wyświetlenia:
piątek, 4 września 2015
wtorek, 25 sierpnia 2015
Raritat.
Biały
kruk, jaki znalazł się w moich rękach za sprawą Szanownej Cioci
Teresy, jest jak miód na serce, jak oliwa na wzburzone fale i jak
woda na mój młyn. Wodospad wody na mój młyn. Niagara.
Artefakt
jak z samego jądra Fotodinozy, choć brzmi to dość dwuznacznie. Z
samego centrum zainteresowań.
Jak
jakiś denar Mieszka I wykopany na środku podwórka.
Biblia
prawie.
Album
z wystawy „The Family of Man”, rocznik 1955.
W
1956 roku nowojorskie muzeum sztuki nowoczesnej, znane pod
fascynującym skrótem MOMA (Museum of Modern Art) postanowiło
zrobić wystawę fotografii „Rodzina Człowiecza”, obejmującą
Wszystko co Ludzkie i co nieobce.
Zebrać
zewsząd plon i oddzielić ziarna od plew.
Zebrać
cały plon jednego z najlepszych czasów dla fotografii klasycznej.
Czasów powszechności fotograficznego medium i jego popularności, a
przy tym czasów, gdy fotografia była medium niemal tak samo ważnym
jak telewizja.
Była
nośnikiem wiedzy o świecie, na równi z telewizją istotnym.
Lepszym nawet, bo zatrzymanym w czasie dla szeregowego widza, podczas
gdy obraz telewizyjny ulatywał w przestworza niebytu natychmiast po
emisji. Magnetowidy miały zostać wynalezione dopiero za jakiś
czas.
Zdjęcie
zatem- było ważne i jako ważne było przez świat traktowane.
Fotograf
mógł próbować roli demiurga, który stwarza świat, jedyny
dostępny dla widza. I zdjęcia miały moc zmieniania świata- tak
jak to, które przyczyniło się do zakończenia wojny w Wietnamie.
Wystarczyło
pokazać odpowiedni kadr, by móc sterować nastrojami społecznymi.
Dzisiaj
potrzebne do tego co najmniej nagranie z ukrytego mikrofonu.
Był
to też czas, gdy wierzono jeszcze w dobro, które ostatecznie
zwycięża. W mit dobra. Przykład takiego zwycięstwa ludzkość
odczuła raptem dziesięć lat wcześniej. Pal licho, że trochę
wiórów poleciało przy tym rąbaniu drew, a Europa Wschodnia była
jednym z tych wiórów. Wystarczyło pokazywać odpowiednie kadry, by
mit mógł trwać. Zachodni świat poczuł moc i nie wgłębiał się
w detale- zwyciężyliśmy zło! Teraz wszystko jest możliwe!
Zachodni
świat, pod przewodnictwem Ameryki- wierzył w siebie i wierzył w
przyszłość. Raptem kilka lat wcześniej powstało ONZ, które
dawało nadzieje na lepszy świat, i nie przeszkadzał temu
przekonaniu stalinowski Związek Radziecki, u schyłku stalinizmu.
Świat
przeżył niedawno dwa monstrualne kataklizmy, hekatombę na skalę
wcześniej niespotykaną, poznał okrucieństwa i cynizm masowego
zabijania, doznał nędzy i upadku. Ale Zachodnia Europa w
zadziwiającym tempie podniosła się po zniszczeniach wojny, dzięki
wydatnej pomocy bogatego Wuja Sama.
A
sam Wuj był przekonany, że wszystko idzie w dobrym kierunku, i że
jest nadzieja, że tak już będzie zawsze. A przynajmniej warto
wierzyć w tę nadzieję.
W
tych klimatach i nastrojach powstawała idea wystawy Nowojorskiego
Muzeum Sztuki Nowoczesnej, nie zakłócały tych nastrojów jeszcze
ani inwazja w Zatoce Świń, ani zabójstwo Kennedy'ego, ani liczne
późniejsze afery, przyczyniające się do powstania wszystkich
amerykańskich teorii spiskowych, zakończonych intensywnym i owocnym
śledztwem agenta Foxa Mouldera i Agentki Scully (Foxa Teriera i
agentki w Skali 1:1- wg T. Baranowskiego). Nawet wojna w Korei
(obecna w zdjęciach na wystawie) wydawała się tylko dalekim echem
złych wydarzeń.
Wystawa
była zakrojona na szeroką skalę. Na skalę najszerszą z
możliwych. Miała być największą do tej pory wystawą
fotograficzną, obejmującą zdjęcia z całego świata, także zza
żelaznej kurtyny i innych egzotycznych rejonów. Oczywiście
większość ze zdjęć zostało zrobione przez europejskich i
amerykańskich fotografów- reporterów. Po selekcji dokonanej przez
MOMA wystawa była, jak każda inna, wyrazem zainteresowań
kuratorów, mająca wyłonić obraz świata zgodny z pewną wizją. I
ta wizja właśnie, była soczewką skupiającą ówczesny pogląd na
fotografię, na świat i na stosunek fotografii do świata.
Pomysłodawcą
i głównym kuratorem wystawy był Edward Steichen, Amerykanin
urodzony w Luksemburgu, rocznik 1879. Wcześniej litograf, fotograf,
eksperymentator (zrobił kolorowe zdjęcie w 1904 roku), potem
reporter wojenny w I Wojnie Światowej, fotograf mody dla Vogue i
Vanity Fair, gdzie fotografował Marlenę Dietrich i Gretę Garbo. W
1947 roku został dyrektorem działu fotografii w MOMA. W 1955 roku
zorganizował „The Family of Man”.
Wystawa
zebrała 503 zdjęcia, 273 fotografów z 68 krajów. Prace nad nią
trwały trzy lata, selekcji dokonano z dwóch milionów zdjęć z
całego świata, zrobionych przez uznanych artystów (jak ci z młodej
wtedy agencji Magnum, opiniotwórczego Life'u, czy słynna Dorothea
Lange), ale i zupełnie nieznanych amatorów.
Po
pokazie w nowojorskim muzeum objechała pół świata- prezentowano
ją w Zachodnich Niemczech, Francji, ZSRR, Południowej Afryce,
Japonii i Australii. Obejrzało ją 9 milionów ludzi. Do tej pory
nie było nigdy takiego wydarzenia w fotograficznym świecie.
Imponujący
zamiar i wykonanie.
Wystawa
skupiała się na Człowieku. On jest w centrum zainteresowania
wszystkich jej zdjęć. Niektórzy mówią, że od czasu tej
ekspozycji rozpoczęła się era „fotografii humanistycznej”,
choć mi się wydaje, że nie do końca tak jest. Fotografia
artystyczna, mająca za cel główny -Człowieka, miała się dobrze
i przed wojną i w czasie jej trwania a i jeszcze wcześniej.
Kilkanaście co najmniej zdjęć z „Rodziny Człowieczej”
pochodzi z przedwojennego i wojennego okresu, a jedno
charakterystyczne wręcz z zamierzchłego 1862 roku! To zdjęcie
zrobione przez Lewisa Carolla dziewczynce w wianku, istnej Alicji-
wpisujące się świetnie w kontekst całości- wyrazisty, nastrojowy
portret, skupiony na człowieku.
Fotografowie-
portreciści i humaniści istnieli od początku fotografii i ich
zdjęcia cieszyły się często zainteresowaniem widzów i zdobywały
sławę. „The Family of Man” była jednak czymś w rodzaju znaku
czasu. Znaku zainteresowań świata i jego nadziei. Symbolem
odwrócenia się od doraźnych wydarzeń- bo przecież fotografia
służyła od swojego zarania do rejestracji istotnych wydarzeń- w
stronę nadziei pokładanych w samym Człowieku. W stronę nadziei
pokładanych w jedności.
„The
Family of Man” była według mnie jednym z pierwszych objawów
globalizacji kultury i historii, jakich początkiem były oczywiście
obie wojny światowe i masowy rozwój komunikacji na Ziemi.
Globalizacji, rozumianej nie jako przedwojenne z ducha panowanie nad
światem i wpływanie na inne nacje zbrojnie lub politycznie, ale
właśnie globalizacji rozumianej jako humanistyczna jedność losów
wszystkich ludzi.
Wolność,
równość, braterstwo!- chciałoby się zawołać po obejrzeniu tych
zdjęć. Jakże wszyscy jesteśmy podobni! Jakże jesteśmy wręcz
tacy sami.
Wystawę
znałem z nazwy. Podczas pisania o Robercie Doisneau dowiedziałem
się, że było to wydarzenie, dzięki któremu Doisneau został
rozsławiony na świecie. Było to całkiem zrozumiałe. Kto zrobił
dobre i nośne zdjęcie i załapał się na „Rodzinę Człowieczą”-
mógł zrobić światową karierę. Doisneau ma w albumie dwa
zdjęcia- jedno z nich świetne, w jego stylu, być może jeszcze o
tej fotografii napiszę, bo to dobry temat na osobny wpis (cytat),
drugie- całkiem banalne zdjęcie całującej się pary. Ma w swoim
dorobku wiele znacznie lepszych.
| Świetny Doisnau. |
Album
z wystawy dostałem od Cioci. Ale to nie był prezent. To był zwrot.
Na pierwszej stronie tegoż albumu jest dedykacja dla mojej Mamy,
zrobiona ręką pewnego admiratora. Bo album należał pierwotnie do
mojej Mamy. Dlaczego był zatem w archiwach Cioci?
Żeby
mój ś.p. Tata się nie denerwował.
Album
jest morzem zdjęć. Morzem dobrych, czarno białych co do jednego
zdjęć, ułożonych tematycznie w chronologię ludzkiego żywota, od
miłości i narodzin po śmierć. Jak tu je ocenić? Jak ogarnąć
takie morze?
Twórcom
wystawy nie przyświecał najpewniej zamiar olśnienia i zaszokowania
widza każdym prezentowanym kadrem. Spora ich część jest całkiem
zwyczajna.
A
może to rozpuszczenie dzisiejszą fotografią cyfrową powoduje taką
ocenę? Cyfra zwielokrotniła ilość robionych zdjęć, zatem siłą
statystyki zwielokrotniła ilość zdjęć dobrych. Być może
dzisiejsze czasy umożliwiają łatwiejszy wybór kuratorom zestawu
powalających zdjęć. Postęp wszakże musi być, także i w
fotografii. Wydaje się jednak, że ani publiczność w latach
50-tych nie oczekiwała powalenia, ani Edward Steichen nie miał tego
zamiaru. Fotografia ówczesna nie musiała jeszcze konkurować z
ruchomymi obrazkami ze smartfonów, ani ścigać się z programami o
dwustu sposobach na śmierć pokazywanych w telewizji.
Ponieważ
zostałem zalany wodospadem fajnych zdjęć, to chcę przekazać Wam
ten przyjemny stan umysłu i też Was troszkę zalać. Będzie to
zalanie inne niż zwykle, nie w postaci skanów, a w postaci
fotografii stron albumu, nieco pożółkniętych.
Portrety.
Generalnie portrety i zdjęcia grupowe są sednem całej wystawy. Być
może dlatego zwracają uwagę te zdjęcia, które oprócz człowieka
pokazują jego otoczenie. W całym albumie jest może z pięć zdjęć,
które nie przedstawiają żadnej ludzkiej postaci- w tym jedno
klasyczne zdjęcie górskiego pejzażu słynnego Ansela Adamsa twórcy
grupy f/64. Wśród zdjęć, na których nie ma człowieka zwróciło
moją uwagę to, podpatrzone przez Eliotta Erwitta:
Potem,
wśród portretów- doskonałe Typy. Różne, bardzo
charakterystyczne, wspaniałe typy ludzkie, niektóre bardzo
egzotyczne, niektóre znane z widzenia, a niektóre z opowieści.
Metoda
na ogarnięcie morza była następująca. Przez kilka dni oglądałem
album. Potem odłożyłem go na półkę i dzień później zacząłem
sobie przypominać te zdjęcia, które zapisały się w głowie
automatycznym zapisem. Było ich niestety nadal mnóstwo. Wziąłem
sobie ich trzy, każde inne. Trochę to przypadek.
Zdjęcie,
które mocno wbiło mi się w pamięc- to zdjęcie czarnoskórego
boksera:
Wbiło
się zapewne dlatego, że jest to portret drapieżny, ostry,
nieliczący się z urodą modela. Portret esencjonalny, może i
wulgarny. A jako taki- wybija się na tle innych portretów.
Fantastycznie oryginalna perspektywa. Nie jest zwykły, nie jest
banalny. Nie widzieliście takiego wcześniej!
Drugie
zdjęcie jakie zapadło mi mocno w pamięć, to zdjęcie pana Eliotta
Erwitta, który nie omieszkał uchwycić w kadrze jakiegoś zwierza.
Zwierz jednakże, oprócz samego zwierza robi pół zdjęcia.
Kompozycyjnie i nastrojowo. Kompozycyjnie pięknie zamyka całość w
linii postaci, które dzielą kadr ukośnym układem na strefę
światła i cienia, a nastrojowo- dodaje ciszę. Nie myślałem, że
da się zrobić zdjęcie, na którym jest cicho. Ale na tym- jest
cisza. Odejmijcie kota, a pół ciszy znika. Niezwykłe.
Trzecie
zdjęcie jest z innej beczki. To piękne zdjęcie „strukturalne”,
mające fakturę jak dekor arabeski, którą nadaje budynek paryskiej
opery. Głównym problemem tego zdjęcia jest to, że nie wiem jakim
sposobem zostało zrobione. Może ktoś mi powie, drodzy fotografowie
i fotografki. Otóż jest to zdjęcie zrobione na filmie
niewątpliwie, pewnie wielkoformatowym, praktycznie bez widocznego
ziarna, z mnóstwem detali. Nie zrobiono go aparatem cyfrowym, ani
nie zostało cyfrowo obrobione. Gdy zapytałeś w latach 50-tych o
cyfrową obróbkę- kierowano cię do działu księgowości.
Zatem
analogowe, klasyczne zdjęcie. Każdy kto był w jakimkolwiek
teatrze, czy operze- wie jakie tam panują warunki światła- nie
mówimy o scenie, tylko o widowni. Otóż jest tam umiarkowanie
jasno. Weźcie swoją cyfrówkę do teatru i sprawdźcie jakie ISO
ustawi wam bez lampy na widowni. Strzelam że będzie to coś
pomiędzy 1600 a 3600 ISO.
Zauważmy,
że wszystkie plany tego kadru- są ostre, zatem przesłona musiała
być solidnie przymknięta!
To
teraz pokażcie mi film, produkowany przed 1955 rokiem, który nie ma
prawie wcale ziarna, jest gładki na tyle, że można rozpoznać rysy
twarzy osób w ostatnich rzędach.
Można
oczywiście takie zdjęcie zrobić bez ziarna, na mało czułym
filmie w prosty sposób- na statywie i długim czasie naświetlania.
Można. Tylko tego zdjęcia nie zrobiono w ten sposób- wszystkie
postaci są ostre i nieporuszone. Wszystkie plany tego zdjęcia są
objęte głębią ostrości, mamy nawet dyrygenta na froncie sceny.
Widzę
tylko jeden sposób na zrobienie tego zdjęcia w latach 50-tych:
fotograf staje na scenie ze statywem, z aparatem załadowanym
niskoczułym filmem, a potem woła przez megafon:
-E!!!
E, mówie!!! Nie ruszać mi sie tera przez minute! Nie oddychać, nie
machać! Pan w dziewiątym rzędzie, miejsce dwudzieste- nie kaszleć
mi tu. No! Uwaga! Tera będzie!
W
każdym bądź razie techniczne zrobienie takiego zdjęcia było w
tamtym czasie skrajnie trudne, pominąwszy już aspekt uzyskania
pozwolenia na takie przedsięwzięcie w paryskiej operze.
Z całej gamy, jak zapewne zwróciliście uwagę dałem tu aż dwa
zdjęcia Eliotta Erwitta. Ma ich w albumie jeszcze więcej. Albo ja
jestem spaczony swoistą estetyką fotografii, albo to Eliott Erwitt
jest tak genialny, że błyszczy nawet na tle świetnie
wyselekcjonowanych zdjęć. Podejrzewam, że jedno i drugie.
W
każdym razie oglądanie takiego albumu, to jak gładzenie ręką
futra historii. Przyjemne, elektryzujące i namacalne.
Myślę,
że jeszcze się o nim napisze na Fotodinozie.
Im
dłużej go oglądam tym jest bardziej wspaniały. Tym bardziej
doceniam monument jakim ten album jest.
Jest
to bądź co bądź artefakt z czasów wielkich nadziei, pomimo
wielkich obaw.
Czy
ktoś jeszcze dzisiaj wierzy w lepsze jutro?
Fabrykant
czwartek, 20 sierpnia 2015
Nudy na pudy. Golf II vs Astra F. Canon 28-80/3,5-5,6 vs Tamron 28-80/3,5-5,6
Nie palony, nie pity i nie jeżdżony. Jedyny taki w Polsce. Jeździła żona, mąż tylko patrzył- od Niemca (dziadek w Wehrmahcie). Wymienione szelki i sztuczne szczęki. Nie wymagający wkładu finansowego, ani emocjonalnego. Gotowy do jazdy bez gwiazdy. Tylko lać i patrzeć czy równo puchnie.
Jedyny taki drugi na Allegro. Unikat-
trzeba go unikać. Serwisowany w serwisie, garażowany w garażu,
myty w myjni, składany w składzie. Z gazem, ale nie tym razem. OCe
opłace, przegląd taki jak wygląd. Przebieg oryginalny, ale nie
dobiegł. W żadnym wypadku bezwypadkowy. Jest możliwość powrotu
do domu na kołach, a jak kto wypity- to i na trójkątach.
Boszszz, jakież to zwykłe! Jakie
banalne, jakie codzienne! Jakie powszechne, jak edukacja powszechna,
jakie popularne, jak Popularne! Jakaż przeciętność, aż bije po
oczach i sprowadza wszystko do niskiego poziomu.
Jak widać emocji nie będzie. Zero
emocji. Stal, lód, mróz, kamienna twarz, ani muskuł drgnie.
Pierwsze skojarzenia- Volkswagen Golf
II contra Opel Astra F.
Taki obiektyw musi być produkowany
tanio, szybko i masowo. Jego zadaniem podstawowym jest "zadowalać".
Nic więcej, nic mniej.
Zadowalać. A więc nie -oszałamiać,
zwalać z nóg, wprawiać w zachwyt, zadziwiać, kusić, spełniać
marzenia. Wystarczy być, jak u Kosińskiego. Ale też- zadowalać,
znaczy nie być najgorszym, nie zawodzić na całej linii, nie dawać
tyłów, nie uchodzić bez walki.
No i znowu Fotodinoza musi być
pionierem. No żebyście wiedzieli. W internecie nie ma testów tych
obiektywów. Nie ma ich porównania. Mimo, że są dostępne z połową
aparatów analogowych z Allegro, na setkach aukcji E-bay`a. Są dwie
praprzyczyny. Pierwsza- bo ich już nie produkują, o czym będzie
jeszcze trochę później, a druga, fundamentalna- bo nikomu nie
przychodzi to do głowy.
W internecie jest wszystko. Ale tylko
wszystko to co przyszło ludziom do głowy.
Kiedyś oczywiście było inaczej-
pamiętam z Foto-Kuriera test porównawczy kilku obiektywów
standardowych. Być może jeszcze ten Foto-Kurier leży gdzieś w
szafie, ale nie będę go szukać. Czyż nie warto zrobić takiego
testu od nowa? Na nowe millennium?
To jest historia polskiego reaggemuffin
Pablopavo nawija tu do ciebie jak
Anonim GallTo jest historia polskiego reaggemuffin
Kiedy muzyka reagge spadła tutaj na ten kraj.
Naa-ajpierw fala pierwsza środek dekady przed millenium
A reagge znajduje nowe tutaj gremium
Po-otem fala druga koniec dekady przed millennium
A reagge znajduje a- nowe tutaj gremium.
Jak reaggemuffin Tamron wkroczył przed
millennium, w sojuszu z Fotojokerem na polski rynek. Wtedy należał
on do firm, które podgryzały po kostkach głównych graczy. Tamron
wtedy miał opinię wiecznie nieco słabszego, choć tańszego.
Niewiele miał do zaoferowania wystrzałów, o czym pisało się już
TUTAJ. Może z wyjątkiem bardzo ambitnej porażki, jaką był Tamron
28-105/2.8 SP, niespotykanej nigdzie indziej u nikogo. Reszta, to
były proste, tanie i niezłe obiektywy. Fotojoker wypromował
Tamrona do bodaj najpopularniejszej marki niezależnej w Polsce,
bardziej popularnej niż Sigma, a niemal z pewnością sprzedającej
więcej obiektywów. Sklepy Fotojokera oferowały wszystkie aparaty
Canona jako zestawy z Tamronem, albo dwoma najprostszymi Tamronami.
Były w bardzo dobrych cenach. Dlatego teraz jest ich na rynku sporo
i na ogół, znów w przeciwieństwie do Sigmy, pochodzą z polskiej
dystrybucji- świadczy o tym spora ilość analogowych aparatów
oferowanych dziś w tych samych zestawach, w których opuszczały
sklep, gdy Michael Jackson w białym gangu rzucał monetą do maszyny
grającej.
Biedny Michael, notabene. Tamron
wylądował o niebo lepiej.
28-80 Tamrona jest najtańszym... Tfu,
chyba za bardzo wczułem się w lata 90-te- BYŁ najtańszym
obiektywem swojej macierzystej firmy. Co za przypadek! Wyobraźcie
sobie- Canon tak samo.
-Ten zmarły to pański brat?
-Tak.
-Ja też mam brata.
-Jaki ten świat mały...
(cytat)
Chyba żaden z tych obiektywów nie
był obiektem niczyich westchnień. To były konie robocze, które
każdy dostawał w automacie z lustrzanką, i o ile nie wciągnął
się w fotografowanie- zostawały z nim na wieczność. Obiektywy
amatorskie. Tak je traktowano.
A dzisiaj można je traktować na dwa
sposoby. To ciekawe.
Pierwszy sposób, to traktowanie ich
jako stare rupiecie, niezbyt jasne, bardzo tanie. Przeznaczone
głównie do aparatów analogowych, słabo oceniane w erze cyfrowej,
o ogniskowych bardziej portretowych niż uniwersalnych na APS-C.
Drugi sposób traktowania ,to używanie
ich na pełnej klatce, do czego były przecież pierwotnie
przeznaczone. Nie są superjasne, nie są profesjonalne, ale przecież
nadają się doskonale na uniwersalny obiektyw zapasowy. Persony
kupujące nowe 1DX, albo 5D MkIII nie zaszczycą naszych obiektywów
nawet spojrzeniem.
Ja tam zaszczycę, nie jestem taki.
Kto nie strzeli focha i zaszczyci- ten będzie zadowolony. Z obiektywu lekkiego jak piórko i zdolnego wykonać każdą prostą robotę. Prawie każdą.
Podczas krótkiego porównania tych
plastikowych szkieł, czy też szklanych plastików odkryłem
niespodziewanie trochę różnic między nimi. Sam byłem zaskoczony,
bo myślałem, że są takie same. Jak Golf II i Astra I.
A tu jednak- dwu ich było, a takich
trzech jak ich dwóch, to nie ma ani jednego.
KAROSERIA
Tamron jest taki więcy wypasiony
obiektyw. Grubszy, cięższy, większy i sprzedawany w komplecie z
osłoną pe-słon. Zwykłą, kołową osłoną, boć obydwa te
obiektywy kręcą mordą przy ostrzeniu, zatem konstrukcyjnie nie
jest to jakaś finezja. Niemniej Canon, zgodnie z tradycją firmy,
był sprzedawany jako golas, znaczy się bez alusów, bez prądu, bez
klimy. Klima ni ma, a u Tamrona przynajmniej jest osłona pe- słon.
Zawsze plus.
Z przodu plus. Za to z tyłu- minus. Od
strony mocowania Tami wygląda gorzej niż Canon, mianowicie widać
dziurę, z której wysuwa się, w razie potrzeby tylny człon
optyczny i jak zajrzeć w tę dziurę, to widać troszkę jakichś
elektronicznych farfocelków.
-Ciekwe urządzońka- (...).-
Fintifluszki rozmaite. Ja prostak, ale uczeni nasi pojmą.-
może pamiętacie, już cytowałem.
W Canona wejrzeć
się nie da, w jego elektroniczną duszę, w jego Elektricki Orgazam,
bo ślicznie zasklepion został od tyłu ostatnim szklanym elementem,
który jest szczelny i nieruchomy. Z tyłu zatem- plus, choć z
przodu minus.
Wysuwają się
mniej więcej tak samo, najkrótsze są przy ogniskowej 50mm, a ku
końcom zakresu wysuwają przedni tubus o ponad centymetr do przodu.
To tyle o
zewnętrzu, powłoce zewnętrznej, ale plwajmy na tę skorupę i
zstąpmy do głębi.
NAPĘD (OPTYCZNY)
Pierwsza rzecz i
pierwsza różnica- jasność obiektywów jest różna. Tamron jest
jaśniejszy, pomimo podobnych parametrów nominalnych. To znaczy
utrzymuje większy otwór przesłony do wyższych ogniskowych. Mniej
więcej wygląda to tak:
Canon: f/4 od 37mm,
f/4,5 od 45mm, f/5 od 51mm, f/5,6 od 65mm
Tamron: f/4 od
36mm, f/4,5 od 46mm, f/5 od 56mm, f/5,6 od 70mm.
Na początku- niby
tak samo, ale na dłuższych ogniskowych, w okolicy 50- 70mm różnica
jest wyraźna na korzyść Tamrona. Zaskakujące pół działki
przesłony jaśniej.
Na wstępie wstępu
należy coś porównać. Porównałem sobie zatem dwa amatorskie,
najtańsze zoomy, z amatorskim, najtańszym stałoogniskowym- Canonem
50/1,8. No i cóż- bez sensacji. Bo ja już napisałem, że tu
sensacji nie będzie. Ani emocji. Stałoogniskowy lepszy.
Zoomy zostały
ustawione na około 50mm (wg podziałki na skali obiektywu), gdzie
osiągnęły różne wartości przesłon pełnego otworu- Canon f/5,
a Tamron f/4,5.
Sprawdzenie odbyło się tylko w centrum kadru, ale rezultaty są ewidentne. Nie dość, że przez stałoogniskowy na pełnym otworze przesłony przelatuje sześciokrotnie więcej światła, zatem da się nim zrobić zdjęcie w tych samych warunkach na czasie o trzy działki krótszym (zamiast 1/8 sekundy to 1/60-tą, na przykład). To jeszcze stałoogniskowy jest ostrzejszy.
10% kadrów w centrum:
50-tkę Canona
wystarczy przymknąć o 1/2 działki (do f/2,0), żeby uzyskać obraz
bardzo łądny i ostry, który Canon osiąga po przymknięciu do
f/5,6, a Tamron do f/5,0.
Niestety w
stałoogniskowym rzecz się toczy dalej, tj. po przymknięciu do
f/2,8 uzyskujemy obraz ostry jak żyleta, który Canon 28-80 osiąga
przy przesłonie f/8, a Tamron niestety nie osiąga go wcale.
Tak to już jest.
C'a se passe comme
ca, chez McDonald (cytat, z reklamy).Zatem przy 50mm:
Canon 28-80 jest na
pełnym otworze średni. Szczyt możliwości osiąga na f/8 (bardzo
dobry). Powyżej- ostrość spada.
Tamron 28-80 jest
na pełnym otworze średni. Szczyt możliwości (dobry) osiąga na
f/5,0. Powyżej- ostrość spada.
Ale to nie koniec.
To środek. Fotodinoza w swym zaangażowaniu zbadała także końce
zakresu obu szkieł.
Podczas testów przy 28mm nastąpiły obserwacje sporych różnic w zachowaniu. Mianowicie- Canon ostrzy od 38 centymetrów. Tamron ostrzy od, niestety, z przykrością należy to stwierdzić, z pewnym bólem nawet, a może bulem i nadzieją, od, Proszę Państwa, jakże nam smutno- 70 cm.
Nie oszukujmy się,
że to nie jest duża różnica. To jest.
Zatem powyższe zdjęcia
testowe z Tamrona zostały zrobione na najmniejszej możliwej
odległości. Sami zobaczcie.
W tym czasie Canon
jest w stanie zrobić zdjęcia, które mają następujące zbliżenie:
Jakby trochę bardziej zbliżone.
Jak zbliżenie
między Apollo, a Sojuzem. Natomiast Tamron prezentuje zbliżenie jak
między radzieckim kosmonautą, a powierzchnią Księżyca.
No i tak. Ostrość
na 28mm, w centrum kadru jest następująca:
Canon jest lepszy. Na pełnym otworze prezentuje się dobrze. Jak Golf II kupowany w Polsce od pierwszego właściciela. Natomiast już między f/4 a f/8 prezentuje się bardzo dobrze, jak Golf II kupowany prosto od dziadka z Wehrmahtu.
Nasz Tamron
uosabiający Astrę, przy pełnym otworze nie dogania Golfa,
natomiast daje radę na trzecim, czwartym i piątym biegu pomiędzy
f/5,6 a f/11. Na piątym biegu wysuwa się nawet na prowadzenie, bo
wtedy Golf dostaje już zadyszki i mu zawory dzwonią.
Stówą, panie
kustosz! (cytat).
Tymczasem na 80mm.
Na ogniskowej najdłuższej, najbardziej portretowej sytuacja
niespodziewanie i dramatycznie odwraca się. A miało nie być
emocji.
Kłamałem.
Na 80 mm, w środku
kadru sytuacja wygląda tak:
Golf, w osobie
Canona lekko się przegrzał chyba, bo i przy f/5,6 i przy f/8 jest
średni.( Jak może pamiętacie- przegrał niegdyś także na
najdłuższej ogniskowej w porównaniu z Yugo Floridą- Canonem
38-76.) Dopiero przy f/11 odzyskuje moc i idzie ostro niezłym
ogniem.
(Jak myślicie,
skąd wzięło mi się skojarzenie z Yugo Floridą?)W tym czasie Tamron równie średni na f/5,6 przy f/8 jest ostry na wysokim poziomie, a przy f/11 oba obiektywy jadą łeb w łeb.
No i nadal występuje duża różnica w możliwościach zbliżeniowych:
Po 80mm zrobiliśmy
trochę prób w życiu rzeczywistym, a nie tym zawalonym wycinkami
kadru, oraz porównywaniem jednych wycinków z innymi, wyglądającymi
dokładnie tak samo.
Moja suka nigdy nie
wychodzi dwa razy tak samo. Zwłaszcza do tej samej rzeki.
| Canon 80 f/5,6 |
| Tamron 80mm f/5,6 |
| Canon 28mm f/3,5 |
NASTRÓJ WNĘTRZA
No i tu zauważyliśmy następne ciekawe różnice.
Tym razem subiektywne, bo sprawy rozmywania tła, to kwestia gustu. Toczą się na ich temat wielowiekowe dyskusje, rozpoczęte przez średniowiecznych japońskich samurajów, z których każdy był gotów popełnić seppuku na forum internetowym w obronie nieostrości jakie daje jego obiektyw. Dlatego też nieostrość tła, czy raczej oddawanie jasnych nieostrych punktów tła przez obiektyw nazywa się z japońska bokeh.
Świat japoński
doszedł już konsensusem do ideału, jaki powinien spełniać bokeh
dobrego obiektywu- ma nie być w nim widać kształtu przesłony i ma
być jasny środek i lekkie ściemnienie w stronę brzegu.
Ja jednak uważam
że ściemniają.
Mam zupełnie inną
definicję.Dobry bokeh obiektywu, to taki który jest fajny.
Koniec definicji.
I właśnie taki bokeh, fajny, bardzo fajny i dający dodatkową atrakcję zdjęciom- ma Tamron. Canon nie jest taki ładny.
| Tamron |
Tamron oddaje jakby
mocniej te jasne punkty tła, a po drugie oddaje je jako jasne
pierścionki- obwódka mocniejsza niż środek.
| Canon |
| Tamron |
Poszedłem sobie na spacer, w stronę
słońca, aż po horyzontów kres, z jednym i z drugim obiektywem,
żeby nabrać poglądów.
POGLĄDY, TORSJE I DYSTORSJE.
Poglądy są takie- Canon jest praktyczniejszy. Tamron ma ładniejsze rozmycie tła i bardzo łądnie skorygowane dystorsje.
| Canon |
| Canon |
Jako obiektyw jeden do zupełnie
wszystkiego obydwa te sprzęty mają, jak dla mnie, za krótki zakres
od strony teleobiektywowej. 28 milimetrów to całkiem szeroko,
natomiast 80mm- nie zbliża zanadto odległych celów. No, ale nie
wymagajmy zbyt wiele od najtańszych zoomów. What you get is what
you see.
| Tamron 80 f/5,6 |
| Tamron |
Do portretów na najdłuższej
ogniskowej lepszy zdaje się Tamron, ze względu na szybciej rosnącą
ostrość przy przymykaniu i lepszą jasność pomiędzy 50 a 70mm i
ciekawszy bokeh. Niestety na pozostałych ogniskowych musi oddać
pola Canonowi- jest średni, podczas gdy Canon jest dobry.
Obydwa obiektywy dają trochę blików
przy zdjęciach pod słońce- Canon jest tu troszkę lepszy, traci
mniej kontrastu. Wystarczy lekko odwrócić aparat pod inny kąt, aby
bliki zniknęły. W Tamronie jest to bardziej dotkliwe, ale za to
wyposażono go w osłonę, którą warto zakładać.
Ziew...
Canon jest bardziej uniwersalny, przede
wszystkim dzięki niewielkiej minimalnej odległości ostrzenia. To
jest znacząca sprawa, bo pozwala nie tyle bawić się zbliżeniem do
obiektu, co po prostu pozwala na znacznie większą swobodę
kompozycji- nie trzeba się zastanawiać jak blisko się jest celu,
tylko układać w kadrze ładne obrazki. Dzięki temu Canonem da się
także zrobić bardziej dramatycznie przerysowane szerokokątne
zdjęcia, a i quazi makro też jest w zasięgu. Taki kfazi miś-
wuala.
Pod jednym względem Canon daje tyłów- dystorsje przy 28mm są zbyt duże- beczka wykrzywia wszystkie proste linie przy krawędziach. Przy 50mm dystorsje są najmniejsze, a przy 80mm linie proste zostają znowu zagięte przez poduszkowate wsysnięcie. Słabo.
Do motywów prostokreślnych nadaje się
znacznie lepiej Tamron, który bardzo ładnie koryguje linie przy
krawędziach- zapewne dlatego, że chwali się swoją soczewką
asferyczną.
Ziew...
Winietują obydwa dość potężnie-
widać to na zdjęciach przykładowych z testów ostrości. Ja tam
lubię winietowanie. Nie będę się zatem czepiał.
AUTO FOKUS I SPORT
Autofokus Canona jest wprost
niesamowicie cichy. Obejrzałem obiektyw dwukrotnie, czy przypadkiem
nie zapomnieli tam napisać „Ultrasonic”. Jakoś nie napisali.
Cichutko i stosunkowo szybko, chociaż czasem (rzadko) popełnia
błędy.
Tamron jest głośniejszy, lekko
wolniejszy i także czasem ustawi nie tam gdzie trzeba, ale nie
zdarza się to często.
Ogólnie są okej. Pośrodku skali, ani
to Tavria, ani to BMW. Coś jak Golf II i Astra I.
Ziew...
ASTRA CZY GOLF?
Nie miałbym nic przeciwko trzymaniu
tych obiektywów jako zapasu- są lekkie i dość wszechstronne, i
choć nie zrobią tak dobrych zdjęć jak na przykład Tamron
28-75/2,8, to da się z nich wycisnąć przyzwoite. Od dobrego
poziomu jasności najmniejszy dystans mają na 28mm- raptem 1/2
działki przesłony, gorzej się robi na długim końcu, gdzie są
raczej ciemne. Ale cóż, jak ktoś kupuje GolfaII, to musi się
liczyć z pewnymi kłopotami. Jechać się da.
Który bym wybrał?
Canona.
Tamron ujdzie. Ale jest trochę słabszy
i mniej przyjemny.
Ziew...
Ziew... Chrrrr pśśśś, chrrrrrrrrrr pśśśśśśśśś, chrrrrrrrrr pśśśśśśśśś...
Wymęczony testowaniem takich zupełnie
nieemocjonujących banałów udaję się na zasłużony wypoczynek na
łonie natury.
Suka, do nogi, idziemy! No wyskakuj z
tego Golfa!
| Canon 80mm f/5,6 |
Fabrykant
P.S. Wszystkie zdjęcia bez ramki są zmniejszone, ale nieobrobione, a zdjęcia z ramką mają podwyższony kontrast i ostrość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




