą drugą ramkę celowniczą nad obiektywem. Zatem dysponowało się "muszką i szczerbinką"
Aparat dawał czasy od 1/25 do 1/100 sekundy + czas B (migawka otwarta póki naciskamy spust) i miał obiektyw o jasności f/ 6,3 i nieznanej bliżej ogniskowej. Sterowanie czasem i przesłoną odbywało się dwoma dźwigniami przy obiektywie. Rok później wprowadzono wersję uproszczoną, ze stałą przesłoną, zmiennym wyłącznie czasem migawki i pojedynczą ramką celowniczą.




Aparat zrobił karierę w Anglii, wiele osób użytkowało go do fotografii rodzinnej, sporo archiwalnych zdjęć Wielkiej Brytanii z czasów wojny pochodzi właśnie z tych aparatów. Produkcja Ensignów została wstrzymana w 1940 roku, kiedy to nalot bombowy zniszczył siedzibę firmy. Nigdy jej nie wznowiono.


Olympus Pen / Pen D (1959)




John Nuttall from Hampshire, United Kingdom [CC BY 2.0 (https://creativecommons.org/licenses/by/2.0)]

Olympus ma doprawdy długą tradycję w produkowaniu niesamowicie praktycznych i niewielkich aparatów. Ojcem i matką wszystkich analogowych Olympusów był pan Maitani Yoshihisa, konstruktor który de facto zbudował markę tego producenta. W 1959 roku zaprojektował Olympusa Pen, bardzo niewielki legendarny aparat - pierwszy japoński sprzęt robiący zdjęcia "połówkowe" tj na tradycyjnym filmie 35mm strzelający fotki 18x24mm zamiast 24x36mm. Dzięki temu na kliszy mamy 72 klatki, a nie 36. Również dzięki temu natywny kadr w tym aparacie to kadr pionowy. Ten fakt umożliwiał także miniaturyzację migawki i obiektywu  Układ poziomy uzyskujemy gdy przekręcimy aparat o 90 stopni. Ówczesna jakość filmów pozwalała na całkiem dobre powiększenia odbitek z tak małej klatki, ale dodatkowym bonusem była świetna jakość obiektywów Olympusa.


Pierwotny, elegancki Olympus Pen
By Ashley Pomeroy - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=46768299


Od niedawna zatrudniony w Olympusie Yoshihisa postawił sobie za cel zbudowanie sprzętu o cenie nie przekraczającej 6000 jenów, czyli za 1/4 ceny najtańszego na ówczesnym japońskim rynku aparatu. Udało się. Szefostwo firmy nie wierzyło w sukces, ale już po pierwszych miesiącach produkcję Pen'a zwiększono do 5000 sztuk miesięcznie!

 Aparat sfotografizował Japonię, w takim samym stopniu jak Fiat 500 zmotoryzował Włochy. Doczekał się wkrótce licznej konkurencji od Minolty i Canona.

Pierwsze Pen-y były małymi aparatami, mniej więcej wielkości mojego Lomo LC-A. Produkowano je w wielu wersjach, między innymi zautomatyzowanej i uproszczonej Pen E -  był to jeden z pierwszych świetnie działających aparatów point'n shoot, w którym użytkownik nie nastawiał właściwie niczego. Ja jednak szedłbym w mych poszukiwaniach w inną stronę - najbardziej pociąga mnie wersja "wzmocniona" Pen D, choć jest większa niż pierwowzór. Albowiem rozmiar poszedł w obiektyw - pierwsze Pen'y miały płaskie obiektywy o jasności f/3,5 i f/2,8, wersja Pen D ma wystający obiektyw 32mm o jasności f/1,9. Wyposażono ją także w selenowy miernik światła, dużo szybszą migawkę o osiągach 1/500. Fantastycznym pomysłem jest jednak sterowanie przesłoną i czasem - odbywało się za pomocą dwóch pierścieni umiejscowionych współosiowo na obiektywie - można było nimi poruszać pojedynczo, lub jednocześnie.





Idea tego aparatu bardzo mi się podoba - prostymi i skutecznymi działaniami inżynierskimi skonstruowano świetnie działającą maszynę, dużo tańszą w użytkowaniu niż konkurencja. 
Olympus chwali się, że sprzedał 17 milionów analogowych modeli Pen, ale wlicza w to również system małych lustrzanek Pen F. Zatem jest to fakt nieco naciągany, tak jak 40 milionów wyprodukowanych egzemplarzy Toyoty Corolli.


Canon Dial 35 (1963)







Jest to aparat dość niesamowity. Canon w 1963 roku postanowił stworzyć własną interpretację mini aparatu strzelającego zdjęcia "półramkowe", czyli w formacie 24x18mm. W projekcie tym przefasonowano znane dotychczas pomysły i wprowadzono kilka rewolucyjnych rozwiązań. 

piątek, 24 maja 2019

Abstrakcjonista Medyteranu. Alberto Selvestrel

Fot. Alberto Selvestrel

Sztukmistrz musi ulecieć w sfery ideału! 
Nie wszystko, co jest piękne, wymalować da się! 
Dowiesz się o tym wszystkim z książek w swoim czasie. 
Co się tycze malarstwa: do obrazu trzeba 
Punktów widzenia, grupy, ensemblu i nieba, 
Nieba włoskiego! stąd też w kunszcie peizażów 
Włochy były, są, będą, ojczyzną malarzów.

                               Adam Mickiewicz "Pan Tadeusz"
                   (poezja to to, co przepada w tłumaczeniu)

 

Czy niebo w różnych częściach świata rzeczywiście jest inne? Jak może pamiętacie Tadeusz zaoponował przeciwko gloryfikacji włoskiego nieba. 

W latach 90-tych w projektowaniu architektonicznym pojawił się w Polsce AutoCAD i możliwość kreślenia na ekranie komputera. Żeby na bazie projektu stworzyć wizualizację konieczny był jednak dodatkowy program do tego. Nakładka do wizualizacji nazywała się AccuRender (dziś nazywa się już inaczej) i robiła tak zwany efekt wow. A nawet wow wow wow. Kolorki były tam podkręcone na maksa, niebo najbardziej niebieskie na świecie, a trawa przebijała kolorystykę filmów Fujifilm. Paru znajomych studentów architektury kręciło nosami - efektowne, ale zbyt kiczowate żeby było prawdziwe.

Potem niektórzy byli studenci zaczęli podróżować po świecie. A kiedy koleżanka - architektka Iza spędziła miesiąc w Australii, po powrocie stwierdziła: to niesamowite, tam są kolory zupełnie jak z AccuRendera! Znaczy się tak efektowne, że zbyt kiczowate, żeby były prawdziwe.


Fot. Alberto Selvestrel


Niebo może nie wszędzie jest różne, ale światło i zestaw kolorystyczny - często tak. Czasem udaje się to złapać na zdjęciach, a czasem stworzyć z tego wręcz środek wyrazu czy swoisty styl. 


Mocny i wyrazisty styl nie musi być rzeczą wymyślną. Udowadnia to Alberto Selvestrel, człowiek który ma znacznie mniej lat niż AccuRender, bo urodził się w 1997 roku. Jego styl przykuwa wzrok dwoma podstawowymi rzeczami - abstrakcją i kolorystyką.



Fot. Alberto Selvestrel

Fot. Alberto Selvestrel


poniedziałek, 13 maja 2019

Miękkie podbrzusze Austrii







Weszliśmy do pierwszego za granicą Mc Donalda. Troszkę byłem zawiedziony, jak zwykle. W polskich Mc Donaldach nad kasami zawsze widnieje napis "Zamów Order". Zwykle zamawiam Virtuti Militari i jestem zadowolony. Tutaj się nie dało, bo napisy były po niemiecku.

Zamówiliśmy wszystkie te niezdrowe produkty, powodujące tycie, podwyższanie cholesterolu i zatykanie różnych ważnych aort. Potem trzeba było poczekać, co stanowiło dobrą okazję do porozglądania się po świecie.

Na ścianie wisiała na przykład tablica "obsługujemy was z zaangażowaniem" przedstawiająca zdjęcia i imiona pracowników. Były tam bez wyjątku same germańskie imiona takie jak Jaromir, Lenka, Čenek, Jiři i Kveta. Ale to jeszcze nie było najlepsze. Najlepszy był wiszący nad naszym stolikiem krzyż. Jaki krzyż? No taki zwyczajny. Na nim Jezus Chrystus. W McDonaldzie pod austriacką stolicą patrzył na jedzących burgery.

Zjedliśmy i ruszyliśmy na Wideń.


"Z pod Krakowa ruszyło się wojsko na Tarnowskie Góry, Opawę i Ołomuniec traktem ku Widniowi, gdzie prowianty obficie dla nas były nagotowane i magazyny założone co cztery mile, przez ziemię cesarską. Przy każdym magazynie była szopa budowana pełna owsów, chliba, ledwo nie wprost z pieca wyjętego, bydeł, baranów trzodami, sian strasznymi styrtami, piwa beczkami.

(...)
Cały dzień szliśmy ku Widniowi nie publiczną drogą, ale manowcami do marszu niesposobnymi, osobliwie do prowadzenia armat, gdzie, gdy jaka górka trafiła się, to sobą piechoty musiały wciągać; i takeśmy strawili cały dzień na tym marszu, który czyli umyślnie czyli z przypadku tak był powolny, żeśmy aż ku zmrokowi, po zachodzie słońca, stanęli z wojskiem na nocleg w dębinie, wielkie pół mili od Widnia".
Dyariusz wideńskiej okazyji Jimci Pana Mikołaja na Dyakowicach Dyakowskiego.

Wideń puściliśmy mimo, jeno tylko Dunaj obaczywszy, bo skierowaliśmy się, zupełnie jak bohaterowie powieści Mrożka - na południe tym razem.

Co ja wiem o Austrii? Niewiele. Wiem tylko, że kiedyś to był kraj od morza do morza, nawet Lwowa i Krakowa sięgał, a teraz jest maluśki, tyci tyci, ledwo go na globusie widać. Austriaków niewielu. Osiem milionów zaledwie. Zjedlibyśmy ich na śniadanie. Natomiast dzięki aktualnemu pobytowi i kontaktowi z autochtonami dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy. Wiecie ile mieszkańców ma DRUGIE co do wielkości miasto Austrii, czyli Linz? Dwieście pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Następne w kolei większe miasta ledwo przekraczają sto tysięcy ludzi. 
No to ile ma stolica owego mikrokraju? Otóż ma milion osiemset tysięcy mieszkańców! Wszyscy Austriacy siedzą w Wiedniu, a reszta to prowincja.
No i ta Austria jest jednym z nielicznych krajów, którym Związek Radziecki odpuścił, po tym jak już je miał. Po II Wojnie Austria była podzielona na cztery strefy okupacyjne, amerykańską, francuską, brytyjską i rosyjską. ZSRR miał niemal 1/3 powierzchni kraju od strony wschodniej, czyli de facto od strony stolicy. Sam Wiedeń był, podobnie jak Berlin, wyspą na tym terenie i został podzielony również na cztery osobne strefy, wewnątrz okalającego go obszaru radzieckiego.
Jak to w ogóle się stało, że Rosjanie odpuścili Austrii? Mieli oni w powojennym rządzie austriackim co najmniej 1/3 najważniejszych ministrerstw obsadzonych austriackimi komunistami, a pierwszy premier Karl Renner uznawany był za marionetkę. A mimo tego odpuścili. Historycy spierają się w tej kwestii. Bogobojni Awstrijcy (ci, którzy zapewne powiesili krzyż w Mc Donaldzie) mówią o zbawiennym wpływie Matki Boskiej, patronki Austrii, do której cała Austria chodziła w regularnych masowych pielgrzymkach- krucjatach w intencji wyzwolenia kraju - organizował je zakonnik Peter Pavlicek, były sanitariusz i jeniec obozu w Cherbourg.

Mniej bogobojni wspominają jednak o gigantycznym odszkodowaniu, jakie Austria zapłaciła Rosjanom, po długich negocjacjach. Nieoficjalnie mówi się dzisiaj, że złożyły się na tę kwotę majątki austriackiej arystokracji. Dość ciężko znaleźć kwotę owych odszkodowań, Austriacy jakoś się tym mało chwalą na swoich stronach historycznych, milczą o tem Wikipedie. Ale znalazłem w końcu. To było 150 milionów ówczesnych dolarów, dzisiejsze półtora miliarda! Płatne w ratach po 2,5 miliona rocznie, plus 1 milion ton ropy.
Austriakom sprzyjała śmierć Stalina w 1953 roku i to, że w ZSRR trwały walki buldogów pod dywanem o schedę po nim. Do tego Chruszczow zdawał sobie sprawę z przewagi aliantów zachodnich i potrzebował kilku lat spokoju. W zamian za wpisanie w konstytucję austriacką neutralności kraj odzyskał niepodległość w 1955 roku.
Też byśmy tak chcieli.


Fot: Gryka.





Karyntia leży na dole Austrii. Ale nie-tak-strasznie-na-dole jak Tyrol, który przechodził w swym trwaniu z rąk do rąk, a i do dziś jest w połowie włoski. W Karyntii było znacznie spokojniej. Pierwsi i tak byliśmy tu my.

Znaczy Słowianie.
No dobra. Znaczy się pierwsi przed Germanami, ale już po Rzymianach i Celtach. Dopiero potem Germanie i germańskość, Habsburgowie i Austria. Ale do dzisiaj została tu garstka Słoweńców. Zapewne zapomnieli zwiać do Słowenii.
To co tu widać - to są same góry. Alpa za Alpą. Same Alpy. Człowiek żegna się w pięć minut z płaskim krajobrazem okolic Wiednia, a potem reszta kraju to góry. To tak jakby Tatry się zaczynały w Warszawie, a kończyły na Słowacji. To na pewno zmienia człowieka, taki górzysty kraj. Człowiek czuje się oddzielony od reszty Alpą i zaczyna kombinować osobnie, nie wiedząc co tam się za górami dzieje. Z tego zapewne powodu Austria to osobne stany - landy, a wcześniej księstwa.
Karyntia, niby taka sama jak reszta Austrii, czyścutka, grzeczna, uporządkowana, śliczna, ale górnym wiatrem można tu wywęszyć nieco inną specyfikę. Miękcej jakby. I jakby więcej staroci. 



Po wsiach stoją trzystuletnie stodoły, albo obórki. Czasami nieco nadgryzione zębem. Chałupy czasem (rzadko) zdają się być rodem ze średniowiecza i pewnie niektóre są. To się jakoś w Tyrolu nie rzucało w oczy, a w Karyntii - tak. Do tego całe rzesze zamków. I to zamków- nietypowo dla Austrii - w bardzo różnym stanie. Większość dotychczas widzianych austriackich zamków była w stanie wypieszczenia, jakby je przedwczoraj zbudowano, zamienionych w hotele, albo pełniących od stuleci rolę siedziby rodowej, wycyzelowane i wypucowane do cna. W Karyntii poszli na całość - jak się bawić, to się bawić: herbatę z cytryną poproszę - mają nawet trochę ruin zarośniętych krzaczorem. Niesamowite. Jak na Austrię.
(Uogólniam, bo niewiele z Austrii, tak naprawdę znam.)

Jednak jak zobaczyłem zamek w Gmünd, to pomyślałem, że chyba jestem po drugiej stronie południowej granicy tego kraju i że przypadkiem, nie zauważywszy trafiliśmy do lekko zapyziałych i naturalistycznych Włoch.

Bo jest takie miasto:

Gmünd


Automobiliści znają je skądinąd, wcale nie z zamku. To tutaj zbudowano pierwszy samochód marki Porsche. Ale nie celowo tutaj, tylko za sprawą licznych zbiegów okoliczności. W ogóle historia Porsche, to jest seria zmyłek. Ktoś, kto niespecjalnie interesuje się motoryzacją przypomni sobie zaraz Ferdynanda Porsche "ulubionego konstruktora Hitlera" i twórcę Garbusa (ciężko go nie znać, bo książka o nim stoi na półkach nawet w Tesco). To zapewne Ferdynand wymyślił niemieckie sportowe samochody Porsche, i to zapewne jeszcze przed wojną.

Nie.
Nie.
Nie.
To syn. W Austrii. Po wojnie.
Biuro konstrukcyjne Porsche zostało przymusowo przeniesione z Niemiec do Austrii w 1944 roku, ze względu na wzmożone bombardowania Stuttgartu. Minister Albert Speer nakazał Ferdynandowi wyniesienie się do spokojnej Karyntii, do Gmünd właśnie. Rok później wojna się skończyła, a Ferdynand Porsche został uwięziony przez francuskie siły okupacyjne i przesiedział w zamknięciu 22 miesiące. Tymczasem jego syn Ferry Porsche kombinował jak koń pod górę, żeby znaleźć zajęcie dla biura konstrukcyjnego, które właśnie straciło wojskowe zlecenia na czołgi i działa samobieżne. Wymyślił sportową wersję Garbusa. Przeprojektował auto i w Gmünd rozpoczął manufakturową produkcję roadsterów i coupe, wytwarzanych z aluminium, którego akurat było w nadmiarze w bezrobotnych fabrykach lotniczych.
Po kilku latach Porsche wyniosło się z powrotem do Stuttgartu, ale zanim się to stało, do warsztatu zaglądał często dziesięcioletni Helmut Pfeifhoffer, który z synami inżynierów z Porsche chodził do miejscowej szkoły. Pfeifhoffer połknął bakcyla motoryzacji na dobre. Czterdzieści lat później założył prywatne muzeum samochodów Porsche w Gmünd.
Muzeum mieści się w dawnym budynku stajni dworskiej, pięknym i świetnie odrestaurowanym. Przyznam jednak, że budynkowi poświęciłem niewiele czasu, wobec jego zawartości. Pełna relacja z muzeum jest tutaj na moim blogasku Motodinoza - LINK


Kopyto do nadwozi Porsche 550 Spyder.



Muzeum Porsche Gmuend

Egzemplarz Porsche nr 8.
Pan Pfeifhoffer, wraz z synem Christophem zebrali w swej stajni różne niewiarygodne cymesy, między innymi ósmy egzemplarz Porsche z 1948 roku, kopyta do produkcji karoserii aut, czy też jeden z czterech na świecie Garbusów z napędem 4x4 wyprodukowanych dla feldmarszałka Erwina Rommla do afrykańskiej inwazji. Muzeum jest miejscem do koniecznego obejrzenia dla każdego automobilisty, ale daje też sporo satysfakcji osobom niespecjalnie zainteresowanym samochodami - jest to po prostu kawałek ciekawej historii.

piątek, 26 kwietnia 2019

Jaki aparat Canon dla amatora. 2019


Gdybym był amatorem (a nie pełnym półprofesjonalistą, którym jestem) to bym chyba zwariował usiłując znaleźć na rynku jakiś aparat Canona dla siebie.

Canon sprzedaje w sklepach z siedem modeli amatorskich, pochodzących z różnych generacji i ponazywanych tak, żeby maksymalnie zmylić przeciwnika. Znaczy się klienta.

I już Zupełnie Zmylony, powiedział prędziutko i piskliwie:
-To jest pułapka na Misie i ja czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to wszystko znaczy, i potem ja powiem jeszcze ho-ho jeszcze raz! (cytat)


Ponieważ od czasu do czasu ktoś ze znajomych pyta mnie jaki aparat kupić, postanowiłem nie być już Zupełnie Zmylonym, tylko na chłodno przeanalizować co z tej masy Canonów można brać, a co nie.


Jaki system?

Na wstępie takie uwagi: na rynku praktycznie nie ma dziś aparatów kiepskich. Wszystkie są przynajmniej dobre. Można jako pierwszy aparat dla zainteresowanego fotografią kupić bezlusterkowca, można kupić  lustrzankę. Bezlusterkowce uważa się dość powszechnie za przyszłość fotografii, ale póki co, ponieważ nadal jesteśmy w teraźniejszości, jeszcze rynku fotografii nie opanowały. Lustrzanki nadal trzymają się mocno. 


Kupując jakiś aparat z wymiennym obiektywem użytkownik zostaje wkręcony w cały system akcesoriów danego producenta. Jeżeli jeszcze nie wiecie, czy fotografia będzie was podniecać, chcecie tego dopiero spróbować - niemal każdy z systemów (Nikon, Canon, Minolta, Sony, Olympus, Panasonic itd.) ma jakieś w miarę niedrogie amatorskie zestawy aparatu z obiektywem, lub dwoma. Nie ma większego znaczenia co wybierzecie, w ostateczności możecie to za jakiś czas sprzedać, lub wręczyć chrześniakowi w prezencie. 

Natomiast gdy każdą chwilę poświęcacie na kadrowanie zdjęć smartfonem, czy kompaktem, a waszym hobby jest poszukiwanie pięknych widoków czy fajnych ujęć i potrzebujecie do owego hobby lepszego narzędzia - tutaj wybór systemu będzie dość istotny, bo fajnie jest kupić aparat, który da możliwość późniejszego dalszego wyboru w zakupach obiektywów, lamp błyskowych w rozsądnych cenach. Choćby używanych.

Bezlusterkowce mają pewne zalety, ale mają też wady. Są zwykle mniejsze, bez wyjątku wyposażone w wyświetlacze zamiast wizjerów i komunikację typu wi-fi lub bluetooth (co będzie atrakcyjne dla osób przywiązanych do smartfonów i mediów społecznościowych). Jednakże na ogół są nieco droższe (co jest nieuzasadnione, bo są tańsze w produkcji niż lustrzanki), zużywają szybciej baterie, a przede wszystkim są produktem dość młodym. Powoduje to, że gama obiektywów i akcesoriów do nich jest zwykle uboższa niż w lustrzankach. Do tego większość obiektywów dostępnych na rynku jest nowa, a używanych sprzętów jest do nich bardzo mało. Kupując bezlusterkowca skazujemy się raczej na późniejsze dość drogie zakupy nowych obiektywów. 

Są na to oczywiście pewne rady - przejściówki umożliwiające podłączenie do bezlusterkowca obiektywów z innego systemu - ale sposoby te niwelują nieco jedną z zalet bezlusterkowców, jaką są niewielkie wymiary sprzętu, do tego nie zawsze działają idealnie.

Ja na razie jestem za lustrzankami, no chyba że pieniądze nie mieszczą się wam w banku.

Wybierając lustrzankę skupiałbym się najbardziej na dwóch systemach, najszacowniejszych na rynku - Canonie i Nikonie. Istnieją jeszcze Pentaxy, Olympusy czy wymierające lustrzanki Sony z bagnetem A, ale żaden z tych systemów nie da wam takiej ilości akcesoriów i obiektywów, jak wspomniane dwa powyżej. Zajrzyjcie na Allegro czy Ceneo, a szybko się o tym przekonacie.
Skupię się tu na Canonach, bo znam je najlepiej i od kołyski.

Canony 2019

Najtańsze aparaty Canona to aktualnie (2019):

EOS 4000D - nowy
EOS 2000D - nowy
EOS 1300D - nowy, ale już mało dostępny
EOS 750D - nowy
EOS 760D - nowy
EOS 800D - nowy
EOS 200D - nowy




Prawie wszystkie powyższe nowe aparaty mieszczą się w granicach 2000,- złotych, a najtańszy kosztuje niecałe 900,- (bez obiektywu).

do tego należy rozważać niedawne modele używane:
EOS 1200D
EOS 650D
EOS 700D
EOS 100D




Wszystkie powyższe Canony są, o dziwo, tylko trochę od siebie różne, natomiast w swych podstawowych mechanicznych komponentach - całkiem podobne. Wszystkie używają tej samej migawki, i wszystkie tego samego rodzaju wizjera.

Jakie są między nimi realne różnice, a co najważniejsze - czy amator w ogóle odczuje te różnice?


sobota, 20 kwietnia 2019

Życzenia Wielkanocne


P.S. Spragnionym lektury polecam swój artykuło o historii Krośniewickiej Kolei Wąskotorowej na SNG Kultura "Wąskim torem do gwiazd" - LINK




poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Polska centralna. Ja wiem co tam jest! Tam nic nie ma.







Podobno geometryczny środek Polski to Piątek. Więc w ostatni piątek ruszyłem w trasę dawno nie odwiedzaną, którą kiedyś przemierzałem wielokrotnie. Trasa była celowa, ale miałem trochę czasu i postanowiłem zatrzymywać się wszędzie tam, gdzie zwietrzę ładne zdjęcie. Nie ograniczać się. No bo co w końcu może mnie zatrzymać w centralnej Polsce, równinnej, monotonnej, zwykłej do niemożliwości? Wiadomo, że tam nic nie ma. Zwłaszcza na trasie Łódź, Kłodawa, Przedecz i z powrotem przez Krośniewice. Jest to kraina pierwotna, dla większości mieszkańców swojska, ale pozbawiona właściwości. 

Kiedyś jeździłem często tą trasą, ale odkąd na północ przepruła autostrada Amber Gold One (A1), odtąd ruch w stronę Torunia i Włocławka poszedł tamtędy, nowym szlakiem. 
Tymczasem postanowiłem odwiedzić stare kąty i boczne drogi, którymi, zanim powstała A1 przeciskało się z Łodzi do Włocławka, omijając kompletnie zatkaną trasę "starej Jedynki" (dziś droga 91). Zdradzę wam tajemnicę. Ona już nie jest zatkana. Właściwie  to nie ma tam nikogo.
To ten sam syndrom, który w Stanach wykończył Route 66 - cały ruch przeniósł się na autoban. A szczytem wykończenia na tej drodze są Krośniewice. Krośniewice są wykończone do cna. O Krośniewicach będzie później.
Kiedyś już zwiedzało się po drodze te tereny. Za pomocą książki "Dwory i pałace okolic Łodzi" ogarnęło się wtedy sporą część północy województwa. Niestety dawno to było.

Poszliśmy na spacer. Usiadłem na ławce,
mówiąc jeZU chrySTE, bo przesunął mi się akcent.
Oczywiście!... To nie woła jeść - co zdechło,
chcę cofnąć się w przeszłość, wiesz. Patrz, tutaj często
chodziliśmy na sanki, w weekendy i dzień powszedni;
tam, gdzie teraz banki i skład mebli.
A było tak wspaniale. Tak tęsknię za tym,
i nawet jak się załamałem na koloniach karate,
i jak na imprezie wyrzygałem pierwsze wino.
Czas mierzę od tamtych praktyk, dawno to było.

                              Afrokolektyw "Paranoja na bloku"

Jaka jest ta centralna Polska, w samym jądrze swej centralności? Wzrok większości przejezdnych prześliźnie się po owym monotonnym krajobrazie, równych szpalerach drzew, rozrzuconych gdzie bądź domkach, skromnych sosnowych laskach i polach ornych. Ale wyczulone oko tropiciela starzyzny i zapyzienia wnet dostrzega tam charakterystyczne punkty, które ciągną jak magnes. Oto jedziemy sobie równiną, pola, łąki, chałupki, kury, kaczki, drób, droga na Ostrołękę Łęczycę. Nic się nie dzieje. Jak w polskim filmie. Droga skręca raz tu, raz tam, po dawnych miedzach, które wytyczono jeszcze w średniowieczu, ale wewnętrzny radar nagle wyczuwa. Jest kępa!
Bo nie wiem czy wiecie, ale kępa jest najważniejsza.
Kępa starodrzewu wyłania się za zakrętem gdzieś wśród wsi. Zawsze charakterystyczna - zawsze liściasta, zwykle samotna drzewiasto wśród równinnych pól, dziko zarośnięta. Hamuje się machinalnie i wytęża wzrok, czy w kępie nie zamajaczy fragment jaśniejszego muru, oberwanych dachówek, krzywych rynien, gzymsów zarośniętych trawą. Czy nie zamajaczy dwór.
A może tylko ruina. Ale jednak.

Barok

Tuż za Zgierzem jest Dzierżązna, ale odkąd Dzierżązną zajęły się fundusze europejskie, nie stanowi ona dla wielbicieli starzyzny i patyny już zbyt wielkiej atrakcji. Wszystko tam nowe i śliczne. A tego byśmy nie chcieli (cytat).
Ale niedaleko w stronę Łęczycy zjawia się Modlna. I pierwszy obiekt, który, choć odnowiony, powoduje machinalne zdjęcie nogi z gazu. Kościół drewniany i to barokowy. Szesnasty wiek. 





Tradizzioni ruderi antichhi

A tuż za nim Skotniki. To nie dwór. To pałac.
Ten pałac działa bardzo pocieszająco. Nie zmienił się od dwudziestu lat. Zawsze wygląda tak samo, co jest bardzo pocieszające nie tylko dla konserwatystów, ale też dla miłośników zabytków. Nie tak łatwo jest zarąbać pałac!




Pałac, szczęść Boże ma na frontonie wypisaną datę 1843. Gdyby nie to, to nic o nim nie byłoby wiadomo, nawet konserwator zabytków jakiś taki małomówny na jego temat. Pewien czas temu był jeszcze otwarty, teraz ogrodzono go płotem. Pyk zdjęcie zza płota.
http://www.polskiezabytki.pl/m/obiekt/2203/Skotniki/

Countrex

Potem jest znowu nicośc pól i łąk. Ale w perspektywie majaczą jakieś ceglane budynki i kominy. Im bliżej tym większe.
Czy zwiedzanie zdechłych budynków pofabrycznych na wsiach to też jest urbex? Bo to przecież od "urban exploration" jest. Może należałoby wymyślić jakąś inną. Na przykład "countrex". Dokonałem wiejsko - rustykalnego countrexu w Leśmierzu. Jednej z najstarszych polskich cukrowni. Działała nieprzerwanie przez 170 lat. Nie wykonczyły jej zabory, pierwsza ani druga wojna, nie wykończyła jej wredna komuna. Dopiero nasz kapitalizm socjalizm korporacyjno - wielkokapitałowy udający kapitalizm ją wykończył. 







Cukrownię w 1838 roku założył Wilhelm Werner, członek zacnej rodziny o niemieckich korzeniach. Była to dla niego nowa branża, bo wcześniej był szeroko znanym fabrykantem farbiarskim, mającym swoje zakłady w Ozorkowie i Zgierzu. W nowy interes zamierzył wciągnąć swojego brata Bogusława. Wysłał go najpierw do Francji na studia cukrownicze, dopiero potem obaj Wernerowie założyli leśmierską cukrownię. Z początku skromną, później coraz bardziej rozrastającą się i przekształcaną w wielki zakład produkcyjny, a z samego majątku Leśmierz czyniący małe robotnicze miasteczko. Spółka Wernerów stała się za jakiś czas spółką akcyjną, a do jej udziałów przystąpili znani łódzcy fabrykanci, skoligaceni rodzinnie z Wernerami - Karol Scheibler (wówczas początkujący), a potem także Karol Geyer (jego Biała Fabryka jest dzisiaj łódzkim Muzeum Włókiennictwa). Zakłady były sukcesywnie modernizowane, wprowadzono maszynę parową "o sile 10 koni mechanicznych", a potem wielokrotnie bardziej wydajny napęd elektryczny. W szczycie swej działalności, w dwudziestoleciu międzywojennym, w cukrowni pracowało około dwustu ludzi, sam zakład zaś dysponował własną siecią kolei wąskotorowej, którą dowożono buraki cukrowe z okolicznych majątków rolniczych i rozwożono gotowe produkty. Zarządcą był wtedy Władysław Boettlicher.

O kolejach wąskotorowych jeszcze tu przeczytacie. O Władysławie Boettlicherze niespodziewanie też.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Paweł Bajew. Zdjęcia mentalnego pornografa.

Fot. Paweł Bajew


To jest narkotyczne. Szczerze przyznaję - uzależniłem się. Aż strach pomyśleć, co ten facet jeszcze wymyśli. I sfotografuje.

Portrety stają się niekiedy banalnym tematem. Dużo zależy od portretowanego. Jeżeli jest celebrytą, będzie miał setki podobnych wizerunków, różniących się co najwyżej tylko frzyzurą i zarostem (u niektórych), rzadziej miną (Wyguglajcie sobie na przykład "Angelina Joli portrait"). Rzadko zdarza się coś rzeczywiście wylatującego ponad poziomy, coś co łapie człowieka i jakkolwiek nim wstrząsa, tak że na widok portretu gotów jest zakrzyknąć - co za wspaniałe zdjęcie!


Fot. Paweł Bajew


Fot. Paweł Bajew

Niektóre portrety zapisały się oczywiście w historii fotografii, ale głównie ze względu na reporterski kontekst (np. Margaret Bourke - White ze zdjęciem matki w czasach kryzysu), albo ze względu na osobę fotografowaną (np. portret Churchilla Yosufa Karsha - do którego kazał wyjąc mu cygaro z ust, czym zapewnił sobie kwaśną minę premiera, czy też znane liczne portrety Marylin Monroe). Jednak zwłaszcza ostatnio, w dobie celebryckich gazet i reporterki ustawkowej (nie wspominając o ślubnej) portret został do cna zbanalizowany, a jego miałkość zwielokrotniona. Bierzemy jasny obiektyw, otwieramy przesłonę na maksa i cyk. Jest portret. To nic, że taki sam jak wszystkie.

Z dawnych czasów zapadły mi w pamięć fotografie Krzysztofa Gierałtowskiego, który forsował swój wyrazisty punkt widzenia i nadawał bez pardonu swoje piętno portretowanym. Uciął na przykład czubek głowy Jackowi Kaczmarskiemu, ponieważ krytykował jego voltę światopoglądową w stronę lewicy. Gierałtowski ostro kontrastował, podkoloryzował portrety, wyciągał twarze z czerni. Pamiętam nadal czerwoną gębę i ponure spojrzenie Piotra Fronczewskiego na jednym ze zdjęć. To było wyraziste, zdecydowane i niebanalne.


Fot. Paweł Bajew


Tymczasem Paweł Bajew. Najlepszą rekomendacją dla oryginalności portretów Pawła Bajewa jest to, że Facebook w ogóle nie rozpoznaje żadnych twarzy na tych zdjęciach i nie każe ich oznaczać. Oszukał wredną sztuczną inteligencję! 
Z drugiej strony, zważywszy że na portretach Pawła Bajewa czasami nikogo nie ma... 


Fot. Paweł Bajew

Czasem tak jest - czyta się książkę, która idealnie wpasowuje się w wyobrażenia, albo w potrzeby. Porusza czułe struny, rozbawia, albo wzbudza dreszcze. Ja tak mam z portretami Pawła Bajewa. Te zdjęcia mają przede wszystkim przewrotność. Po drugie mają dużo pomysłów na ucieczkę od wspomnianego banału. Po trzecie mają odwagę. Mają nawet odwagę unieważnić modela i potraktować go pretekstowo. Oczywiście w różnych proporcjach, ale jak widzicie proporcje te dochodzą w niektórych zdjęciach do stuprocentowego unieważnienia.

(Notabene spora część zdjęć to autoportrety. Możemy zatem poznać dogłębnie prawdziwy wizerunek artysty. Tylko który?)


Fot. Paweł Bajew