poniedziałek, 27 lutego 2017

Festung (pędem w deszczu)



Wiecie co to jest Toruń?
To takie miasto jest. Nawet znane.

Piernik, Kopernik, ratusz, Wisła, Apator Toruń, krzywa wieża, ruiny zamku, planetarium, obiad w makdonaldzie, autobus. Wycieczki szkolne lecą tym tropem. W młodszej części młodości bywałem wielokrotnie w Toruniu i też leciałem tym tropem. Ale dorosłem. Doczytałem. Zdziwiłem się.
I teraz już wiem, że w tym Toruniu zupełnie nie o to chodzi.

Dzisiaj Toruń leży gdzieś tam w środku północnej Polski. Tak się dziwnie jednak składa, że w poprzednich swych życiach leżał zwykle w pobliżu jakiejś granicy. Najpierw w pobliżu granicy krzyżacko- pruskiej. Potem odwrotnie- prusko- krzyżackiej, potem polsko- krzyżackiej, potem prusko- polskiej, potem księstwowarszawsko- rosyjskiej, potem prusko- rosyjskiej przez chwilę rosyjsko- pruskiej, potem znów odwrotnie. Wszystko w zależności od tego kto akurat miał Toruń w posiadaniu. W każdym razie granica zawsze była tuż-tuż.

A miasto miało wiele zalet. Przede wszystkim Wisła się tu wypłycała. Można było z jednej strony na drugą- siup, bez zamaczania majtek. No i bogato było. Oj bogato. Wielce multikulturowo, z racji owych granic. Prusko, polsko i autonomicznie. Za czasów polskich wojen z Krzyżakami Toruń na przykład wsparł króla Włodzimierza Jagiellończyka kwotą 200 grzywien, co było równe OSIEMDZIESIĘCIOLETNIM dochodom miejskim ówczesnego Krakowa. Znaczy się- biednie nie było.
Transport rzeczny, składy soli, międzynarodowy handel (granice!), uniwersytet, a potem jeszcze Toruń jako główny ośrodek luteranizmu w regionie- wszystko to powodowało przyrost gotówki w mieście.

No ale trzeba było się zbroić. Przecież granica tuż-tuż. Jeszcze ktoś napadnie.
No więc Toruń się zbroił przez całą swoją długą historię.
A ostatni napad połączony z rujnacją miasta miał miejsce w 1703 roku, kiedy to zbombardowali go Szwedzi. Potem (aż do dzisiaj) nikt nie rujnował militarnie Torunia, no chyba że dekretami urzędowymi. Cudem boskim nie zdemolowali go nawet Rosjanie w 1945, nie wiem co ich powstrzymywało.

Tymczasem przez wieki Toruń został uzbrojony tak, że lepiej nie można.
I, jak to mawiał jeden mój kolega- to jest jednak coś!

środa, 15 lutego 2017

Projekt Okrążenia vol. 11b - Stacja Łódź Arturówek- cz. zachodnia. Elita, wojna, chaszcze.



To kolejny odcinek Projektu Okrążenia Łodzi za pomocą Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej. Poprzednie odcinki znajdziecie tutaj: LINK
A pierwszą część Arturówka- TUTAJ

Czy to w ogóle ładnie tak zostawiać kogoś w parku? W poprzednim odcinku zostaliście w Parku Julianowskim jak ten Himmilsbach z angielskim. Odczekaliście na ławce w samym sednie, w samym jądrze fabrykanckich dóbr Julianowa, z których został tylko park i pałacyk myśliwski. Zima nadeszła, a Wy nadal na ławce.
Ruszymy z parku tropem geograficznym, a nie chronologicznym i dokończymy dzielnicę Julianów po zachodniej stronie torów i na północ od Parku Julianowskiego. To znaczy właściwie będzie to część dzielnicy administracyjnej Julianów- Marysin-Rogi, która jest tak zorganizowana, że nikt nie wie gdzie leżą jej podziały, ani nie jest pewnym czy dobrze poprowadzono jej granice.
Niektórzy północny Julianów uznają już za Radogoszcz na przykład. Nawet stojące tam muzeum nazywa się „Muzeum Tradycji Niepodległościowych- Radogoszcz”.


Ze względu na willowy i tradycyjnie „elitarny” image dzielnicy Julianów deweloperzy z pobliża starają się podczepić nazwowo do Julianowa, pomimo tego że ich inwestycje leżą gdzieś hen od niej daleko. Znana sprawa. W Warszawie są o to nawet procesy deweloperów z Urzędami Gminy (np. Saska Kępa), w Łodzi nie doszliśmy jeszcze do tego poziomu snobizmu. Ale wszystko przed nami.

Dzielić i parcelować Julianów zaczęła jeszcze fabrykancka rodzina Heinzlów, kiedy to łódzki przemysł stracił nagle swojego głównego odbiorcę- Rosję, bo nie dość, że Polska odzyskała niepodległość, to jeszcze Rosja zniknęła z map świata, zastąpiona przez Związek Radziecki. W związku z zakręceniem kurka wszystkie fabryki łódzkie (a było ich po I wojnie jeszcze 613 sztuk, według Państwowej Inspekcji Pracy, a przed wojną ponad tysiąc) przędące przędzę i tkające tkaniny zaczęły prząść bardzo cienko.
Heinzlowie, ze swoim olbrzymim majątkiem obejmującym całe północne kresy Łodzi wraz z olbrzymim Lasem Łagiewnickim od lat po I Wojnie Światowej dzielili włości na małe działki i sprzedawali po kawałeczku. Las był systematycznie karczowany, a drewno sprzedawane na skalę przemysłową, przyczyniając się do budowlanego rozwoju miasta.
Północny Julianów, który właśnie zaliczymy stanowi zespół różnych reliktów owej rozprzedaży- zabudowa jest tu willowa, ale bardzo zróżnicowana, bo do lat 60-tych -70-tych nadal przetrwało tu sporo pustych działek, które zostały, a nawet zostają zabudowywane dopiero w naszych czasach. Sporo ulic jest tu nadal gruntowych. Sprawia to wrażenie pewnego chaosu, ale przykrytego dużą ilością zieleni, co zapewnia ciekawy klimat.

piątek, 10 lutego 2017

Sic Ford Transit gloria mundi. Jakoś to będzie.




Zaprawdę powiadam wam, oto nadchodzi wiek miecza i topora, wiek wilczej zamieci. Nadchodzi Czas Białego Zimna i Białego Światła, Czas Szaleństwa i Czas Pogardy, Tedd Deireádh, Czas Końca. Świat umrze wśród mrozu, a odrodzi się wraz z nowym słońcem. Odrodzi się ze Starszej Krwi, z Hen Ichaer, z zasianego ziarna. Ziarna, które nie wykiełkuje, lecz wybuchnie płomieniem. Ess'tuath esse! Tak będzie! Wypatrujcie znaków! Jakie to będą znaki, rzeknę wam - wprzód spłynie ziemia krwią Aen Seidhe, Krwią Elfów...
      Aen Ithlinnespeath,przepowiednia Ithlinne Aegli aep Aevenien"
                           Andrzej Sapkowski "Krew elfów"

Coś tam być musi dalej. Choćby świat przemijał. Jakaś przyszłość.


Mowa oczywiście o cyfrowych aparatach fotograficznych.

Do przemyśleń na temat przyszłości fotografii skłoniły mnie:

a) artykuł na temat statystyk sprzedaży aparatów cyfrowych
b) komentarze Tristana z fejsika Fotodinozy, mówiące że fotografia będzie się stawać coraz bardziej elitarna.


źródło: https://www.dfv.pl/article/rynek-sprzetu-fotograficznego-ad-2016

Statystyki z artykułu mówią pewne oczywistości, jakie rzucają się w oczy każdemu, kto zajrzał do sklepów fotograficznych lub też obserwował czym to ludność fotografuje. I jak często.

Bardzo często. Non stop.

Do wszystkich tych statystyk przydałby mi się jeden wykres- taki który pokazuje ile zdjęć robi się na świecie. Ja wam go narysuję (dane oparte zupełnie na niczym, oprócz obserwacji życia):


piątek, 3 lutego 2017

Najbrzydsze i najładniejsze rzeczy we Francji

Dziś żadnych pytań o byt,
czy mieć, czy być?
Proszę dziś,
żadnych pytań o świat,
o to co dzieje się,
dzieje się i tak.
(...)
dziś bez babrania się w snach,
przepowiedniach o dniach co nadejdą i
bez niewyraźnych dość min
i bez wina, bo
dziś jestem bez win.
            Voo voo "Dzisiaj jest ładna pogoda"

Tym razem autobus niesie przez pół Europy. Najpierw nasze pół, a potem obce. Żywioł germański.

Potem zjawią się zardzewiałe silosy. Niechybny znak, że Szwajcaria już przeminęła i że teraz jedziemy już przez Francję. W Szwajcarii nie ma ani jednego zardzewiałego silosa, to pewne. We Francji jest dużo zardzewiałych rzeczy. Francuzi to lubią.
Francuzi lubią sobie nie odnawiać. Tak już mają. Budynki w tych górskich wioskach, które nie są oplecione siecią wyciągów i kolejek linowych wyglądają jak zbudowane w XIX wieku, ciężkie domy z kamienia. Odnawiano je ostatnio za de Gaulle,a. Wszystko ma taki ciekawy sznyt jak z lat 50-tych. Właściwie nie musiano zapewne szukać wiele, żeby znaleźć odpowiednie plenery do ekranizacji "Mikołajka". Już po prostu stały. Z początku smutno mi się trochę zrobiło' że w kwestii motoryzacji Francuzi nie są konsekwentni i wszędzie nowe paskudne Peugeoty krosołwer, albo Renaulty ze światłami na pół bagażnika. 

Ale postanowiłem poskrobać. Postanowiłem plwać na tę skorupę i zstąpić do głębi. I zstąpiłem.

Idea tego wpisu nie udała się. Miały nią być Najbrzydsze Rzeczy we Francji. No bo wszyscy strzelają tylko te najładniejsze. To ja chciałem być oryginalny. No ale nie dało się. Obiektyw sam się kieruje w stronę tych najładniejszych. Postanowiłem pójść innym tropem- wyznaczonym przez Tomatsu Shomei- LINK. Dał nam przykład Shomei jak zwyciężać mamy. Czy można potraktować Francję jak terra incognita. Tę Francję już milion razy opisaną w literaturze, sztuce, poezji, prozie (to ja prozą piszę?), filmach z Delonem, Tatou i Boon'em, oraz pijackim bełkocie. Tę którą wszyscy znają z bagietek, żandarmów, ślimaków, citroenów dwacefał, kasztanów na placu Pigalle, żabich udek i miłości francuskiej. Czy nieznane wystąpią tu jakoweś anomalie?
No i poszedłem jak pocisk, ale nie inteligentnie jak Pershing, tylko jak ten odłamkowy, ten co go Gustlik ładował, bezwiednie i bezrefleksyjnie strzelać te anomalie. O ile to anomalie. Co tam podleci to strzelać i nie pękać.