wyświetlenia:

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Sigma AF 1000/8 APO -Wypuścić wariata, niech trochę polata. Mam najdłuższego!


Sigma AF 1000/8 APO
Więc ja, jak dziecko w fabryce cukierków, jak pies u rzeźnika, jak wędrowiec w oazie, jak komunista w Szwecji. Tak się tam czułem. Ale też jak słoń w składzie porcelany. Bo też to cuś na kształt składu porcelany jest. A może bardziej składu szkła. Jest takie miejsce...

Warszawa, miasto centralne.

Hala Mirowska. Hala ceglana z zewnątrz, z przepięknym detalem, zdobna kak w Pariże. Miejsce charakterystyczne, z klimatem i z historią, ale które miejsce w Warszawie nie ma historii? Wszystkim napisała historie II Wojna Światowa i nasi przyjaciele Niemcy, albo zabory i nasi przyjaciele Rosjanie. Kto chce o hali, może przeczytać tutaj:



Hale to handel, cukiernie, mięso, ryby, grzyby i lwyby. Ale wchodzimy po cichutku na pięterko, a tam wtem!:


Sklepik- komis Foto- Larson Pana Andrzeja. Coś dla wariatów, dla maniaków, dla oszalałych i tych spokojnych. Czy dużo jest jeszcze wariatów?- pytamy Pana Andrzeja.

O, dużo, dużo! Coraz więcej.



Przyjechaliśmy tu w jednym celu. W celu wypuszczenia wariata i polatania.



Ostatnio w mediach fotograficznych rozległo się wielkie halo, gdy pewien sklep fotograficzny z Londynu odnalazł w czeluściach Canona 1200/5,6 L- najdłuższy, produkowany na zamówienie obiektyw do Canona EOS (1993-2005), po czym wyniósł go na skwerek i strzelił publicznie kilka zdjęć, normalnie na Jutubie to można oglądać, jako obiekt kultu i zawiści:




Jak dobrze wiecie- Polacy nie gęsi, a swój język mają. I my też swoim językiem opiszemy jak strzelaliśmy najdłuższym obiektywem autofokus dostępnym aktualnie w Polsce.



Umówmy się- doświadczenie w takim sprzęcie mamy zerowe. Najdłuższy obiektyw jaki miałem do dyspozycji to było jasne 300mm. Teraz trzeba to pomnożyć przez 3,3333(...). Będzie to więc wybitnie pełny półprofesjonalizm.



Historia wreszcie pisana:

Zmiany, zmiany, zmiany! Zniknęła już z netu strona klubu użytkowników Sigmy- Sigmauser, zmieniając się na Sigma Lounge, prowadzoną pod skrzydłami oddziału brytyjskiego firmy Sigma. Być może stało się to po moich licznych pytaniach wysyłanych swego czasu do siedziby w Japonii, oraz przedstawicielstw brytyjskiego i niemieckiego- pytaniach o historię wczesnych modeli. Teraz, jak się okazało nadeszła ta chwila, gdy Sigma wreszcie oficjalnie udostępnia swoją historię. Ha!

Dzięki czemu możemy się dowiedzieć co nieco o obiektywie AF 1000/8 APO.

Myślałem że to szkło powstało dużo wcześniej najpierw jako manualne, ale myliłem się leciutko. Zostało zaprezentowane na Photokinie w 1988 jako manualne, prezentacja wersji z autofokusem nastąpiła niedługo potem w 1992 roku.

Na tamten czas obiektyw ten był najdłuższym obiektywem autofokus świata. Wymiarowo natomiast był bodaj najmniejszą tysiączką. Jeśli porównywać go do innych teleobiektywów z autofokusem- rozmiarowo jest zbliżony do 600/4L Canona.

Największego stwora, który miałby być jego konkurentem, czyli Canona 1200/5,6 L wyprodukowano dopiero rok później.



Tutaj test z Amateur Photographer z roku 1992:




Pewne dane naszej Sigmy dają do myślenia:

Waga 5150 gram

Długość 549,7mm, średnica 154mm

Maksymalne powiększenie: 1:15

Minimalna odległość wyostrzenia- 15 metrów.



Gustlik, bier go.


Najpierw jest walizeczka, proszę Szanownych Panstwa, waliza właściwie. 
Waliza zawiera- czarną trąbę obiektywu, osłonę przeciwsłoneczną i dekielek w postaci futerału ze sznureczkiem, oraz instrukcję manualną. Całość sprawia korzystne wrażenie dopracowania- wszystko do siebie pasuje i mieści się jak trzeba. Pudło zaopatrzone jest w asymetryczny uchwyt w odpowiednim miejscu umieszczony, żeby sprzęt łatwo się nosiło.
Sigma AF 1000/8 APO
Sigma jest obiektywem przeciwpancernym. To potworny pancerfaust rozpoczęty wielką (ale nie gigantyczną) przednią soczewką, na obrzeżu której montuje się osłonę przeciwsłoneczną, wyglądającą jak małe wiadro. 

Sigma AF 1000/8 APO


Najciekawszą i wyjątkową na tle innych cechą Sigmy 1000 jest, uwaga uwaga- gwint filtrów okalający przednią soczewkę. Gwint ma średnicę 137mm. Nie znalazłem co prawda filtrów dostępnych na ten gwint- Hoya kończy się na rozmiarze 95mm, Nissi na 105mm, ale Sigma przewidziała te problemy i ma jeszcze, tak jak większość konkurentów, szufladkę na filtry w tylnej części obiektywu. Tym razem jest to standardowe 34mm

Za potężnym frontem obiektyw robi się cieńszy, od dołu flankuje go solidny uchwyt statywowy, ze śrubą mocującą, potem przechodzimy do fascynującego okienka ze skalą odległości.

 Okienko jest fascynujące za sprawą cyferek jakie tam wypisano- najmniejszą cyferką jest tam 15m (odległosć minimalna), a największą cyferką przed znaczkiem nieskończoności- 500m. Dla sprawdzenia- zerknijcie na cyferki w swoich obiektywach, a zobaczycie pewną różnicę.

Dalej znajduje się niestandardowy przełącznik autofokus/ manual. Nie jest to ani hebelek, ani pierścień przesuwany do przodu i do tyłu po osi obiektywu- takiego jeszcze nie widziałem. To pierścień, ale obracany jak pierścień zooma- z przyciskiem blokady. Naciskamy przycisk i obracamy pierścień.

Następnie leci szufladka na filtry wewnętrzne i całość zakańcza mocowanie bagnetowe, rzecz jasna- jak cała reszta- z metalu. Obiektyw ma mocowania do paska na ramię, które w warunkach polowych będą bardzo przydatne.

Sigma AF 1000/8 należy do tej wąskiej i nieznanej mi bliżej grupy szkieł, które szybciej wyłamią bagnet w najbardziej profesjonalnym aparacie, niż dadzą się używać z ręki.

Sigma AF 1000/8 APO

No więc cóż- do przeciwpancernego obiektywu potrzebny jest statyw przeciwczołgowy, a nie takie szelki jakimi dysponowaliśmy (sorry Krzysiu). Jaś nie doczekał, a statyw nie dał rady, mimo że był cały z metalu, z metalowymi śrubami i wcale nie wyglądał na tani. Niestety ciężar 5,150 kg + aparat przerósł go wyraźnie. Nie mieliśmy jednak nic innego. Dokręciliśmy kostkę statywową ustawiając ją wzdłuż uchwytu obiektywu, żeby stabilność była lepsza, ale uzyskaliśmy jedynie to że wahania obiektywu doczepionego do statywu nie przekraczały na końcach 2 centymetrów po osi pionowej przy każdym dotknięciu sprzętu. Sztywność układu była wyraźnie niższa niż sztywność Generała Jaruzelskiego podczas wygłaszania orędzia o Stanie Wojennym.

Usztywniania przodków nie było, należało się z tym liczyć. „Czy jest tu jakieś okno?” -spytaliśmy retorycznie Pana Andrzeja. No jasne że nie ma. Teraz należało wyjść w plener. Krzyś podjął się tego zadania, przytulając Sigmę, niczym dziecię do piersi, a ja zatargałem resztę gratów. Pomógł nam p. Dariusz, kolega pana Andrzeja.


Warszawa centralna- nowe wyzwania.

No cóż- pogoda całkowicie nie nadawała się na plener z obiektywem 1000 f/8. Otrzymacie zatem wrażeniowe „preview” (pol. przewief) zamiast porządnego testu. Było mglisto, ciemno jak pod wieczór, pomimo środkowej pory dnia.


Było smaszno, a jaszmije smukwijne
Świdrokrętnie na zegwniku wężały,
Peliczaple stały smutcholijne
I zbłąkinie rykoświstąkały.

Ach, Dżabbersmoka strzeż się, strzeż!
Szponów jak kły i tnących szczęk!
Drżyj, gdy nadpełga Banderzwierz
Lub Dżubdżub ptakojęk!
Lewis Caroll w tłum. Macieja Słomczyńskiego.
Drżeliśmy. Pogoda beznadzieja. Ale nadzieja nas nie opuszczała.



Pod Halą Mirowską ustawiliśmy działo. W sam raz nadał się do tego narożnik ulic. Nakierowaliśmy potwora na cel i dalejże hasać, licząc, że cośkolwiek wyjdzie, pomimo całkowitej niestabilności statywu, stojącej jakoby Peliczapla.

No to dalejże, dokręcać aparat do sprzętu.



Canon D60

Hm. Obiektyw, który teoretycznie miał światłosiłę f/8 zaczynał swoją skalę przesłon na wyświetlaczu aparatu od f/5,6. Jakieś przekłamanie na łączach? Może celowe? Należy zauważyć że sam Canon nie robi żadnego, żadniusienkiego obiektywu ciemniejszego niż f/5,6. Może elektronika Sigmy stosuje jakieś celowe oszukaństwa? Taka fałszywa przesłona zapisuje się też w EXIF-ie.

Z aparatem Canon D60 Sigma pracuje na wszystkich wyższych przesłonach bez problemu. Autofokus działa w miarę cicho i z przyzwoitą szybkością- nie jest jednak demonem prędkości. Z autofokusem powstawały pewne problemy, wynikające ze specyfiki szkła, a nieznane mi wcześniej z innych, krótszych obiektywów. Otóż obiektyw, którego kąt widzenia wynosi jedyne 2,6º na pełnej klatce, a na cropie zaledwie 1,65º, wycina z rzeczywistości nieziemsko mały wycinek świata. W obiektywach, które widzą szerzej rzadko zdarzy się że coś przesłoni nam cały kadr- musi to być coś dużego i blisko obiektywu. W Sigmie 1000, wycelowanej na cel oddalony o 500 metrów w mieście, jest milion rzeczy które przesłaniają kadr- ludzie oddaleni od nas o 100 metrów, samochody jadące wpoprzek kadru 200 metrów dalej. Autofokus zatem nie jest dobrym rozwiązaniem, bo nie zdąży dojechać do odpowiedniego miejsca, a już coś włazi mu w paradę. Manual sprawdzał się lepiej.

Ze względu na bardzo ciemną pogodę, specyfikę obiektywu i fatalnie chybotliwy statyw znaczna większość zdjęć wyszła poruszona. Te które są zamieszczone także nie pokazują maksimum możliwości Sigmy AF 1000/8- choćby z racji mglistego powietrza.

Jednak powstało trochę zdjęć wyglądających jak nic co zrobiliśmy do tej pory.


Na początek skromna mapka sytuacyjna. Gdzie znajdowaliśmy się my, a gdzie fotografowane obiekty:


Hej na hali, na hali! Czerwone prostokąciki to nasze cele.


UWAGA
Wszystkie zamieszczone zdjęcia, jak zwykle na Fotodinozie, jeżeli wyposażone są w ramkę- były obrabiane i podostrzane. Te bez ramki są wyłącznie zmniejszone- nie wyostrzane i nie poprawiane. Zdjęcia powiększają się po kliknięciu- także wycinki kadrów w rozmiarze 1:1. Przesłony jakie są podpisane pod zdjęciem pochodzą z exif- ów- są prawdopodobnie przekłamane o 1 działkę przesłonięcia w dół. W nawiasach podaję domniemaną rzeczywistą przesłonę.

Obiekt pierwszy- tramwaje dwie przecznice dalej. (odległość orientacyjna- 440m)

Canon D60+ Sigma AF 1000/8: przesłona f/5,6 (8), czas 1/60sek, ISO400
Canon D60+ Sigma AF 1000/8: przesłona f/5,6 (8), czas 1/60sek, ISO400
wycinek 10% powyższego kadru

Tenże sam obiekt przystanek bliżej (ok.210m)

Canon D60+ Sigma AF 1000/8: przesłona f/5,6 (8), czas 1/100sek, ISO400
wycinek 10% powyższego kadru
Obiekt drugi- Palazzo di Cultura (odległość orientacyjna- 1070m)

Potem skierowaliśmy garłacza w stronę wysokich obiektów- tutaj autofokus miał odpowiednie warunki pracy- nic nie przesłaniało mu kadru.

Dzięki obiektywowi 1000mm można odkryć pewne rzeczy nieznane nieuzbrojonemu oku. Wiedzieliście że zegar na szczycie Pałacu Kultury został wyposażony w herb miasta? Nie wiedzieliście? Musicie sobie sprawić Sigmę AF 1000/8!

Canon D60+ Sigma AF 1000/8: przesłona f/5,6 (8), czas 1/125 sek, ISO400
wycinek 10% powyższego kadru
Dla porównania ten sam obiekt za pomocą obiektywu 200mm, na pełnej klatce:

Canon 6D + Canon 70-200/2,8L: przesłona f/5,6, czas 1/160sek, ISO640


Obiekt trzeci- nie ma jazdy bez gwiazdy (odległość orientacyjna- 615m, Ilmet przy Rondzie ONZ.


Canon D60+ Sigma AF 1000/8: przesłona f/5,6 (8), czas 1/125sek, ISO400

Obiekt czwarty- portret ptaka marki gołąb (odległość orientacyjna 40m)

Ptasior siedział na szczycie latarni


Canon D60+ Sigma AF 1000/8: przesłona f/6,3 (9), czas 1/100sek, ISO400
wycinek 10% kadru
Potem dopięliśmy Canona 6D

Z nowymi aparatami cyfrowymi Canona Sigma AF 1000/8 pracuje tylko na przesłonie w pełni otwartej. Przy tych parametrach obiektywu nie przeszkadza to w najmniejszym stopniu. I tak wszystko było strzelane na najniższej przesłonie. 6D nadaje się do tego obiektywu szczególnie- z dwóch powodów: ma automatyczne ISO, które dostosuje czas do potwornej ogniskowej Sigmy i do tego nisko szumi na wysokich czułościach. Oprócz tego poszerza nieco kadr, co daje ładniejszy wygląd nieostrych planów- po prostu nieostrości jest trochę więcej po bokach kadru, a przy tym głębia ostrości jest mniejsza. Z 6D więcej zdjęć wyszło ostrych, ale też czułość ISO wynosiła 6400, i to tylko dlatego że była ograniczona przeze mnie odgórnie- gdyby mu pozwolić 6D jechałby z czułością dwa razy wyżej.

Canon 6D + Sigma AF 1000/8: przesłona f/5,6 (8), czas 1/320 sek, ISO 6400

Canon 6D + Sigma AF 1000/8: przesłona f/5,6 (8), czas 1/500 sek, ISO 6400

wycinek 10% kadru

Canon 6D + Sigma AF 1000/8: przesłona f/5,6 (8), czas 1/320 sek, ISO 6400
wycinek 10% kadru


Oddawaliśmy czarnego potwora z wielkim smutkiem.
To jest jednak coś! Coś jak inny kosmos... 
Być może uda się jeszcze przetestować go w jakąkolwiek słoneczna pogodę. Mamy to obiecane, o ile się nie sprzeda. Gdyby się udało- pierwsi się o tym dowiecie.

Odstawiając Sigmę 1000 do bazy, rzuciliśmy okiem na precjoza, o jakich marzy Fotodinoza, które widnieją w witrynach komisu Pana Andrzeja. Jesteśmy, jak wiecie raczej autofokusowi, ale aparaty manualne, jakie tam są do kupienia wprawiły nas w stan drżączki podnieceniowej. Nie mogliśmy niestety opanować się z oglądaniem Canona F1 z winderem, Nikosia FE i innych takich, ale trzeba było kończyć imprezę, bo Pan Andrzej przyszedł do pracy w sobotę właściwie tylko dla nas. Dziękujemy!


Pora na podsumowanie tej rozrywki

Obiektyw jest fascynujący, ale trudny. Ogniskowa 1000mm jest o lata świetlne oddalona od wszystkich obiektywów jakimi fotografowaliśmy do tej pory. Zbliżenia nie do uwierzenia. Sigma nakłuwa jak szpilką cały świat i ściąga w kadr obiekty oddalone o ponad kilometr jakby stały sto metrów od nas. Trzeba się nauczyć go obsługiwać i wyczuć jego możliwości.

Jako że to kaliber ciężki, do poprawnego używania go należy mieć najlepiej trzech ludzi- ładowniczego, celowniczego i dowódcę, wtedy wszystko idzie sprawnie. A może wystarczyłby porządny statyw? 

Mobilność tego obiektywu jest oczywiście problematyczna, nie tylko z racji samych rozmiarów i wagi, ale też z powodu ilości szpeju, jaki trzeba użyć- walizka, osłona, statyw- trzeba to wszystko nosić, aż rąk brakuje. Wynagradzają to wszystko zdjęcia.

Niezbyt duża światłosiła tego sprzętu, choć dobra, jak na ogniskową wymaga lepszych warunków światła, niż te które mieliśmy. Można tylko wyobrażać sobie jak wymiata w słoneczną i bezmglistą pogodę.



Do jakich celów najchętniej użyłoby się tego obiektywu? Do przyrodniczych, oczywiście. Zasadzić się w zasadzce zasadniczo na grubego zwierza- to by było marzenie, a zwierz nawet nie pomyślałby że jest na celowniku. Myślę że safari z możliwością dłuższej obserwacji to żywioł Sigmy AF 1000/8. Miałbym też parę pomysłów na takie safari i w Warszawie...



Może marzenia się kiedyś zrealizują, czego i Wam życzymy.



Fabrykant

dyrektor kreatywny walnięty o sprzęty.

P.S. Bardzo dziękuję: P. Andrzejowi Wernerowiczowi za zaufanie i umożliwienie pohasania z obiektywem, P. Dariuszowi Kwiatkowskiemu i Krzysiowi Gryczyńskiemu za pomoc przy zdjęciach. Zdjęcia do artykułu są współautorstwa tych dwóch panów.


P.S. II: Obiektyw, jakby co, jest do sprzedania pod tym adresem: Foto Larson, pl. Mirowski 1, tel: +48 509 041 987 - w całkiem rozsądnej cenie, jak na najdłuższą ogniskową dostępną aktualnie w Polsce.

Canon D60 + Sigma AF 1000/8: przesłona f/5,6 (8), czas 1/125 sek, ISO 400
 

P.S.:

Polecam moje oryginalne kryminały z klimatyczną Łodzią w tle:
 
"Tramwaj Tanfaniego" dziejący się w czasach świetności przemysłowej Łodzi w roku 1905. Rzecz inspirowana prawdziwymi wydarzeniami - zabójstwem Juliusza Kunitzera, twórcy łódzkich tramwajów. Książka nagrodzona Exlibrisem Biblioteki im. Piłsudskiego za najlepszą powieść o Łodzi w 2021 roku.
Reżyser Władysław Pasikowski o "Tramwaju Tanfaniego":
"Wciągające. Rewolucja upadła, ale rewolucjoniści zostali... W Łodzi w zamachach giną zamożni fabrykanci. Kto stoi za tymi zbrodniami? Frapująca intryga i pełnokrwiści bohaterowie, ale prawdziwą bohaterką jest Łódź pod koniec 1905 roku. Jedno z najbarwniejszych i najbardziej oryginalnych miast tamtych czasów. To nie kino, to autentyczny fotoplastikon z epoki... Ja nie mogłem oderwać oczu od okularu. Polecam!"

"Tramwaj Tanfaniego" jest do kupienia wysyłkowo tutaj: LINK

"Złoty peugeot" to niebanalny kryminał motoryzacyjny z Łodzi epoki wczesnego Gierka. Tajemnicza zbrodnia, nieudolna milicja, zakulisowe przepychanki z władzą PRL a po drugie kawałek historii polskiej motoryzacji i łódzkiej architektury oczami (i rękami) pewnego mechanika z ulicy Wschodniej, który chcąc nie chcąc musi zabrać się za dociekanie, dlaczego ktoś musiał zginąć i kto go zabił. Są wciągające tajemnice, splątane wątki, brawurowe pościgi samochodowe, jest wiele charakterystycznych postaci budujących mikrospołeczność powieści. W warstwie trzeciej książka jest nasycona aluzjami do literatury popularnej z czasów PRL a wynajdowanie tych i innych smaczków z Niziurskiego czy Nienackiego jest dodatkową rozrywką. 

Do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Deluks" - wielowątkowy kryminał dziejący się w roku 1976 składa się z kilku warstw, począwszy od tematyki automobilowej, poprzez dawne tajemnice Łodzi, kończąc na echach II Wojny Światowej. Książka tym razem aluzyjnie nawiązuje do tzw. kryminału milicyjnego, jednak dekonstruuje ten schemat, inaczej rozkłada racje i ironizuje z klimatów PRL. W świat dawnej Łodzi pomaga czytelnikowi przenieść się zespół pełnokrwistych bohaterów - od lumpów i milicjantów po profesorów i prywaciarzy. Akcja zawiązuje się wokół warsztatu samochodowego, poniekąd kontynuując klimat "Złotego Peugeota", jednak cała opowieść jest autonomiczną fabułą. Będziecie zaskoczeni!

"Deluks" do kupienia wysyłkowo - TUTAJ 

"Wariatka ze Spornej" - napisana wspólnie z Tomaszem Włodkowskim -Światowej sławy reżyser usiłuje skończyć swoje ostatnie filmowe dzieło niekonwencjonalnymi metodami. Równolegle ginie jego wieloletni współpracownik i asystent.
Młoda policjantka, niedawno przybyła do Łodzi ma poprowadzić śledztwo, które będzie wymagało od niej szczególnego zaangażowania, cierpliwości, uwagi i... erudycji.
Tytułowa ulica Sporna zdaje się trwać w niezmiennym od stu lat stanie, ale to tylko pozory. Miasto dookoła przekształca się w bólach, jest rok 2003, Polska ma zaraz wejść do Unii Europejskiej, ale niechciany bagaż PRL jest wciąż obecny, również w policji. Kto i dlaczego zabił? Co ma wspólnego wielka sztuka i małe morderstwo? 

"Wariatka ze Spornej do kupienia wysyłkowo TUTAJ 


piątek, 12 grudnia 2014

Warszawa magiczna- przekrój pionowy.




Jeszcze parę lat temu nie lubiłem miasta stołecznego Warszawy. Na tle mojego własnego miasta, zwartego, kamienicznego, choć z powybijanymi zębami, stolica wypadała blada, rozlazła, chaotyczna, posklejana, pełna pustki. Ale zmieniła się Warszawa i zmieniłem się ja- dojrzeliśmy, czy co? Nabraliśmy harmonii i uroku? Ja- nie wiem, Warszawa- chyba tak.



Warszawa jest symbolem. Milion piosenek i milion wierszy przewinęło się przez nasze życia, i milion przeczytanych książek, a wiele z nich było o mieście stołecznym. Dlatego zna się Warszawę, w której się nawet nie bywało. Znamy w Polsce to miasto, tak jak świat zna Paryż czy Nowy Jork- nawet jeśli nie osobiście, to ze słyszenia.

W Warszawie, mówię Wam, nie ma czegoś takiego jak miejsca anonimowe. Każda nazwa, każda dzielnica, prawie każda ulica wywołuje mgliste widma skojarzeń. Historia puka co krok, nie taka zwykła, jak w moim mieście, tylko historia z najwyższych półek, mimo pozorów zakurzenia złożona z samych błyszczących detali. Każda nazwa i każda dzielnica znaczy coś więcej, z powodu- wiadomo- Powstania Warszawskiego, ale też z powodów stołeczności, znanej całej Polsce i tego że w sporej części tutaj odbywały się wydarzenia jakie zmieniały kraj. To co się działo w Polsce działo się właśnie w Warszawie i nic tego nie zmieni. Można jednym ciągiem wymieniać nazwy i wszyscy będą je znali z popkultury: Stary Żoliborz, pieprzony Żoliborz, Osiedle Radiowo Lotnisko Bemowo, Wola Park, Chmielna, Dolny Mokotów i Górny Mokotów, Praga, Filtry, ulica Karowa, Most Średnicowy, Marymoncki John, więc na Wawrzyszew, raz dwa trzy, Chomiczówka, Chomiczówka.



Miasto stołeczne zharmonizowało się (chyba istnieje takie słowo, skoro Open Office nie podkreśla mi nic czerwonym wężykiem. (Wężykiem, panie majster? A jak!- cytat)). Dofinansowane unijnie i budżetowo wpakowało kasę we wszystkie trafione i nietrafione inwestycje, ale uładziło się w ostatnim dziesięcioleciu, wyrównało krawat i zapięło guziki od garnituru, przycięło zwisające tu i ówdzie kosmyki zieleni i wreszcie zaczęło wyglądać po ludzku, a do tego dzięki Muzeum Powstania przestało milczeć o swojej burzliwej przeszłości, a zaczęło się nią szeroko chwalić (za co chwała twórcom M.P.W.). Zaczęło fascynować, czego wcześniej nie doznawały autokarowe wycieczki zwiedzające Stolicę w ramach Wczasowego Funduszu Pracy, ani uczniowie szkół podstawowych i średnich przepędzani od zabytku do zabytku.

To tylko skromny ogląd człowieka z zewnątrz, więc nie gniewajcie się, Warszawiacy, że nie jest dogłębny.



Oprócz tego wszystkiego Warszawa zyskuje przy bliższym nieco poznaniu dodatkowy walor. To warstwy. Jak w cebuli.



Inne miasta, zwłaszcza moja Łódź- nie są aż takie warstwowe.



Tymczasem w Warszawie:



Nowodworska na za pięć
Znów na miasto mam chęć
Kluczem żegnam swoje drzwi
Przyszły w końcu dobre dni
Więc w taryfie głuchy syk
Hajs, telefon, wszystko git
Przyjacielem jestem kół
Nie dogoni mnie dziś dół
Wlewam w siebie pierwszy łyk
Tego nie zabierze nikt
Nie zabierze mi tych chwil
Kiedy robię z sobą dill
Dzisiaj jazda jutro szlus
Dzisiaj luz, jutro luz
Dziś popłynę sobie gdzieś
Hej kominy, żegnam, cześć!

Na zakrętach znosi mnie
Taksą po ulicach mknę
A noc pachnie letnim dniem
Ta noc się nie skończy snem
Zsuwam szybę na sam dół
Widzę Cytadeli mur
Czuję Wisłostrady wiatr …

Sidney Polak






I ja, niczym rozpędzony Sidney Polak, choć na trzeźwo, mijam cytadeli mur, czuję Wisłostrady wiatr i postanawiam wreszcie rzucić okiem na Cytadelę. Widzę tego ceglanego potwora nie pierwszy raz, ciągnie się kilometrowo od strony Wisłostrady, ale nigdy nie oglądałem go z drugiej strony. Zakręcam w górę, na wiślaną skarpę i okrążam cel przez osiedla wojskowe.

Cytadela razem z przyległościami jest dziś własnością wojska, słabo dostępną, choć mieści też Muzeum X Pawilonu Cytadeli (akurat tego dnia zamknięte). Miałem ledwie chwilę wolnego czasu, żeby zrobić krótki ogląd fortecy od zewnątrz.


Jest niesamowicie wielka. To jest monstrum osiadłe nad brzegiem Wisły, przerastające rozmiarem Stadion Narodowy. Co prawda kosztem budowy zwycięża jednak Narodowy- ok. 450mln euro, contra 128 milionów euro za Cytadelę (przeliczone wg wartości złota, za Wikipedią), mimo że: „Na potrzeby fortyfikacji wyburzono 76 domów, zajęto ponad 64 tys. posesji oraz wysiedlono do 15 tys. okolicznych mieszkańców”. No, ale budowali zaborcy, więc nie musieli nic płacić, tylko mieszkańców do tiurmy- i szlus.

Budowa odbyła się kosztem wymuszenia pieniędzy z budżetu miasta Warszawy i Banku Polskiego, jako kara za Powstanie Listopadowe.

Cała Cytadela, zbudowana w 1834 roku była karą Cara Mikołaja I za Powstanie. To właściwie nie była forteca, choć na taką wyglądała, tylko centrala pacyfikacji i kontroli wszelkich polskich ruchów narodowych i niepodległościowych. Nie była nawet specjalnie dobrze uzbrojona, miała za to liczne więzienne lochy. Głównym zadaniem było trzymanie w szachu miasta Warszawy, którego centrum znajdowało się w zasięgu wszystkich 555 dział.

Jeżeli upierać się będziecie przy waszych marzeniach o odrębnej narodowości, o Polsce niepodległej i przy wszystkich tych złudzeniach, ściągniecie na siebie wielkie nieszczęście. Kazałem tu zbudować Cytadelę Aleksandrowską i oświadczam wam, że przy najmniejszym zaburzeniu każę miasto zbombardować, zburzę Warszawę i z pewnością nie ja ją odbuduję.”

Car Mikołaj I do mieszkańców Warszawy 1835



Jak widzimy zamiary burzycielskie cyklicznie nawiedzają naszą Stolicę. Niektóre zostają niestety zrealizowane



Zaparkowałem auto na osi ulicy Wojska Polskiego, w środku Starego Żoliborza i poszedłem na ogląd od zachodniej strony.

Wielkie to, ceglane, a za murem gigantycznych rozmiarów wały, zasłaniające całe wnętrze. Wcześniej wielka fosa okalająca cały obiekt. Fosa jest dziś bardzo przyjemnym miejscem do spacerów z psami, jak zauważyłem żoliborzanie preferują rasy myśliwskie. Może dlatego że to Żoliborz Wojskowy, a od wojskowego do myśliwego droga niedaleka.



No i odkrycie neofity: Jest w Warszawie najprawdziwszy akwedukt! Nie jakiś udawany, jak w Arkadii- Nieborowie. Biegnie przez fosę zasilając Cytadelę. Kto z Warszawiaków wiedział o tym akwedukcie- ręka w górę. W popularnych internetowych opisach Cytadeli nie ma o nim ani słowa.


Fortecę otaczają różne umocnienia i bastiony. Tuż przy wejściu do parku wokół Cytadeli (od zachodu) znajduje się ogródek zabaw dziecięcych, przytulony do zrujnowanej, niskiej, półokrągłej budowli w nienajlepszym stanie. Obejrzałem sobie tą budowlę, jej stodolniane wrota zamknięte na zardzewiałą kłódkę, odpadające cegły i wyrwy w murze i poszedłem dalej, nie zwróciwszy uwagi.

O jakże błądziłem!
Po powrocie do domu, dzięki Krzysiowi Gr. nastąpiły „odkrycia” historyczne, które sprawiły, że jeszcze raz pojechałem do Cytadeli, specjalnie żeby zrobić zdjęcia tej skromnej, zrujnowanej budowli.
Warszawa ma to szczęście, że wiele osób się nią interesuje. Jako miasto, które przeżyło własną śmierć jest wciąż obiektem badań, dociekań, drążenia i odkrywania. Niektórzy odkrywcy są wprost niepojęcie zaangażowani. Na przykład pan Ryszard Mączewski .Otóż wykonano benedyktyńską pracę i na podstawie zdjęć lotniczych miasta z roku 1935 tzw. ortofotomap skatalogowano gigantyczną ilość budynków- istniejących, nieistniejących, przebudowanych. „Skatalogowano”- oznacza możliwość najechania myszką, kliknięcia i obejrzenia archiwalnych i aktualnych zdjęć, opisu budynku, albo linku do stron go opisujących. Właściwie to nie musicie przyjeżdżać już do Warszawy- wystarczy klikać:




No i tam otóż dowiedziałem się co przeoczyłem.

Ten zrujnowany budynek na tyłach placu zabaw to Działobitnia Placu Broni Drogi Ukrytej nr wojskowy 112, pomiędzy III a IV Bastionem.
Byłaby to sobie jedna z działobitni, jednego z fortów jednej z Cytadel, jakie zbudowali Rosjanie na terenie Polski, gdyby nie to że w 1915 roku zajęli Warszawę Niemcy, którzy przejęli oczywiście Cytadelę. Działobitnię wykorzystali do potrzebnych sobie celów. Zamontowali na niej dwa duże maszty antenowe, oraz radiostację Telefunken, o mocy 4KW, bardzo znacznej jak na owe czasy. Radiostacja służyła do porozumiewania się z Dowództwem Frontu Wschodniego i kwaterą główną w Liège.

(Tą drogą przesyłano zapewne szyfrowane informacje, które usiłował wyłapywać brytyjski wywiad i odcyfrowywać w słynnym Pokoju 40- fascynująco opisała to Barbara Tuchman w „Telegramie Zimmermanna”)

Trzy lata później mocarstwa wykończone Wojną Światową ledwo zipały. Polacy zaczęli rozbrajać niemieckie wojska. Wymuszone formalne przejęcie Cytadeli przez Wojsko Polskie nastąpiło po przepychankach 19 listopada 1918 roku.

Przejęto nieuszkodzoną radiostację Telefunken, choć bez dokumentacji. I jeszcze tego samego dnia nadano stąd w eter następującą deklarację:


(…) Do Rządów wszystkich
Państw wojujących i neutralnych.
Jako Wódz Naczelny Armii Polskiej, pragnę notyfikować rządom i narodom wojującym i neutralnym istnienie Państwa Polskiego Niepodległego, obejmującego wszystkie ziemie zjednoczonej Polski.
Sytuacja polityczna w Polsce i jarzmo okupacji nie pozwoliły dotychczas narodowi polskiemu wypowiedzieć się swobodnie o swoim losie. Dzięki zmianom, które nastąpiły wskutek świetnych zwycięstw armij sprzymierzonych – wznowienie niepodległości i suwerenności Polski staje się odtąd faktem dokonanym.
Państwo Polskie powstaje z woli całego narodu i opiera się na podstawach demokratycznych. Rząd Polski zastąpi panowanie przemocy, która przez sto czterdzieści lat ciążyła nad losami Polski – przez ustrój, zbudowany na porządku i sprawiedliwości. Opierając się na Armii Polskiej pod moją komendą, mam nadzieję, że odtąd żadna armia obca nie wkroczy do Polski, nim nie wyrazimy w tej sprawie formalnej woli naszej. Jestem przekonany, że potężne demokracje Zachodu udzielą swej pomocy i braterskiego poparcia Polskiej Rzeczypospolitej Odrodzonej i Niepodległej.

Wódz Naczelny

Piłsudski „

Odebranie deklaracji potwierdziła radiostacja szwedzka w Karlsborgu, która nadała depeszę dalej.

Ale to jeszcze nie koniec warstw historycznych, spiętrzonych nad Działobtnią.

Odzyskaliśmy niepodległość. Trochę pohasaliśmy, trochę posklejaliśmy nasz kraj złożony z trzech kawałków- ale nie do końca, o czym świadczą dzisiejsze statystyki wyborów i frekwencji. Tymczasem za wschodnią miedzą larwa przepoczwarzyła się w poczwarkę, a ta- w wielką ćmę trupią główkę, która rozwinęła szeroko skrzydła. To my- Europa Wschodnia tak to widzimy, bo Europa Zachodnia do dziś myśli że to był motyl.

Rosjanie, zawróceni na komunizm, z powrotem postanowili odzyskać dawne, nienależne im włości. Z planem zatrzymania kampanii na wybrzeżu Atlantyku i zaprowadzenia wszędzie światłego ustroju gnębiącego. Wybuchła dramatyczna wojna 1920 roku. Kiedy już pętla zaciskała się na naszych gardłach pod Warszawą, radiostacja Telefunken na Działobitni nr 112 znowu się przydała.

W dniach 15 i 16 sierpnia, kiedy ważyły się losy Polski podczas Bitwy Warszawskiej, radiostacja nadawała przez 36 godzin bez przerwy czytany tekst Starego Testamentu- w celu zagłuszenia radiostacji sowieckich. Plan udał się znakomicie- armia rosyjska, która miała z północy iść na odsiecz okrążonym Rosjanom, nie była w stanie odebrać rozkazów i w czasie Bitwy Warszawskiej odeszła w stronę Torunia.

Jednym słowem Działobitnia wydatnie uratowała nam tyłki, tak że dziś możemy wesoło w swoim własnym języku pisać sobie blogi. A nawet czytać.

Na samej działobitni nie ma nawet skromnej tabliczki dotyczącej tych wydarzeń- są to zatem wydarzenia niszowe.

Cytadela odegrała oczywiście przykrą rolę w Powstaniu Warszawskim- była silnym punktem niemieckiego ostrzału oddzielającego Stare Miasto od Żoliborza, uniemożliwiając komunikację Powstańców.

Nie jest to koniec warstw historycznych spiętrzonych nad Działobitnią Placu Broni Drogi Ukrytej, numer wojskowy 112. Przekrój należy poprowadzić do głębszych warstw- poniżej fundamentów.

Niemal pod fundamentami Działobitni biegnie niski tunel, sklepiony łukowo. To poterna, czyli ukryte przejście, prowadząca do nieistniejącego dziś fortu, mniej więcej w okolice Placu Inwalidów. Odległość- 360 metrów. Tunel poterny ma się dobrze i jest w całości, ale zamknięty na wieki. Istniały, istnieją i istnieć będą plany utworzenia tam podziemnej trasy turystycznej, ale póki teren należy do wojska, to takie rzeczy tylko w Erze.
Ryszard Mączewski, warszawa1939.pl


Ryszard Mączewski, warszawa1939.pl
Ale podobno w 2015 roku ma się wszystko zmienić- Cytadelę ma przejąć Muzeum Wojska Polskiego. Otwarcie nowej placówki w 2020-tym, na stulecie istnienia Muzeum. Obyśmy dożyli.

I oby Ruskie znowu nie weszli.

Co za życie na wulkanie...



Fabrykant

z www.fabrykaslubow.pl



P.S. W następnym wpisie dowiecie się kto ma najdłuższy w Polsce. Zostańcie nastrojeni na nasze fale, jak stacja odbiorcza w Karlsborgu.


Źródła: